środa, 31 października 2018

Drugie dno / Druhé dno


Dostałam ostatnio cios. Jeden z tych bardziej bolesnych, prosto w serce. Aż zabrakło mi tchu. Przez kilka dni byłam rozsypana na tysiące małych kawałeczków i kompletnie nie mogłam się pozbierać. Uderzyła mnie moja samotność.

To nie tak, że się z tą samotnością nie znamy. Właściwie na co dzień żyjemy całkiem zgodnie. Ale zwyczajnie nie byłam przygotowana na wydarzenia, które nastąpiły w minionym miesiącu, nie zdążyłam założyć zbroi, nie zdążyłam postawić gardy.

Co się takiego stało? Niby nic, ot, powód do dumy. Moja córka chodzi do „zerówki” w przedszkolu, ale gdy poszła na zajęcia dla przedszkolaków przy Szkole Polskiej, wyróżniała się na tyle, że zaproponowano nam, by dołączyła na zajęcia do pierwszej klasy. Pierwotnie nie chcieliśmy niczego przyspieszać, mała skończy w listopadzie 6 lat, w obu naszych krajach powinna rozpocząć naukę w tym samym roku szkolnym, 2019/2020, i uznaliśmy, że tak będzie najlepiej. Ale nie da się ukryć, że MN. jest molem książkowym, typem intelektualistki. Na hasło „szkoła” zaświeciły się jej oczy. W ten sposób decyzja podjęła się sama, jakoś poza nami i naszymi planami.

Tymczasem temat rozpoczęcia przez moje najstarsze dziecko szkoły był jednym z tych, który od dawna w tym moim życiu na obczyźnie wzbudzał we mnie olbrzymi lęk. Nie, nie dlatego, że mam problem z wypuszczeniem małej MN. z rodzinnego gniazda. Po prostu w tym jednym wydarzeniu – rozpoczęciu nauki – skupia się całe mnóstwo przeróżnych moich emocji, wyobrażeń, niepokojów.

Żeby to lepiej wytłumaczyć, muszę na chwilę cofnąć się w czasie.

Moja cudowna mama poświęciła mi i mojemu bratu bardzo, bardzo dużo siebie, swojego czasu, swojej uwagi (mamo, dziękuję :*). Szkoła to była głównie jej domena, bo tata miał zdecydowanie mniej czasu i cierpliwości. Mama pomagała w lekcjach, mama pilnowała, mama organizowała i była zaangażowana w życie szkolne i klasowe. Żeby nie było – nie wyręczała nas, byliśmy z moim bratem całkiem kumatymi dziećmi ;). Ale mama była bardzo ważnym filarem tej naszej drogi edukacyjnej, zwłaszcza gdy poszłam jeszcze do szkoły muzycznej i przez kilkanaście lat ciągnęłam dwie szkoły równolegle.

Na takiej bazie powstało więc moje wyobrażenie o supermamie. Taką mamą dla moich dzieci, gdy pójdą do szkoły, zawsze chciałam być. Tymczasem związek międzynarodowy rozbija kolejne wyobrażenia – o idealnym związku z kolegą „zza rogu”, o mieszkaniu blisko domu rodzinnego, o wpadaniu do mamy na popołudniową kawę. I właśnie – o byciu mamą, która pomoże swoim dzieciom w lekcjach, która sprawdzi wypracowanie z polskiego, która przepyta z królów polskich…

Bardzo, bardzo nie chciałam, żeby ten moment nadszedł. By to moje kolejne wyobrażenie rozbiło się w drobny mak. Nie chciałam o tym w ogóle myśleć. I zostałam wzięta z zaskoczenia. Bo choć w Szkole Polskiej moja córka zaczęła naukę polskiego, to jednak poczułam, jakby wszystko wokół z prędkością światła przybliżyło mnie do momentu, w którym podejmie naukę właściwą – z największym prawdopodobieństwem w szkole słowackiej. Gdzie nie będę już w stanie pomóc tak, jakbym chciała…

Uspokajam się, że to przecież jeszcze rok, ale dobrze wiem, że nie ucieknę przed tym. I ta świadomość sprawiła, że te wszystkie październikowe wydarzenia tak bardzo bolały i kosztowały tyle łez.

