piątek, 24 kwietnia 2020

Gdy niebo spada na głowę / Keď obloha padá na hlavu


O tym, że tegoroczna Wielkanoc będzie inna niż poprzednie, wiedzieliśmy właściwie od drugiej połowy marca. Polska mama utknęła w Bratysławie, słowaccy rodzice mieszkają prawie 200 kilometrów od stolicy, na dodatek w najbliższej rodzinie mamy aż dwóch lekarzy. Zaakceptowaliśmy więc, że te święta będą ze względu na moją mamę może ciut bardziej polskie, choć na Słowacji, i pogodziliśmy się z faktem, że po raz pierwszy spędzimy je w Bratysławie. Ale prawdziwa bomba miała spaść na nas dopiero w Wielkim Tygodniu.

M. się rozchorował. Najpierw pojawiła się gorączka, potem ból mięśni, w końcu brzydki, duszący kaszel… BUM.

To nie były objawy, nad którymi mogliśmy przejść do porządku dziennego. Tym bardziej, że przez tych 10 lat, jak jesteśmy razem, mój mąż miał gorączkę może 3 razy. Więc się zaczęło – szukanie informacji na stronach słowackich instytucji odpowiedzialnych za koronawirusa, telefony do zaprzyjaźnionych lekarzy, pełne odizolowanie M. od pozostałych domowników… Okazało się, że około 9-metrowy pokój starszych dzieci jest z gumy i pomieści jeszcze łóżeczko najmłodszego. A ja, moja mama i trójka moich dzieci damy radę funkcjonować bez największego pokoju w domu, który zajął mój mąż.

Nie wiem, czy możecie sobie wyobrazić, co czułam. Cała byłam działaniem w tych dniach. Całą moją energię skoncentrowałam na tym, by sobie poradzić z tą sytuacją. By ogarnąć jakoś przygotowania do świąt (wielkie podziękowania dla mojej mamy za wszystko i szwagra, który robił nam zakupy), by ogarnąć jakoś dzieci i ich potrzebę bycia z tatą, by zachować spokój i ogarnąć jakoś własny lęk. Jedyny moment, w którym pozwalałam moim emocjom dojść do głosu, był ten tuż przed zaśnięciem – gdy przykładałam głowę do poduszki i zastanawiałam się, czy na drugi dzień obudzę się zdrowa, czy moja mama obudzi się zdrowa, czy moje dzieci obudzą się zdrowe i czy stan mojego męża nie ulegnie pogorszeniu.

To nie był łatwy czas.

Na szczęście choć kaszel M. przez pierwsze dni stawał się coraz bardziej nieprzyjemny i lekka gorączka ciągle trzymała, jego stan się wyraźnie nie pogorszył. To uspokajało, wiele wskazywało, że to jednak nie TA choroba, ale może grypa, może raczkujące zapalenie oskrzeli. Nie mogliśmy jednak ryzykować i narażać pozostałych domowników, póki choroba całkowicie nie minie, więc dalej trwaliśmy w izolacji.

I nadeszło Triduum Paschalne. Najważniejsze dni dla katolików, pierwszy raz przy zamkniętych kościołach – dla osoby wierzącej jak ja coś absolutnie surrealistycznego. Wprawdzie ułożyliśmy już wcześniej plan, jak będziemy przeżywać ten czas w domu, jak pomodlimy się z dziećmi, jak wprowadzimy je w poszczególne wydarzenia przypominane w Kościele w tych dniach, ale nie mieliśmy żadnego planu na sytuację, w której się znaleźliśmy, na modlitwę bez M. – męża, taty i naszego jedynego 100% Słowaka w domu. Ostatecznie modliliśmy się wspólnie… przez komunikator. Tak, JM., nasz najmłodszy syn, zobaczył tatę po kilku dniach niewidzenia na ekranie tabletu. W pierwszym momencie myślałam, że nie uda mi się uspokoić jego płaczu. Na szczęście po dłuższej chwili oswoił się z sytuacją i był już zwyczajnie szczęśliwy – przybiegał co chwilę do ekranu, żeby tatę „zaczepić”.

