czwartek, 31 maja 2018

Dobry miesiąc / Dobrý mesiac


Ten mijający maj to był całkiem dobry miesiąc. M. otworzy pewnie szeroko oczy ze zdziwienia, gdy to przeczyta (bo najczęściej w moim słowniku rzeczy czy wydarzenia nie są fajne, póki całkowicie nie dobiegną końca, żeby nie było już cienia możliwości, że coś je popsuje ;)), ale tak – piszę to z pełnym przekonaniem – ten miesiąc jeszcze się nie skończył, ale choćby 31 maja o 23:59 wydarzył się jakiś kataklizm, nie wpłynie to na mój odbiór jego pozostałych 30 dni ;).

Przywitałam maj w Polsce. Po długim czasie nareszcie trafiliśmy szóstkę w totka, czyli prawie przez cały nasz pobyt na Wybrzeżu dopisywała nam piękna pogoda. Zamoczyliśmy pierwszy raz w tym roku nogi w morzu, budowaliśmy zamki z piasku na plaży, odpoczywaliśmy w hamaku, ścigaliśmy się na trawie, zajadaliśmy się lodami, nawet festyn miejski zaliczyliśmy! M. zdążył też przetestować samolot na trasie Gdańsk-Wiedeń, Wiedeń-Gdańsk – lata jak marzenie, polecamy ;).

Powrót do domu okazał się bezbolesny, a weekend, który po nim nastąpił, był dla mnie niczym gwiazdka z nieba – M. pojechał na dwudniowy wypad kawalerski, dzieci pojechały do słowackich dziadków, a ja… spędziłam swój pierwszy weekend, od kiedy mieszkamy w Bratysławie, zupełnie samiuteńka w mieszkaniu. Nie powiem, to było naprawdę coś ;). I wcale nie narzekałam na nudę, kto rzadko zostaje sam we własnym domu, pewnie dobrze mnie zrozumie :D.

Tymczasem dzień po tym, jak wszystkie potwory zwaliły się na powrót do mieszania, przyjechała… moja mama :). Ostatnio była u nas na przełomie listopada i grudnia, więc trochę czasu od tego momentu minęło. Wprawdzie dopiero co widzieliśmy się w Polsce, ale kalendarza czasem nie da się rozciągnąć i nie byliśmy w stanie znaleźć żadnego innego dogodnego terminu w ciągu najbliższych dwóch miesięcy. Spotkanie z mamą odbyło się niestety kosztem tak przeze mnie zachwalanego festiwalu słowackiego filmu, który odbywał się już po raz trzeci w Partizánskem, ale wybiorę się na czwartą edycję :). Z mamą tymczasem byłyśmy na wieży UFO świętować jej urodziny, pojechaliśmy na moje ukochane Węgry do Lébény, Pannonhalma i Györu (cudowne miejsca, gorąco wszystkim polecam, kolejny raz doceniam położenie Bratysławy i możliwości organizowania wspaniałych wycieczek, które stwarza), a gdy dołączył do nas mój tato wraz ze swoimi znajomymi – obejrzeliśmy zaporę wodną Gabčíkovo w akcji („winda” wodna na Dunaju dla wielkich promów :)) i zaliczyliśmy niezapomnianą jazdę Prešporáčikiem po Starym Mieście, o której wspominałam już na fb niniejszego bloga ;). Aha, no i miałam ogromne szczęście spędzić Dzień Matki ze swoimi dziećmi i ze swoją własną mamą :). Czego chcieć więcej? :)

W międzyczasie otrzymałam jeszcze parę świetnych wiadomości, nawiązałam parę cennych kontaktów, wykonałam parę ciekawych zleceń. Do tego wspaniałe nagrody dla polskich twórców (Złota Palma dla najlepszego reżysera w Cannes dla Pawła Pawlikowskiego i Międzynarodowa Nagroda Bookera dla Olgi Tokarczuk). Tak. To to był naprawdę dobry miesiąc. Bez dwóch zdań :).



