sobota, 30 czerwca 2018

Slamené leto / Słomiane lato


Končí sa jún, MN. bola poslednýkrát v škôlke, mňa čakajú ešte dva dni v práci a opäť ideme na sever. Ďalšie poľsko-slovenské leto pred nami, prvé prázdninové.

Ako vtipne skonštatoval môj svokor, už sa teší na to, keď prídeme a prerušíme tú vlnu horúčav v Poľsku, pretože je jasné, že s našim príjazdom príde aj studené počasie a zrážky :). Presne tak to bolo v minulých rokoch, jún bol horúci, náš príjazd znamenal obrat o 180°a škaredé počasie. Mne to, samozrejme, veľmi nevadilo, ja sa na more rád pozriem, ale kúpať sa nemusím, ani ležať na pláži. Môj pobyt je vždy v znamení nejakej poznávačky, moja drahá svokra vymýšľa výlety, aby som videl čo najviac z Poľska a ešte viac sa zamiloval. Darí sa jej to už celé roky, klobúk dole. Na druhej strane, stále je čo objavovať a kultúrno-historické klenoty v regióne N. nechýbajú.

Po týždni však opäť využijem skvelú linku Gdańsk – Viedeň a vrátim sa do Bratislavy, do práce. V niečom to bude dosť ťažké, je náročné po intenzívnom kontakte s deťmi dva týždne komunikovať cez všelijaké skajpy a fejsbuky. Darmo, chýba dotyk i tie štebotavé hlásky naživo. Počas tých dvoch týždňov však môžem trošku dobehnúť to, čo sa nám s N. asi nikdy skĺbiť nepodarí – vybehnúť niekam do hôr, na chatu, s plecniakom na chrbte sa potúlať po slovenských pohoriach a psychicky zrelaxovať. To skutočne potrebujem a v tomto jedinom som trošku xenofóbny – som presvedčený o tom, že na celý život mám čo robiť v slovenských horách a nepotrebujem žiadne iné :).

Ten čas odlúčenia, ktorý sa nám stáva tak raz za 2-3 mesiace, je inak celkom zaujímavý. Domáci režim je celkom iný, umývačka má prázdniny, v chladničke sú základné potraviny (pivo, vajcia, zelenina a nejaký syr), večer je úplné ticho a tma až na malú lampičku na čítanie alebo obrazovku nejakého elektronického zariadenia. Byt je väčšinou až do neskorého večera prázdny, pretože jeho obyvateľ doháňa deficity v kine, divadle alebo s priateľmi. Aj to je prvok nášho poľsko-slovenského manželstva a rodiny. Rozhodli sme sa dopriať deťom veľa času s ich starými rodičmi na jednej i druhej strane a oni sa rozhodli to prijať, preto sa často takto rozdelíme a fungujeme v rôznych režimoch. Starí rodičia si užívajú vnúčatá, N. to, že má viac času pre seba a ja môžem v práci i po práci nadrábať :). Temnejšou stránkou je to, že my dvaja sme viac od seba, ale možno aj nám takáto pauza z času na čas prospieva.

Koncom mesiaca ma čaká spiatočný let na mojej obľúbenej leteckej linke - idem si pre rodinu. August bude zas v znamení starých rodičov na Slovensku a tradičného rodinného výletu do Maďarska. Koniec koncov, veľmi sa to celé v priebehu rokov nemení, ale veď prečo aj, keď sa nám model poľsko-maďarsko-slovenských prázdnin tak osvedčil? Nemám nič proti nepatrnej rutine, ak všetkým prináša sladké ovocie.

Teším sa na tie naše rodinné prázdniny, hoci budeme dosť často od seba, hoci budeme s N. niekde v pozadí veľkej radosti našich maličkých a ostatných blízkych. Želám všetkým veľa osviežujúceho odpočinku a krásne, snáď aj poľsko-slovenské prázdniny.


Rok temu o tej porze


Czerwiec dobiega końca, MN. była ostatni raz w przedszkolu, mnie czekają jeszcze dwa dni w pracy i znowu jedziemy na północ. Kolejne polsko-słowackie lato przed nami, pierwsze „wakacyjne”.

