środa, 31 stycznia 2018

Rady skúseného partnera emigranta / Rady doświadczonego partnera emigranta

Vzťahy sú vo všeobecnosti riadne komplikované. Keď si ich k tomu ochutíte takým cudzokrajným korením ako ja (v mojom prípade azda kôprom, N. by ma iste prirovnala k rasci :)), je na čom pracovať. Dovoľte teda, aby som vám pri mojej premiére na tomto mieste odhalil môj recept na to, ako byť dobrým partnerom emigranta. Nie je to totiž vôbec ľahké. Niečo o tom viem, som ním už pár rokov – teda, pár rokov som partnerom emigrantky, či dobrým, to si netrúfam hodnotiť. Mojou pridanou hodnotou je snáď skutočnosť, že táto skúsenosť nie je jednostranná – bol som nejaký čas práve takým emigrantom, s ktorým to vôbec nebolo ľahké.

Nie každý emigrant odjakživa sníval o tom, že skončí za hranicami. N. teda určite nemala v hľadáčiku Slovensko a ja som si v živote nemyslel, že si raz budem môcť prečítať Pána Tragáčika v origináli. Ale stalo sa a dôležité životné rozhodnutia prinášajú vážne dôsledky (napr. život v Petržalke). Vážim si, že N. sa vzdala tepla domova a rozhodla sa už druhýkrát pre osud emigrantky. Preto si uvedomujem, že jej v prvom rade dlžím trpezlivosť. Zvyknúť si na cudzie mesto v cudzej krajine, nie najkrajšie na svete ani najpriateľskejšie voči mamičkám s deťmi, to chce čas. Hoci nad niektorými krokmi svojho emigranta krútim hlavou, som si vedomý toho, že potrebuje komfort postupného vyrovnávania sa s prostredím, komfort malých krokov. Snáď pričasto zaháľam s povzbudeniami a ponáhľam sa s kritikou, aj keď len podvedomou či neverbálnou. Trpezlivosť je však dar, ktorý stojí darcu často veľa sebazaprenia, no jeho ovocie za to stojí.

Lepšie ako s trpezlivosťou mi to určite ide s vnikaním do kultúry N. Poľský jazyk a kultúra, spoločnosť, geografia, história, šport, politika, to všetko nenásytne vstrebávam už od našich raných chvíľ. Verím, že je to výborný krok k tomu, aby sa N. necítila ako ostrov. Aby vedela, že sa orientujem v jej reáliách a dokážem s ňou držať krok, či už sa bavíme o Stochovi, Jagelovcoch, Bonieckom, májovom prevrate alebo Varšavskom povstaní. Užívam si to, že môžem plynule čítať v ďalšom jazyku. Každý týždeň si prečítam môj obľúbený poľský týždenník a v práci najčastejšie počúvam poľské rádio. Poľské sviatky svätíme snáď ešte o niečo intenzívnejšie ako slovenské (to je dané našimi rozdielnymi postojmi v tejto veci) a bonusom je odhaľovanie tajomstiev poľskej gastronómie – v tom som mimoriadne usilovný :). Naladenie sa na poľskosť mojej N. a jej rôzne aspekty prejavujúce sa predsa okrem vyššie uvedeného aj v našom každodennom živote, výchove detí a základných postojoch je nevyhnutné k tomu, aby sme dokázali vytvoriť domov s rovným postavením našich kultúr.

Napokon, partner emigranta by mal byť otvorený. Pokiaľ naozaj nezapustíme korene tak hlboko, že sa budú dať vyrvať iba za cenu nesmiernych obetí, som otvorený voči zmenám, ktoré nás možno čakajú. Tak, ako sme pred pár rokmi zdvihli kotvy z Poľska smerom na juh kvôli zaujímavej práci, zdvihneme ich opäť, ak k tomu bude dôvod. Sme trošku tuláci, ale mne to skutočne nevadí. Taký je život, ktorý som si sám vybral. Na to rozhodnutie som hrdý a nesiem ho ako štít proti všetkým úskaliam, ktoré na našej ceste stretávame. Byť verný rozhodnutiu, to je hodnota, za ktorou si stojím a ktorú svojej emigrantke ponúkam.