Na śniadaniu wielkanocnym też spotkaliśmy się jedynie w ekranie tabletu, co jeszcze parę dni wcześniej było absolutnie nie do pomyślenia. Gdyby nie moi teściowie, którzy dostarczyli nam tradycyjną słowacką szynkę, na wielkanocnym stole nie mielibyśmy nawet słowackich potraw, bo te miał zrobić mój mąż.

Na szczęście Niedzielę Wielkanocną M. przeleżał w łóżku już całkowicie bez gorączki i z zaledwie wspomnieniem kaszlu. Ten dzień spędziliśmy jeszcze w dużej mierze osobno (starsze dzieci mogły już zajrzeć do taty na dłużej i pogadać „z daleka”), ale nareszcie spokojniejsi. Poniedziałek Wielkanocny po tygodniu rozłąki spędziliśmy w końcu razem – radośnie, z zachowaniem tradycji polskich (polewanie wodą), słowackich (smaganie korbaczem) i domowych (jajkobranie), rodzinnie.

Uff, rozpisałam się. Miałam potrzebę opowiedzenia tej historii. Wracam czasem do starych tekstów na tym blogu, do tego pewnie też wrócę i tylko westchnę: „Ojej, to była dopiero historia!”. Ale póki co jeszcze jest świeża, jeszcze mnie zupełnie nie opuściła. Przez chwilę cały mój świat stanął na głowie, a ja musiałam być bardzo, bardzo silna. Daliśmy radę, wszyscy.


Dostawa od słowackich rodziców na słodko.

Słowaccy rodzice na ratunek słowackiej tradycji kulinarnej w naszym domu :).

Tak to wyglądało przez 4 długie dni - M. na ekranie tabletu (na pianinie).

Tegoroczna święconka!

Tego nie trzeba komentować :D.

Moi trzej "šibači" gotowi do działania.

Dzięki uprzejmości Pedagogika normalności tak to u nas było w czasie Triduum.

O tom, že tohoročná Veľká Noc bude iná ako tie predtým, sme vlastne vedeli už od druhej polovice marca. Poľská mama uviazla v Bratislave, slovenskí rodičia bývajú skoro 200 km od hlavného mesta a navyše, v najbližšej rodine máme až dvoch lekárov. Zmierili sme sa teda s tým, že sviatky budú s ohľadom na moju mamu možno o niečo viac poľské, hoci aj na Slovensku, a tiež s tým, že ich po prvýkrát strávime v Bratislave. Ale skutočný šok mal prísť až vo Veľkom týždni.

M. ochorel. Najprv horúčka, potom bolesť svalov a napokon škaredý, dusivý kašeľ... BUM.

Neboli to symptómy, ktoré sme mohli odignorovať. Tým skôr, že za tých 10 rokov, čo sme spolu, mal môj muž horúčku možno trikrát. A tak sa to začalo – informácie od slovenských inštitúcií zodpovedných za koronavírus, telefonáty lekárom z rodiny, úplná izolácia M. od ostatných obyvateľov bytu... Zistili sme, že asi 9-metrová izba starších detí je z gumy a zmestí sa do nej ešte aj postieľka najmladšieho. A ja, moja mama a tri malé deti sme dokázali fungovať bez najväčšej izby v byte, v ktorej zostal môj muž.

Neviem, či si dokážete predstaviť, čo som cítila. V tých dňoch som bola plná aktivity. Celú svoju energiu som sústredila na to, aby som si poradila s touto situáciou. Aby sme sa nejako pripravili na sviatky (veľké „ďakujem” patrí mojej mame za všetko a švagrovi, ktorý nám robil nákupy), aby sme si poradili s deťmi a s ich potrebou byť s tatom, aby som si uchovala pokoj a zvládla vlastný strach. Jediný moment, v ktorom som dovolila svojim emóciám vyjsť na povrch, bol ten tesne pred s zaspatím, keď som si kládla hlavu na vankúš a premýšľala, či sa na druhý deň zobudím zdravá, či sa moja mama zobudí zdravá, či sa moje deti zobudia zdravé a či sa stav môjho manžela nezhorší.

Neboli to ľahké chvíle.

Našťastie, hoci bol kašeľ M. čoraz nepríjemnejší a nevysoká horúčka mu neprechádzala, jeho stav sa výrazne nezhoršil. To nás upokojovalo, veľa vecí totiž poukazovalo na to, že to nie je TÁ choroba, ale možno chrípka, možno ľahký zápal priedušiek. Nemohli sme však riskovať a vystavovať nebezpečenstvu ostatných, kým choroba celkom neodíde, a preto sme pokračovali v izolácii.