Jak dowcipnie stwierdził mój teść, już się cieszy na to, że gdy przyjedziemy, przerwiemy falę upałów w Polsce, ponieważ nasz przyjazd na pewno przyniesie zimno i deszcze :). Właśnie tak to wyglądało w ubiegłych latach, czerwiec był gorący, a wraz z naszym przyjazdem następowała zmiana o 180° i brzydka pogoda. Mi to oczywiście nie przeszkadzało, na morze to ja mogę popatrzeć, a nie się w nim kąpać czy leżeć na plaży. Mój pobyt stoi zawsze pod znakiem zwiedzania, moja kochana teściowa wymyśla wycieczki, bym zobaczył jak największą część Polski i jeszcze bardziej się w niej zakochał. Robi to z powodzeniem już od kilku lat, chapeau bas. Z drugiej strony ciągle jest co poznawać, a skarbów kulturowo-historycznych w regionie N. nie brakuje.

Po tygodniu jednak ponownie skorzystam ze świetnego połączenia Gdańsk – Wiedeń i wrócę do Bratysławy, do pracy. Pod pewnymi względami będzie to trudne, nie jest łatwo po intensywnym kontakcie z dziećmi komunikować się z nimi przez następne dwa tygodnie za pośrednictwem tych wszystkich skajpów czy fejsbuków. Nie ma co, brakuje dotyku i tęskno za tymi szczebiotliwymi głosami na żywo. W czasie tych dwóch tygodni mogę jednak nadrobić trochę to, w czym chyba nigdy nie spotkam się z N. – wybrać się w góry, przenocować w górskiej chacie, wędrować z plecakiem po słowackich szczytach i odpocząć psychicznie. Tego naprawdę mi trzeba i w tej jednej jedynej kwestii jestem odrobinę ksenofobiczny – jestem święcie przekonany o tym, że przez całe życie będę miał co robić w słowackich górach i nie potrzebuję żadnych innych :).

Swoją drogą ten czas rozłąki, który zdarza nam się  raz na 2-3 miesiące, jest całkiem interesujący. Rytm życia domowego jest nagle zupełnie inny, zmywarka do naczyń ma wakacje, w lodówce są podstawowe produkty (piwo, jajka, warzywa i ser), wieczorem jest zupełnie cicho i ciemno, z wyjątkiem małej lampki do czytania lub ekranu jakiegoś elektronicznego urządzenia. Mieszkanie przeważnie do późnych godzin wieczornych stoi puste, dlatego że jego mieszkaniec nadrabia zaległości w kinie, teatrze albo z przyjaciółmi. To również jest elementem naszego polsko-słowackiego małżeństwa i rodziny. Postanowiliśmy umożliwić dzieciom spędzanie jak najwięcej czasu z dziadkami z jednej i drugiej strony, a oni postanowili to przyjąć, dlatego często się rozdzielamy i funkcjonujemy w różnych rytmach. Dziadkowie cieszą się wnukami, N. korzysta z tego, że ma więcej czasu dla siebie, a ja mogę nadganiać zaległości w pracy i po pracy :). Ciemniejszą stroną tego wszystkiego jest fakt, że my dwoje jesteśmy z dala od siebie, ale może i dla nas taka przerwa jest od czasu do czasu korzystna.

Pod koniec miesiąca czeka mnie lot powrotny moimi ulubionymi liniami lotniczymi i sprowadzenie rodziny do domu. Sierpień upłynie ponownie pod znakiem dziadków na Słowacji i tradycyjnego rodzinnego wypadu na Węgry. W gruncie rzeczy nie zmienia się to zbytnio na przestrzeni lat, ale niby dlaczego by miało, skoro ten model polsko-węgiersko-słowackich wakacji sprawdził się u nas tak dobrze? Nie mam nic przeciwko odrobinie rutyny, jeżeli wszystkim przynosi słodkie owoce.