Koľko je zmiešaných manželstiev, toľko je problémov a spôsobov na ich riešenie. Niekto sa vzdá svojej kultúrnej identity a podriadi sa partnerovej, niekto buduje celkom novú v tretej krajine a premeriava tisícky kilometrov akoby nič. Z mojej perspektívy partnera emigrantky sú kľúčové uvedené tri postoje – byť trpezlivý, nasávať kultúrnu identitu N. a neuzamykať náš príbeh do úzkej priehradky. Nikdy to nebolo celkom jednoduché, no pri pohľade do spätného zrkadla vidím, že to vždy stálo za to. 

29.10.2011


Związki są na ogół mocno skomplikowane. Jeżeli dodatkowo przyprawicie je do smaku taką nietypową przyprawą jak ja (w moim przypadku to będzie koperek, N. z pewnością porównałaby mnie do kminku :)), jest nad czym pracować. Pozwólcie zatem, abym w moim premierowym wpisie na tym blogu odkrył przed wami mój przepis na to, jak być dobrym partnerem emigranta. Nie jest to bowiem wcale takie proste. Coś o tym wiem, jestem nim już od kilku lat – ściślej rzecz biorąc, od kilku lat jestem partnerem emigrantki, czy dobrym – nie mi to oceniać. Z pewnością moim atutem jest fakt, że doświadczenie to nie jest jednostronne – przez jakiś czas to ja byłem takim emigrantem, z którym wcale nie było łatwo.

Nie każdy emigrant od zawsze marzył o tym, by wylądować za granicami. N. z pewnością nie miała na swoim radarze Słowacji, a mi w życiu nie przyszło do głowy, że będę mógł kiedyś przeczytać Pana Samochodzika w oryginale. Jednak stało się, a ważne decyzje życiowe niosą ze sobą poważne konsekwencje (np. życie w Petržalce). Doceniam, że N. zrezygnowała z ciepła swojego domu i już drugi raz wybrała los emigrantki. Dlatego mam świadomość, że w pierwszej kolejności jestem jej winien cierpliwość. Oswojenie się z obcym miastem w obcym kraju, ani nie najpiękniejszym na świecie, ani nie najbardziej przyjaznym dla mam z dziećmi, wymaga czasu. Choć widząc niektóre kroki mojego emigranta, kręcę głową, zdaję sobie sprawę, że potrzebuje on komfortu stopniowego przystosowywania się do otoczenia, komfortu stawiania małych kroków. Być może zbyt często ociągam się z zachętą, a spieszę z krytyką, nawet jeśli tylko podświadomą czy niewerbalną. Jednak cierpliwość to dar, który wymaga często od obdarowującego wielu wyrzeczeń, ale przynosi owoce, dla których jest wart każdej ceny.

Na pewno lepiej niż z cierpliwością radzę sobie z przenikaniem do kultury N. Polski język, kultura, społeczeństwo, geografia, historia, sport, polityka, to wszystko pochłaniam łapczywie już od początku naszego związku. Wierzę, że to doskonały krok do tego, aby N. nie czuła się niczym wyspa. Aby wiedziała, że orientuję się w jej rzeczywistości i potrafię dotrzymać jej kroku niezależnie od tego, czy rozmawiamy o Stochu, Jagiellonach, Bonieckim, przewrocie majowym czy powstaniu warszawskim. Cieszy mnie, że mogę płynnie czytać w kolejnym języku. Co tydzień czytam mój ulubiony polski tygodnik, a w pracy słucham najczęściej polskiego radia. Święta polskie obchodzimy chyba jeszcze intensywniej niż słowackie (wynika to z różnego podejścia do tej kwestii), a jako bonus dodam odkrywanie tajemnic polskiej gastronomii – w tym temacie jestem wyjątkowo pilny :). Dostrojenie się do polskości mojej N. i jej różnych aspektów, przejawiających się (oprócz wyżej wymienionych sytuacji) również w naszym codziennym życiu, wychowaniu dzieci i światopoglądzie, jest niezbędne do tego, byśmy umieli stworzyć dom, w którym nasze kultury zajmą równe pozycje.