Až prišlo Veľkonočné trojdnie. Najdôležitejšie dni pre katolíkov, prvýkrát pri zavretých kostoloch – pre mňa ako veriacu osobu niečo úplne surrealistické. Síce sme mali plán, ako budeme tento čas prežívať doma, ako sa pomodlíme s deťmi a vysvetlíme im jednotlivé udalosti pripomínane cirkvou v týchto dňoch, nemali sme však plán pre situáciu, v ktorej sme sa ocitli, na modlitbu bez M. – manžela, otca a nášho jediného 100% Slováka. Napokon sme sa pomodlili spolu... cez internet. Áno, JM, náš najmladší, videl ocka po niekoľkých dňoch na obrazovke tabletu. Najprv som si myslela, že sa mi nepodarí utíšiť jeho plač. Našťastie sa po dlhšej chvíli osvojil so situáciou a bol už jednoducho rád – každú chvíľu pribehol k obrazovke, aby oslovil ocka.

Na veľkonočných raňajkách sme sa opäť stretli iba prostredníctvom tabletu, čo by sme si ešte pred niekoľkými dňami ani nevedeli predstaviť. Keby nie moji svokrovci, ktorí nám poslali tradičnú slovenskú šunku, nemali by sme na veľkonočnom stole žiadne slovenské jedlá, pretože tie mal prichystať môj manžel.

Našťastie Veľkonočnú nedeľu už M. preležal v posteli celkom bez horúčky, s občasným zakašľaním. Ten deň sme strávili ešte poväčšine oddelene (staršie deti už mohli ísť pozrieť ocka a z diaľky sa s ním porozprávať), ale už pokojnejší. Veľkonočný pondelok sme po týždennom odlúčení strávili spolu – radostne, s poľskými (polievanie vodou), slovenskými (šibanie korbáčom) aj našimi vlastnými (zbieranie vajíčok) tradíciami, rodinne.

Uff, ale som sa rozpísala. Mala som potrebu porozprávať tento príbeh. Niekedy sa vraciam k starým textom na blogu, k tomuto sa iste tiež raz vrátim a len si povzdychnem: „Ajaj, to bolo dobrodružstvo!”. Ale teraz je to ešte čerstvé, ešte ma to celkom neprešlo. Na chvíľu sa môj svet prevrátil hore nohami a musela som byť veľmi, veľmi silná. Ale všetci sme si poradili. 


wtorek, 31 marca 2020

Sztorm / Búrka

No to piszę ten wstęp po raz milion siedemset tysięcy dziewięćset sześćdziesiąty czwarty (i ostatni). Marzec. Przyjazd mamy. Dzieciaki lekko przeziębione. Pierwsze poważne ataki alergii u DJ. tej wiosny. Egzamin M. z polskiego na poziomie C1 w Krakowie (duma!). I trach. Koronawirus w Polsce. Koronawirus na Słowacji. #zostanwdomu, #zostandoma. Zamknięte szkoły. Kwarantanna. I wszystko, co znaliśmy, się nagle rozsypało.

Pierwsze odczucia? Niedowierzanie, oczekiwanie na rozwój wypadków, względny spokój mimo wszystko. A potem? Powoli wszystko zaczęło do mnie docierać – że część domowników znajduje się w grupie ryzyka, że moja mama, która miała zaplanowany lot powrotny na 24 marca, właściwie u nas utknęła i to bez zapasu lekarstw, że jestem w domu z trójką małych dzieci w różnym wieku, o różnych charakterach i różnych potrzebach, że pierwszy raz spędzimy Wielkanoc w Bratysławie i nie wiadomo, jak długo nie spotkamy się z polską i słowacką rodziną, że mój kraj zamknął granice, a ja jestem po ich drugiej stronie… Te i wiele innych myśli przewaliło się gigantyczną falą przez moją głowę. Przez moment czułam się bliska utonięcia.

