wtorek, 31 października 2017

NIE pytaj o to emigranta / NEpýtaj sa na to emigranta

Emigracja to zdecydowanie niejednorodny temat. Moja bajka, bajka emigrantki społecznej, jest zupełnie inna niż bajka emigrantów ekonomicznych czy politycznych. Do tego dochodzi jeszcze kwestia czasu przebywania na emigracji, kierunku samej emigracji, czy stopnia zorganizowania w danym miejscu Polonii itd. itp. Temat rzeka. Jednak chyba każdy emigrant ma w swoim życiu zestaw żelaznych pytań/komentarzy, które słyszy z zatrważającą powtarzalnością, stwierdzeń-od-których-nie-da-się-uciec (brzmi groźnie? Ma tak brzmieć ;)). Nie zrozumcie mnie źle – zawsze staram się zakładać dobre intencje moich rozmówców (ok, uczciwie przyznaję, czasem ostro o to ze sobą walczę, ale walczę ;)). Nie ukrywam jednak, że w niektórych przypadkach zabrakło im empatii. Drodzy nieemigranci i niebędący w związkach z emigrantami, nie bójcie się, czytając ten tekst, nie wszystkie zawarte w nim przykłady za każdym razem drażnią i nie wszystkie w ten sam sposób ;). W gruncie rzeczy w większości przypadków wywołują u mnie tylko lekki uśmiech, może zabarwiony minimalną nutką ironii. Czasami jednak warto dwa razy się zastanowić, zanim wypowie się pewne stwierdzenia. Nie wszystkie kwestie nadają się na small-talk z emigrantem, warto wziąć to sobie do serca ;).

1. Gdzie jest lepiej?

To pytanie rządzi niepodzielnie wśród najczęściej zadawanych i najbardziej irytujących mnie czy M. pytań ;). No bo co się chce usłyszeć w odpowiedzi? Dla mnie? – w Polsce. Dla M.? – na Słowacji :D. Mówimy o sytuacji ekonomicznej, politycznej czy społecznej? Mówimy o sercu czy rozumie? Mówimy o naszym podejściu do emigracji czy szukamy jakiejś niemożliwej do zlokalizowania „obiektywnej prawdy”? No właśnie. To jest temat na długą dyskusję przy winie z najlepszym przyjacielem, a nie na krótką wymianę zdań z nowo poznanym człowiekiem.

2. Tęsknisz?

A jak myślisz? ;)

3. Chcesz wrócić do Polski? (w przypadku małżeństw dwunarodowych w zależności od tego, gdzie mieszkają: chcecie się wyprowadzić do swojego kraju/kraju współmałżonka?)

Czy na to pytanie można jakoś prosto odpowiedzieć? Zwykłe tak lub nie? Czasem pewnie można, ale czy to tak naprawdę wyczerpuje temat? Czy nie kryje się za tym całe mnóstwo przeróżnych okoliczności, niekoniecznie od nas zależnych? Czy wreszcie w przypadku dwunarodowych małżeństw jest to pytanie, na które można odpowiedzieć bez drugiej połówki? Mam poważne wątpliwości. Poza tym – co uświadomiła mi wczorajsza rozmowa ze znajomą na zbliżony temat – czy odpowiedź na to pytanie może być jedna przez całe życie i nie podlegać zmianie?

4. Jaki masz akcent!

To najbardziej przeze mnie znienawidzone stwierdzenie ;). Pół biedy, gdy ktoś to powie neutralnie, ale gdy ktoś to powie w stylu: „Haha, ale masz akcent, proszę, proszę, jak to śmiesznie brzmi”… nie chcecie wiedzieć, jakie myśli przechodzą mi przez głowę :D. Szczytem jest, gdy ktoś rzuca taki komentarz w kierunku mojego dwujęzycznego dziecka (dla mnie niesamowitego dziecka, które podziwiam za zasób słownictwa i zachwycającą umiejętność płynnego posługiwania się dwoma językami oraz swobodnego przełączania między nimi). Po pierwsze wierzcie mi lub nie – większość moich znajomych nie słyszy żadnego akcentu. Po drugie – na co dzień we własnym domu mówię WYŁĄCZNIE po polsku, niezależnie od tego, że przebywam na Słowacji. Po trzecie – gdy wracam do Polski po długim pobycie za granicą, zawsze przez kilka pierwszych dni mam w głowie najpierw słowackie słówka, ale ta dezorientacja szybko mija. Nie chcę tu nikogo przekonywać do tego, że nigdy nie włącza mi się obcy akcent. Oprócz różnych rzeczy w życiu jestem też muzykiem i to właśnie słuch muzyczny pomógł mi szybko opanować język słowacki, więc bardzo możliwe jest, że w naturalny sposób łapię melodię języka od mojego rozmówcy, w gruncie rzeczy uważam, że to cenna umiejętność. Tyle że takie komentarze odbieram w pewnym sensie jako jakieś podważenie mojej polskości, negowanie mojej troski o język ojczysty, oddalanie mnie od mojego kraju i swoistą ignorancję. Odbieram to tak emocjonalnie, bo na co dzień żyję za granicą i pielęgnowanie języka polskiego jest dla mnie bardzo, bardzo ważne. Jasne, że zdarza mi się poplątać czy zapomnieć jakieś słówko. Ale w takiej sytuacji oczekuję pomocy a nie wyśmiewania mnie.