Wreszcie partner emigranta powinien być otwarty. O ile naprawdę nie zapuścimy korzeni na tyle głęboko, że będzie je można wyrwać tylko kosztem wielkich ofiar, jestem otwarty na zmiany, które być może przed nami. Tak jak przed paru laty podnieśliśmy kotwice i odpłynęliśmy z Polski na południe ze względu na ciekawą pracę, ponownie je podniesiemy, jeżeli będzie do tego powód. Jest w nas coś z włóczęgów, ale mi to naprawdę nie przeszkadza. Tak wygląda życie, które sam wybrałem. Jestem dumny z tej decyzji i niosę ją niczym tarczę wobec wszystkich pułapek, które spotykamy na naszej drodze. Bycie wiernym swojej decyzji to wartość, której się trzymam i którą ofiarowuję mojej emigrantce.

Ile mieszanych małżeństw, tyle problemów i sposobów na ich rozwiązanie. Ktoś zrezygnuje ze swojej tożsamości kulturowej i dopasuje się do partnera, ktoś zbuduje zupełnie nową w trzecim kraju i pokonuje tysiące kilometrów, jak gdyby nigdy nic. Z mojej perspektywy partnera emigrantki kluczowe są trzy wskazane kwestie – bycie cierpliwym, chłonięcie kulturowej tożsamości N. i niezamykanie naszej historii w ciasnej szufladce. Wszystko to nigdy nie należało do najprostszych rzeczy, ale gdy spojrzę wstecz, widzę, że zawsze było warto.

niedziela, 31 grudnia 2017

Gwiazdkowe Vianoce - Vianočná Gwiazdka

To już moje siódme święta z M., dacie wiarę? Siódme polsko-słowackie święta, z czego 4 razy byliśmy na Słowacji, 3 razy w Polsce, 3 razy obchodziliśmy święta trochę bardziej słowackie, 4 razy trochę bardziej polskie (tak, tak, to nie pomyłka, pamiętacie? :)). Na obchodzenie świąt w Polsce czekałam aż 4 lata, od 2013 roku. Długo. Tegoroczne święta były dla mnie prawdziwie magiczne. Wszystko odkrywałam jakby na nowo, wszystko budziło mój zachwyt, nawet koszmarny, ulewny deszcz, siekący na wszystkie strony w towarzystwie dzikiego sztormowego wiatru, gdy szłam z rodziną na Pasterkę, nie zdołał mnie zniechęcić. Nie spodziewałam się, że tak te święta przeżyję. Nawet pisząc te słowa, czuję, że moje oczy robią się podejrzanie szkliste.

Kto z Was zagląda czasem na fejsbukową stronę Słowackiego Galimatiasu, ten wie, że przyjazd do Polski stanął w pewnym momencie pod znakiem zapytania. Nagle w połowie grudnia MN. złapała anginę. A 3 dni później ospę. Wiedzieliśmy, że prawie na 100% ospa czeka też DJ. A jakie żniwo zbierze angina, pozostawało pytaniem otwartym. Mieliśmy 1,5 tygodnia, żeby pierwsza fala chorób minęła. Udało się nam trochę podleczyć i 21 grudnia przyjechaliśmy do Polski.

Poczułam ulgę, szczęście, ale… nie tylko. Bo te wszystkie zawirowania zdrowotne przypomniały mi o niepokoju, który budzi we mnie przyszłość. Niepokoju, związanym z godzeniem polskiej i słowackiej rzeczywistości. Niepokoju, jak będzie z naszymi podróżami, jak je pogodzić ze szkołą, jak je pogodzić z jakimkolwiek zapuszczaniem korzeni w jakimkolwiek miejscu.

