czwartek, 31 sierpnia 2017

Kiepskie geny / Nedobré gény

Siedzę na balkonie, wygrzewam się w ostatnich promieniach słońca i znowu nachodzą mnie te same wątpliwości, co zwykle. Mi chyba brakuje jakiegoś genu. Genu wiecznej szczęśliwości ;). Albo chociaż genu: „Za granicą też jest dobrze” ;). Dopadnie mnie to cholerstwo, ta polskość okrutna, i ściska, i nie chce puścić… Ta nostalgia, ta tęsknota, ta niezgoda na rozstanie. To naprawdę nie był przypadek, że na moim ślubie z M., czytałam po słowacku czytanie z Księgi Rut: „Gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam…” (Rt 1, 16). O akceptację tego „naszego domu” tu, na Słowacji, muszę nieraz mocno ze sobą walczyć. Jednocześnie jestem głęboko przekonana, że dom jest tam, gdzie jesteśmy razem z M. i z dzieciakami.

Decydując się na kolejną przeprowadzkę, wtedy, w 2015 roku, daliśmy sobie z M. 2 lata. 2 lata życia w Bratysławie, a potem weryfikacja tej decyzji. I ponowne postawienie sobie pytania, czy dajemy radę, czy jesteśmy szczęśliwi, czy umiemy żyć razem właśnie tam.
2 lata miną we wrześniu. Weryfikacja? Jeśli fakt, że nasza córka zaczyna we wrześniu przedszkole tu, w BA, można uznać, za jej element, to może jakaś nastąpiła. Ale gdzieś poza nami, w wartkim nurcie naszego życia. Czy czuję się z tym dobrze? Gdyby nie wczorajsze wspominanie przy winie kilku kamieni milowych naszego wspólnego życia, mogłabym w ogóle o tym nie pomyśleć… Pech jednak chce, że myślę ;). A gdy myślę, to znowu dotyka mnie to okropne rozdarcie. Ta potrzeba zapuszczenia gdzieś korzeni i niechęć przed uczynieniem tego tu, gdzie jestem. Nie chcę pisać „niemożność”, bo na szczęście niektóre rzeczy dzieją się same (mój teść pewnie jak zwykle stwierdziłby, że za dużo myślę ;)).

I tak np. na wiosnę znaleźliśmy „swój” kościół. Chodziliśmy gdzieś na msze, byliśmy coraz bardziej niespokojni i postanowiliśmy coś zmienić. Tak trafiliśmy do małego kościółka z cudownymi mszami dla dzieci, po których dzieciaki wybiegają na przykościelne boisko pograć w piłkę :). Zostaliśmy. Po niedzielnych mszach można nas zawsze spotkać w kawiarni z najcudowniejszymi ciastami w całej Bratysławie (gorąco Wam wszystkim polecam – Zeppelin na ulicy Sedlarskiej ze swoim własnym zapleczem cukierniczym). I co się tam stało na krótko przed wakacjami? Właścicielka nas zapamiętała i witała już jak swoich :). Niby drobiazg, ale gdy pomyślę sobie, że w tej wielkiej Bratysławie jest kawiarnia, w której nie jestem anonimowa i ktoś mnie wita ciepłym uśmiechem i miłym słowem, czuję się tak bardzo u siebie.

Najlepsze (i najtrudniejsze!) jest to, że tęskniłam już za tym. Po długich (cudownych) tygodniach wakacyjnych u moich rodziców i teściów tak bardzo chciałam być już w domu, z M. W domu w Bratysławie. Chciałam już wybrać się po świeże warzywa do Starej Tržnicy, chciałam zajrzeć do naszych sióstr zakonnych, chciałam zjeść pyszne ciasto w Zeppelinie, chciałam pospacerować po Sadzie Janka Krala…

No cóż, nie da się ukryć, że to nie jest czarno-biała historia ;). A mi naprawdę musi brakować jakiegoś genu ;). Gdy podnoszę wzrok, sięgam daleko za horyzont, do mojego kochanego Bałtyku, do mojej kochanej Polski. Ale przecież wszystko, co kocham, jest właśnie tu, w moim domu w Bratysławie. Słyszę właśnie przez szybę, jak hałasuje w salonie…