Tym bardziej, że na zmierzeniu się z własnymi niemożliwymi do zrealizowania marzeniami i wyobrażeniami temat się nie kończy. Kolejna kwestia, która nieuchronnie wiąże się z podjęciem przez nasze dzieci nauki w szkole, to ograniczenia. Obecnie mamy bardzo komfortową sytuację – M. ma sporo wolnego w pracy, ja pracuję z domu, moi rodzice są zawsze otwarci, żeby nas przyjąć, na linii Gdańsk-Wiedeń latają samoloty. Nie jesteśmy w stanie pokonać tego tysiąca kilometrów raz w miesiącu, ale już raz na dwa-trzy nam się udaje. Na dodatek mamy możliwość niewpadania do Polski jak po ogień, bo przy tak dużej odległości naprawdę szkoda by było jechać tylko na weekend, więc zostajemy najczęściej na 2 tygodnie. Zdaję sobie sprawę, że szkoła stopniowo położy temu kres. A ten czas spędzany w Polsce jest dla mnie szalenie ważny i szalenie cenny. Na dodatek widzę, jak wiele dobrego daje też moim dzieciom.

Już ostatnia istotna sprawa, która nieubłaganie wiąże się ze szkołą, to wejście w grupę, przywiązanie. Mam świadomość, że to naturalne i potrzebne, więc nie mogę powiedzieć, że się tego boję – raczej tego mojej córce życzę. By była szczęśliwa, by odnalazła grono fajnych przyjaciół. Z drugiej strony wiąże się z tym nieuchronne wchodzenie w jedną z kultur i wiele wysiłku, niekoniecznie nagrodzonego sukcesem, będzie nas kosztować zachowanie w domu choć względnej równowagi między słowackością i polskością. To zresztą jest świat idealny, bo zdaję sobie sprawę, że tu nie tylko o chęci chodzi, a życie rządzi się swoimi prawami.

No właśnie, życie rządzi się swoimi prawami. I w końcu po tym wielkim uderzeniu musiałam się podnieść. Ale bardzo wiele mnie to kosztowało. Dlaczego to właśnie samotność mnie tak mocno uderzyła? Bo temat jest dla mnie tak trudny, że nie byłam w stanie go podjąć nawet z moim mężem; jedynym przejawem tej wewnętrznej walki były łzy. I uderzyła mnie świadomość, że w moim najbliższym otoczeniu nie ma nikogo, kto miałby podobne doświadczenia. Kto żyłby na obczyźnie i wychowywał tam dzieci, kto byłby w stanie dostrzec, że w pojęciu „szkoła” kryje się dla mnie coś więcej niż tylko jakiś mityczny koniec tego najbardziej beztroskiego dzieciństwa. Że dla mnie całe zagadnienie ma jeszcze drugie, o wiele głębsze dno, związane z naszą rodzinną dwukulturowością. Zabrakło mi zrozumienia. Miałam ramię, na którym mogłam się wypłakać, ale zabrakło mi serca i ucha, które by mnie cierpliwie wysłuchało, które pomogłoby mi do tych wszystkich lęków nabrać właściwego dystansu, zmierzyć się na spokojnie z tym, co musi nadejść. Bo że będę musiała się z tym w końcu zmierzyć, to pewne. Obym następnym razem była lepiej przygotowana. Muszę. Takie życie wybrałam.

Ławka szkolna MN.

Nedávno ma zasiahol úder. Jeden z tých bolestivejších, priamo do srdca. Až som stratila dych. Niekoľko dní som bola rozbitá na tisícky malých kúsočkov a vôbec som sa z toho nemohla dostať. Zasiahla ma moja osamelosť.

Nie, že by sme s mojou osamelosťou neboli staré známe. V skutočnosti spolu žijeme viac-menej bez nezhôd. Jednoducho som nebola pripravená na udalosti, ktoré sa stali tento mesiac, nestihla som sa obrniť a postaviť hradby.

Čo také sa stalo? Zdalo by sa, že nič, práve naopak, niečo, na čo by som mala byť hrdá. Moja dcéra chodí do poslednej triedy v škôlke, ale keď šla na krúžok pre predškolákov pri poľskej škole, natoľko sa vynímala, že nám navrhli, aby sa pripojila k prvákom. Spočiatku sme nechceli nič uponáhľať, malá bude mať v novembri 6 rokov, v oboch našich štátoch by teda mala začať chodiť do školy v školskom roku 2019/2020 a povedali sme si, že tak to bude najlepšie. Nedá sa však prehliadnuť, že MN je malý knihomoľ, intelektuálny typ. Pri slove „škola” sa jej zablyšťalo v očiach. Takto padlo rozhodnutie samo, akosi mimo nás a našich plánov.