Im dłużej jesteśmy z M. małżeństwem, tym bardziej dociera do mnie, jak trudne jest nasze wspólne życie.

Przeżywanie takich wydarzeń, jak święta Bożego Narodzenia, w innej tradycji i kulturze dla mnie wcale nie jest proste. Wiecie, mój dziadek w ostatnich latach życia ciężko chorował, jego pamięć niszczył Alzheimer. I w czasie, gdy już nawet nie poznawał swoich bliskich, 2 rzeczy pamiętał doskonale – słowa modlitwy Ojcze nasz i teksty kolęd. Mocno tkwi mi w głowie obraz kolędującego z nami resztkami sił dziadka, gdy zasiadam raz do polskiego, a raz do słowackiego wigilijnego stołu. Wszystkie te symbole świąteczne, które tak dobrze znam z mojego dzieciństwa, a których nie ma na Słowacji, nabierają zupełnie innego znaczenia, nabierają większej głębi. Czuję, jak mocno jestem wrośnięta w polską tradycję.

Ale żeby nie było tak pesymistycznie :)...

Te święta pokazały mi też, jak wyjątkowe jest nasze wspólne życie. Każdego dnia pracujemy na to, żeby tworzyć z dwóch różnych rzeczywistości jedną wspólną. Każdego dnia pracujemy na to, żeby nasze dzieci wychowywały się w spójnym otoczeniu, przekonane, że to wszystko, w czym żyją, jest absolutnie normalne i fajne, choć trochę inne od tego, co zna większość ich kolegów. Widzę, ile już razem wypracowaliśmy wspólnych tradycji, jak sama swobodnie odnajduję się w tym polsko-słowackim sosie. Urzeka mnie, jak cudowni są nasi bliscy, którzy sami z siebie domagają się np. śpiewania kolęd w innym języku i próbują je śpiewać z nami (za rok muszę w końcu przygotować porządny polsko-słowacki śpiewnik! :)), i pytają, pytają, pytają. Chcą zrozumieć, chcą poznać, chcą jakoś zbliżyć się do naszej rzeczywistości. Mamy ogromne szczęście, mając tak wielkie wsparcie. I mamy ogromne szczęście, mając siebie. Z naszą Vianočną Gwiazdką i z Gwiazdkowymi Vianocami, z karpiem z warzywami i pstrągiem w galarecie albo smażonym dorszem z sałatką ziemniaczaną, z barszczem albo kapuśniakiem na śmietanie, z Gwiazdorem czy Jezuskiem przynoszącymi prezenty, z opłatkiem do składania życzeń i tym opłatkowym sandwichem z miodem i czosnkiem :)… Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać.

I gdy tak o tym wszystkim myślę, odczuwam jakoś mniej tego niepokoju :). Co z tego, że DJ. ma ospę, co z tego, że ja mam anginę, co z tego, że M. ledwo mówi i jedna MN. jest w miarę zdrowa. Przecież dalej mamy siebie. 2018 rok pewnie nie przyniesie mniej kłopotów i zmartwień, ale to nie ma znaczenia. Bo i tak będzie cudowny. Bo w naszym domu dalej będą rozbrzmiewały polskie i słowackie rozmowy, polskie i słowackie piski dzieci. Będziemy czytać polskie i słowackie książki, oglądać polskie i słowackie filmy. W oknie niejeden raz zawiśnie polska i słowacka flaga, przy stole będzie toczył się niejeden polski i słowacki spór. Przed oczami kilka razy mignie polski i słowacki słupek graniczny, a licznik samochodu przekręci się o kilka kolejnych tysięcy kilometrów. To jest nasze bogactwo. To jest nasze polsko-słowackie życie.