Ufff, cztery krótkie przykłady, a tyle emocji :D. Ciekawa jestem, czy i wy spotkaliście się w swoim życiu na emigracji z podobnymi pytaniami. A może macie swój własny zestaw komentarzy? :) Dystans do siebie jest na pewno potrzebny, ale czasami ciężko go zachować, gdy ktoś dotyka tych najdelikatniejszych kwestii związanych z naszym życiem. Zdaję sobie sprawę, że trudno się wczuć w sytuację drugiego człowieka, której nie doświadczyliśmy na własnej skórze, a ciekawość jest cechą bardzo, bardzo ludzką. Różnimy się jednak stopniem wrażliwości i warto się czasem ugryźć w język. Mimo wszystko – nie przestawajmy ze sobą rozmawiać :).


Emigrácia rozhodne nie je jednoliata téma. Môj príbeh, príbeh sociálnej emigrantky je úplne iný ako príbehy ekonomických či politických emigrantov. Rolu tiež hrá otázka časového obdobia emigrácie, smeru emigrácie či stupňa, v akom je aktívna Polonia (spolok zahraničných Poliakov) na danom mieste. Široká téma. Každý emigrant má snáď vo svojom živote zoznam otázok/komentárov, ktoré počúva znepokojivo často, tvrdení-ktorým-sa-nedá-vyhnúť (znie to hrozivo? No môže ;)). Nepochopte ma nesprávne – vždy sa snažím predpokladať dobrý úmysel u ľudí, s ktorými sa rozprávam (ok, čestne sa priznávam, že niekedy s tým musím silne zápasiť, no ale zápasím ;)). Neukrývam však, že v niektorých prípadoch mi chýbala empatia. Drahí neemigranti a tí, ktorí nie ste vo vzťahoch s emigrantmi, nebojte sa pri čítaní tohto textu, nie všetky príklady z neho môžu podráždiť, a nie všetky rovnako ;). V zásade vo mne vo väčšine prípadov vyvolajú iba ľahký úsmev, možno prifarbený malou dávkou irónie. Niekedy však stojí za to dvakrát sa zamyslieť, kým niektoré veci povieme. Nie všetky otázky sú vhodným predmetom na small talk s emigrantom, to si treba rozhodne zapamätať ;).

1. Kde je lepšie?

Tá otázka je absolútnym vládcom medzi najčastejšie kladenými a najviac  znervózňujúcimi otázkami ;). Lebo aká by mala byť odpoveď? Pre mňa? V Poľsku. Pre M. na Slovensku :D. Hovoríme o ekonomike, politike či sociálnej situácii? Hovoríme o srdci či o rozume? Hovoríme o našom prístupe k emigrácii či hľadáme akúsi neidentifikovateľnú „objektívnu pravdu”? No práve. To je téma na dlhú diskusiu pri víne s najlepším priateľom a nie na krátky rozhovor s novým známym.

2. Je ti smutno?

A čo myslíš? ;)

3. Chceš sa vrátiť do Poľska? (v prípade dvojnárodových manželstiev v závislosti od toho, kde bývajú: chcete sa presťahovať do svojej krajiny/krajiny manžela?)

Možno na takúto otázku jednoducho odpovedať? Áno alebo nie? Niekedy možno aj áno, ale poskytuje to dostatočne dôkladnú odpoveď? Neskrýva sa za tým celé množstvo rôznych okolností, ktoré od nás nie vždy záležia? Napokon, ide v prípade dvojnárodových manželstiev o otázku, ktorú možno zodpovedať bez druhej polovičky? Vážne o tom pochybujem. Okrem toho - čo som si uvedomila pri včerajšom rozhovore so známou na podobnú tému – môže byť odpoveď na tú otázku iba jedna, a to nemenná počas celého života?

