piątek, 30 czerwca 2017

Robić swoje / Robiť si svoje

Mała MN. idzie od września do przedszkola. Wielkie wydarzenie w życiu naszej rodziny. 3, 2, 1, 0… start!, edukacja naszej córki oficjalnie wystartowała. I to na Słowacji. To jeden z moich największych lęków związanych z wychowywaniem dzieci dwunarodowych. Bo właśnie, jak ostatnio w rozmowie ze mną odkryła jedna dobra znajoma, tu nie chodzi tylko o to, że moje dzieci są dwujęzyczne. Tu chodzi o to, że są dwunarodowe. Są zarówno Słowakami, jak i Polakami. I przede mną i M. stoi trudne zadanie, by ich w tym duchu wychować, by pomóc im odnaleźć się w takim mniej typowym układzie, którego żadne z ich rodziców nie zna od strony praktycznej. Ja nie wiem, co znaczy mieć 2 narodowości, przynajmniej nie w tak dosłownym wymiarze, jak doświadczają tego moje dzieci. Ja mogę tylko słuchać, co do powiedzenia na ten temat mają inni znajdujący się w podobnej sytuacji i wypracować z M. jakąś spójną, wspólną wizję, w której moje dzieci będą się czuły bezpiecznie i normalnie. Szkoła zdecydowanie będzie miała wyraźny wpływ na rozwój w jednym z kierunków, w tym wypadku słowackim. A tu zarysowuje się kolejny mój wielki lęk, który wprawdzie póki co znajduje się w sferze czystej teorii, ale kiedyś może się urzeczywistnić – moje dzieci w przyszłości będą miały prawo wyboru, z jaką narodowością bardziej się utożsamiają i będą mogły zdecydować, czy jednej ze swoich dwóch narodowości nie odrzucić, nie zrezygnować z niej. Brzmi oburzająco? Że jak to? Że dlaczego? Że po co? Ok, ale w końcu każdy decyduje sam za siebie. I może do czegoś takiego dojść, chociaż cholernie bym tego nie chciała. Spotkałam już dorosłe dzieci z polsko-słowackich rodzin, których język i zachowanie świadczyły o tym, że wybrały bycie Słowakami. Bolało. I może stąd ten mój strach. Bo już gdzieś to kiedyś widziałam…

Szkoła przeraża mnie dlatego, że nie umiem poprawnie pisać po słowacku, że słowacki alfabet jest inny, że litery pisane są inne (!), że nie znam historii Słowacji, że nie znam nazw różnych pojęć w języku słowackim… Przeraża mnie, że nie będę umiała pomóc własnym dzieciom tak, jak bym chciała, że nie będę dla nich wystarczającym wsparciem. Poza tym w szkole nikt nie będzie przejmował się tym, że nie świętujemy słowackiego dnia mamy, ale polski i moje dziecko pewnie łatwo zapomni w ferworze przygotowań przeróżnych laurek i pod wpływem innych dzieci, że mama tego dnia nie świętuje… Niby drobiazg, ale dla mnie urasta do ogromnych rozmiarów. Najgorsze, że M. oczywiście mógłby to samo powiedzieć o polskiej szkole. Ja przedstawiam wam tylko moją perspektywę.

A ta wspomniana kwestia tożsamości? Kolejna znajoma, sama będąca w dwunarodowym związku, gdy usłyszała moje wątpliwości odnośnie dzieci i ich wyborów, zareagowała stanowczym: „Nie! Niech moje dzieci wybiją to sobie z głowy”. Nie powiem, zwykłe zabronienie moim dzieciom czegokolwiek jest bardzo kuszącym rozwiązaniem, tylko że rzadko odnosi pożądany skutek ;). Na chwilę obecną wydaje mi się, że przede wszystkim muszę utrwalać w nich to naturalne przekonanie, że to, w czym żyją, jest zupełnie normalne. Musimy z M. konsekwentnie podkreślać bogactwo wynikające z tego, że dzieciaki są dwunarodowe, a nie trudności z tym związane. No i to my tworzymy nasze domowe tradycje, budujemy równowagę między polskością a słowackością, stawiamy pomiędzy nimi mosty. Uczymy kochać Polskę i Słowację, uczymy je szanować i traktować na równi. Do nas należy niewzmacnianie podziałów, nieprzedstawianie pewnych rzeczy jako wyraźnie lepszych lub gorszych, zaszczepianie ciekawości i chęci poznania jednej i drugiej ojczyzny. Fiuuu, wszystko to na ekranie komputera wygląda jeszcze poważniej niż w mojej głowie…