To sú už moje siedme sviatky s M., je to vôbec možné? Siedme poľsko-slovenské sviatky z čoho štyrikrát sme boli na Slovensku, trikrát v Poľsku, trikrát sme slávili viac slovenské sviatky a štyrikrát viac poľské (áno, áno, to nie je chyba, pamätáte sa? :)). Na slávenie sviatkov v Poľsku som čakala až 4 roky, od roku 2013. Dlho. Tohoročné sviatky boli pre mňa skutočne zázračné. Všetko som akoby nanovo odkrývala, všetko vo mne vyvolávalo úžas, dokonca ani otrasný lejak šibúci v spoločnosti búrkového vetra na všetky strany počas cesty s rodinou na polnočnú ma neznechutil. Nečakala som, že tie sviatky budem tak prežívať. Dokonca aj pri písaní týchto slov cítim, ako sa mi oči podozrivo zahmlievajú.

Tí z Vás, ktorí sa občas dostanú na fejsbukovú stránku blogu vedia, že vo veci nášho príjazdu do Poľska sa v istom momente objavili otázniky. MN. náhle v polovici decembra dostala angínu. A o tri dni nato kiahne. Vedeli sme skoro na 100%, že kiahne čakajú aj DJ. A čo prinesie angína, to bolo otázne. Mali sme 1,5 týždňa na to, aby sa prvá vlna chorôb prevalila. Podarilo sa nám trochu zlepšiť zdravotný stav a 21.12. sme prišli do Poľska.

Uľavilo mi, pocítila som šťastie, ale nielen to. Pretože tie všetky kotrmelce so zdravím mi opäť priviedli na myseľ nepokoj, ktorý vo mne vzbudzuje budúcnosť. Nepokoj spojený s ladením poľskej a slovenskej reality. Nepokoj súvisiaci s našim cestovaním, ako to s ním bude v spojení so školou detí, so zapúšťaním koreňov kdekoľvek.

Čím dlhšie sme s M. spolu, tým viac si uvedomujem, aký náročný je náš spoločný život.

Prežívanie takých udalostí ako sú Vianoce v súlade s inou tradíciou a kultúrou pre mňa vôbec nie je také ľahké. Viete, môj starý otec bol v posledných rokoch života veľmi chorý, jeho pamäť zničila Alzheimerova choroba. A keď už nepoznal ani svojich najbližších, pamätal si veľmi dobre ešte dve veci: slová modlitby Otče náš a texty poľských kolied. Mám v pamäti ukotvený obraz starého otca ako s nami z posledných síl spieva koledy vždy, keď si sadám k poľskému či slovenskému vianočnému stolu. Všetky tie sviatočné symboly, ktoré tak dobre poznám z detstva a ktoré na Slovensku nemáme, naberajú celkom iný význam a väčšiu hĺbku. Cítim, ako som silno zakorenená v poľskej tradícii. 

Ale aby to nebolo také pesimistické :)...

Tie sviatky mi tiež ukázali, aký výnimočný je náš spoločný život. Každý deň pracujeme na tom, aby sme z dvoch realít vytvorili jednu spoločnú. Každý deň pracujeme na tom, aby sme naše deti vychovávali v celistvom prostredí, aby boli presvedčené o tom, že to všetko, v čom žijú, je úplne normálne a dobré, hoci možno trochu iné od toho, čo pozná väčšina ich kamarátov. Vidím, koľko sme už spolu vytvorili spoločných tradícií, ako sa sama dobre cítim v tej poľsko-slovenskej omáčke. Je úžasné, akí sú naši blízki, ktorí sami od seba chcú spievať koledy v tom druhom jazyku (o rok musím konečne pripraviť poriadny poľsko-slovenský spevník! :)), a pýtajú sa, pýtajú a pýtajú. Chcú pochopiť, chcú spoznať, chcú sa priblížiť nášmu prežívaniu. Máme veľké šťastie, že dostávame takú podporu. A máme veľké šťastie, že máme seba. S našou Vianočnou Gwiazdkou a Gwiazdkovymi Vianocami, s kaprom v zelenine a pstruhom v aspiku alebo smaženou treskou so zemiakovým šalátom, s barščom alebo kapustnicou na smotane, s Gwiazdorom či Ježiškom, ktorí prinášajú darčeky, s oplátkou na vzájomné vinšovanie alebo oplátkou s medom a cesnakom :)... Mohla by som toho ešte viac napísať...