Otázka začiatku školskej dochádzky môjho najstaršieho dieťaťa je však jednou z tých, ktoré vo mne pri mojom živote v inom štáte vzbudzujú obrovský strach. Nie, nie preto, že by som mala problém s vypustením malej MN z rodičovského hniezda. Jednoducho v tej jednej udalosti – začiatku školy – sa sústreďuje celá paleta najrôznejších emócií, predstáv a starostí.

Ak to mám lepšie vysvetliť, musím sa na moment vrátiť späť v čase.

Moja úžasná mama venovala mne i môjmu bratovi veľa zo seba, svoj čas, svoju pozornosť (mama, ďakujem :*). Škola bola hlavne jej doménou, pretože tato mal rozhodne menej času aj trpezlivosti. Mama mi pomáhala pri učení, dávala pozor, organizovala a bola zapojená do života mojej školy i triedy. Nemyslite si, že by robila niečo za nás, to nie, boli sme aj s bratom pomerne šikovní ;). Mama však bola veľmi dôležitým pilierom na tej našej ceste vzdelávaním, zvlášť, keď som ešte začala chodiť do hudobnej školy a dlhé roky som ťahala obe školy súčasne.

Na takomto základe teda vznikla moja predstava o supermame. Takou mamou mojich detí, keď pôjdu do školy, som vždy chcela byť. Avšak medzinárodný vzťah rozbíja stále ďalšie predstavy – o ideálnom vzťahu s kamarátom z vedľajšej ulice, o bývaní v blízkosti rodičov, o poobedňajšej káve s mamou, keď sa nám zachce. A tiež – o bytí mamou, ktorá pomôže deťom pri učení, ktorá skontroluje úlohu z poľštiny a preskúša z poľských kráľov...

Veľmi, veľmi som nechcela, aby tá chvíľa prišla. Aby sa ďalšia moja predstava rozbila na márne kúsky. Nechcela som na to myslieť. A prišlo to úplne nečakane. Hoci sa moja dcéra začala v poľskej škole učiť poľštinu, aj tak som pocítila, akoby sa začal s rýchlosťou svetla približovať moment, keď sa začne to hlavné vzdelávanie – s najväčšou pravdepodobnosťou v slovenskej škole. Kde už nebudem môcť pomáhať tak veľmi, ako by som chcela...

Upokojujem sa, že mám ešte rok, ale dobre viem, že pred tým neutečiem. A to vedomie spôsobilo, že všetky tie októbrové udalosti tak veľmi boleli a stáli toľko sĺz.

To všetko o to viac, že sa to celé nekončí pri konfrontácii skutočnosti s vlastnými, neuskutočniteľnými snami a predstavami. Ďalšou otázkou, ktorá sa nevyhnutne spája so začiatkom školskej dochádzky detí, sú rôzne obmedzenia. Teraz sme vo veľmi pohodlnej situácii – M. má veľa voľna v prácy, ja pracujem z domu, moji rodičia nás vždy radi prijmú, medzi Gdaňskom a Viedňou je letecké spojenie. Nie je možné prekonať tých tisíc kilometrov raz za mesiac, ale raz na dva až tri sa nám darí. Navyše, nemusíme do Poľska prichádzať len na krátky moment, lebo pri takej vzdialenosti by bola skutočne škoda chodiť len na víkend, preto väčšinou zostávame 2 týždne. Uvedomujem si, že so začiatkom školy táto výhoda postupne končí. Avšak ten čas trávený v Poľsku je pre mňa strašne dôležitý a cenný. Vidím tiež, koľko dobra to dáva mojim deťom.

Poslednou významnou záležitosťou, ktorá sa nevyhnutne spája so školou, je bytie súčasťou skupiny, prináležitosť. Je mi jasné, že je to prirodzené a potrebné, nedá sa povedať, že sa toho bojím – skôr to dcérke prajem. Aby bola šťastná, našla si dobrých priateľov. Na druhej strane sa s tým spája ponorenie sa do jednej kultúry – my zas budeme musieť vynaložiť množstvo námahy, nie nevyhnutne odmenenej úspechom, aby sa zachovala aspoň aká-taká rovnováha medzi slovenskosťou a poľskosťou u nás doma. Hovorím tu o ideálnom stave, pretože si uvedomujem, že nie vždy je to otázka vôle. Život má svoje vlastné pravidlá.