Sedím na balkóne, vyhrievam sa v ostatných lúčoch slnka a znovu na mňa prichádzajú tie isté pochybnosti ako zvyčajne. Asi mi chýba nejaký gén. Gén večného šťastia ;). Alebo aspoň gén „V zahraničí je tiež dobre” ;). Chytí ma tá potvora, tá ukrutná poľskosť, a stíska, nechce pustiť... Tá nostalgia, ten smútok, ten nesúhlas s rozchodom. Skutočne v tom nebola náhoda, že som počas sobáša s M. čítala po slovensky čítanie z knihy Rút: „Kde pôjdeš ty, pôjdem aj ja, kde sa zdržíš, zdržím sa aj ja...” (Rt 1, 16). O akceptovanie tohto nášho domova, tu na Slovensku, musím so sebou neraz silne bojovať. Zároveň som hlboko presvedčená o tom, že domov je tam, kde sme spolu s M. a deťmi.

Pri rozhodovaní o ďalšom sťahovaní, vtedy v roku 2015, sme si s M. dali dva roky. Dva roky v Bratislave, a následne zhodnotenie toho rozhodnutia. A znova s otázkou, či si poradíme, či sme šťastní, či vieme spolu žiť práve tam. Dva roky sa skončia v septembri. Zhodnotenie? Ak skutočnosť, že naša dcérka nastupuje v septembri do škôlky tu, v Bratislave, možno považovať za jeho prvok, možno už k nejakému došlo. Ale niekde mimo nás, v rýchlom prúde nášho života. Je mi s tým dobre? Keby sme včera pri víne nespomínali niekoľko míľnikov nášho života, možno by mi to ani neprišlo na um... Nanešťastie jednak prišlo ;). A keď o tom premýšľam, znova cítim ten hrozný rozkol. Tú potrebu zapustiť niekde korene a nechuť urobiť to tu, kde práve som. Nechcem písať „nemožnosť”, lebo našťastie, niektoré veci sa dejú samé (môj svokor by iste ako zvyčajne povedal, že priveľa premýšľam ;)).

A tak sme napr. na jar našli „svoj” kostol. Chodili sme niekam predtým, boli sme čoraz nespokojnejší a rozhodli sme sa to zmeniť. Tak sme našli malý kostolík s úžasnými omšami pre deti, po ktorých deti vybehnú na ihrisko pri kostole pohrať sa s loptou :). Zostali sme. Po nedeľných omšiach nás možno vždy stretnúť v kaviarni s najlepšími koláčikmi v celej Bratislave (všetkým srdečne odporúčam – Zeppelin na Sedlárskej ulici, so svojimi vlastnými cukrárskymi výrobkami). A čo sa tam stalo krátko pred prázdninami? Majiteľka si nás zapamätala a vítala ako svojich :). Možno je to len maličkosť, ale keď si pomyslím, že v tej veľkej Bratislave je kaviareň, kde už nie som anonymná a niekto ma víta teplým úsmevom a milým slovom, cítim sa ako doma.

Najlepšie (a najťažšie!) je to, že mi to už chýbalo. Po dlhých (skvelých) prázdninových týždňoch u mojich rodičov a svokrovcov som už veľmi chcela byť doma, s M. Doma v Bratislave. Chcela som sa vybrať po čerstvú zeleninu do Starej tržnice, chcela som stretnúť naše rehoľné sestry, chcela som zjesť výborný koláč v Zeppeline, chcela som sa poprechádzať po Sade Janka Kráľa...

No nič, bezpochyby to nie je čierno-biely príbeh ;). A mne naozaj musí chýbať nejaký gén ;). Keď zdvihnem zrak, hľadím ďaleko za horizont, k môjmu milovanému Baltiku, k môjmu milovanému Poľsku. Jednako však všetko, čo milujem, je práve tu, v mojom domove v Bratislave. Počujem práve cez okno, ako robia huriavk v obývačke...

poniedziałek, 31 lipca 2017

Lipiec dobiega końca... / Júl sa končí...