A keď tak o tom všetkom premýšľam, cítim akosi menej toho nepokoja :). Čo z toho, že DJ. má kiahne, čo z toho, že ja mám angínu, čo z toho, že M. ledva hovorí a iba MN. je viac-menej zdravá. Stále máme jeden druhého. Rok 2018 iste neprinesie menej problémov a starostí, ale to nie jen dôležité. Lebo aj tak bude skvelý. Lebo u nás doma budú aj naďalej znieť poľské aj slovenské rozhovory, poľské i slovenské pišťanie detí. Budeme čítať poľské i slovenské knižky, pozerať poľské aj slovenské filmy. Na balkóne bude neraz visieť poľská aj slovenská vlajka, pri stole budeme rozoberať nejeden poľský a slovenský spor. Pred očami sa nám niekoľkokrát mihne poľský aj slovenský hraničný stĺp a na tachometre auta bude o niekoľko tisíc kilometrov viac. To je naše bohatstvo. To je náš poľsko-slovenský život. 

czwartek, 30 listopada 2017

Dowód tożsamości / Preukaz totožnosti

Kurczę, listopad to taki miesiąc, że albo nudzę o rodzinie (bo urodziny młodej), albo o patriotyzmie (bo święta 11 i 17 listopada). No ale znacie mnie – myślę o sobie: patriotka, uznaję patriotyzm za konkretną wartość i chcę to moje postrzeganie patriotyzmu przekazać jakoś moim dzieciom. Brzmi straszliwie konserwatywnie ;). A może nie?

Bo co to jest ten patriotyzm według mnie? Dla mnie to duma narodowa, świadomość mocnych i słabych stron własnego kraju, znajomość państwa pod kątem historii, języka, kultury, geografii, czy zwyczajów. Oczywiście nie wszystko na poziomie ultrazaawansowanym ;). Ale uwaga, uwaga – to nie poczucie bycia lepszym, bardziej wyjątkowym, mającym większe prawo do czegokolwiek. To po prostu świadomość swojej odrębności narodowej na tle innych nacji, poczucie tożsamości.

Jak to realizuję w praktyce? Lubię rozmawiać o swoim kraju, głosuję w wyborach, chętnie poznaję nowe miejsca (choć ostatnio o to dużo trudniej, przyznaję), czytam polską literaturę, promuję polskie produkty, serwuję polskie dania (albo zachęcam M., żeby ugotował coś polskiego, bo to on jest u nas mistrzem kuchni :D), dzielę się polskimi tradycjami ze słowacką rodziną, dbam o dobre imię mojego kraju (pamiętacie jeszcze tę akcję? :))…

A co przekazuję dzieciom? W święta narodowe wywieszamy flagi, zarówno polską, jak i słowacką, wyjaśniamy dzieciom tradycje, opowiadamy o dziejach naszych krajów. Zabieramy dzieci na wybory (bo nie mamy, co z nimi zrobić w tym czasie :P), zwiedzają z nami różne zakątki Polski i Słowacji, uczą się piosenek ludowych…

Lubię też patriotyzm odświętny, kolorowy, radosny. 11 listopada dziewczyny u nas w domu były w spódnicach, chłopaki w koszulach. MN. miała przypięty do bluzki kotylion z orzełkiem i urzekło mnie, jak na zakupach w jednej hali targowej poprosiła o przypięcie go do swetra, żeby było dobrze widać :). Ostatnio złapała też fazę na Mazurka Dąbrowskiego (to chyba przez babcię), więc śpiewałyśmy go w kółko i musiałam na bieżąco wyszukiwać w internecie szczegółowe informacje o wszystkich zasłużonych żołnierzach wymienionych w hymnie ;). Mnie to cieszy, bo z polskością nie musi się wiązać tylko martyrologia czy mesjanizm. Polskość może być wesoła, barwna, żywa. We wszystkim potrzebne jest zachowanie równowagi.