Tak naprawdę jednak najtrudniejsze zadanie ciągle przed nami. Bo schody zaczną się dopiero wtedy, gdy dzieci pójdą do szkoły. Przedszkole MN. to zaledwie preludium do tego, co nas jeszcze czeka, jeśli chodzi o grupę rówieśniczą albo szerzej – całe otoczenie zdominowane przez jedną kulturę i język. Chwilowo czuję się trochę jak Dawid stający do walki z Goliatem ;). Niby wiem, że nie tędy droga, podchodzenie do tematu niczym do pojedynku nie prowadzi do znalezienia spokojnego rozwiązania. Jednocześnie jednak już teraz muszę być czasami jak lwica, by bronić mojej rodziny – wierzcie mi, komentarze pełne ignorancji lub zwyczajnie pozbawione odrobiny empatii na temat naszych krajów czy języków zdarzają się regularnie. A może zamiast pokazywania pazurów lepiej byłoby uzbroić się w naprawdę, naprawdę gruby pancerz? Która opcja będzie bardziej pomocna dla moich dzieci? I pomoże im samym nie zgubić własnej tożsamości? Mam jeszcze czas na dokładniejsze rozważenie tych możliwości. Pewnie niektóre rzeczy wyklarują się „w praniu”, z czasem, będą dojrzewać wraz z nami i naszymi dziećmi. Ale zegar tyka…




Malá MN ide od septembra do škôlky. Veľká udalosť v živote našej rodiny. 3, 2, 1, 0… štart!, vzdelávanie našej dcérky sa oficiálne začalo. A to na Slovensku. Je to jedna z mojich najväčších obáv spojených s vychovávaním dvojnárodových detí. Ide práve o to, ako na to nedávno v rozhovore so mnou prišla jedna dobrá známa, že naše deti nie sú len dvojjazyčné. Oni sú totiž dvojnárodové. Sú takisto Slovákmi ako aj Poliakmi. A predo mnou a M. stojí ťažká úloha, aby sme ich v tomto duchu vychovali, aby sme im pomohli nájsť si miesto v takomto menej štandardnom formáte, ktorý ani jeden z ich rodičov nepozná z praktickej stránky. Ja neviem, čo to znamená, mať 2 národnosti, aspoň nie tak doslovne, ako to zakúšajú moje deti. Môžem len počúvať, čo na to hovoria iní ľudia, ktorí sa nachádzajú v podobnej situácii, a pripraviť s M. nejakú kompaktnú, spoločnú víziu, v ktorej sa deti budú cítiť bezpečne a normálne. Škola bude mať rozhodne významný vplyv na rozvoj v jednom smere, v tomto prípade v tom slovenskom. No a tu stojím pred ďalšou veľkou obavou, ktorá sa síce zatiaľ nachádza v sfére čistej teórie, ale raz sa môže zreálniť – moje deti budú mať v budúcnosti právo voľby, s ktorou národnosťou sa viac identifikujú, a budú sa môcť rozhodnúť, že jednu z nich odmietnu a vzdajú sa jej. Znie to šokujúco? Pýtate sa ako to, prečo, načo? Ok, ale v konečnom prípade každý rozhoduje sám za seba. A aj k takémuto niečomu môže dôjsť, hoci by som to absolútne nechcela. Stretla som už dospelé deti z poľsko-slovenských rodín, ktorých jazyk aj správanie svedčili o tom, že si vybrali Slovensko. Bolelo. A možno odtiaľ pochádza ten môj strach. Lebo som to už niekedy niekde videla...