4. Aký máš prízvuk!

To je vyhlásenie, ktoré najviac neznášam ;). Nie je to ešte také zlé, keď to niekto povie neutrálne, ale keď to niekto zahlási v štýle, že „haha, ty máš ale prízvuk, ako to len smiešne znie”, nechcite vedieť, čo mi prechádza hlavou :D. Najhoršie je, keď niekto niečo také povie na adresu môjho dvojjazyčného dieťaťa (pre mňa neuveriteľného, pretože ho obdivujem za slovnú zásobu a úžasnú schopnosť plynule používať oba jazyky a bez problémov medzi nimi prepínať). Po prvé, verte mi to alebo nie, väčšina mojich známych nepočuje žiadny prízvuk. Po druhé, doma hovorím VÝLUČNE po poľsky, bez ohľadu na to, že bývam na Slovensku. Po tretie, keď sa vraciam do Poľska po dlhšom pobyte za hranicou, vždy mi v prvých dňoch prichádzajú na um najprv slovenské slovíčka, ale tá dezorientácia sa rýchlo vytráca. Nechcem nikoho presviedčať o tom, že sa mi nikdy nezapne cudzí prízvuk. Okrem iných vecí v živote som aj hudobníčka, a práve hudobný sluch mi pomohol pri rýchlejšom zvládnutí slovenčiny, takže je dosť možné, že úplne prirodzene preberám jazykovú melódiu osoby, s ktorou sa práve rozprávam, čo v zásade považujem za cennú schopnosť.  Lenže takéto komentáre rozumiem ako isté spochybnenie svojej poľskosti, negovanie mojej starostlivosti o materinský jazyk,  postavenie bariéry medzi mňa a moju krajinu a v istom zmysle ignoranciu. Vnímam to tak citlivo, pretože žijem svoj život za hranicou a starostlivosť o poľský jazyk je pre mňa veľmi, veľmi dôležitá. Jasné, že sa mi podarí občas niečo popliesť či zabudnúť nejaké slovíčko. Ale v takej situácii očakávam pomoc a nie posmech.

Ufff, štyri krátke príklady a toľko emócií :D. Som zvedavá, či ste sa tiež vo svojom živote emigrantov stretli s podobnými otázkami. Možno máte svoju vlastnú sadu komentárov? :) Odstup je naisto potrebný, ale niekedy je ťažké ho zachovať, najmä keď sa niekto dotýka tých najcitlivejších vecí spojených s našim životom. Uvedomujem si, že je náročné vcítiť sa do situácie druhého človeka, ktorú nepoznáme vo vlastnom živote, no a zvedavosť je veľmi, veľmi ľudská vlastnosť. Líšime sa však stupňom citlivosti a niekedy je dobré zahryznúť si do jazyka. Hlavne však – neprestaňme spolu rozprávať :). 

sobota, 30 września 2017

Słowacja, jakiej nie znoszę / Slovensko aké neznášam

Lubię Słowację. Akceptuję jej małe przywary, różne słabości, czy śmiesznostki, bo małżeństwo z M. pozwoliło mi ją lepiej zrozumieć, poznać od środka, a nie tylko od zewnątrz. Bronię jej w Polsce przed stereotypami, wyjaśniam niuanse. Tyle że ta moja Słowacja to Słowacja ludzi i miejsc. Ludzi – Słowaków, z ich specyficznymi cechami charakteru, sposobem nawiązywania i budowania relacji, zainteresowaniami i sposobami wyrażania siebie; miejsc – ziemi słowackiej, z pięknymi miastami, wsiami, zabytkami, przyrodą. Ale istnieje jeszcze Słowacja-państwo, z całą tą swoją machiną administracyjną, biurokracją, polityką. I to już moja Słowacja do końca nie jest. To jest Słowacja, która mnie wkurza, Słowacja obca, Słowacja, która mnie nie chce.

Na wiosnę, po 5 latach od pierwszego zgłoszenia w Nitrze, moje pozwolenie na pobyt na Słowacji straciło ważność. Tym samym utraciłam dokument ze słowackim numerem PESEL, a to pociągało za sobą pewne komplikacje. Nie ulegało wątpliwości, że trzeba znowu pozałatwiać wszystkie formalności. Tyle że sama myśl o wybraniu się na Policję ds. Obcokrajowców w Bratysławie, o której słyszałam sporo złego, wywoływała we mnie ból brzucha. Mało przystępne godziny otwarcia, gigantyczne kolejki, ustawiane listy… Zresztą, nawet wujek Google to wiedział, bo gdy sprawdzałam adres policji na mapie, wyświetliła mi się recenzja miejsca – niecałe 2 gwiazdki ;). To nie nastrajało zbyt pozytywnie, tym bardziej, że mamy w domu małe dzieci, a ja za nic nie chciałam tam iść sama. Trzeba więc było zorganizować jakąś opiekę nad naszymi Słowianami, a M. został oddelegowany do przygotowania wszystkich dokumentów (o tych dokumentach napiszę jeszcze w „Rada pomaga” dla wszystkich tych, którzy znajdą się w podobnej sytuacji).