Mam też jednak świadomość, że sytuacja mojej rodziny jest specyficzna. My nie jesteśmy jednorodni. W naszych dzieciach spajają się dwie kultury, dwie narodowości. To jeszcze większe wyzwanie, jeszcze większa potrzeba wzajemnej otwartości, ale i dumy z tej swojej cząstki, przy wielkim szacunku dla drugiej strony. Ostatnio w rozmowie ze znajomą Polką, również mieszkającą na Słowacji, padło stwierdzenie, że Polacy bardzo mocno trzymają się swojej polskości i często wiąże się to z przekonaniem, że polskie równa się lepsze. Coś w tym jest. Bo w mojej sytuacji muszę zawsze wyważyć dwie równoważne racje, znaleźć pomost pomiędzy dwiema równie cennymi i wartościowymi kulturami i widzę, jakie to nieraz dla mnie trudne. A przecież niezbędne w moim polsko-słowackim życiu i tak po prostu – choćby z tego względu, że żyję za granicą.

Na koniec jeszcze jedna refleksja związana z tematem. W listopadzie pierwszy raz wyjechaliśmy gdzieś na weekend bez dzieci. Wielkie wydarzenie, ale nie o tym chcę tu teraz pisać ;). Polecieliśmy do Edynburga. To, co nas tam uderzyło, to mnogość polskich sklepów z napisami niemal wyłącznie w języku polskim. Nawet w wyniku różnych wydarzeń wylądowaliśmy jednego wieczora w polskiej restauracji, z menu w języku polskim, serwującej polskie dania, z polskimi pracownikami. Zaskoczyło nas to, a jednocześnie dało do myślenia i skłoniło do dłuższej dyskusji na temat patriotyzmu i dbania o swoją tożsamość narodową, przebywając za granicą. Czy z cząstki siebie trzeba zrezygnować? Jeśli nie, to jak inaczej zaakceptować tę nową kulturę, w której się znajdzie? Czy zostajemy czegoś pozbawieni, czy przeciwnie – ubogaceni?

Myślę, że umiem sobie odpowiedzieć na te pytania. Jednocześnie wiele różnych kwestii stale we mnie dojrzewa, staję przed nowymi trudnościami i muszę na nowo znajdywać w sobie rozwiązania. Nie chcę nikomu dawać moich odpowiedzi, ale wiem jedno – ważne, by mieć jasno określony kierunek, w jakim się zmierza. Wtedy jest szansa, że nie zgubimy po drodze siebie – i swojej tożsamości.

Nasi mali patrioci 11 listopada

Sklep polski w Edynburgu - na drzwiach odręczne napisy w języku polskim

Restauracja polska w Edynburgu


Ech, november je taký mesiac, v ktorom sa rozpisujem alebo o rodine (lebo malá má narodeniny) alebo o vlastenectve (lebo sú sviatky 11. a 17. novembra). No ale poznáte ma – vnímam sa takto: vlastenka, uznávam vlastenectvo za konkrétnu hodnotu a chcem to moje chápanie vlastenectva nejakým spôsobom odovzdať svojim deťom. Znie to strašne konzervatívne ;). Či nie?

Lebo čo to je to vlastenectvo podľa mňa? Podľa mňa je to národná hrdosť, vedomie o silných i slabých stránkach svojej krajiny, znalosť histórie, jazyka, kultúry, geografie či zvykov krajiny. Samozrejme, nie všetko na super pokročilej úrovni ;). Ale pozor, pozor – neznamená to, že sme lepší, výnimočnejší, že máme väčšie právo na čokoľvek. Je to jednoducho vedomie svojej národnej odlišnosti na pozadí iných národov, pocit identity.