Škola ma straší preto, že neviem správne písať po slovensky, že slovenská abeceda je iná, že písané písmená sú iné (!), že nepoznám históriu Slovenska, že nepoznám názvy rôznych pojmov v slovenčine... Bojím sa toho, že nebudem môcť pomôcť vlastným deťom tak, ako by som chcela, že im dostatočne nebudem oporou. Okrem toho, v škole nebude nikoho zaujímať, že neoslavujeme slovenský, ale poľský deň matiek, a moje dieťa iste pri príprave rôznych darčekov pre maminy pod vplyvom iných detí ľahko zabudne, že jeho mama oslavuje inokedy... Možno je to maličkosť, ale pre mňa narastá do obrovských rozmerov. Najhoršie je, že M. by, samozrejme, mohol povedať to isté o poľskej škole. Ja sa s vami delím iba svojou perspektívou.

A tá spomínaná otázka identity? Ďalšia známa, ktorá je tiež v dvojnárodovom vzťahu, keď počula o mojich pochybnostiach súvisiacich s deťmi a ich voľbami, zareagovala rozhodne: „Nie! Nech si to moje deti vytlčú z hlavy”. Pravda je taká, že dať jednoduchý zákaz mojim deťom na čokoľvek je veľmi lákavé, avšak zriedkavo prináša želaný výsledok ;). Momentálne sa mi zdá, že v nich predovšetkým musím posilňovať  prirodzené presvedčenie, že to, v čom žijú, je úplne normálne. Musíme spolu s M. vytrvalo zdôrazňovať bohatstvo vyplývajúce z toho, že deti sú z dvoch národov, a nie ťažkosti, ktoré sú s tým spojené. No a práve my tvoríme naše domáce tradície, budujeme rovnováhu medzi poľskosťou a slovenskosťou, staviame medzi nimi mosty. Učíme, ako milovať Poľsko aj Slovensko, učíme ich rešpektovať ich a správať sa k nim rovnako. My sme tí, ktorých úlohou je neposilňovať rozdiely, neukazovať niektoré veci ako výrazne lepšie či horšie, vštepovať deťom zvedavosť a chuť spoznávať jednu aj druhú vlasť. Fúúú, všetko to na obrazovke vyzerá ešte vážnejšie ako v mojej hlave...

To najťažšie je v skutočnosti stále pred nami. Lebo tá najväčšia námaha nás bude čakať vtedy, keď pôjdu deti do školy. Škôlka MN je iba predohra pred tým, čo je tam niekde ďalej a čo sa týka celej skupiny rovesníkov, alebo v širšom zmysle, celého prostredia s jedným dominantným jazykom a jendou kultúrou. Chvíľami sa cítim trochu ako Dávid, ktorý sa postavil do boja proti Goliášovi ;). Viem síce, že tadiaľ cesta nevedie, že vnímať celú situáciu ako súboj nás neprivedie k rozvážnemu riešeniu. Jednako sa však už teraz musím niekedy správať ako levica, ktorá bráni svoju rodinu – verte mi, že sa pravidelne objavujú komentáre plné ignorancie alebo jednoducho bez akejkoľvek empatie týkajúcej sa našich krajín či jazykov. Mala by som sa snáď namiesto vystrkovania pazúrov vyzbrojiť skutočne, skutočne hrubým pancierom? Ktorá možnosť viac pomôže mojim deťom? Ktorá im pomôže nestratiť sa v ich vlastnej identite? Ešte mám čas na dôkladnejšie uvažovanie o týchto možnostiach. Niektoré veci sa určite ukážu časom, budú dozrievať spolu s nami a našimi deťmi. Ale hodiny tikajú...