Ten končiaci sa máj to bol celkom dobrý mesiac. M. isto naširoko otvorí oči od prekvapenia, keď si to prečíta (pretože najčastejšie v mojom slovníku veci alebo udalosti nie sú dobré, kým sa celkom neskončia, aby nebola žiadna šanca, že sa v nich niečo pokazí ;)), ale áno – píšem to s plným presvedčením – ten mesiac sa ešte neskončil, ale aj keby sa 31.5. o 23:59 stala nejaká katastrofa, neovplyvní to moje vnímanie zvyšných 30 dní ;).

Máj som privítala v Poľsku. po dlhom čase sme konečne mali šťastie, pretože celý náš pobyt na pobreží nás sprevádzalo krásne počasie. Prvýkrát v tomto roku sme si omočili nohy v mori, stavali sme hrady z piesku na pláži, odpočívali sme v sieti, naháňali sme sa po tráve, napchávali sa zmrzlinou, dokonca sme sa zúčastnili aj miestneho festivalu! M. tiež stihol otestovať lietadlo na trase Gdańsk-Viedeň, Viedeň-Gdańsk – je to spojenie podľa našich predstáv, odporúčame ;).

Návrat domov bol bezbolestný a víkend, ktorý po ňom nasledoval, bol pre mňa ako dar z neba – M. šiel na dvojdňovú rozlúčku so slobodou, deti odišli k slovenským starým rodičom a ja.... ja som strávila svoj prvý víkend, odkedy bývame v Bratislave, úplne sama v byte. Nebudem klamať – to bolo skutočne niečo! ;) A vôbec som sa nesťažovala na nudu – kto býva zriedka sám vo vlastnom byte, ten ma určite ľahko pochopí :D.

No a deň po tom, ako sa všetky potvory vrátili do bytu, prišla... moja mama :). Naposledy u nás bola na prelome novembra a decembra, a odvtedy už prešlo veľa času. V skutočnosti sme sa len chvíľu predtým rozlúčili v Poľsku, ale kalendár sa niekedy nedá natiahnuť a nedokázali sme nájsť žiadny iný vhodný termín počas najbližších dvoch mesiacov. Stretnutie s mamou síce znamenalo, že som sa musela vzdať účasti na festivale slovenského filmu, ktorý som naposledy tak chválila a ktorý sa už tretíkrát uskutočnil v Partizánskom, ale určite pôjdem na štvrtý ročník :). S mamou sme však boli na veži UFO sláviť jej narodeniny, vycestovali sme do môjho obľúbeného Maďarska, do Lébény, Pannonhalmy aj Györu (krásne miesta, veľmi ich všetkým odporúčam a opätovne sa teším z polohy Bratislavy a možnosti organizovania skvelých výletov, ktorú vďaka tomu máme), a keď sa k nám pridal môj tato spolu so svojimi známymi, prezreli sme si Vodné dielo Gabčíkovo v akcii (vodný „výťah” na Dunaji pre veľké lode :)) a prešli sme sa tiež Starým mestom na nezabudnuteľnom Prešporáčiku, čo som už spomenula aj na fb blogu ;). Aha, no a mala som veľké šťastie, pretože som mohla stráviť Deň matiek (26. maj) so svojimi deťmi aj so svojou mamou :). Čo viac si priať? :)

Medzitým som dostala niekoľko výborných správ, nadviazala zopár cenných kontaktov, vybavila niekoľko zaujímavých objednávok. K tomu ešte úžasné ocenenia poľských tvorcov (Zlatá palma pre najlepšieho režiséra v Cannes pre Pawła Pawlikowského a Medzinárodná cena Bookera pre Olgu Tokarczuk). Áno. Bol to skutočne dobrý mesiac. Nepochybne :).

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Zrozumieć Mickiewicza / Pochopiť Mickiewicza


Nie, to nie będzie wpis o moim bracie. Ale tak się składa, że przez długie lata darliśmy koty (serdeczne pozdrowienia dla niego, ogarnęliśmy się trochę z wiekiem :D) i mam takie jedno wspomnienie z czasów studiów, które znakomicie zilustruje temat, który chcę dziś poruszyć.