Ale? Ale mam ogromne szczęście w tym całym nieszczęściu, które dotyka naszego świata. W naszym domu, na tych naszych siedemdziesięciu paru metrach z balkonem w te (obecnie) sześć osób kochamy się, lubimy, umiemy żyć zgodnie, mimo że siedzimy na kupie (żeby nie było – to nie tak, że ani trochę się nie kłócimy, ale w największych kłopotach zawsze trzymamy sztamę). Mamy co jeść, mamy pracę (choć ja, ze względu na dzieci i częściowe home office mojego męża, z niektórych zleceń muszę rezygnować), dzięki olbrzymiej pomocy mojej mamy jesteśmy w stanie zarówno prowadzić dom, jak i zapanować nad trójką dzieci i odpowiedzieć na ich potrzeby wsparcia, bliskości, edukacji, zabawy, ruchu, odpoczynku… Mam wspaniałych teściów, którzy nas kochają, tęsknią i pomagają, jak mogą (np. wysyłając nam do Bratysławy niedzielne ciasto :)). Mamy życzliwych nauczycieli szkolnych i przedszkolnych, którzy pomagają nam dobrze zorganizować dzieciom czas, troskliwego nauczyciela fortepianu, który wysyła MN. filmy wideo przedstawiające konkretne techniki gry, nad którymi mała może w domu pracować. Mamy pediatrę, która bez mrugnięcia okiem wypisała nam wszystkie potrzebne e-recepty, trafiliśmy na dermatolog, która nie zostawiła nas w potrzebie i gdy odwołała wizytę, na którą czekaliśmy od miesiąca, zaproponowała chociaż wideokonsultację i wypisała leki. Do tego mieszkamy w mieście, które zamknęło szkoły jako pierwsze na Słowacji (już 9 marca), prowadzi intensywną politykę informacyjną i wprowadza szereg działań prewencyjnych, dzięki czemu czuję się po prostu bezpieczniej. W ogóle to „bycie razem w kryzysie” silnie tu w moim otoczeniu na Słowacji wybrzmiewa. Fakt, że całą Słowację zalało maseczkowe pospolite ruszenie, że pani prezydent i cały parlament dają przykład, jest dla mnie budujący (i tak, wiem już z fanpejdża niniejszego bloga, że temat maseczek jest kontrowersyjny, ale ja jestem bardzo za). A że jestem osobą wierzącą, śledzę też poczynania Kościoła. Kościół na Słowacji bez zbędnych dyskusji poparł we wszystkim rząd, od razu rozpoczął akcję informacyjną, zalecał pozostanie w domach, wspierał odkrywanie w rodzinach tych maleńkich domowych kościołów, tworzenie w tych małych wspólnotach przestrzeni do wspólnej modlitwy, dostrzeganie Boga w codziennym życiu i podtrzymywanie nadziei.

Zatem ja tej nadziei nie tracę. Mimo wszystkich przeciwności, które spotykają moją rodzinę, mimo wielu dramatów, które przeżywają moi przyjaciele i dalsi znajomi, mimo tragedii, która spotyka teraz tylu ludzi w tylu krajach na całym świecie. Nie tracę nadziei, choć zdaję sobie sprawę, że nic już nie będzie takie samo. Ale przetrwamy to. Tylko bądźmy razem.


20 marca, nasze drugie i ostatnie wspólne wyjście na dwór, dzień po zakończeniu oficjalnej kwarantanny domowej.

Codzienny rozkład jazdy, bez którego byliśmy wszyscy niczym dzieci we mgle (pismo obrazkowe dla DJ.).

Słowacka rzeczywistość - codzienny program edukacyjny dla dzieci i prowadząca w maseczce.

Nasze typowe wyjście na dwór, czyli wiosenny balkoning :) (tylko obecność M. jest nietypowa).

Píšem tento úvod už po miliónty sedemtisíci deväťstošesťdesiatyštvrtý (a posledný) raz. Marec. Príjazd mamy. Deti ľahko prechladnuté. Prvé vážnejšie útoky alergia na DJ tejto jari. Skúška M. z poľštiny na úrovni C1 v Krakove (hrdosť!). A bum. Koronavírus v Poľsku. Koronavírus na Slovensku. #zostanwdomu, #zostandoma. Zavreté školy. Karanténa. A všetko, čo sme poznali, sa zrazu zosypalo.