Lipiec dobiega końca. Krótkie zdanie pojedyncze. Choć tak naprawdę za tym prostym zdaniem kryje się całkiem sporo emocji. Bo to mój polski lipiec, ten jedyny miesiąc w roku, który już od paru lat w całości spędzam w mojej ojczyźnie. Lipiec, w którym tegoroczna pogoda zaprezentowała nam serię swoich grymasów, nieustannie to chmurząc się, to płacząc, to lamentując w liściach drzew, z rzadka wystawiając naprawdę słoneczne oblicze, ale w trakcie każdej wycieczki udało nam się na nie trafić. Lipiec obfitujący w spotkania, wydarzenia, pełen małych radości i większych trosk, a może małych trosk i większych radości, wypełniony śmiechem i płaczem, kolorowy niczym ogród moich rodziców, na który właśnie patrzę – z najlepszymi jabłkami pod słońcem, z arcykwaśnymi porzeczkami i fantazyjnymi kwiatami. W chwili, gdy piszę te słowa, towarzyszy mi to nieprzyjemne, rozdzierające odczucie, pod którego wpływem aż się kurczę – tęsknię za moim domem w Bratysławie, cieszę się na powrót do znajomych kątów, które tworzy moja rodzina, a jednocześnie odczuwam przemożny smutek na myśl o wyjeździe z mojego domu rodzinnego, z mojego kraju, znad morza. Znacie to?

Dobrze nam było. Tęskno za M., który spędził tu z nami łącznie tylko 1,5 tygodnia, trudno, gdy dzieciaki nie radziły sobie z tą tęsknotą i dokazywały, markotnie, gdy brakowało słońca, ale jednak dobrze. Bo udało się popływać w morzu i powygrzewać choć chwilę na plaży, bo pojechaliśmy na parę wycieczek, które sprawiały, że dzieciakom otwierały się szeroko oczy ze zdumienia, a na ustach zastygał okrzyk zachwytu, bo nażarliśmy się (dosłownie!) jabłek ze starej jabłonki, posadzonej dawno temu jeszcze przez mojego śp. dziadka, w każdej postaci – musu, soku, racuchów, nadzienia w kruchych ciasteczkach (jeszcze ślinka mi cieknie na wspomnienie wszystkich przysmaków…); bo spacerowaliśmy, bawiliśmy się, jeździliśmy na rowerach, po prostu byliśmy razem… No i te zakupy z mamą, kawa z koleżanką, piwo z kuzynką :). Dobry czas.

Tegoroczny lipiec był szczególny jeszcze z jednego powodu – wydarzeń społecznych, które miały miejsce w Polsce. Możemy się oczywiście nie zgadzać co do ich oceny, ale jesteście ze mną już od tak dawna, że jestem przekonana, iż mimo różnic możecie mnie ze spokojem wysłuchać, a ja mam potrzebę i tym lipcowym przeżyciem się podzielić. Bo jestem niesamowicie dumna z bycia Polką i dumna z Polaków. W trakcie protestów, które przetoczyły się przez całą Polskę, codziennie po położeniu dzieci spać zasiadałam z rodzicami przed telewizorem i z niepokojem śledziłam rozwój wypadków. Czytałam komentarze w polskich mediach, dzięki M. byłam na bieżąco z tym, co mówią o nas media słowackie. Dużo rozmów, lektur, emocji, znaków zapytania. I ogromna ulga, gdy demokracja rozumiana jako szacunek dla głosu wszystkich stron, także mniejszości, wygrała. Gdy wygrał szacunek dla prawa. Polskie społeczeństwo wykazało się niesamowitą siłą, jednością, konsekwencją i nie dopuściło do tego, by wygrało politykierstwo, dyletantyzm, nadmierna skłonność do konfrontacji, brak autorefleksji (po obu stronach sceny politycznej). Powiem wprost: według mnie najlepsze nawet prawo przepychane w trybie ekspresowym, z błędami i bez prawdziwej dyskusji wszystkich zainteresowanych stron po prostu nie może być dobre. Śmiało nazwijcie mnie naiwną ;). Sposób, w jaki uchwalono ustawy o sądach, odbierałam jako kompromitację polskiego sejmu, a co za tym idzie – mojego państwa. Było mi wstyd za naszych reprezentantów. Ale wszystkie wydarzenia, które potem nastąpiły, na nowo przywróciły mi wiarę. Polska ma długą historię, do wielu naszych cech można się przyczepić, ale waleczności i ukochania wolności nie można nam odmówić. Widzę to tym mocniej, im dłużej mieszkam za granicą. Życie na Słowacji powoduje, że jeszcze silniej odczuwam fenomen, jakim jest polskość, czuję się częścią konkretnej zbiorowości, widzę jej konkretne cechy charakterystyczne. A za tym idą konkretne uczucia i emocje. Ale to już chyba temat na zupełnie inną dyskusję… :)