Otóż te 10 lat temu (sic!) mieszkałam i studiowałam w Poznaniu, a mój brat mieszkał w domu rodzinnym i uczył się w Gdańsku. Odwiedzałam dom mniej więcej raz w miesiącu. Łatwo się domyślić, że moje uczestnictwo w życiu rodzinnym było mocno ograniczone. Tymczasem moja mama to ten typ cudownej strażniczki ogniska domowego chcącej nam wszystkim nieba uchylić, która swoją zosio-samosiowatością potrafi być też cudownie wkurzająca (mamuś, moja wierna czytelniczko :*), tzn. wszystko zrobi za wszystkich i słowem nie piśnie, żeby jej w czymś pomóc. Tak też było ze sprzątaniem domu. Widziałam wyraźnie, że się zwyczajnie przemęcza, więc poszłam do mojego brata i powiedziałam, że mógłby jej trochę pomoc, bo to nie jest ok. W odpowiedzi na to usłyszałam chłodne i twarde (ach, te lata młodzieńcze :P) „Ty – tu – nie – mieszkasz”.

Ja – tu – nie – mieszkam. Przyznaję, to było mocne uderzenie. Oczywiście to było lata temu, jesteśmy z moim bratem baaaardzo różni, więc i nasza komunikacja długo nie stała na mistrzowskim poziomie, zresztą jego odpowiedź wcale nie wykluczała, że on mamie jednak pomagał, temat dawno zamknięty :). Ale w jakimś sensie te słowa są szalenie aktualne w kontekście mojego obecnego życia. Bo ja nie – mieszkam – w – Polsce. I o tym będzie ten post.

Spędziłam poza Polską już prawie 5 lat mojego życia. To oczywiście niewiele z perspektywy mojej sąsiadki z czasów Nitry, która żyła na Słowacji już od 40 lat (to był dopiero przypadek, mieszkała w mieszkaniu tuż pod naszym :)), ale to już całkiem sporo, aby się od kraju oddalić na różnych płaszczyznach. Jak skonstatowałyśmy kiedyś z moją ukochaną B., mieszkającą poza krajem jeszcze dłużej ode mnie – polskie życie nas w pewnym sensie omija, mamy je gdzieś w głowie, w sercu, we wspomnieniach, w wyobrażeniach, ale nie w rzeczywistości, nie w tej zwykłej codzienności. Nasz obraz Polski jest inny – w pewnych wymiarach niekompletny, w pewnych wymiarach nieaktualny, a w jeszcze innych poszerzony o doświadczenie polonusa. Jesteśmy i jednocześnie nie jesteśmy częścią polskiej wspólnoty. Mogę i staram się aktywnie kultywować polskie tradycje we własnym domu, dbam o swój język ojczysty, zaszczepiam miłość do Polski moim dzieciom, w miarę możliwości kupuję polskie produkty (książki, dużo książek :)), prowadzę tego bloga, interesuję się polską polityką, biorę udział w wyborach, staram się być na bieżąco i wiedzieć, co się dzieje w kraju. Tak tworzę tę moją podstawową komórkę polskiej wspólnoty – chociaż ze Słowakiem. Jednocześnie widzę, jak coraz trudniej zachować mi czystość własnego języka, gdy na usta pchają się słowackie wyrazy, widzę, że w wielu kwestiach dotyczących funkcjonowania państwa stoję z boku (jak choćby wprowadzona w moim odczuciu w katastrofalny sposób reforma edukacji, która – gdybym żyła w Polsce – byłaby dla mnie bardzo istotna), widzę, że coraz mniej orientuję się w trendach w kulturze, zaskakują mnie zmiany zachodzące w polskich miastach, które fantastycznie się rozwijają (ostatnio kolejny raz zachwycił mnie mój kochany Poznań :)), nie jestem w stanie w ciągu tych paru odwiedzin w roku wszystkiego nadrobić, ze wszystkim nadążyć. Co najtrudniejsze – nie mogę aktywnie uczestniczyć w życiu wspólnoty lokalnej (mojej ukochanej salezjańskiej parafii, mojego małego miasta, które też zmienia się bardzo na korzyść). A chciałabym. Chciałabym bardziej być – ciałem, nie tylko sercem. B. zażartowała w jednej z naszych rozlicznych rozmów, że gadamy jak Mickiewicz, ale wiecie co? Ja serio tę tęsknotę XIX-wiecznych romantyków zrozumiałam (nie było z tym tak dobrze w czasach liceum :D).