Ako to u mňa vyzerá v praxi? Rada sa rozprávam o svojej krajine, zúčastňujem sa volieb, rada poznávam nové miesta (hoci v poslednej dobe je to ťažšie, priznávam), čítam poľskú literatúru, propagujem poľské produkty, pripravujem poľské jedlá (alebo povzbudzujem M. aby pripravil niečo poľské, lebo on je u nás šéfkuchár :D), šírim informácie o poľských tradíciách v slovenskej rodine, dbám na dobré meno svojej krajiny (pamätáte si ešte túto akciu? :))...

A čo odovzdávam deťom? Počas štátnych sviatkov máme na balkóne vyvesené vlajky, vysvetľujeme deťom tradície, rozprávame sa s nimi o dejinách našich krajín. Berieme deti na voľby (lebo s nimi v tom čase nemáme čo iné urobiť :P), ukazujeme im rôzne zákutia Poľska i Slovenska, učíme ich ľudové piesne...

Mám tiež rada sviatočné vlastenectvo, farebné, radostné. 11. novembra boli u nás dievčatá v sukniach, chlapci v košeliach. MN mala k blúzke pripnutú mašľu s orlom a očarila ma, keď na nákupe v jednej tržnici požiadala, aby som jej ju pripla na sveter, aby ju bolo dobre vidno :). V poslednej dobe má tiež obdobie na poľskú hymnu (asi kvôli starkej), tak sme ju spievali dokola a musela som priebežne na internete hľadať informácie o všetkých zaslúžilých vojakoch, ktorí sú v nej spomenutí ;). Mňa to teší, pretože s poľskosťou sa nemusí spájať len martyrológia či mesiášstvo. Poľskosť môže byť veselá, farebná, živá. Vo všetkom je potrebné zachovať rovnováhu.

Som si však tiež vedomá, že situácia mojej rodiny je špecifická. Nie sme rovnakí. V našich deťoch sa spájajú dve kultúry, dve národnosti. Znamená to ešte väčšiu výzvu, ešte väčšiu potrebu vzájomnej otvorenosti, ale tiež hrdosti z tej svojej čiastky, pri veľkom rešpekte voči druhej strane. Naposledy v rozhovore s mojou známou, Poľskou bývajúcou na Slovensku, padlo, že Poliaci sa veľmi silne držia svojej poľskosti a často sa to spája s presvedčením, že to poľské je lepšie. Niečo na tom je. Lebo v mojej situácii musím vždy vyvažovať dva rovnocenné pohľady, nachádzať prepojenia medzi dvomi rovnako hodnotnými a cennými kultúrami a vidím, že je to pre mňa neraz náročné. Je to však nevyhnutné v mojom poľsko-slovenskom živote a tiež tak vo všeobecnosti – hoci z toho dôvodu, že žijem v zahraničí.

Napokon ešte jedna úvaha spojená s touto témou. V novembri sme po prvý raz vycestovali na víkend bez detí. Veľká udalosť, ale nie o tom chcem teraz písať ;). Leteli sme do Edinburghu. Zaskočil nás tam veľký počet poľských obchodov s nápismi takmer výlučne po poľsky. Dokonca sme v dôsledku rôznych okolností skončili jeden večer v poľskej reštaurácii, s poľským menu, poľskými jedlami a poľskými pracovníkmi. Prekvapilo nás to a tiež podnietilo dlhší rozhovor o vlastenectve a starostlivosti o svoju národnú identitu aj za hranicou. Treba sa vzdať časti zo seba? Ak nie, ako inak prijať novú kultúru, v ktorej sa zrazu nachádzame? O niečo nás to ochudobňuje alebo, na druhej strane, niečím obohacuje?

Myslím, že dokážem v sebe nájsť odpovede na tie otázky. Avšak veľa rôznych záležitostí vo mne stále dozrieva, stojím pred novými ťažkosťami a musím v sebe nanovo hľadať riešenia. Nechcem nikomu podsúvať svoje odpovede, viem však jedno – je dôležité mať jasne určený smer, ktorým sa uberáme. Vtedy existuje nádej, že cestou nestratíme seba ani svoju identitu.