Więc w krótkim zdaniu pojedynczym: lipiec dobiega końca…

To ta jabłoń...
Júl sa končí. Krátka, holá veta. Hoci v skutočnosti sa za tou stručnou vetou skrýva dosť veľa emócií. Lebo to je môj poľský júl, ten jediný mesiac v roku, ktorý už niekoľko rokov celý trávim v mojej vlasti. Júl, v ktorom nám tohoročné počasie ukázalo celú sériu svojich grimás, tu sa mračiac, tu plačúc, inokedy zas lamentujúc v listoch stromov, iba zriedkavo so skutočne usmiatou, slnečnou tvárou, aj keď počas každého výletu sme práve na takú natrafili. Júl bohatý na stretnutia, udalosti, plný malých radostí a väčších starostí, a možno malých starostí a väčších radostí, naplnený smiechom a plačom, farebný ako záhrada mojich rodičov, na ktorú sa práve pozerám – s najlepšími jablkami pod slnkom, s riadne kyslými ríbezľami a fantastickými kvetmi. Vo chvíli, keď píšem tieto slová, ma sprevádza ten nepríjemný, srdcervúci pocit, pod vplyvom ktorého sa mi sťahuje vnútro – chýba mi môj domov v Bratislave, teším sa na návrat do známych strán, ktoré tvorí moja rodina, a zároveň cítim všemocný smútok pri myšlienke o odchode z môjho rodného domu, z mojej krajiny, od mora. Poznáte to?

Bolo nám dobre. Smutno za M., ktorý tu s nami strávil spolu iba 1,5 týždňa, ťažko, keď si deti nevedeli poradiť s tým smútkom a predvádzali sa, malátne, keď nám chýbalo slnko, ale aj tak dobre. Podarilo sa nám totiž zaplávať si v mori a povyhrievať sa aspoň chvíľu na pláži, vyšli sme si na niekoľko výletov, ktoré spôsobili, že deťom sa naširoko otvárali oči od úžasu a v ústach im zamrel fascinovaný výkrik, nahltali sme sa (doslova!) jabĺk zo starej jablonky, ktorú dávno, pradávno zasadil môj nebohý starký, a to v každej forme – muštu, šťavy, placiek, plnky v koláčikoch (ešte mi tečú slinky pri spomienke na tie dobroty...); prechádzali sme sa, hrali, bicyklovali, jednoducho, boli sme spolu... No a ešte nakupovanie s mamou, káva s kamarátkou, pivo so sesternicou ;). Dobrý čas.

Tento júl bol výnimočný ešte z jedného dôvodu – spoločenských udalostí, ktoré sa odohrávali v Poľsku. Samozrejme, môžeme mať na ne rôzne názory, ale poznáme sa už tak dlho, že som presvedčená, že aj napriek rozdielom si ma môžete pokojne vypočuť, no a ja cítim potrebu podeliť sa aj týmito júlovými zážitkami. Som totiž úžasne hrdá na to, že som Poľka a na Poliakov. Počas protestov, ktoré sa preliali celým Poľskom som si každý večer po uložení detí do postele sadla pred televízor spolu s rodičmi a s nepokojom sledovala vývoj udalostí. Čítala som komentáre v poľských médiách, vďaka M. som priebežne registrovala, čo o nás píšu tie slovenské. Veľa rozhovorov, čítania, emócií, otáznikov. A ohromná úľava, keď vyhrala demokracia, chápaná ako úctivý prístup ku všetkým stranám, vrátane menšiny. Keď vyhral rešpekt voči právu. Poľská spoločnosť sa preukázala neuveriteľnou silou, jednotou, vytrvalosťou a nepripustila, aby vyhralo politikárčenie, diletantstvo, nadmerný sklon ku konfrontácii, chýbajúca sebareflexia (na oboch póloch politickej scény). Poviem rovno: podľa mňa ani ten najlepší zákon, pretlačený expresným tempom, s chybami a bez skutočnej diskusie všetkých zainteresovaných strán jednoducho nemôže byť dobrý. Pokojne ma nazvite naivkou ;). Spôsob, akým bol schválený zákon o súdoch som vnímala ako kompromitáciu poľského parlamentu, a teda aj mojej krajiny. Hanbila som sa za našich predstaviteľov. Ale všetky udalosti, ktoré následne prebehli, mi vrátili vieru. Poľsko má dlhú históriu, veľa našich vlastností môže byť vnímaných negatívne, ale bojovnosť a láska k slobode k nám patria. Vidím to tým viac, čím dlhšie bývam v zahraničí. Život na Slovensku spôsobuje, že ešte silnejšie si uvedomujem fenomén poľskosti, cítim sa byť súčasťou konkrétnej komunity, vidím jej konkrétne charakteristické vlastnosti. A k tomu patria konkrétne pocity a emócie. Ale to je snáď téma na celkom inú diskusiu.