Jedno jednak wiem na pewno: może i nie mieszkam w Polsce, ale Polska żyje we mnie. I głęboko wierzę, że mam pełne prawo do czucia się częścią tej wspólnoty, tak jak te 10 lat temu czułam się częścią mojej rodziny i chciałam uczestniczyć w jej codzienności, choć była moim udziałem tylko przez kilka dni w miesiącu. Mimo że ja – w – Polsce – nie – mieszkam, nie przestałam być jednym z ogniw, które ją tworzą. Wysunięcie takiego zarzutu przeciw jakiemukolwiek emigrantowi jest najzwyczajniej w świecie wykluczające i niesprawiedliwe. Mam świadomość, że to jest inny rodzaj uczestnictwa, wchodzę na tę imprezę na innym bilecie niż większość Polaków. Ale mój bilet jest tak samo ważny, chociaż zajmuję miejsce w dalszym sektorze. Nie pozwala mi to widzieć wyraźnie wszystkich szczegółów, za to daje szerszą perspektywę, czasem większy dystans do wielu spraw, a to wartość, którą mogę wnieść w życie mojego kraju, choćby poprzez dyskusje z przyjaciółmi. Mam w rękach inne narzędzia, ale mogę z nich robić tak samo dobry użytek. Nie uciekłam tylnymi drzwiami, nie zgubiłam biletu. Nie zamierzam nigdzie wychodzić. Zostaję.





Nie, to nebude post o mojom bratovi. Ale dlhé roky sme si skákali do vlasov (srdečne ho pozdravujem, postupom času sa to medzi nami zlepšilo :D) a mám takú jednu spomienku zo študentských čias, ktorá výborne ilustruje tému, ktorej sa chcem dnes dotknúť.

Nuž teda, pred 10 rokmi (!) som bývala a študovala v Poznani a môj brat býval s rodičmi a študoval v Gdańsku. Vracala som sa domov viac menej raz za mesiac. Nie je ťažké si predstaviť, že moja účasť na rodinnom živote teda bola veľmi obmedzená. No a moja mama je ten typ čarovnej strážkyne rodinného krbu, ktorá by nám zniesla aj modré z neba, ktorá nás svojim „ja sama, ja sama” niekedy aj čarovne nahnevá (mama, moja verná čitateľka :*), t.j. robí všetko za všetkých a ani nenaznačí, aby sme jej v čomkoľvek pomohli. Tak to bolo aj s upratovaním. Jasne som videla, že má toho veľa na pleciach, tak som šla za svojim bratom a povedala mu, že by jej mohol trochu pomôcť, lebo to nie je ok. Ako odpoveď som si vypočula chladné a tvrdé (ach, tie mladé letá :P) „Ty – tu – nebývaš”.

Ja – tu – nebývam. Priznám sa, bol to silný úder. Samozrejme, bolo to pred mnohými rokmi a s mojim bratom sme veľmi rozdielni, a preto ani naša komunikácia nebola na majstrovskej úrovni, koniec koncov, jeho odpoveď neznamenala, že mame nepomáhal, koniec, stačí :). Ale v istom zmysle sú tie slová veľmi aktuálne v kontexte môjho dnešného života. Lebo ja – nebývam – v – Poľsku. A o tom budem písať.