Tak je to, život má svoje pravidlá. Napokon som sa aj po tomto údere musela postaviť na nohy. Veľa ma to však stálo. Prečo ma tak veľmi zasiahla práve osamelosť? Lebo táto téma je pre mňa natoľko náročná, že som nebola schopná prebrať ju ani s vlastným mužom. Jediným prejavom toho vnútorného boja boli slzy. Zasiahlo ma vedomie, že v mojom najbližšom okolí nie je nik, kto by mal podobné skúsenosti. Kto žije v inej krajine, vychováva tam deti, kto by bol schopný pochopiť, že v pojme „škola” sa v mojej hlave skrýva aj niečo viac ako len mýtický koniec toho najviac bezstarostného detstva. Že pre mňa má celá táto záležitosť ešte druhé, oveľa hlbšie dno, spojené s dvomi kultúrami v našej rodine. Chýbalo mi pochopenie iného. Mala som rameno, na ktorom som sa mohla vyplakať, ale chýbalo mi srdce a ucho, ktoré by ma trpezlivo vypočulo, ktoré by mi pomohlo získať odstup od tých všetkých strachov, v pokoji sa konfrontovať s tým čo musí prísť. Lebo k tej konfrontácii musí prísť, to je jasné. Kiežby som nabudúce bola lepšie pripravená. Musím byť. Taký život som si zvolila. 


piątek, 28 września 2018

Cena szczęścia / Cena šťastia


Gdy przed tygodniem redaktor audycji Prameň przeprowadzał ze mną i M. wywiad (na który już teraz serdecznie Was zapraszam – będzie nas można usłyszeć /w języku słowackim/ w niedzielę 7 października o godz. 22:05), padło pytanie o wrześniowy post. M. zażartował, że trzeba by o to spytać za kilka dni i rzeczywiście – pomysł na ten wrześniowy wpis przyszedł do mnie właśnie teraz, na 4 dni przed końcem miesiąca. Niektóre teksty nabierają kształtu dużo szybciej, do niektórych robię notatki, a niektóre – jak ten – są wynikiem jakiejś spontanicznej obserwacji naszego polsko-słowackiego galimatiasu, którą chcę się z wami podzielić.

Tym razem padło na najmłodszego członka naszej rodziny, niespełna 3-letniego DJ. O tym, że dzieci potrafią być bardzo różne, nie muszę pewnie żadnego rodzica przekonywać. Tak jest i w naszym przypadku – nasza MN. i mały DJ. rozwijają się w kompletnie inny sposób, w innym tempie, mają szalenie różne temperamenty. Obserwacja ich jest czasem jak oglądanie naprawdę ciekawego serialu, którego scenarzystom nie brakuje pomysłów na nowe rozwiązania nawet podobnych – wydawałoby się – wątków. Tym, który teraz wypłynął na powierzchnię w przypadku DJ., jest… tęsknota. Wiem, odmieniałam już to słowo w moich wpisach przez wszystkie możliwe przypadki, a jednak widzę ją teraz jakby znowu w innym świetle, przez pryzmat DJ.

Zaczęło się niewinnie – DJ. zaczął jakoś częściej wspominać w ostatnich tygodniach babcię B., wypytywać, czy pojedziemy do niej ciuchcią (efekt wakacyjnej fascynacji pociągami :)). W pewnym momencie jednak, gdy już wiedział, że pojedzie do babci samochodem pod koniec miesiąca, zaczął informować o tym otoczenie coraz częściej i częściej, a gdy dzwoniliśmy do babci – chował się, przytulał, miał bardzo nieszczęśliwy wyraz twarzy. Ewidentnie zaczął odczuwać trudności związane z rozłąką, zaczął świadomie tęsknić, zaczęło do niego docierać, że babcia jest daleko i on chce ją zobaczyć, a nie może. Co ciekawe podobne zachowania powtórzyły się już w Polsce, na drugi dzień po spotkaniu z mamą chrzestną DJ., gdy mały usłyszał, że spotka się z nią teraz dopiero na swoich urodzinach. Może to zabrzmi dziwnie, ale dosłownie zobaczyłam przy okazji tych wydarzeń, jak na ramiona małego DJ. zarzuca swój płaszcz tęsknota. Te pierwsze godziny, w których musiał się zmierzyć z nieobecnością bliskich, sprawiały mu trudność, pozbawiały radości. Dotarło do mnie, że on zaczyna wiedzieć, zaczyna rozumieć to, co jest udziałem całej naszej rodziny. Pamiętam, że MN. też przechodziła ten etap, że też musiała się nauczyć trudnej sztuki rozstania, a przynajmniej pogodzić się z faktem, że to stały element naszego życia. Teraz przyszła pora na DJ., choć w moich oczach jest ciągle taki mały.