I co? I zderzył się ze ścianą ;). Policja ds. Obcokrajowców w Bratysławie mówiła jedno, Policja ds. Obcokrajowców w Nitrze mówiła coś zupełnie innego. Skończyło się na tym, że M. skontaktował się z Międzynarodową Organizacją ds. Migracji IOM i dopiero oni mu pomogli. Super, prawda? Jednak to wcale nie jest najmocniejsza część całej historii. Najlepsze zaczęło się wtedy, gdy wybraliśmy się w końcu na policję.

Był początek sierpnia, wróciliśmy dopiero co z Polski, specjalnie na ten „dzień załatwiania” przyjechała do dzieciaków moja szwagierka (i miała czas tylko od 8:00 do 14:00 – bo przecież spokojnie się ze wszystkim wyrobimy w tym czasie). Oddział policji czynny od 7:30, więc M. wyszedł dzielnie z domu o 6:30. Czy był pierwszy? Hm, ósmy… Ale za to miał pierwszy numer jako obywatel Unii Europejskiej, więc nasze szanse wzrosły. Dobiegłam o 8:20 wystraszona, że nie zdążę i… poczekaliśmy jeszcze do 9:15. Dla M. marne 3 godziny z numerem 001… Czy to jakiś problem?

Najważniejsze jednak, że weszliśmy do środka. A tam? 7 stanowisk, z czego czynne 3. Z 3 pań policjantek płynnie językiem angielskim posługiwała się jedna… Nie mieliśmy jednak głowy do zajmowania się tym, co wokół nas, byliśmy skoncentrowani na załatwieniu swojego „problemu” (no właśnie, najgorsze, że coś, co powinno być drobiazgiem, formalnością, człowiek rozpatruje nagle w kategorii wielkiego problemu). Przedłożyliśmy dokumenty, powiedzieliśmy, co i jak, i… Okazało się, że przynieśliśmy niewłaściwy akt własności - na ziemię, na której stoi blok, a nie na samo mieszkanie. Słupek mojej nerwowości podskoczył wyraźnie w górę. Co teraz? Nie można było złożyć wniosku o przedłużenie pobytu, nie mieliśmy potrzebnego dokumentu, a zegar tykał. Na szczęście trafiliśmy na życzliwych ludzi – gdy panie policjantki usłyszały, że mamy opiekę do dzieci załatwioną tylko do 14:00, pozwoliły nam wrócić, gdy zdobędziemy brakujący dokument, i wejść tylnymi drzwiami. Kamień z serca…

Tyle że to wcale nie był koniec naszych problemów, bo ten nieszczęsny akt własności wydawano od ręki tylko w jednym miejscu w Bratysławie – w urzędzie powiatowym w Ružinovie, oddalonym od nas o  kilka kilometrów. Popędziliśmy do domu. M. wsiadł w samochód i pojechał do urzędu, ja odmierzałam czas. Dzięki Bogu załatwił wszystko w ekspresowym tempie i już po godzinie i 15 minutach od wyjścia z budynku policji, weszliśmy do niego ponownie. Była godzina 10:45, oddział był otwarty od ponad 3 godzin, do przerwy obiadowej pozostawało trochę ponad godzinę, akurat trwało obsługiwanie numeru 002 UE…

Gdy nadeszła nasza kolej, wydawało się, że tym razem już naprawdę wszystko musi być dobrze. Tyle, że nie było. Staliśmy przy tym nieszczęsnym policyjnym okienku do 12:00. Pozamykano już budynek ze względu na przerwę obiadową, a my jeszcze czekaliśmy. Ponad godzinę i 15 minut. Trafiliśmy na policjantkę, która się przyuczała, ale nie to stanowiło problem. Największy problem stanowił durny, idiotyczny, niedziałający prawidłowo system komputerowy, z którym panie policjantki dosłownie walczyły i próbowały obejść jego utrudnienia i nielogiczności wszystkimi możliwymi sposobami. Mój przypadek przerósł system tylko dlatego, że oprócz przedłużenia prawa do pobytu zmieniałam też adres zamieszkania. Istny koszmar. Stałam przy tym okienku i było mi najzwyczajniej szkoda policjantek, które musiały pracować w takim oddziale i za pomocą takich narzędzi. W tym miejscu muszę jasno napisać, że były naprawdę wspaniałe – chętne do pomocy, życzliwe, rozumiejące. Tyle że całkowicie bezradne w obliczu absurdów słowackiej biurokracji. Gdy odchodziliśmy z M. o tej 12:00, nie było do końca wiadomo, czy system przyjął nasz wniosek. Byliśmy umówieni, że w razie czego panie policjantki do nas zadzwonią. Na szczęście nie zadzwoniły…