Cieszę się na te nasze rodzinne wakacje, chociaż będziemy dość często osobno, chociaż będziemy z N. gdzieś w tle wielkiej radości naszych maluchów i innych bliskich. Życzę wszystkim ożywczego wypoczynku i pięknych, być może także polsko-słowackich wakacji.

czwartek, 31 maja 2018

Dobry miesiąc / Dobrý mesiac


Ten mijający maj to był całkiem dobry miesiąc. M. otworzy pewnie szeroko oczy ze zdziwienia, gdy to przeczyta (bo najczęściej w moim słowniku rzeczy czy wydarzenia nie są fajne, póki całkowicie nie dobiegną końca, żeby nie było już cienia możliwości, że coś je popsuje ;)), ale tak – piszę to z pełnym przekonaniem – ten miesiąc jeszcze się nie skończył, ale choćby 31 maja o 23:59 wydarzył się jakiś kataklizm, nie wpłynie to na mój odbiór jego pozostałych 30 dni ;).

Przywitałam maj w Polsce. Po długim czasie nareszcie trafiliśmy szóstkę w totka, czyli prawie przez cały nasz pobyt na Wybrzeżu dopisywała nam piękna pogoda. Zamoczyliśmy pierwszy raz w tym roku nogi w morzu, budowaliśmy zamki z piasku na plaży, odpoczywaliśmy w hamaku, ścigaliśmy się na trawie, zajadaliśmy się lodami, nawet festyn miejski zaliczyliśmy! M. zdążył też przetestować samolot na trasie Gdańsk-Wiedeń, Wiedeń-Gdańsk – lata jak marzenie, polecamy ;).

Powrót do domu okazał się bezbolesny, a weekend, który po nim nastąpił, był dla mnie niczym gwiazdka z nieba – M. pojechał na dwudniowy wypad kawalerski, dzieci pojechały do słowackich dziadków, a ja… spędziłam swój pierwszy weekend, od kiedy mieszkamy w Bratysławie, zupełnie samiuteńka w mieszkaniu. Nie powiem, to było naprawdę coś ;). I wcale nie narzekałam na nudę, kto rzadko zostaje sam we własnym domu, pewnie dobrze mnie zrozumie :D.

Tymczasem dzień po tym, jak wszystkie potwory zwaliły się na powrót do mieszania, przyjechała… moja mama :). Ostatnio była u nas na przełomie listopada i grudnia, więc trochę czasu od tego momentu minęło. Wprawdzie dopiero co widzieliśmy się w Polsce, ale kalendarza czasem nie da się rozciągnąć i nie byliśmy w stanie znaleźć żadnego innego dogodnego terminu w ciągu najbliższych dwóch miesięcy. Spotkanie z mamą odbyło się niestety kosztem tak przeze mnie zachwalanego festiwalu słowackiego filmu, który odbywał się już po raz trzeci w Partizánskem, ale wybiorę się na czwartą edycję :). Z mamą tymczasem byłyśmy na wieży UFO świętować jej urodziny, pojechaliśmy na moje ukochane Węgry do Lébény, Pannonhalma i Györu (cudowne miejsca, gorąco wszystkim polecam, kolejny raz doceniam położenie Bratysławy i możliwości organizowania wspaniałych wycieczek, które stwarza), a gdy dołączył do nas mój tato wraz ze swoimi znajomymi – obejrzeliśmy zaporę wodną Gabčíkovo w akcji („winda” wodna na Dunaju dla wielkich promów :)) i zaliczyliśmy niezapomnianą jazdę Prešporáčikiem po Starym Mieście, o której wspominałam już na fb niniejszego bloga ;). Aha, no i miałam ogromne szczęście spędzić Dzień Matki ze swoimi dziećmi i ze swoją własną mamą :). Czego chcieć więcej? :)

W międzyczasie otrzymałam jeszcze parę świetnych wiadomości, nawiązałam parę cennych kontaktów, wykonałam parę ciekawych zleceń. Do tego wspaniałe nagrody dla polskich twórców (Złota Palma dla najlepszego reżysera w Cannes dla Pawła Pawlikowskiego i Międzynarodowa Nagroda Bookera dla Olgi Tokarczuk). Tak. To to był naprawdę dobry miesiąc. Bez dwóch zdań :).