Ktoś może spytać, skąd się to w ogóle bierze, dlaczego moje dzieci przeżywają to tak mocno. Ja myślę, że to się bierze z miłości. I z rozdarcia, które dzieciaki widzą też w nas, rodzicach. I jeszcze z tego, że codziennie walczymy, by polskość i słowackość, nasze – rodziców – korzenie, były im tak drogie, były równie ważne. Nasze dzieci żyją w ciepłym, przytulnym kokonie, otoczone przez ludzi, którzy je bardzo kochają, ale… ten kokon budują ludzie rozsiani bardzo, bardzo daleko. Ta bliskość mimo oddalenia ma swoją cenę.

A łatwiej po prostu nigdy nie będzie. Za 10 dni wyjedziemy z Polski i… wrócimy dopiero za ponad pół roku, na Wielkanoc. Z jeszcze jednym przyszłym adeptem szkoły tęsknoty. Za to wraz z jego narodzinami jeszcze bogatsi w pokłady miłości. Tak to chyba musi być – nasz galimatias ma swoją cenę. A my ciągle chcemy ją płacić.




Keď so mnou a s M. pred týždňom robil redaktor relácie Prameň rozhovor (na počúvanie ktorého Vás srdečne pozývam – budete nás môcť počuť / po slovensky / v nedeľu, 7.10. o 22:05), padla otázka o septembrovom príspevku. M. žartoval, že naň sa treba spýtať až o niekoľko dní a naozaj – nápad na tento septembrový post som dostala práve teraz, 4 dni pred koncom mesiaca. Niektoré texty dostávajú kontúry oveľa dlhšie, k niektorým si robím poznámky a niektoré – ako tento – sú výsledkom nejakého spontánneho pozorovania nášho poľsko-slovenského galimatiášu, o ktoré sa chcem s Vami podeliť.


Tentokrát prišiel rad na najmladšieho člena našej rodiny, takmer trojročného DJ. O tom, že deti dokážu byť veľmi odlišné, nemusím isto žiadneho rodiča presviedčať. Je tak aj v našom prípade – naša MN a malý DJ sa rozvíjajú úplne rôzne, v inom tempe, majú totálne rozdielne temperamenty. Pozorovať ich často pripomína pozeranie veľmi zaujímavého seriálu, ktorého scenáristi majú kopu nápadov na nové riešenia, dokonca aj v prípade veľmi podobných situácií. To, čo teraz vyplávalo na povrch v prípade DJ, je... clivota (podľa slovníka: smutná túžba za niečím/niekým). Viem, toto slovo sa už v mojich textoch vyskytlo v mnohých kontextoch, ale teraz ho predsa vidím akoby v inom svetle, cez prizmu DJ.

Začalo sa to nevinne – DJ začal v posledných týždňoch akosi častejšie spomínať starkú B., pýtať sa, či k nej pôjdeme vláčikom (v dôsledku prázdninovej fascinácie železnicou :)). V istom momente, keď už vedel, že pôjde k starkej koncom mesiaca autom, začal o tom čoraz častejšie informovať svoje okolie, a keď sme starkej telefonovali, schovával sa, túlil a mal veľmi nešťastný výraz v tvári. Evidentne začal pociťovať ťažkosti spojené s odlukou, začalo sa mu vedome cnieť, začalo mu dochádzať, že starká je ďaleko, on ju chce vidieť, ale nemôže. Zaujímavé bolo, keď sa takéto správanie zopakovalo aj v Poľsku, na druhý deň po jeho stretnutí s krstnou mamou, keď počul, že sa s ňou stretne až na oslave svojich narodením. Môže to znieť zvláštne, ale doslova som pri tejto príležitosti videla, ako plecia malého DJ zahaľuje clivota. Tie prvé chvíle, v ktorých sa musel zmieriť s neprítomnosťou blízkych, boli preňho veľmi ťažké, vzali mu radosť. Došlo mi, že on začína vedieť, začína rozumieť to, čo je údelom celej našej rodiny. Pamätám si, že MN tiež prechádzala tou fázou, že sa musela naučiť náročnému umeniu odlúčenia alebo sa prinajmenšom vyrovnať so skutočnosťou, že je stálou súčasťou nášho života. Teraz prišiel rad na DJ, hoci v mojich očiach je stále taký maličký.