środa, 31 maja 2017

2. FSF

W czasach studenckich, kiedy tylko mogłyśmy, biegałyśmy z moją przyjaciółką na festiwal filmowy w Gdyni. Wyraźnie pamiętam dreszcz emocji towarzyszący kolejnym projekcjom, szukanie sposobów, by zobaczyć jak najwięcej filmów i jak najkrócej stać w ogromnych nieraz kolejkach do sal kinowych i wiercenie się w fotelu spowodowane całodziennym siedzeniem przed ekranem :). Każdemu polecam takie doświadczenie, serio.

10 lat później mam w domu dwójkę małych dzieci i jestem zadowolona, gdy uda mi się wieczorem obejrzeć z M. odcinek serialu ;) (niech żyje Netflix!). A jednak nie wszystko stracone! W tym roku szczęście się do mnie uśmiechnęło i przyjechaliśmy do moich teściów w czasie, gdy w Partizánskem odbywał się 2. FestSlovensky Film, festiwal filmu słowackiego.

Głównym organizatorem był mój szwagier wraz ze stowarzyszeniem Fabrika Umenia (Fabryka Sztuki), które stara się obudzić miasto Partizánske i otworzyć je na nowe rodzaje kultury i sztuki. Choć wiedziałam, że grupa ta ma naprawdę dobre pomysły i niekończący się zapał, chyba jednak nie spodziewałam się wydarzenia na tak wysokim poziomie.

W ciągu 3 dni na festiwalu wyświetlono 8 filmów, którym towarzyszyły dyskusje z ich twórcami, niezwykle inspirujące i pozwalające zajrzeć za kulisy danych produkcji filmowych (dowiedziałam się z nich np. jak doszło do tego, że główną rolę w „Czerwonym Kapitanie” zagrał… Maciej Stuhr). Filmy były zróżnicowane, od studenckich, przez dokumenty, aż do typowo mainstreamowych obrazów. Program festiwalu nie pozwalał na nudę, ponieważ oprócz projekcji znalazła się w nim chwila na kawę z Milem Kráľem – aktorem i reżyserem, którego przeciętny słowacki widz telewizyjny z pewnością zna, retrospektywę twórczości dokumentalnej Jara Vojteka – zasłużonego słowackiego dokumentalisty, oraz oryginalną prezentację najstarszego słowackiego filmu niemego pt. „Jánošík” (nie mam pojęcia, jaki jest polski najstarszy film niemy, a widziałam słowacki, fiuuu ;)) z towarzyszeniem improwizowanej muzyki wykonywanej na żywo przez gitarzystę Števa Haladíka. Ciekawe, niebanalne propozycje.

Nie obyło się bez wpadek – za najbardziej dokuczliwe można uznać brak napisów do dokumentu „Para nad rzeką”, dotyczącego słowackich muzyków jazzowych, którzy emigrowali do Francji, Niemiec i Ameryki w czasach socjalizmu (pisałam o nich swoją pracę licencjacką, więc czekałam z niecierpliwością na film) oraz kiepską kopię filmu „Stanko”, w której dźwięk nie szedł w parze z obrazem (kopia uzyskana ze słowackiego odpowiednika Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, można dyskutować, kto tu zawinił). Niedociągnięcia te wynagrodził jednak całokształt – wspomniany program, lokalizacja festiwalu w bardzo przyjemnych dla oka wnętrzach nowo otwartego hotelu Azul, troska o szczegóły w postaci gadżetów związanych z festiwalem (sama wyjechałam z Partizánskego z uroczą płócienną torbą ;)) i staranna promocja (niestety ze względu na mały budżet ograniczona prawie wyłącznie do Fejsbuka i lokalnych mediów).

Dzięki pomocy rodziny mojego męża przy dzieciach i życzliwości M. mogłam obejrzeć prawie wszystkie filmy i nie żałuję. Wzbogaciło to moją wiedzę na temat słowackiej sztuki filmowej („Jánošík”!), poszerzyło horyzonty (rozmowa z Milem Kráľem, który mówił o problemach sztuki aktualnych we wszystkich państwach pokomunistycznych) i pobudziło intelektualnie. Na dodatek mogłam przetestować moją granicę komfortu, zadając publicznie do mikrofonu pytania do twórców, oczywiście po słowacku ;). Jedyne, co nie dopisało w pełni, to… publiczność. Partizánske chyba nadal śpi. Niemniej jednak jestem przekonana, że jeśli kolejne roczniki festiwalu Fest Slovensky Film będą równie udane, miasto ma szansę zyskać prawdziwą kulturalną perełkę, wyróżniającą się na terenie całego kraju. Polecam wam przekonać się o tym za rok.