Prvé pocity? Neschopnosť uveriť tomu všetkému, očakávanie na vývoj udalostí, napriek všetkému však relatívny pokoj. A potom? Pomaly mi začalo všetko dochádzať – že časť z obyvateľov nášho bytu je v skupine rizika, že moja mama, ktorá mala naplánovaný let naspäť na 24.3. u nás vlastne uviazla, na dôvažok bez zásoby liekov, že som doma s tromi malými deťmi v rôznom veku, s rôznymi povahami a potrebami, že prvý raz strávime Veľkú Noc v Bratislave a nie je jasné, koľko času prejde, kým sa stretneme s poľskou a slovenskou rodinou, že moja vlasť zatvorila hranice a ja som na ich druhej strane... Tie a mnoho iných myšlienok sa prevalili ako obrovská vlna mojou hlavou. Na chvíľu sa mi zdalo, že sa v tom utopím.

Ale? Ale mám obrovské šťastie v tom celom nešťastí, ktoré sa dotýka nášho sveta. V našom byte, na tých plus-mínus sedemdesiatich metroch s balkónom sa my šiesti (momentálny počet) ľúbime, máme radi, dokážeme žiť v zhode, napriek tomu že sme stále pokope (teda, nie je to celkom tak, že sa vôbec nehádame, ale pri najväčších problémoch vždy držíme spolu). Máme čo jesť, máme prácu (hoci ja som s ohľadom na deti a čiastočný home office môjho muža musela niekoľko objednávok odmietnuť), vďaka obrovskej pomoci mojej mamy sme schopní udržiavať domácnosť aj zvládnuť tri deti a naplniť ich potreby podpory, blízkosti, vzdelávania, zábavy, pohybu, odpočinku... Mám skvelých svokrovcov, ktorí nás ľúbia, cnie sa im za nami a pomáhajú nám, ako len môžu (napr. posielajú do Bratislavy nedeľné koláče :)). Máme žičlivých učiteľov v škole i škôlke, ktorí nám pomáhajú dobre zorganizovať deťom čas, starostlivého učiteľa hry na klavíri, ktorý posiela MN videá s ukážkami konkrétnych techník hry, s ktorými môžeme doma pracovať. Máme detskú lekárku, ktorá nám bez mihnutia oka vypísala všetky potrebné lieky elektronicky, našli sme dermatologičku, ktorá nás nenechala bez pomoci a keď musela odvolať návštevu, na ktorú sme čakali vyše mesiaca, ponúkla nám aspoň videokonzultáciu a vypísala lieky. K tomu všetkému bývame v meste, ktoré zavrelo školy ako prvé na Slovensku (už 9. marca), vedie intenzívnu informačnú politiku a zavádza celý rad preventívnych opatrení, vďaka čomu sa jednoducho cítim bezpečnejšie. Celkovo to heslo „byť spolu v čase krízy” v mojom okolí na Slovensku znie veľmi silno. Ten fakt, že celé Slovensko zaplavilo rúškové hnutie, že pani prezidentka a celý parlament sú príkladmi, je pre mňa inšpiráciou (áno, viem už z facebookovej stránky blogu, že téma rúšok je kontroverzná, ale ja som určite za). No a keďže som veriaca, sledujem tiež, ako sa správa cirkev. Katolícka cirkev na Slovensku bez zbytočných diskusií vo všetkom podporila vládu, okamžite začala s informačnou akciou, odporučila prebývanie v domácnostiach, podporila, aby každý našiel vo svojej rodine malú domácu cirkev a aby v nich vznikol priestor na spoločnú modlitbu, vnímanie Boha v každodennom živote a udržiavanie nádeje.

Tú nádej teda nestrácam. Napriek všetkým ťažkostiam, ktorým čelí moja rodina, mnohým problémom, ktoré prežívajú moji priatelia a známi, napriek tragédiám, ktoré zakúša toľko ľudí v toľkých krajinách na celom svete. Nestrácam nádej, hoci si uvedomujem, že nič už nebude ako predtým. Ale podarí sa nám cez to prejsť. Len v tom buďme spolu.