Czekając tam bezczynnie ponad godzinę, miałam okazję przysłuchiwać się sprawom innych petentów i u nich wcale nie było lepiej. Przyszedł pan, który mówił bardzo marnie po słowacku, ale bardzo się starał. Został okradziony, potrzebował nowy dokument pobytu, ale na zwykłej policji nie chciano mu wydać potwierdzenia o kradzieży. A bez tego potwierdzenia na policji ds. obcokrajowców nie mógł nic zrobić… Policjantki doradzały mu, czego ma zażądać na zwykłej policji, żeby nie mogli mu odmówić (!). A potem czekał go oczywiście powrót na oddział ds. obcokrajowców i ponowne stanie w długiej kolejce. Odbijano go sobie niczym piłeczkę pingpongową… Przyszła pani, Angielka, dopiero składała wniosek o pobyt. Ale żeby go złożyć, potrzebowała notarialnego potwierdzenia podpisu właściciela mieszkania, które wynajmowała. Tzn. że ten właściciel musiał się osobiście udać do notariusza, potwierdzić swój podpis, a potem jeszcze wysłać go swojej lokatorce pocztą, bo nie mieszkał w BA. Kto w takiej sytuacji chciałby wynajmować mieszkanie obcokrajowcom?...

Jeszcze teraz zżymam się na myśl o tych wszystkich przypadkach. A przecież cały czas piszę tylko o obywatelach Unii Europejskiej, bo ludzie spoza Unii często muszą spędzać całą noc przed budynkiem policji, żeby w ogóle mieć szansę załapać się do kolejki… Prawdziwy koszmar, brak szacunku dla człowieka, totalnie nieludzkie traktowanie. Najgorsze, że nikt z tym nic nie robi.

Za podsumowanie mojej relacji niech posłuży krótka wymiana zdań z przełożoną policjantek, która miała miejsce, gdy już wychodziłam z budynku:
Ja: „Chyba już naprawdę muszę sobie wyrobić to obywatelstwo słowackie.”
Pani policjantka (całkowicie szczerze i ze swoistą rezygnacją w głosie): „Koniecznie. Żeby nie musiała pani stać w tych straszliwych kolejkach i przechodzić tego wszystkiego.”



Mám rada Slovensko. Akceptujem jeho malé zlozvyky, rôzne slabôstky či smiešnosti, pretože manželstvo s M. mi umožnilo lepšie mu porozumieť zvnútra, nielen zvonka. Bránim ho v Poľsku pred stereotypmi, vysvetľujem nuansy. Lenže to moje Slovensko, to je Slovensko ľudí a miest. Ľudí – Slovákov s ich špecifickými vlastnosťami, spôsobom nadväzovania a budovania vzťahov, záujmami a spôsobmi, akými sa navonok prejavujú; miest – slovenskej krajiny s krásnymi mestami, dedinami, pamiatkami, prírodou. Ale existuje ešte iné Slovensko – štát, s celou tou svojou administratívnou mašinériou, byrokraciou, politikou. A to už moje Slovensko tak celkom nie je. To je Slovensko, ktoré ma hnevá, Slovensko cudzie, Slovensko, ktoré ma nechce.

Na jar, po 5 rokoch od prvého prihlásenia v Nitre stratil platnosť môj pobyt na Slovensku. Tým pádom prestal byť platný môj dokument so slovenským rodným číslom, čo so sebou nieslo isté komplikácie. Nebolo pochýb, že treba znovu vybaviť všetky formality. Avšak už myšlienka na to, že treba ísť na Cudzineckú políciu v Bratislave, o ktorej som počula toľko zlých vecí, vo mne vyvolávala bruchabôľ. Málo prístupné otváracie hodiny, obrovské rady, podohadované zoznamy... Koniec koncov, už aj pán Google to vedel, pretože, keď som skontrolovala adresu polície na mape, zobrazila sa mi recenzia miesta – necelé 2 hviezdičky ;). To mi nepridalo na dobrej nálade, tým viac, že máme doma malé deti a ja som tam ani za nič nechcela ísť sama. Bolo teda potrebné zohnať opateru k našim Slovanom a M. som delegovala, aby pripravil všetky dokumenty (o tých dokumentoch ešte napíšem v „Rada pomaga” pre všetkých, ktorí sa ocitnú v podobnej situácii).

A čo? A narazil ;). Cudzinecká polícia v Bratislave vravela jedno, Cudzinecká polícia v Nitre niečo celkom iné. Skončilo sa to tak, že M. sa skontaktoval s Medzinárodnou organizáciou pre migráciu IOM a až oni mu pomohli. Super, nie? To však stále nie je najsilnejšia časť celého príbehu. To najlepšie sa začalo, keď sme sa napokon vybrali na políciu.