Dyskusja po projekcji filmu "Piata loď" z reżyserką Ivetą Grófovą i scenarzystą Markiem Leščákiem (bardzo ciekawa rozmowa na temat pracy z dziećmi).

Diskusia po premietaní filmu Piata loď s režisérkou Ivetou Grófovou a scenáristom Marekom Leščákom (veľmi zaujímavý rozhovor o práci s deťmi).

Dyskusja po projekcji filmu "Učiteľka" z aktorami Csongorem Kassaiem i Oliverem Oswaldem (którzy mówili bardzo ciekawie, ale kompletnie nie odpowiadali na pytania ;)).

Diskusia po premietaní filmu Učiteľka s hercami Csongorom Kassaiom a Oliverom Oswaldom (ktorí rozprávali veľmi zaujímavo, ale vôbec neodpovedali na otázky ;)).

Dyskusja po projekcji filmu "Czerwony kapitan" z producentką wykonawczą Janą Klukovą (to ona zdradziła, jak to było z wyborem Macieja Stuhra do roli detektywa Richarda Krauza ;)).

Diskusia po premietaní filmu Červený kapitán s výkonnou producentkou Janou Klukovou (to ona prezradila, ako to bolo s voľbou Macieja Stuhra do role detektíva Richarda Krauza).


V študentských časoch, keď sme len trochu mohli, chodili sme s mojou priateľkou na filmový festival v Gdyni. Jasne si pamätám príval emócií, ktorý sprevádzal jednotlivé projekcie, hľadanie možností, ako vidieť čo najviac filmov a čo najkratšie stáť v neraz predlhých radoch do kinosál a tiež ošívanie sa v sedadle, spôsobené celodenným sedením pred plátnom :). Naozaj všetkým odporúčam takú skúsenosť.

O 10 rokov neskôr mám doma dve malé deti a som rada, keď sa mi s M. podarí pozrieť si večer jeden diel seriálu ;) (nech žije Netflix!). A predsa nie je všetkému koniec! Tento rok sa na mňa usmialo šťastie – prišli sme k mojim svokrovcom práve vtedy, keď sa v Partizánskom odohrával 2. Fest Slovenský Film, festival slovenského filmu.

Hlavným organizátorom bol môj švagor spolu s občianskym združením Fabrika Umenia, ktoré sa snaží zobudiť mesto Partizánske a otvoriť ho na nové formy kultúry a umenia. Vedela som síce, že táto skupina ľudí má skutočne dobré nápady a nekonečné nadšenie, nečakala som však udalosť na tak vysokej úrovni.

Počas troch dní bolo na festivale premietnutých 8 filmov, ktoré boli sprevádzané diskusiami s ich tvorcami, neobyčajne inšpiratívnymi, umožňujúcimi nahliadnuť za kulisy daných filmových produkcií (dozvedela som sa z nich napr. to, ako sa stalo, že hlavnú úlohu v Červenom kapitánovi dostal.. Maciej Stuhr). Filmy boli rôzne, od študentských cez dokumenty až k typickým mainstreamovým kúskom. Program festivalu znemožnil nudu, pretože okrem projekcii sa našla chvíľa aj na kávu s Milom Kráľom – hercom a režisérom, ktorého priemerný slovenský divák určite pozná, retrospektívu dokumentaristickej tvorby Jara Vojteka – známeho slovenského dokumentaristu, a tiež na originálnu prezentáciu najstaršieho slovenského nemého filmu Jánošík (netuším, aký je najstarší poľský nemý film, ale slovenský som videla ;)), sprevádzanú improvizovanou živou gitarovou hudbou Števa Haladíka. Zaujímavá, nie každodenná ponuka.