Niekto by sa mohol spýtať, odkiaľ to vôbec pramení, prečo to moje deti tak silno prežívajú. Myslím si, že sa to berie z lásky. A z rozorvania, ktoré deti vidia tiež na nás, svojich rodičoch. A tiež z toho, že každodenne bojujeme o to, aby poľskosť a slovenskosť, naše korene, boli aj pre ne drahé a rovnako dôležité. Naše deti žijú v teplej, prítulnej kukle, obklopení ľuďmi, ktorí ich veľmi ľúbia, ale... tú kuklu tvoria ľudia rozsiati veľmi, veľmi ďaleko. Taká blízkosť napriek odlúčeniu má svoju cenu.

Ľahšie to proste nikdy nebude. O 10 dní odídeme z Poľska a... vrátime sa až o viac ako pol roka, na Veľkú Noc. S ďalším budúcim adeptom školy clivoty. Avšak po jeho narodení budeme ešte bohatší na poklady lásky. Tak to asi musí byť – náš galimatiáš má svoju cenu. A my ju stále chceme platiť.

piątek, 31 sierpnia 2018

Co powie tata / Na to je tato


Jest w sierpniu coś takiego, co sprawia, że nie lubię tego miesiąca. Nadchodzi to pomalutku, rośnie, rośnie, rośnie, by osiągnąć swoje apogeum ostatniego dnia. Czyli dzisiaj. Koniec wakacji i powrót do natłoku codziennych obowiązków? Nadchodząca jesień? Zmęczenie powyjazdowe? Nieutulona jeszcze w pełni tęsknota za domem? Pewnie wszystko po trochu. Tak czy siak siedzę właśnie sama na kanapie i posyłam temu sierpniowemu potworowi bardzo krzywy uśmiech.

A przecież sam miesiąc przyniósł tyle pięknych rzeczy. Stało się, po kilku (za długich) latach doczekałam się wreszcie porządnego instrumentu klawiszowego. Wymieniliśmy dla niego kanapę, przemeblowaliśmy cały salon, pozbyliśmy się całkiem ładnej sumki pieniędzy jak na nasze możliwości, ale jest, stoi, cieszy oko i ucho (tylko czy to wszystko nie oznacza, że zostaniemy w Bratysławie jeszcze dłużej?). Pojechaliśmy też na wspaniałe rodzinne wakacje na Węgry (to mój ulubiony kierunek, za rok też jedziemy :)). 4 cudowne dni spędzone tylko z dzieciakami i M. na zwiedzaniu, kąpielach w basenie i obżeraniu się wakacyjnymi przysmakami. Oprócz tego M. zabrał mnie dość niespodziewanie na weekend do Holandii. Eindhoven było dla mnie totalnym odkryciem. Nie mogę powiedzieć, żeby powrót do petržalskiej architektury i komunikacji był potem łatwym przeżyciem ;).

A wszystkie te dni spędzone u słowackich dziadków? Radość dzieciaków, wieczne zabawy w ogrodzie, komfort niegotowania obiadów, gdy gotuje teściowa lub szwagierka ;). I 2 wspólne wyjazdy, do Trenczyńskich Cieplic i Nowej Wsi Spiskiej. Lubię patrzeć, gdy moje dzieci są szczęśliwe, a one są najszczęśliwsze, gdy są otoczone miłością – rodziców, dziadków, wujostwa…

Jedno, czego (kogo) miały mało, to… tata. I właściwie to o nim chciałabym dziś najwięcej napisać, choć nie wiem, czy będzie tym faktem uszczęśliwiony ;).