Strávila som mimo Poľska už takmer 5 rokov môjho života. To je samozrejme máličko z perspektívy mojej susedky z Nitry, ktorá žila na Slovensku už 40 rokov (to bol teda prípad, bývala v byte pod nami :)), ale aj to je už dosť na to, aby som sa od svojej krajiny vo viacerých oblastiach vzdialila. Ako sme kedysi skonštatovali s mojou milovanou B., ktorá býva v zahraničí ešte dlhšie ako ja, poľský život nás v istom zmysle obchádza, máme ho kdesi v hlave, v srdci, v spomienkach, v predstavách, ale nie v každodennosti. Náš obraz o Poľsku je iný, v istom zmysle nekompletný, v mnohých veciach neaktuálny, a ešte v iných obohatený o skúsenosť zahraničného Poliaka. Môžem a aj sa snažím aktívne kultivovať poľské tradície u nás doma, dbám na svoj materinský jazyk, vštepujem deťom lásku k Poľsku, nakoľko je to možné kupujem poľské produkty (knižky, veľa knižiek :)), píšem tento blog, zaujímam sa o poľskú politiku, zúčastňujem sa volieb, snažím sa nezaostávať a vedieť, čo sa v Poľsku deje. Tak budujem tú svoju základnú jednotku poľského spoločenstva – hoci aj so Slovákom. Zároveň však vidím, ako je čoraz ťažšie uchovať čistotu vlastného jazyka, keď sa na jazyk tlačia výrazy v slovenčine, vidím, že v mnohých záležitostiach týkajúcich sa fungovania štátu stojím na boku (napr. vo veci reformy systému vzdelávania, ktorá je podľa mňa zavádzaná katastrofálne a ktorá by pre mňa bola veľmi dôležitá, keby som žila v Poľsku), vidím, že čoraz menej sa orientujem v kultúrnych trendoch, prekvapujú ma zmeny, ktoré prichádzajú do poľských miest, fantasticky sa rozvíjajúcich (naposledy ma opäť raz očarovala moja milovaná Poznań :)), nie som schopná počas tých niekoľkých návštev počas roka všetko nadrobiť a dobehnúť. Čo je však najťažšie, nemôžem sa aktívne zúčastňovať života v mojej poľskej miestnej komunite (v mojej milovanej saleziánskej farnosti, v mojom malom meste, ktoré sa tiež pozitívne mení). A chcela by som. Chcela by som byť viac – telom, nielen srdcom. B. v jednom z našich rozličných rozhovorov zažartovala, že rozprávame ako Mickiewicz, ale viete čo? Ja som naozaj pochopila ten smútok romantikov z 19. storočia (na rozdiel od gymnaziálnych rokov :D).

Jedno je však isté: síce nebývam v Poľsku, Poľsko však žije vo mne. A hlboko verím, že mám plné právo cítiť sa ako súčasť toho spoločenstva, tak ako som sa pred desiatimi rokmi cítila ako súčasť mojej rodiny a chcela som sa zúčastňovať jej každodennosti, hoci som s ňou bola iba niekoľko dní za mesiac. Aj keď ja – v – Poľsku – nežijem, neprestala som byť jedným z ohniviek, ktoré ho tvoria. Takáto výčitka voči akémukoľvek emigrantovi je jednoducho vylučujúca a nespravodlivá. Som si vedomá toho, že ide o iný druh účasti, prichádzam na to predstavenie s iným lístkom ako väčšina Poliakov, je však takisto platný, hoci možno do vzdialenejšieho sektoru :). Neumožňuje mi to vidieť jasne všetky podrobnosti, dáva mi však širšiu perspektívu a niekedy väčší nadhľad nad mnohými záležitosťami. To je hodnota, ktorú môžem priniesť do života v mojej krajine, napr. prostredníctvom diskusie s priateľmi. Mám v rukách iné nástroje, ale môžem nimi spraviť takisto veľa dobrého. Neušla som zadnými dverami, nestratila som lístok. Neplánujem nikam ísť. Zostávam.