Celé sa to nezaobišlo bez kiksov – za najväčší možno považovať fakt, že chýbali titulky k dokumentu Para nad riekou – je o slovenských džezmenoch, ktorí emigrovali do Francúzska, Nemecka a Ameriky počas socializmu (písala som o nich bakalársku prácu, netrpezlivo som teda na film čakala) a nekvalitnú kópiu filmu Stanko, v ktorom zvuk nehral s obrazom (kópia získaná z filmového ústavu, možno diskutovať o tom, kto bol na vine). Tieto nedostatky však prekonal komplexný pohľad na festival – spomínaný program, lokalizácia festivalu vo veľmi príjemných priestoroch novootvoreného hotelu Azul, starostlivosť o predmety spojené s festivalom (sama som z Partizánskeho odišla s vkusnou plátennou taškou ;)) a tiež dôkladná propagácia (nanešťastie, kvôli malému rozpočtu obmedzená takmer výlučne na facebook a lokálne médiá).

Vďaka pomoci rodiny môjho manžela pri deťoch a žičlivosti M. som mohla vidieť skoro všetky filmy a neľutujem to. Obohatilo to moje znalosti o slovenskom filmovom umení (Jánošík!), rozšírilo horizonty (rozhovor s Milom Kráľom, ktorý hovoril o problémoch umenia aktuálnych vo všetkých postkomunistických krajinách) a intelektuálne oživilo. Na dôvažok som mohla otestovať moje pohodlie, keďže som sa tvorcov verejne, na mikrofón pýtala rôzne veci, samozrejme, po slovensky ;). Jediné, čo celkom nevyšlo, bol záujem divákov. Partizánske asi ešte stále spí. Som však presvedčená, že ak budú ďalšie ročníky festivalu Fest Slovenský Film rovnako vydarené, mesto má príležitosť získať skutočnú kultúrnu perličku, mimoriadnu na celoslovenskej úrovni. Odporúčam, aby ste sa o tom o rok sami presvedčili.  

czwartek, 27 kwietnia 2017

Prosta prawda o innej kulturze / Jednoduchá pravda o inej kultúre

Przyzwyczaiłam was (i siebie) do tego, że zamieszczam posty w ostatnich dwóch dniach miesiąca. Tym razem jednak jest inaczej. Dlaczego? Dlatego, że w 2 ostatnich dniach miesiąca nie będę miała dostępu do swojego komputera. Więcej, od piątku do poniedziałku nie będzie mnie w kraju. Piszę wam o tym, bo to dla mnie ogromne wydarzenie. I chcę w tym miejscu wyrazić olbrzymią wdzięczność dla mojego męża, bo to jego sprawka. Lecę do B., do Londynu. Sama. Bez męża i bez dzieciaków. Pierwszy raz od narodzin małego DJ. Zostałam praktycznie wygoniona z domu i nie ukrywam, że jestem z tego powodu przeszczęśliwa. Mój najwspanialszy i potrafiący odczytać we mnie myśli zapisane szyfrem M. – dziękuję!

Ok, podziękowania za mną, pora na post. A dziś na tapecie temat złożony, trudny. Stanowi dla mnie niezłą zagwozdkę w ostatnich miesiącach. Prosto z mostu: jak zachować swoją tożsamość i jednocześnie nie zamykać się na nową wspólnotę, stać się częścią środowiska, w którym się znalazło.

Czy mi się to podoba, czy nie – jestem emigrantką. Wyjechałam z ojczyzny, mieszkam na stałe w innym państwie. Powody dokonywania takiego wyboru bywają różne, mój znacie, ale efekt jest zawsze ten sam – trzeba odnaleźć się w innym kraju, trzeba się w nim zadomowić, żeby nie zwariować. Metody dojścia do tego zbawiennego stanu, że jest ci dobrze wszędzie, gdzie mieszkasz (w przypadku gdy nie jesteś kosmopolitą i musisz się jednak trochę wysilić), też nie są jednakowe. Jedni odcinają się totalnie od rodzimego języka i kultury, inni przeciwnie – zamykają się totalnie na to nowe. To skrajne przykłady, ale i innych nie chcę tu poddawać ocenie. Każdy ma swój sposób na szczęście.