Bol začiatok augusta, práve sme sa vrátili z Poľska, na ten deň vybavovania prišla k deťom špeciálne moja švagriná (a mala čas iba od 8 do 14 – pretože veď dovtedy určite všetko v pohode stihneme). Oddelenie polície fungovalo od 7:30 a tak M. udatne odišiel už o 6:30. Bol prvý? Hmm.. ôsmy. Ale zato mal prvé číslo ako občan Európskej Únie, a teda naše šance sa zvýšili. Dobehla som o 8:20, vystrašená, že nestihnem a... počkali sme ešte do 9:15. Pre M. len 3 hodiny s číslom 001... Problém?

Najdôležitejšie však bolo, že sme sa dostali dnu. A tam? 7 pracovísk, z čoho fungovali 3. Z 3 policajtiek hovorila plynule anglicky jedna... Nezaoberali sme sa však tým, čo sa dialo naokolo nás, sústredili sme sa na vybavenie svojho problému (no práve, najhoršie je to, že niečo, čo by malo byť drobnosťou, formalitou, začne človek vnímať ako veľký problém). Predložili sme dokumenty, povedali čo a ako a... Ukázalo sa, že sme priniesli nesprávny list vlastníctva – na pozemok, na ktorom stojí činžiak a nie na byt. Úroveň mojej nervozity sa výrazne zvýšila. Čo teraz? Nemohli sme predložiť žiadosť o predĺženie pobytu, nemali sme potrebný dokument a čas bežal. Našťastie sme natrafili na žičlivých ľudí – keď panie policajtky počuli, že máme opateru k deťom vybavenú do 14, dovolili nám vrátiť sa po získaní správneho dokumentu a vojsť zadnými dverami. Spadol nám kameň zo srdca...

To však vôbec nebol koniec našim problémom, pretože ten nešťastný list vlastníctva na počkanie vydáva iba jedno miesto v Bratislave – okresný úrad v Ružinove, ktorý je od nás niekoľko kilometrov vzdialený. Poponáhľali sme sa domov. M. sadol do auta a odišiel na úrad, ja som kontrolovala čas. Vďakabohu, vybavil všetko expresne a už po 75 minútach od odchodu z polície sme tam boli znovu. Bolo 10:45, polícia bola otvorená už vyše 3 hodiny, do obedovej prestávky zostávalo niečo vyše hodiny, práve sa venovali číslu 002 z Európskej únie...

Keď sme sa dostali na rad, zdalo sa, že teraz už naozaj všetko musí byť v poriadku. Ale nebolo. Stáli sme pri tom nešťastnom okienku do 12:00. Zavreli už celú budovu kvôli obednej prestávke, ale my sme čakali. Vyše 75 minút. Natrafili sme na policajtku, ktorá sa priúčala, ale to nebol ten problém. Najväčším problémom bol hlúpy, idiotský, nesprávne fungujúci počítačový systém, s ktorým panie policajtky doslova bojovali a skúšali obísť jeho komplikácie a nelogické stránky všetkými možnými spôsobmi. Môj prípad bol takým orieškom pre systém preto, že okrem predĺženia práva na pobyt som tiež zmenila adresu trvalého pobytu. No niečo hrozné. Stála som pri tom okienku a bolo mi ľúto policajtiek, ktoré museli pracovať na takom oddelení, pomocou takých nástrojov. Tu musím výrazne povedať, že boli skutočne skvelé – nápomocné, žičlivé, chápavé. Avšak úplne bezradné zoči-voči absurditám slovenskej byrokracie. Keď sme o tej 12 s M. odchádzali, nebolo vôbec jasné, či systém prijal našu žiadosť. Dohodli sme sa, že v prípade potreby nám panie policajtky zatelefonujú. Našťastie, nezatelefonovali...

Pri tom viac ako hodinovom neaktívnom čakaní som sa mohla započúvať do záležitostí iných stránok, s ktorými to vôbec nebolo lepšie. Prišiel pán, ktorý hovoril veľmi slabo po slovensky, ale veľmi sa snažil. Okradli ho, potreboval nový pobytový dokument, ale na policajnej stanici mu nechceli vydať potvrdenie o krádeži. A bez toho potvrdenia mu na cudzineckej polícii nemohli nijako pomôcť... Policajtky mu poradili, čo má povedať na policajnej stanici, aby ho opäť neodmietli (!). Potom naňho opäť čakal návrat na cudzineckú políciu a státie v dlhom rade. Pohadzovali si ho ako pingpongovú loptičku... Prišla jedna pani, Angličanka, podávala žiadosť o pobyt. Ale aby ju mohla predložiť, musela ma notársky overený podpis vlastníka bytu, ktorý si prenajímala. To znamená, že ten vlastník musel ísť k notárovi, tam si nechať potvrdiť svoj podpis a dokument poslať nájomníčke poštou, pretože nebýval v BA. Kto by v takej situácii chcel prenajímať byt cudzincom?...