Ten končiaci sa máj to bol celkom dobrý mesiac. M. isto naširoko otvorí oči od prekvapenia, keď si to prečíta (pretože najčastejšie v mojom slovníku veci alebo udalosti nie sú dobré, kým sa celkom neskončia, aby nebola žiadna šanca, že sa v nich niečo pokazí ;)), ale áno – píšem to s plným presvedčením – ten mesiac sa ešte neskončil, ale aj keby sa 31.5. o 23:59 stala nejaká katastrofa, neovplyvní to moje vnímanie zvyšných 30 dní ;).

Máj som privítala v Poľsku. po dlhom čase sme konečne mali šťastie, pretože celý náš pobyt na pobreží nás sprevádzalo krásne počasie. Prvýkrát v tomto roku sme si omočili nohy v mori, stavali sme hrady z piesku na pláži, odpočívali sme v sieti, naháňali sme sa po tráve, napchávali sa zmrzlinou, dokonca sme sa zúčastnili aj miestneho festivalu! M. tiež stihol otestovať lietadlo na trase Gdańsk-Viedeň, Viedeň-Gdańsk – je to spojenie podľa našich predstáv, odporúčame ;).

Návrat domov bol bezbolestný a víkend, ktorý po ňom nasledoval, bol pre mňa ako dar z neba – M. šiel na dvojdňovú rozlúčku so slobodou, deti odišli k slovenským starým rodičom a ja.... ja som strávila svoj prvý víkend, odkedy bývame v Bratislave, úplne sama v byte. Nebudem klamať – to bolo skutočne niečo! ;) A vôbec som sa nesťažovala na nudu – kto býva zriedka sám vo vlastnom byte, ten ma určite ľahko pochopí :D.

No a deň po tom, ako sa všetky potvory vrátili do bytu, prišla... moja mama :). Naposledy u nás bola na prelome novembra a decembra, a odvtedy už prešlo veľa času. V skutočnosti sme sa len chvíľu predtým rozlúčili v Poľsku, ale kalendár sa niekedy nedá natiahnuť a nedokázali sme nájsť žiadny iný vhodný termín počas najbližších dvoch mesiacov. Stretnutie s mamou síce znamenalo, že som sa musela vzdať účasti na festivale slovenského filmu, ktorý som naposledy tak chválila a ktorý sa už tretíkrát uskutočnil v Partizánskom, ale určite pôjdem na štvrtý ročník :). S mamou sme však boli na veži UFO sláviť jej narodeniny, vycestovali sme do môjho obľúbeného Maďarska, do Lébény, Pannonhalmy aj Györu (krásne miesta, veľmi ich všetkým odporúčam a opätovne sa teším z polohy Bratislavy a možnosti organizovania skvelých výletov, ktorú vďaka tomu máme), a keď sa k nám pridal môj tato spolu so svojimi známymi, prezreli sme si Vodné dielo Gabčíkovo v akcii (vodný „výťah” na Dunaji pre veľké lode :)) a prešli sme sa tiež Starým mestom na nezabudnuteľnom Prešporáčiku, čo som už spomenula aj na fb blogu ;). Aha, no a mala som veľké šťastie, pretože som mohla stráviť Deň matiek (26. maj) so svojimi deťmi aj so svojou mamou :). Čo viac si priať? :)

Medzitým som dostala niekoľko výborných správ, nadviazala zopár cenných kontaktov, vybavila niekoľko zaujímavých objednávok. K tomu ešte úžasné ocenenia poľských tvorcov (Zlatá palma pre najlepšieho režiséra v Cannes pre Pawła Pawlikowského a Medzinárodná cena Bookera pre Olgu Tokarczuk). Áno. Bol to skutočne dobrý mesiac. Nepochybne :).