Zasadę, którą ja staram się kierować w swoim życiu i do zrozumienia której dojrzałam, mieszkając właśnie za granicą, można właściwie zmieścić w jednym zdaniu – żadna kultura nie jest lepsza od innej; jest po prostu… inna. Proste? Przeciwnie, czasem szalenie trudne!

Ile razy już łapałam się na tym, jak myślałam, że to polskie jest lepsze, tamto polskie jest lepsze, to Polacy robią lepiej, tamto Polacy wiedzą lepiej… Przykłady można mnożyć. A tak się nie da żyć. Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę tu zrównać wszystkich i wszystkiego, to nie tak. Ale porównywanie i nieustanne stawianie na pierwszym miejscu tego, co znane od zawsze, tego, co zrozumiałe i akceptowane przez ludzi nam bliskich – rodziny i przyjaciół pochodzących z tego samego kraju, więc tym samym naturalne i dla nas, nie doprowadzi do wzajemnego zrozumienia i szacunku dla ludzi z innego kręgu kulturowego. Nic dziwnego, że moje jest dla mnie najlepsze. Trzeba tylko jasno sobie powiedzieć, czy mam do takiego twierdzenia jakieś obiektywne podstawy, czy jest tak dlatego, że to moje jest po prostu moje, swojskie, głęboko zakorzenione. Bo odkrycie, jak subiektywne są czasem nasze sądy, może pozwolić nam na przyjęcie inności ludzi pochodzących z innego kraju, na zaakceptowanie faktu, że ich kultura nie jest w niczym gorsza, w niczym. Dalszym krokiem może być natomiast docenienie jej, polubienie, chęć głębszego poznania. I to jest dopiero super moment! Bo w tej nowej kulturze wcale nie musi nam się wszystko podobać, ale zawsze można znaleźć coś, co nas łączy, a nie dzieli, a to fascynująca przygoda. Trzeba tylko odrobinę wyściubić nosa ze swojej strefy komfortu, opuścić gardę ze stereotypów, zrobić krok w dół z tego Olimpu, na którym ustawiliśmy własną kulturę. Bułka z masłem ;).

Nie wymądrzając się już tyle i podsumowując temat trochę poważniej - jest to dla mnie codzienne zadanie i jednocześnie niecodzienne wyzwanie. Pracuję nad tym, by łączyć moją polskość ze "słowackością" otoczenia. I by stawiać między nimi znak równości. W poszanowaniu tego, co odmienne. Uznając różnice historyczne, społeczne, polityczne, kulturowe, geograficzne. Was też do tego zachęcam. Do odkrywania, że inna kultura nie równa się gorsza. Choć skoro tu jesteście, pewnie od dawna myślicie podobnie :).


Zvykli ste si (a ja tiež) na to, že príspevky pribúdajú počas posledných dvoch dní mesiaca. Tentokrát to bude inak. Prečo? Preto, že počas posledných dvoch dní tohto mesiaca nebudem mať prístup k svojmu počítaču. Od piatka do pondelka dokonca budem v zahraničí. Píšem vám o tom, lebo je to pre mňa veľká udalosť. A chcem na tomto mieste vyjadriť obrovskú vďaku môjmu manželovi, lebo to on spôsobil. Letím k B. do Londýna. Sama. Bez muža a bez detí. Prvý raz od narodenia malého DJ. Prakticky ma vyhodili z domu a netajím, že som z toho dôvodu prešťastná. Môj najúžasnejší M., ktorý dokážeš prečítať moje zašifrované myšlienky – ďakujem!