Ešte teraz sa hnevám pri myšlienke na všetky tie prípady. A predsa celý čas ide iba o občanov Európskej únie, pretože ľudia spoza Únie musia často stráviť pred budovou polície celú noc, aby sa vôbec dostali na rad… Naozajstná nočná mora, chýbajúca úcta k človeku, totálne neľudské zaobchádzanie. Najhoršie je to, že s tým nikto nič nerobí.

Ako záver z mojej skúsenosti nech poslúži krátky rozhovor s vedúcou policajtiek, ktorý sa odohral, keď som odchádzala z budovy:
Ja: „Už si snáď naozaj musím vybaviť to slovenské občianstvo.”
Pani policajtka (úplne úprimne a s istou odovzdanosťou v hlase): „Určite tak urobte. Aby ste zas nemuseli stáť v tých strašných radoch a opäť cez to všetko prechádzať.”

czwartek, 31 sierpnia 2017

Kiepskie geny / Nedobré gény

Siedzę na balkonie, wygrzewam się w ostatnich promieniach słońca i znowu nachodzą mnie te same wątpliwości, co zwykle. Mi chyba brakuje jakiegoś genu. Genu wiecznej szczęśliwości ;). Albo chociaż genu: „Za granicą też jest dobrze” ;). Dopadnie mnie to cholerstwo, ta polskość okrutna, i ściska, i nie chce puścić… Ta nostalgia, ta tęsknota, ta niezgoda na rozstanie. To naprawdę nie był przypadek, że na moim ślubie z M., czytałam po słowacku czytanie z Księgi Rut: „Gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam…” (Rt 1, 16). O akceptację tego „naszego domu” tu, na Słowacji, muszę nieraz mocno ze sobą walczyć. Jednocześnie jestem głęboko przekonana, że dom jest tam, gdzie jesteśmy razem z M. i z dzieciakami.

Decydując się na kolejną przeprowadzkę, wtedy, w 2015 roku, daliśmy sobie z M. 2 lata. 2 lata życia w Bratysławie, a potem weryfikacja tej decyzji. I ponowne postawienie sobie pytania, czy dajemy radę, czy jesteśmy szczęśliwi, czy umiemy żyć razem właśnie tam.
2 lata miną we wrześniu. Weryfikacja? Jeśli fakt, że nasza córka zaczyna we wrześniu przedszkole tu, w BA, można uznać, za jej element, to może jakaś nastąpiła. Ale gdzieś poza nami, w wartkim nurcie naszego życia. Czy czuję się z tym dobrze? Gdyby nie wczorajsze wspominanie przy winie kilku kamieni milowych naszego wspólnego życia, mogłabym w ogóle o tym nie pomyśleć… Pech jednak chce, że myślę ;). A gdy myślę, to znowu dotyka mnie to okropne rozdarcie. Ta potrzeba zapuszczenia gdzieś korzeni i niechęć przed uczynieniem tego tu, gdzie jestem. Nie chcę pisać „niemożność”, bo na szczęście niektóre rzeczy dzieją się same (mój teść pewnie jak zwykle stwierdziłby, że za dużo myślę ;)).

I tak np. na wiosnę znaleźliśmy „swój” kościół. Chodziliśmy gdzieś na msze, byliśmy coraz bardziej niespokojni i postanowiliśmy coś zmienić. Tak trafiliśmy do małego kościółka z cudownymi mszami dla dzieci, po których dzieciaki wybiegają na przykościelne boisko pograć w piłkę :). Zostaliśmy. Po niedzielnych mszach można nas zawsze spotkać w kawiarni z najcudowniejszymi ciastami w całej Bratysławie (gorąco Wam wszystkim polecam – Zeppelin na ulicy Sedlarskiej ze swoim własnym zapleczem cukierniczym). I co się tam stało na krótko przed wakacjami? Właścicielka nas zapamiętała i witała już jak swoich :). Niby drobiazg, ale gdy pomyślę sobie, że w tej wielkiej Bratysławie jest kawiarnia, w której nie jestem anonimowa i ktoś mnie wita ciepłym uśmiechem i miłym słowem, czuję się tak bardzo u siebie.