A teda holou vetou: júl sa končí...


piątek, 30 czerwca 2017

Robić swoje / Robiť si svoje

Mała MN. idzie od września do przedszkola. Wielkie wydarzenie w życiu naszej rodziny. 3, 2, 1, 0… start!, edukacja naszej córki oficjalnie wystartowała. I to na Słowacji. To jeden z moich największych lęków związanych z wychowywaniem dzieci dwunarodowych. Bo właśnie, jak ostatnio w rozmowie ze mną odkryła jedna dobra znajoma, tu nie chodzi tylko o to, że moje dzieci są dwujęzyczne. Tu chodzi o to, że są dwunarodowe. Są zarówno Słowakami, jak i Polakami. I przede mną i M. stoi trudne zadanie, by ich w tym duchu wychować, by pomóc im odnaleźć się w takim mniej typowym układzie, którego żadne z ich rodziców nie zna od strony praktycznej. Ja nie wiem, co znaczy mieć 2 narodowości, przynajmniej nie w tak dosłownym wymiarze, jak doświadczają tego moje dzieci. Ja mogę tylko słuchać, co do powiedzenia na ten temat mają inni znajdujący się w podobnej sytuacji i wypracować z M. jakąś spójną, wspólną wizję, w której moje dzieci będą się czuły bezpiecznie i normalnie. Szkoła zdecydowanie będzie miała wyraźny wpływ na rozwój w jednym z kierunków, w tym wypadku słowackim. A tu zarysowuje się kolejny mój wielki lęk, który wprawdzie póki co znajduje się w sferze czystej teorii, ale kiedyś może się urzeczywistnić – moje dzieci w przyszłości będą miały prawo wyboru, z jaką narodowością bardziej się utożsamiają i będą mogły zdecydować, czy jednej ze swoich dwóch narodowości nie odrzucić, nie zrezygnować z niej. Brzmi oburzająco? Że jak to? Że dlaczego? Że po co? Ok, ale w końcu każdy decyduje sam za siebie. I może do czegoś takiego dojść, chociaż cholernie bym tego nie chciała. Spotkałam już dorosłe dzieci z polsko-słowackich rodzin, których język i zachowanie świadczyły o tym, że wybrały bycie Słowakami. Bolało. I może stąd ten mój strach. Bo już gdzieś to kiedyś widziałam…

Szkoła przeraża mnie dlatego, że nie umiem poprawnie pisać po słowacku, że słowacki alfabet jest inny, że litery pisane są inne (!), że nie znam historii Słowacji, że nie znam nazw różnych pojęć w języku słowackim… Przeraża mnie, że nie będę umiała pomóc własnym dzieciom tak, jak bym chciała, że nie będę dla nich wystarczającym wsparciem. Poza tym w szkole nikt nie będzie przejmował się tym, że nie świętujemy słowackiego dnia mamy, ale polski i moje dziecko pewnie łatwo zapomni w ferworze przygotowań przeróżnych laurek i pod wpływem innych dzieci, że mama tego dnia nie świętuje… Niby drobiazg, ale dla mnie urasta do ogromnych rozmiarów. Najgorsze, że M. oczywiście mógłby to samo powiedzieć o polskiej szkole. Ja przedstawiam wam tylko moją perspektywę.