Ok, poďakovanie je za nami, teraz čas na príspevok. Dnes o veľmi zložitej a ťažkej téme. V ostatných mesiacoch mi spôsobuje nemalé problémy. Povedané priamo: ako si zachovať svoju identitu a zároveň sa neuzatvárať pred novou spoločnosťou, stať sa súčasťou prostredia, v ktorom sa človek ocitne.

Či sa mi to páči alebo nie, som emigrantka. Odišla som z vlasti, stabilne žijem v inej krajine. Dôvody pre takéto rozhodnutie bývajú rôzne, môj poznáte, ale dôsledok je vždy ten istý – treba nájsť svoje miesto v inej krajine, treba sa v nej udomácniť, aby sa človek nezbláznil. Metódy, pomocou ktorých sa nadobúda takýto spásonosný stav, že človeku je dobre všade, kde býva (v prípade, že nie je kozmopolita a musí predsa len vynaložiť nejakú námahu) tiež nie sú rovnaké. Niektoré sa úplne odstrihnú od rodného jazyka a kultúra, iní celkom naopak – úplne sa uzavrú pred tým novým. Sú to extrémne príklady, ale nemám úmysel žiadny prístup hodnotiť. Každý má svoju cestu ku šťastiu.

Zásada, ku ktorej som ja dozrela a ktorou sa snažím riadiť vo svojom živote, v ktorom som sa práve ocitla v zahraničí, sa v skutočnosti zmestí do jednej vety – žiadna kultúra nie je lepšia od inej, je jednoducho.... iná. Ľahké? Práve naopak, niekedy až priťažké!

Koľkokrát som sa už pristihla pri tom, ako som si myslela, že tá či oná poľská vec je lepšia, že Poliaci to robia lepšie, že Poliaci niečo lepšie vedia... Príklady sú na každom kroku. Ale tak sa žiť nedá. Nechápte ma zle, nechcem tu zrovnávať všetkých a všetko, tak to nie je. Ale porovnávať a neustále stavať na prvé miesto to, čo je nám odjakživa známe, čo je zrozumiteľné a prijaté našimi blízkymi – rodinou a priateľmi z našej rodnej krajiny – a teda aj nám najbližšie, nenapomáha vzájomné porozumenie a rešpekt medzi ľuďmi z rôznych kultúrnych prostredí. Nie je nič zvláštne na tom, že moje je pre mňa najlepšie. Treba však jasne povedať, či mám na také tvrdenie objektívny dôvod, alebo je dôvodom iba to, že moje znamená moje, hlboko vo mne zakorenené. Lebo odhalenie, aké subjektívne sú niekedy naše súdy, nám umožní prijať odlišnosť ľudí pochádzajúcich z iných krajín a akceptovať skutočnosť, že ich kultúra nie je o nič horšia, skutočne o nič. Ďalší krok môže byť pozitívne hodnotenie, obľúbenie si či dokonca túžba po spoznaní inej kultúry. A to je ten super moment! Lebo v tej našej novej kultúre sa nám vôbec nemusí všetko páčiť, ale vždy možno nájsť niečo, čo nás spája a nedelí, a to je fascinujúce dobrodružstvo. Treba len trošku vystrčiť nos zo svojej sféry pohodlia, opustiť obranný kryt stereotypov a urobiť prvý krok nadol z toho Olympu, na ktorý sme postavili svoju vlastnú kultúru. Pohodička ;).

Trošku vážnejšie zhrnutie predchádzajúcich múdrosti by mohlo znieť takto – je to pre mňa každodenná úloha a zároveň mimoriadna výzva. Pracujem na tom, aby som dokázala spojiť svoju poľskosť so slovenským okolím. Aby bol medzi nimi znak rovná sa. S úctou voči tomu, čo je odlišné. S ohľadom na historické, spoločenské, kultúrne, politické a geografické rozdiely. Všetky vás k tomu pozývam. Odhaľte fakt, že odlišnosť kultúry neznamená, že je horšia. Hoci, pokiaľ ste čitateľmi tohto blogu, zrejme ste o tom už dávno presvedčení :).