sobota, 29 lutego 2020

Rozšírenie identity / Rozszerzenie tożsamości


Až kým som nestretol N., bol som v Poľsku najďalej v Zakopanom. Na trhovisku. Preto som ho vnímal najmä cez kakofóniu hlasov, hrubé kožuchy, výborné slané syry, vŕzgajúce pod zubami ako nenaolejované dvere a svoj prvý oblek v živote, kúpený práve na trhovisku, ktorý som dostal na birmovku spolu so svetlozelenou košeľou a kravatou. Zabávam sa pri spomienke na predajcu, ktorý pred nami zapálil koženú bundu, aby dokázal, že je fakt z kože. No a ešte jedno sklamané očakávanie: kúpili sme tam s rodičmi anténu a ja som bol presvedčený, že budeme „chytať“ české kanály, dokonca som si naštudoval program. Pamäť s nami niekedy hrá rôzne fígle – asi nikdy nezabudnem, že na druhý deň mal byť futbalový zápas tímu Kaučuk Opava :D, ktorý som však nepozeral, lebo anténa ma do Čiech nikdy nepreniesla.

Teraz vnímam Poľsko celkom inak. Naozaj platí, že výborným spôsobom na odbúravanie predsudkov a vzdelávanie je cestovanie. Čo najautentickejší dotyk s iným človekom, inou krajinou. Pre mňa, platonického pútnika po turistických mapách, je dôležitý aj ten fyzický dotyk s krajinou a mestami, snažím sa vnímať všetkými zmyslami. Z auta/vlaku: nekonečné polia, v diaľke zlovestné komíny Bełchatowa, brezové háje. Z taniera: záplava chutí, prekvapujúce kombinácie, smažené slede v octe, slivky v octe (!), domáca, láskavá kuchyňa poľskej mamy. Z vlastnej skúsenosti pešiaka: hrdé mestá, zelené, dych histórie na každom kroku, niekedy až prihorúci, no pre mňa vťahujúci ako vír. Pamätám si prvé kroky v poznanskej katedrále, taký malý v tých stáročných múroch, a pod mojimi nohami starí vládcovia. Dotyk literatúry a jazyka, postupné prenikanie, ktoré sa nikdy neskončí, dobrodružstvo myslenia, príbeh vnímania. A ešte dejinné, sociálne a kultúrne kontexty, koktejl krívd, výslní, dobrých i horších rozhodnutí, tvoriaci a ovplyvňujúci národný charakter, ktorý síce vôbec neexistuje, ale pohansky v neho veriť nám nik nezabráni. Všetko to smerujúce k postupnému identifikovaniu sa; v skratke: – je to nové -> je to známe -> je to blízke -> je to moje, som to ja.

Dá sa mať viac ako jednu vlasť, viac ako jedno miesto, ktoré voláme domovom? Kde nám všetky zmysly našepkávajú, že tu, TU si doma, tu zlož svoje starosti, tu sú tie „ruky, na ktorých smieš plakať“? Vnímam spev slovenských piesní ako elektrizujúci, ten prúd prechádza všetkými údmi môjho tela, až mi vyrazí slzy v očiach. Takisto sa cítim pri počúvaní čarodejníka Chopina, keď búrlivo i nežne vyjadruje svoju lásku k vlasti, domovu, ktorý je tak ďaleko. Mám prešliapané snáď všetky ulice v mestečku na pobreží, odkiaľ N. pochádza, s kočiarmi aj bez. Ako Elánius z Terryho Pratchetta, ktorý spoznal svoje mesto nohami, aj moje už vedia, aké podložie ich čaká minimálne v štyroch miestach v dvoch krajinách. Aj sny mám viacjazyčné, aj domy a domovy sa v nich striedajú. Stačí malý moment „naskočenia do správneho módu“ a orientujem sa v nich aj potme.

To prvé stretnutie s N., v Poznani, bolo pred desiatimi rokmi. Ja som sa otvoril všetkými zmyslami nielen na ňu, ale aj na jej kontext. Prijal som ho a stále prijímam, napĺňam sa ním a v istom momente to všetko začalo byť čoraz bližšie, začalo byť moje. Neoddeliteľné, súčasť mojej identity. Som v nej doma, som to ja.