A ta wspomniana kwestia tożsamości? Kolejna znajoma, sama będąca w dwunarodowym związku, gdy usłyszała moje wątpliwości odnośnie dzieci i ich wyborów, zareagowała stanowczym: „Nie! Niech moje dzieci wybiją to sobie z głowy”. Nie powiem, zwykłe zabronienie moim dzieciom czegokolwiek jest bardzo kuszącym rozwiązaniem, tylko że rzadko odnosi pożądany skutek ;). Na chwilę obecną wydaje mi się, że przede wszystkim muszę utrwalać w nich to naturalne przekonanie, że to, w czym żyją, jest zupełnie normalne. Musimy z M. konsekwentnie podkreślać bogactwo wynikające z tego, że dzieciaki są dwunarodowe, a nie trudności z tym związane. No i to my tworzymy nasze domowe tradycje, budujemy równowagę między polskością a słowackością, stawiamy pomiędzy nimi mosty. Uczymy kochać Polskę i Słowację, uczymy je szanować i traktować na równi. Do nas należy niewzmacnianie podziałów, nieprzedstawianie pewnych rzeczy jako wyraźnie lepszych lub gorszych, zaszczepianie ciekawości i chęci poznania jednej i drugiej ojczyzny. Fiuuu, wszystko to na ekranie komputera wygląda jeszcze poważniej niż w mojej głowie…

Tak naprawdę jednak najtrudniejsze zadanie ciągle przed nami. Bo schody zaczną się dopiero wtedy, gdy dzieci pójdą do szkoły. Przedszkole MN. to zaledwie preludium do tego, co nas jeszcze czeka, jeśli chodzi o grupę rówieśniczą albo szerzej – całe otoczenie zdominowane przez jedną kulturę i język. Chwilowo czuję się trochę jak Dawid stający do walki z Goliatem ;). Niby wiem, że nie tędy droga, podchodzenie do tematu niczym do pojedynku nie prowadzi do znalezienia spokojnego rozwiązania. Jednocześnie jednak już teraz muszę być czasami jak lwica, by bronić mojej rodziny – wierzcie mi, komentarze pełne ignorancji lub zwyczajnie pozbawione odrobiny empatii na temat naszych krajów czy języków zdarzają się regularnie. A może zamiast pokazywania pazurów lepiej byłoby uzbroić się w naprawdę, naprawdę gruby pancerz? Która opcja będzie bardziej pomocna dla moich dzieci? I pomoże im samym nie zgubić własnej tożsamości? Mam jeszcze czas na dokładniejsze rozważenie tych możliwości. Pewnie niektóre rzeczy wyklarują się „w praniu”, z czasem, będą dojrzewać wraz z nami i naszymi dziećmi. Ale zegar tyka…




Malá MN ide od septembra do škôlky. Veľká udalosť v živote našej rodiny. 3, 2, 1, 0… štart!, vzdelávanie našej dcérky sa oficiálne začalo. A to na Slovensku. Je to jedna z mojich najväčších obáv spojených s vychovávaním dvojnárodových detí. Ide práve o to, ako na to nedávno v rozhovore so mnou prišla jedna dobrá známa, že naše deti nie sú len dvojjazyčné. Oni sú totiž dvojnárodové. Sú takisto Slovákmi ako aj Poliakmi. A predo mnou a M. stojí ťažká úloha, aby sme ich v tomto duchu vychovali, aby sme im pomohli nájsť si miesto v takomto menej štandardnom formáte, ktorý ani jeden z ich rodičov nepozná z praktickej stránky. Ja neviem, čo to znamená, mať 2 národnosti, aspoň nie tak doslovne, ako to zakúšajú moje deti. Môžem len počúvať, čo na to hovoria iní ľudia, ktorí sa nachádzajú v podobnej situácii, a pripraviť s M. nejakú kompaktnú, spoločnú víziu, v ktorej sa deti budú cítiť bezpečne a normálne. Škola bude mať rozhodne významný vplyv na rozvoj v jednom smere, v tomto prípade v tom slovenskom. No a tu stojím pred ďalšou veľkou obavou, ktorá sa síce zatiaľ nachádza v sfére čistej teórie, ale raz sa môže zreálniť – moje deti budú mať v budúcnosti právo voľby, s ktorou národnosťou sa viac identifikujú, a budú sa môcť rozhodnúť, že jednu z nich odmietnu a vzdajú sa jej. Znie to šokujúco? Pýtate sa ako to, prečo, načo? Ok, ale v konečnom prípade každý rozhoduje sám za seba. A aj k takémuto niečomu môže dôjsť, hoci by som to absolútne nechcela. Stretla som už dospelé deti z poľsko-slovenských rodín, ktorých jazyk aj správanie svedčili o tom, že si vybrali Slovensko. Bolelo. A možno odtiaľ pochádza ten môj strach. Lebo som to už niekedy niekde videla...