sobota, 31 marca 2018

Dom / Domov


Marzec dobiega końca, a ja wciąż nie mogę się nadziwić, że minęło 5 pełnych lat, od kiedy zaczęłam pisać, a na moim blogu znajduje się już 60 wpisów dokumentujących to wszystko, co przeżyłam przez te lata, dobre i trudne strony życia z obcokrajowcem, na emigracji, wychowując dwukulturowe dzieciaki. Nie wiem, dlaczego zaczęłam pisać, serio (poza tym, że M. mnie do tego straszliwie zachęcał :)), ale wiem, co mi to pisanie dało. A dało mi szersze spojrzenie na to moje życie, czasem zmuszało do pozytywnego myślenia (a to nie jest moja najmocniejsza strona, M. by wam o tym chętnie poopowiadał ;)), czasem zmuszało do myślenia w ogóle – np. jak rozwiązać takie kwestie jak dwujęzyczne wychowanie, czy łączenie polskich i słowackich tradycji, sprawiło też, że poznałam całą masę ludzi znajdujących się w podobnej sytuacji, mogłam czasem, dzięki ich komentarzom czy mejlom, zajrzeć do ich domów, dowiedzieć się, jakie rozwiązania w nich stosują, a przede wszystkim uświadomiło mi, że nie jestem z tym całym polsko-słowackim galimatiasem sama. Dlatego wszystkim Wam serdecznie dziękuję za to, że ze mną jesteście i że stale motywujecie mnie do działania :).

Uczciliśmy to, tort był pyszny :).

A dzisiejszy post zainspirował cykl felietonów Filipa Springera ukazujący się od niedawna w Vogue.pl, dotyczący postrzegania tego, czym jest dom i co go tworzy. Czytam go z dużym zainteresowaniem, bo to chyba najtrudniejsza i najbardziej niejednoznaczna kwestia w całym moim polsko-słowackim życiu.

Może zabrzmi to odrobinę brutalnie, ale 7 lat temu, gdy zaręczałam się z M., nikt nie ostrzegł mnie, na jaką minę się tak naprawdę pakuję. Wśród moich przyjaciół nie było dwunarodowych małżeństw, wiedzy o kulturze słowackiej można było ze świecą szukać. Nie byliśmy z M. naiwni, wiedzieliśmy, że czeka nas solidna orka, ale uczciwie muszę przyznać, że na wieczne wchodzenie pod górę nie byłam przygotowana.

Bo ten przeklęty „rozkrok”, w którym stoimy między Polską a Słowacją, jest na całe życie. To nie jest wybór na rok czy 5 lat, to jest wybór na zawsze. A ja tę perspektywę mam, gdy myślę o M. i dzieciakach, ale nie mam jej, gdy wyobrażam sobie siebie na Słowacji. Ja tego dosłownie nie mogę zrobić. Przewijam w głowie film o 20 lat do przodu i stop, nie mogę, włączam cofanie. Widzę nas, widzę naszą rodzinę i tego jednego obrazu trzymam się najmocniej, jak umiem. Nie widzę siebie tu, gdzie teraz jestem. Z drugiej jednak strony mojego domu nie tworzy miejsce, nie tworzą cztery ściany, nie tworzy miasto, ani państwo. Nie mogą go tworzyć, to nie do pogodzenia z życiem, które wybrałam. Mój dom tworzą moi najbliżsi. Bo ja przy nich jestem zawsze w domu, nawet jeśli ten dom mam przez 12 godzin w samochodzie w drodze na Wybrzeże. Mojego domu nie tworzy wspólny język, kultura, osadzenie we wspólnej rzeczywistości – wspomnień, doświadczeń. W naszym domu te wymiary budujemy od zera. Gdy myślę: „dom”, mam przed oczami tylko i wyłącznie M. i dzieciaki, nasz dom trzyma się w posadach tylko dzięki miłości i nieustannemu „chceniu”.  Chcemy być razem, chcemy, żeby nam się udało, chcemy burzyć nasze wyobrażenia o idealnym życiu (np. mieszkaniu przez płot z rodzicami :)) na rzecz budowania realnego życia, chcemy szukać wspólnych płaszczyzn, chcemy brać nasze wspólne życie takie, jakie jest, chcemy umieć żyć w obydwu krajach, chcemy, chcemy, chcemy.

I chyba na tym chceniu skończę, bo co tu można więcej powiedzieć? Kochamy się. Chcemy. Tak każdego dnia powstaje nasz dom.