Z naszego domowego doświadczenia wynika, że – aby wychowanie dwukulturowe się udało – potrzebni są oboje rodzice. Po równo. I nie chodzi tu o po równo od linijki, po równo w znaczeniu lustrzanego odbicia. Chodzi o po równo w sensie zaangażowania, dania siebie dzieciom w takim zakresie, w jakim jest to możliwe. Jedną z cudownych cech M. jest absolutne przekonanie, że on jako ojciec nie jest w niczym gorszy niż ja jako matka, niczego mu nie brakuje i ze wszystkim sobie poradzi (i nie ma tu najmniejszego znaczenia fakt, że np. nie umie z pamięci powiedzieć, w której szufladzie DJ. ma skarpetki i nie wie, że MN. woli jogurt w osobnej miseczce, a nie wymieszany z owocami – bez tego też można sobie doskonale poradzić). Może dla niektórych z was brzmi to jak oczywista oczywistość, ale wierzcie mi, znam tatusiów, którzy sami przyznają, zostając z dziećmi, że „jednak mama to mama”. M. nie tylko by sobie na taki komentarz nie pozwolił, ale przede wszystkim – on by tak w ogóle nie pomyślał. I dzieciaki to czują, dzieciaki to wiedzą. Podobnie jest z jego nieobecnością – naszym dzieciom nie jest ona obojętna, pytają, chcą z tatą rozmawiać przez telefon, gdy wracają do taty, prawie zapominają o moim istnieniu, tak ważny jest dla nich tata. Pewnie już to pisałam, ale 2 lata, które M. spędził, pracując z domu, były dla MN. (która miała wtedy od 1 do 3 lat) absolutnie najlepszym prezentem, jaki mogła od niego otrzymać. Bo sama mama (gdy można inaczej) to za mało. Ja nie nauczę dzieci mówić poprawnie po słowacku (ani nie chcę posługiwać się z nimi tym językiem), nie przeczytam im bajki po słowacku, nie opowiem o słowackich tradycjach, nie zaserwuję wspomnień ze słowackiej szkolnej ławki. Nie, bo nie mogę, nie, bo nie potrafię, nie, bo nie chcę. Od tego jest moja słowacka połowa, od tego jest tata.

A jak to wszystko pomaga mi samej? Pomijając fakt, że uczy mnie, że nie muszę być „supermamą”, nie muszę wszystkiego robić, umieć, potrafić, pokazuje, jak zachować normalną, zdrową równowagę w domu, między mamą, tatą i dziećmi. Poza tym mi na obczyźnie zwyczajnie zaoszczędza trochę stresu w takich zwyczajnych codziennych sytuacjach, jak wizyta z dziećmi u lekarza (bo nasza pani doktor jest kochana, ale mówi strasznie szybko i czasem mam problem, żeby ją zrozumieć :D; dlatego fajnie gdy to M. chodzi tam z dziećmi) czy rozmowa z wychowawczynią w przedszkolu.

Podsumowując – tata w domu to wspaniała sprawa, i dla dzieci, i dla mamy ;). I jak tak o tym pomyślałam, to ten sierpień stał się odrobinę przyjemniejszy :D. Na koniec dla Was mały smaczek z dzisiejszego dnia, który mnie niesamowicie zachwycił – moja córka dla swojej pani z przedszkola napisała bajkę, zobaczcie zdjęcie. I jak tu nie być dumnymi rodzicami małej Słowianki? :)


"Raz v jednom kralovstve bivala krasna princezna ktora lubila luku. Pri kralovskom muzeum raz kedi princezna Ivka sia hrala na luke a trhala kveti... Dialšja rozpravka"


Na auguste je niečo také, čo spôsobuje, že ho nemám rada. Prichádza to pomaličky, rastie, rastie, rastie, a dosiahne vrchol v posledný augustový deň. Čiže dnes. Koniec prázdnin a návrat k pretlaku každodenných povinností? Prichádzajúca jeseň? Únava po všetkých výjazdoch? Ešte celkom neuspokojený smútok za domovom? Asi zo všetkého trošku. Tak či onak, práve sedím sama na gauči a posielam tej augustovej potvore krivý úsmev.

Tento mesiac však priniesol toľko pekných vecí. Podarilo sa, po niekoľkých (dlhých) rokoch som sa konečne dočkala poriadneho klávesového nástroja. Vymenili sme kvôli nemu sedačku, zmenili usporiadanie celej obývačky, zbavili sme sa na naše pomery celkom peknej sumy peňazí, ale je tu, stojí, teší oči aj uši (neznamená to však, že zostaneme v Bratislave ešte dlhšie?). Strávili sme tiež skvelé rodinné prázdniny v Maďarsku (je to moja obľúbená destinácia, o rok tiež pôjdeme :)). 4 nádherné dni strávené len s deťmi a M. poznávaním, kúpaním sa v bazéne a napchávaním sa prázdninovými pochúťkami. Okrem toho ma M. vzal dosť prekvapujúco na víkend do Holandska. Eindhoven pre mňa znamenal úplne nové odhalenie. Nemôžem povedať, že by bol pre mňa následný návrat do petržalskej architektúry a komunikácií ľahký ;).