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Zrozumieć Mickiewicza / Pochopiť Mickiewicza


Nie, to nie będzie wpis o moim bracie. Ale tak się składa, że przez długie lata darliśmy koty (serdeczne pozdrowienia dla niego, ogarnęliśmy się trochę z wiekiem :D) i mam takie jedno wspomnienie z czasów studiów, które znakomicie zilustruje temat, który chcę dziś poruszyć.

Otóż te 10 lat temu (sic!) mieszkałam i studiowałam w Poznaniu, a mój brat mieszkał w domu rodzinnym i uczył się w Gdańsku. Odwiedzałam dom mniej więcej raz w miesiącu. Łatwo się domyślić, że moje uczestnictwo w życiu rodzinnym było mocno ograniczone. Tymczasem moja mama to ten typ cudownej strażniczki ogniska domowego chcącej nam wszystkim nieba uchylić, która swoją zosio-samosiowatością potrafi być też cudownie wkurzająca (mamuś, moja wierna czytelniczko :*), tzn. wszystko zrobi za wszystkich i słowem nie piśnie, żeby jej w czymś pomóc. Tak też było ze sprzątaniem domu. Widziałam wyraźnie, że się zwyczajnie przemęcza, więc poszłam do mojego brata i powiedziałam, że mógłby jej trochę pomoc, bo to nie jest ok. W odpowiedzi na to usłyszałam chłodne i twarde (ach, te lata młodzieńcze :P) „Ty – tu – nie – mieszkasz”.

Ja – tu – nie – mieszkam. Przyznaję, to było mocne uderzenie. Oczywiście to było lata temu, jesteśmy z moim bratem baaaardzo różni, więc i nasza komunikacja długo nie stała na mistrzowskim poziomie, zresztą jego odpowiedź wcale nie wykluczała, że on mamie jednak pomagał, temat dawno zamknięty :). Ale w jakimś sensie te słowa są szalenie aktualne w kontekście mojego obecnego życia. Bo ja nie – mieszkam – w – Polsce. I o tym będzie ten post.

Spędziłam poza Polską już prawie 5 lat mojego życia. To oczywiście niewiele z perspektywy mojej sąsiadki z czasów Nitry, która żyła na Słowacji już od 40 lat (to był dopiero przypadek, mieszkała w mieszkaniu tuż pod naszym :)), ale to już całkiem sporo, aby się od kraju oddalić na różnych płaszczyznach. Jak skonstatowałyśmy kiedyś z moją ukochaną B., mieszkającą poza krajem jeszcze dłużej ode mnie – polskie życie nas w pewnym sensie omija, mamy je gdzieś w głowie, w sercu, we wspomnieniach, w wyobrażeniach, ale nie w rzeczywistości, nie w tej zwykłej codzienności. Nasz obraz Polski jest inny – w pewnych wymiarach niekompletny, w pewnych wymiarach nieaktualny, a w jeszcze innych poszerzony o doświadczenie polonusa. Jesteśmy i jednocześnie nie jesteśmy częścią polskiej wspólnoty. Mogę i staram się aktywnie kultywować polskie tradycje we własnym domu, dbam o swój język ojczysty, zaszczepiam miłość do Polski moim dzieciom, w miarę możliwości kupuję polskie produkty (książki, dużo książek :)), prowadzę tego bloga, interesuję się polską polityką, biorę udział w wyborach, staram się być na bieżąco i wiedzieć, co się dzieje w kraju. Tak tworzę tę moją podstawową komórkę polskiej wspólnoty – chociaż ze Słowakiem. Jednocześnie widzę, jak coraz trudniej zachować mi czystość własnego języka, gdy na usta pchają się słowackie wyrazy, widzę, że w wielu kwestiach dotyczących funkcjonowania państwa stoję z boku (jak choćby wprowadzona w moim odczuciu w katastrofalny sposób reforma edukacji, która – gdybym żyła w Polsce – byłaby dla mnie bardzo istotna), widzę, że coraz mniej orientuję się w trendach w kulturze, zaskakują mnie zmiany zachodzące w polskich miastach, które fantastycznie się rozwijają (ostatnio kolejny raz zachwycił mnie mój kochany Poznań :)), nie jestem w stanie w ciągu tych paru odwiedzin w roku wszystkiego nadrobić, ze wszystkim nadążyć. Co najtrudniejsze – nie mogę aktywnie uczestniczyć w życiu wspólnoty lokalnej (mojej ukochanej salezjańskiej parafii, mojego małego miasta, które też zmienia się bardzo na korzyść). A chciałabym. Chciałabym bardziej być – ciałem, nie tylko sercem. B. zażartowała w jednej z naszych rozlicznych rozmów, że gadamy jak Mickiewicz, ale wiecie co? Ja serio tę tęsknotę XIX-wiecznych romantyków zrozumiałam (nie było z tym tak dobrze w czasach liceum :D).