Najlepsze (i najtrudniejsze!) jest to, że tęskniłam już za tym. Po długich (cudownych) tygodniach wakacyjnych u moich rodziców i teściów tak bardzo chciałam być już w domu, z M. W domu w Bratysławie. Chciałam już wybrać się po świeże warzywa do Starej Tržnicy, chciałam zajrzeć do naszych sióstr zakonnych, chciałam zjeść pyszne ciasto w Zeppelinie, chciałam pospacerować po Sadzie Janka Krala…

No cóż, nie da się ukryć, że to nie jest czarno-biała historia ;). A mi naprawdę musi brakować jakiegoś genu ;). Gdy podnoszę wzrok, sięgam daleko za horyzont, do mojego kochanego Bałtyku, do mojej kochanej Polski. Ale przecież wszystko, co kocham, jest właśnie tu, w moim domu w Bratysławie. Słyszę właśnie przez szybę, jak hałasuje w salonie…


Sedím na balkóne, vyhrievam sa v ostatných lúčoch slnka a znovu na mňa prichádzajú tie isté pochybnosti ako zvyčajne. Asi mi chýba nejaký gén. Gén večného šťastia ;). Alebo aspoň gén „V zahraničí je tiež dobre” ;). Chytí ma tá potvora, tá ukrutná poľskosť, a stíska, nechce pustiť... Tá nostalgia, ten smútok, ten nesúhlas s rozchodom. Skutočne v tom nebola náhoda, že som počas sobáša s M. čítala po slovensky čítanie z knihy Rút: „Kde pôjdeš ty, pôjdem aj ja, kde sa zdržíš, zdržím sa aj ja...” (Rt 1, 16). O akceptovanie tohto nášho domova, tu na Slovensku, musím so sebou neraz silne bojovať. Zároveň som hlboko presvedčená o tom, že domov je tam, kde sme spolu s M. a deťmi.

Pri rozhodovaní o ďalšom sťahovaní, vtedy v roku 2015, sme si s M. dali dva roky. Dva roky v Bratislave, a následne zhodnotenie toho rozhodnutia. A znova s otázkou, či si poradíme, či sme šťastní, či vieme spolu žiť práve tam. Dva roky sa skončia v septembri. Zhodnotenie? Ak skutočnosť, že naša dcérka nastupuje v septembri do škôlky tu, v Bratislave, možno považovať za jeho prvok, možno už k nejakému došlo. Ale niekde mimo nás, v rýchlom prúde nášho života. Je mi s tým dobre? Keby sme včera pri víne nespomínali niekoľko míľnikov nášho života, možno by mi to ani neprišlo na um... Nanešťastie jednak prišlo ;). A keď o tom premýšľam, znova cítim ten hrozný rozkol. Tú potrebu zapustiť niekde korene a nechuť urobiť to tu, kde práve som. Nechcem písať „nemožnosť”, lebo našťastie, niektoré veci sa dejú samé (môj svokor by iste ako zvyčajne povedal, že priveľa premýšľam ;)).

A tak sme napr. na jar našli „svoj” kostol. Chodili sme niekam predtým, boli sme čoraz nespokojnejší a rozhodli sme sa to zmeniť. Tak sme našli malý kostolík s úžasnými omšami pre deti, po ktorých deti vybehnú na ihrisko pri kostole pohrať sa s loptou :). Zostali sme. Po nedeľných omšiach nás možno vždy stretnúť v kaviarni s najlepšími koláčikmi v celej Bratislave (všetkým srdečne odporúčam – Zeppelin na Sedlárskej ulici, so svojimi vlastnými cukrárskymi výrobkami). A čo sa tam stalo krátko pred prázdninami? Majiteľka si nás zapamätala a vítala ako svojich :). Možno je to len maličkosť, ale keď si pomyslím, že v tej veľkej Bratislave je kaviareň, kde už nie som anonymná a niekto ma víta teplým úsmevom a milým slovom, cítim sa ako doma.

Najlepšie (a najťažšie!) je to, že mi to už chýbalo. Po dlhých (skvelých) prázdninových týždňoch u mojich rodičov a svokrovcov som už veľmi chcela byť doma, s M. Doma v Bratislave. Chcela som sa vybrať po čerstvú zeleninu do Starej tržnice, chcela som stretnúť naše rehoľné sestry, chcela som zjesť výborný koláč v Zeppeline, chcela som sa poprechádzať po Sade Janka Kráľa...

No nič, bezpochyby to nie je čierno-biely príbeh ;). A mne naozaj musí chýbať nejaký gén ;). Keď zdvihnem zrak, hľadím ďaleko za horizont, k môjmu milovanému Baltiku, k môjmu milovanému Poľsku. Jednako však všetko, čo milujem, je práve tu, v mojom domove v Bratislave. Počujem práve cez okno, ako robia huriavk v obývačke...