Fot.: Adam Małecki, Maleckiart


Dopóki nie poznałem N., najdalej w Polsce byłem w Zakopanem. Na targowisku. Dlatego postrzegałem Polskę przede wszystkim przez kakofonię dźwięków, grube kożuchy, znakomite słone sery, chrzęszczące pod zębami niczym nienaoliwione drzwi, oraz mój pierwszy w życiu garnitur, kupiony właśnie na targowisku, który dostałem na bierzmowanie wraz z jasnozieloną koszulą i krawatem. Uśmiecham się na wspomnienie sprzedawcy, który na naszych oczach podpalił skórzaną kurtkę, by udowodnić, że jest ona z prawdziwej skóry. No i jeszcze jedno rozczarowanie: kupiliśmy tam z rodzicami antenę, a ja byłem przekonany, że dzięki niej „złapiemy” czeskie kanały, dlatego nawet przejrzałem ich program. Pamięć potrafi czasem płatać figle – chyba nigdy nie zapomnę, że nazajutrz miała się odbyć transmisja z meczu piłkarskiego drużyny Kaučuk Opava :D, której jednak nie było mi dane obejrzeć, bo antena nigdy mnie do Czech nie przeniosła.

Teraz odbieram Polskę zupełnie inaczej. Jest sporo prawdy w twierdzeniu, że podróże są doskonałym sposobem na ograniczenie uprzedzeń i edukację. Pozwalają na autentycznie głęboki kontakt z innym człowiekiem, innym krajem. Dla mnie, platonicznego wędrowca po mapach świata, ważny jest też ten fizyczny kontakt z krajem i miastami, staram się poznawać otoczenie wszystkimi zmysłami. Z okien samochodu/pociągu: niekończące się pola, w oddali złowieszcze kominy Bełchatowa, laski brzozowe. Z talerza: zalew smaków, zaskakujące połączenia, śledzie smażone w occie, śliwki w occie (!), domowa, pełna miłości kuchnia polskiej mamy. Z własnego doświadczenia piechura: dumne miasta, zielone, oddech historii na każdym kroku, czasem zbyt gorący, ale wciągający mnie niczym wir. Pamiętam moje pierwsze kroki po katedrze poznańskiej, taki mały w tych prastarych murach, a pod moimi nogami dawni władcy. Kontakt z literaturą i językiem, stopniowe przenikanie, które się nigdy nie skończy, przygoda myślenia, doświadczenie postrzegania. A jeszcze konteksty historyczne, społeczne i kulturowe, koktajl krzywd, momentów chwały, dobrych i mniej trafnych decyzji, kształtujący i wpływający na charakter narodowy, który wprawdzie nie istnieje, ale pogańskiej wiary w niego nam nikt nie zabroni. Wszystko to prowadzi do stopniowego utożsamienia się; innymi słowy: coś nowego -> coś znanego -> coś bliskiego -> coś mojego, jestem w tym ja sam.

Czy można mieć więcej niż jedną ojczyznę, więcej niż jedno miasto, które nazywamy domem? W którym wszystkie zmysły podpowiadają, że tu, TU jesteś w domu, tu możesz przyjść ze swoim zmartwieniem, tu są te „ramiona, w których możesz się wypłakać”? Gd słyszę słowackie pieśni, całe moje ciało przenika prąd, wyciskając z moich oczu łzy. Podobne uczucia towarzyszą mi przy słuchaniu czarodzieja Chopina, gdy burzliwie i czule wyraża swoją miłość do ojczyzny, domu, który jest tak daleko. Przeszedłem chyba wszystkie ulice w miasteczku na Wybrzeżu, z którego pochodzi N., z wózkiem i bez. Niczym Sam Vimes Terry’ego Pratchetta, który poznał swoje miasto nogami, i moje już wiedzą, jakiego podłoża mogą się spodziewać w minimum czterech miejscach w dwóch krajach. Nawet śnię w więcej niż jednym języku, a domy w moich snach się swobodnie zmieniają. Wystarczy tylko „przełączyć się na odpowiedni tryb” i orientuję się w kolejnych wnętrzach nawet po ciemku.

To pierwsze spotkanie z N., w Poznaniu, miało miejsce dziesięć lat temu. Otworzyłem się wtedy wszystkimi zmysłami nie tylko na nią, ale też na towarzyszący jej kontekst. Przyjąłem go i stale przyjmuję, pozwoliłem mu się wypełnić, aż w pewnym momencie wszystko zaczęło być coraz bliższe, zaczęło być moje. Nierozerwalna część mojej tożsamości. To mój dom, to jestem ja.