Marec sa pomaly končí a ja stále nemôžem vyjsť z úžasu nad tým, že už 5 rokov prešlo odkedy som začala písať, a na mojom blogu sa nachádza už 60 príspevkov dokumentujúcich to všetko, čo som prežila za tie roky, dobré i ťažké stránky života s človekom z inej krajiny, v zahraničí, pri výchove dvojkultúrnych detí. Neviem, prečo som začala písať, vážne (okrem toho, že M. ma k tomu veľmi povzbudzoval :)), ale viem, čo mi to písanie dalo. Dalo mi širší pohľad na ten môj život, niekedy ma prinútilo pozitívne myslieť (a to nie je moja silná stránka, M. by vám o tom vedel dlho rozprávať ;)), niekedy ma prinútilo premýšľať tak vo všeobecnosti – napr. ako vyriešiť také otázky ako je dvojjazyčná výchova či prepájanie poľských a slovenských tradícií. Spôsobilo tiež, že som spoznala mnoho ľudí, ktorí sa nachádzajú v podobnej situácii a vďaka ich komentárom či mejlom som mohla občas nazrieť do ich domácností a dozvedieť sa, aké riešenia majú oni a predovšetkým to, že nie som v celom tom poľsko-slovenskom galimatiáši sama. Preto vám všetkým srdečne ďakujem, že ste so mnou a stále ma motivujete k činnosti :).



Ten dnešný príspevok je inšpirovaný cyklom fejtónov Filipa Springera, ktorý sa objavil nedávno na Vogue.pl, pretože hovorí o vnímaní toho, čo je to domov a čo ho tvorí. Čítam ho s veľkým záujmom, pretože je to snáď najťažšia a najmenej jednoznačná otázka v celom mojom poľsko-slovenskom živote.

Možno to zaznie trochu brutálne, ale pred 7 rokmi, keď som sa zasnúbila s M., mi nikto nepovedal, aký bič som si na seba v skutočnosti uplietla. Medzi mojimi priateľmi neboli dvojnárodné manželstvá, informácie o slovenskej kultúre neboli veľmi dostupné. Neboli sme s M. naivní, vedeli sme, že nás čaká tvrdá práca, ale čestne sa priznávam, že na nekonečnú plavbu proti prúdu som nebola pripravená.

Pretože to, ako sme rozkročení medzi Poľskom a Slovenskom, je na celý život. Nie je to voľba na rok či na päť rokov, je to navždy. A ja tú perspektívu vnímam, keď myslím na M. a deti, ale nie vtedy, keď si samu seba predstavujem na Slovensku. Doslova to nedokážem. Pretáčam si v hlave film o dvadsať rokov dopredu a stop, nedokážem, musím sa vrátiť späť. Vidím nás, vidím našu rodinu a držím sa toho jedného obrazu tak silno ako viem. Nevidím sa tu, kde som teraz. Na druhej strane však môj domov netvorí miesto, netvoria ho štyri steny, mesto ani krajina. Nemôžu ho tvoriť, nie je to totiž v súlade so životom, ktorý som si vybrala. Môj domov tvoria moji najbližší. Lebo pri nich som vždy doma, hoci aj v momente, keď cestujem 12 hodín autom k baltskému pobrežiu. Môj domov netvorí spoločný jazyk, kultúra, existencia v spoločnej realite spomienok či skúseností. U nás doma to všetko budujeme od základov. Keď myslím na domov, mám pred sebou výlučne M. a deti, náš domov stojí iba vďaka vzájomnej láske a neustálemu chceniu. Chceme byť spolu, chceme, aby sa nám to podarilo, chceme rúcať naše predstavy o ideálnom živote (napr. o bývaní v susedstve rodičov :)) a namiesto toho budovať reálny život, chceme hľadať spoločné základy, chceme brať náš spoločný život taký, aký je, chceme dokázať žiť v oboch krajinách, chceme, chceme, chceme.

Pri tom chcení snáď treba skončiť, lebo čo viac možno povedať? Ľúbime sa. Chceme. Takto každodenne vzniká náš domov.