Jedno jednak wiem na pewno: może i nie mieszkam w Polsce, ale Polska żyje we mnie. I głęboko wierzę, że mam pełne prawo do czucia się częścią tej wspólnoty, tak jak te 10 lat temu czułam się częścią mojej rodziny i chciałam uczestniczyć w jej codzienności, choć była moim udziałem tylko przez kilka dni w miesiącu. Mimo że ja – w – Polsce – nie – mieszkam, nie przestałam być jednym z ogniw, które ją tworzą. Wysunięcie takiego zarzutu przeciw jakiemukolwiek emigrantowi jest najzwyczajniej w świecie wykluczające i niesprawiedliwe. Mam świadomość, że to jest inny rodzaj uczestnictwa, wchodzę na tę imprezę na innym bilecie niż większość Polaków. Ale mój bilet jest tak samo ważny, chociaż zajmuję miejsce w dalszym sektorze. Nie pozwala mi to widzieć wyraźnie wszystkich szczegółów, za to daje szerszą perspektywę, czasem większy dystans do wielu spraw, a to wartość, którą mogę wnieść w życie mojego kraju, choćby poprzez dyskusje z przyjaciółmi. Mam w rękach inne narzędzia, ale mogę z nich robić tak samo dobry użytek. Nie uciekłam tylnymi drzwiami, nie zgubiłam biletu. Nie zamierzam nigdzie wychodzić. Zostaję.





Nie, to nebude post o mojom bratovi. Ale dlhé roky sme si skákali do vlasov (srdečne ho pozdravujem, postupom času sa to medzi nami zlepšilo :D) a mám takú jednu spomienku zo študentských čias, ktorá výborne ilustruje tému, ktorej sa chcem dnes dotknúť.

Nuž teda, pred 10 rokmi (!) som bývala a študovala v Poznani a môj brat býval s rodičmi a študoval v Gdańsku. Vracala som sa domov viac menej raz za mesiac. Nie je ťažké si predstaviť, že moja účasť na rodinnom živote teda bola veľmi obmedzená. No a moja mama je ten typ čarovnej strážkyne rodinného krbu, ktorá by nám zniesla aj modré z neba, ktorá nás svojim „ja sama, ja sama” niekedy aj čarovne nahnevá (mama, moja verná čitateľka :*), t.j. robí všetko za všetkých a ani nenaznačí, aby sme jej v čomkoľvek pomohli. Tak to bolo aj s upratovaním. Jasne som videla, že má toho veľa na pleciach, tak som šla za svojim bratom a povedala mu, že by jej mohol trochu pomôcť, lebo to nie je ok. Ako odpoveď som si vypočula chladné a tvrdé (ach, tie mladé letá :P) „Ty – tu – nebývaš”.

Ja – tu – nebývam. Priznám sa, bol to silný úder. Samozrejme, bolo to pred mnohými rokmi a s mojim bratom sme veľmi rozdielni, a preto ani naša komunikácia nebola na majstrovskej úrovni, koniec koncov, jeho odpoveď neznamenala, že mame nepomáhal, koniec, stačí :). Ale v istom zmysle sú tie slová veľmi aktuálne v kontexte môjho dnešného života. Lebo ja – nebývam – v – Poľsku. A o tom budem písať.