Škola ma straší preto, že neviem správne písať po slovensky, že slovenská abeceda je iná, že písané písmená sú iné (!), že nepoznám históriu Slovenska, že nepoznám názvy rôznych pojmov v slovenčine... Bojím sa toho, že nebudem môcť pomôcť vlastným deťom tak, ako by som chcela, že im dostatočne nebudem oporou. Okrem toho, v škole nebude nikoho zaujímať, že neoslavujeme slovenský, ale poľský deň matiek, a moje dieťa iste pri príprave rôznych darčekov pre maminy pod vplyvom iných detí ľahko zabudne, že jeho mama oslavuje inokedy... Možno je to maličkosť, ale pre mňa narastá do obrovských rozmerov. Najhoršie je, že M. by, samozrejme, mohol povedať to isté o poľskej škole. Ja sa s vami delím iba svojou perspektívou.

A tá spomínaná otázka identity? Ďalšia známa, ktorá je tiež v dvojnárodovom vzťahu, keď počula o mojich pochybnostiach súvisiacich s deťmi a ich voľbami, zareagovala rozhodne: „Nie! Nech si to moje deti vytlčú z hlavy”. Pravda je taká, že dať jednoduchý zákaz mojim deťom na čokoľvek je veľmi lákavé, avšak zriedkavo prináša želaný výsledok ;). Momentálne sa mi zdá, že v nich predovšetkým musím posilňovať  prirodzené presvedčenie, že to, v čom žijú, je úplne normálne. Musíme spolu s M. vytrvalo zdôrazňovať bohatstvo vyplývajúce z toho, že deti sú z dvoch národov, a nie ťažkosti, ktoré sú s tým spojené. No a práve my tvoríme naše domáce tradície, budujeme rovnováhu medzi poľskosťou a slovenskosťou, staviame medzi nimi mosty. Učíme, ako milovať Poľsko aj Slovensko, učíme ich rešpektovať ich a správať sa k nim rovnako. My sme tí, ktorých úlohou je neposilňovať rozdiely, neukazovať niektoré veci ako výrazne lepšie či horšie, vštepovať deťom zvedavosť a chuť spoznávať jednu aj druhú vlasť. Fúúú, všetko to na obrazovke vyzerá ešte vážnejšie ako v mojej hlave...

To najťažšie je v skutočnosti stále pred nami. Lebo tá najväčšia námaha nás bude čakať vtedy, keď pôjdu deti do školy. Škôlka MN je iba predohra pred tým, čo je tam niekde ďalej a čo sa týka celej skupiny rovesníkov, alebo v širšom zmysle, celého prostredia s jedným dominantným jazykom a jendou kultúrou. Chvíľami sa cítim trochu ako Dávid, ktorý sa postavil do boja proti Goliášovi ;). Viem síce, že tadiaľ cesta nevedie, že vnímať celú situáciu ako súboj nás neprivedie k rozvážnemu riešeniu. Jednako sa však už teraz musím niekedy správať ako levica, ktorá bráni svoju rodinu – verte mi, že sa pravidelne objavujú komentáre plné ignorancie alebo jednoducho bez akejkoľvek empatie týkajúcej sa našich krajín či jazykov. Mala by som sa snáď namiesto vystrkovania pazúrov vyzbrojiť skutočne, skutočne hrubým pancierom? Ktorá možnosť viac pomôže mojim deťom? Ktorá im pomôže nestratiť sa v ich vlastnej identite? Ešte mám čas na dôkladnejšie uvažovanie o týchto možnostiach. Niektoré veci sa určite ukážu časom, budú dozrievať spolu s nami a našimi deťmi. Ale hodiny tikajú...