A všetky tie dni strávené u slovenských starých rodičov? Radosť detí, večné zábavy v záhrade, to, že nebolo treba variť, keď to robila svokra alebo švagriná ;). A 2 spoločné výlety, do Trenčianskych Teplíc a Spišskej Novej Vsi. Rada sa dívam, keď sú moje deti šťastné, a ony sú najšťastnejšie, keď sú obklopené láskou – rodičov, starých rodičov, ujov a tiet...

To, čoho (koho) však mali málo, bol... tato. A práve o ňom by som dnes chcela najviac napísať, hoci neviem, či mu to urobí radosť ;).

Z našej vlastnej skúsenosti vyplýva, že ak chceme, aby sa dvojkultúrová výchova podarila, sú potrební obaja rodičia. Rovnako. Nejde o rovnosť v zmysle pravítka či zrkadlového obrazu. Ide o rovnosť v zmysle zapojenia sa, darovania sa deťom natoľko, nakoľko je to možné. Jednou z úžasných vlastností M. je totálne presvedčenie, že on ako otec nie je o nič horší odo mňa ako matky, nič mu nechýba a so všetkým si poradí (a nehrá pri tom ani najmenšiu rolu skutočnosť, že nevie napr. spamäti povedať, v ktorej zásuvke ma DJ. ponožky a nevie, že MN. má radšej jogurt v samostatnej mištičke a nie zmiešaný s ovocím – bez takýchto znalostí je možné si tiež dokonale poradiť). Možno je to pre mnohých z Vás absolútne samozrejmé, ale verte mi, poznám tatov, ktorí sami priznávajú, že „mama je predsa len mama”. M. by si nikdy taký komentár nedovolil, ale predovšetkým, v živote by si také niečo nepomyslel. A deti to cítia, deti to vedia. Podobné je to vtedy, keď s nimi nie je – jeho neprítomnosť im nie je ľahostajná, pýtajú sa naňho, chcú s ním hovoriť cez telefón, keď sa k nemu vracajú, takmer zabúdajú o mojej existencii, taký je pre nich dôležitý. Asi som to už písala, ale 2 roky, ktoré M. strávil prácou z domu boli pre MN. (ktorá mala vtedy 1-3 roky) absolútne najlepší darček, aký od neho mohla dostať. Lebo mama samotná (pokiaľ to nie je nevyhnutnosť) nestačí. Ja nenaučím deti hovoriť správne po slovensky (ani pred nimi slovenčinu nechcem používať), neprečítam im rozprávku po slovensky, neporozprávam o slovenských tradíciách, nepospomínam si na príbehy zo slovenskej školskej lavice. Nie, lebo nemôžem, lebo nedokážem, lebo nechcem. Na to je moja slovenská polovička, na to je tato.

A ako to pomáha mne samej? Okrem toho, že ma učí, že nemusím byť „supermama”, nemusím všetko robiť, všetko dokázať či vedieť, ukazuje aj to, ako zachovať normálnu, zdravú rovnováhu v domácnosti, medzi mamou, tatom a deťmi. Takisto mi v cudzine šetrí trochu stresu pri takých obyčajných každodenných situáciách ako je napr. návšteva s deťmi u lekára (lebo naša pani doktorka je zlatá, ale hovorí strašne rýchlo a niekedy mám problém jej rozumieť :D; preto je fajn, keď tam chodí M.) či rozhovor s učiteľkou v škôlke.

Keď si to všetko zrátam, tato doma je super vec, i pre deti, i pre mamu ;). A keď si tak na to pomyslím, hneď je ten august trošičku príjemnejší :D. Na koniec ešte malá chuťovka z dnešného dňa, ktorá ma neuveriteľne dostala – moja dcérka napísala rozprávku pre pani učiteľku zo škôlky, pozrite si obrázok. No nedá sa nebyť hrdým rodičom tejto malej Slovanky :).