Strávila som mimo Poľska už takmer 5 rokov môjho života. To je samozrejme máličko z perspektívy mojej susedky z Nitry, ktorá žila na Slovensku už 40 rokov (to bol teda prípad, bývala v byte pod nami :)), ale aj to je už dosť na to, aby som sa od svojej krajiny vo viacerých oblastiach vzdialila. Ako sme kedysi skonštatovali s mojou milovanou B., ktorá býva v zahraničí ešte dlhšie ako ja, poľský život nás v istom zmysle obchádza, máme ho kdesi v hlave, v srdci, v spomienkach, v predstavách, ale nie v každodennosti. Náš obraz o Poľsku je iný, v istom zmysle nekompletný, v mnohých veciach neaktuálny, a ešte v iných obohatený o skúsenosť zahraničného Poliaka. Môžem a aj sa snažím aktívne kultivovať poľské tradície u nás doma, dbám na svoj materinský jazyk, vštepujem deťom lásku k Poľsku, nakoľko je to možné kupujem poľské produkty (knižky, veľa knižiek :)), píšem tento blog, zaujímam sa o poľskú politiku, zúčastňujem sa volieb, snažím sa nezaostávať a vedieť, čo sa v Poľsku deje. Tak budujem tú svoju základnú jednotku poľského spoločenstva – hoci aj so Slovákom. Zároveň však vidím, ako je čoraz ťažšie uchovať čistotu vlastného jazyka, keď sa na jazyk tlačia výrazy v slovenčine, vidím, že v mnohých záležitostiach týkajúcich sa fungovania štátu stojím na boku (napr. vo veci reformy systému vzdelávania, ktorá je podľa mňa zavádzaná katastrofálne a ktorá by pre mňa bola veľmi dôležitá, keby som žila v Poľsku), vidím, že čoraz menej sa orientujem v kultúrnych trendoch, prekvapujú ma zmeny, ktoré prichádzajú do poľských miest, fantasticky sa rozvíjajúcich (naposledy ma opäť raz očarovala moja milovaná Poznań :)), nie som schopná počas tých niekoľkých návštev počas roka všetko nadrobiť a dobehnúť. Čo je však najťažšie, nemôžem sa aktívne zúčastňovať života v mojej poľskej miestnej komunite (v mojej milovanej saleziánskej farnosti, v mojom malom meste, ktoré sa tiež pozitívne mení). A chcela by som. Chcela by som byť viac – telom, nielen srdcom. B. v jednom z našich rozličných rozhovorov zažartovala, že rozprávame ako Mickiewicz, ale viete čo? Ja som naozaj pochopila ten smútok romantikov z 19. storočia (na rozdiel od gymnaziálnych rokov :D).

Jedno je však isté: síce nebývam v Poľsku, Poľsko však žije vo mne. A hlboko verím, že mám plné právo cítiť sa ako súčasť toho spoločenstva, tak ako som sa pred desiatimi rokmi cítila ako súčasť mojej rodiny a chcela som sa zúčastňovať jej každodennosti, hoci som s ňou bola iba niekoľko dní za mesiac. Aj keď ja – v – Poľsku – nežijem, neprestala som byť jedným z ohniviek, ktoré ho tvoria. Takáto výčitka voči akémukoľvek emigrantovi je jednoducho vylučujúca a nespravodlivá. Som si vedomá toho, že ide o iný druh účasti, prichádzam na to predstavenie s iným lístkom ako väčšina Poliakov, je však takisto platný, hoci možno do vzdialenejšieho sektoru :). Neumožňuje mi to vidieť jasne všetky podrobnosti, dáva mi však širšiu perspektívu a niekedy väčší nadhľad nad mnohými záležitosťami. To je hodnota, ktorú môžem priniesť do života v mojej krajine, napr. prostredníctvom diskusie s priateľmi. Mám v rukách iné nástroje, ale môžem nimi spraviť takisto veľa dobrého. Neušla som zadnými dverami, nestratila som lístok. Neplánujem nikam ísť. Zostávam.