wtorek, 30 grudnia 2014

Iluminacja / Osvietenie

Postanowienia noworoczne to nie moja bajka, dokładne wypunktowywanie plusów i minusów kończącego się roku też nie, a jednak myśl o upływającym czasie potrafi mnie niekiedy zatrzymać w miejscu i zadziwić. Gdzieś między sierpniem a grudniem minęło 5 lat, od kiedy moje drogi na dobre skrzyżowały się z M., w styczniu minie 5 lat, od kiedy jesteśmy razem, 31 grudnia – 4 lata od naszych zaręczyn. Niby to nic w porównaniu z 35. rocznicą ślubu moich rodziców, którą obchodzili w czerwcu i w porównaniu z 30.rocznicą ślubu moich teściów, którą będą świętować w lutym, ale przyznaję – robi to na mnie wrażenie. Bo to nie są takie zwyczajne lata. To jest 5 lat poznawania drugiego człowieka, najważniejszego człowieka w moim życiu, ale też 5 lat poznawania jego ojczyzny, uczenia się nowego języka, odkrywania słowackiej kultury i – co najważniejsze – przyswajania jej, czynienia powolutku częścią własnego życia.

W minionych dniach wydarzyło się kilka takich rzeczy, które uświadomiły mi, że znów jestem o krok dalej w tej mojej słowackości, że zapuściłam się jeszcze głębiej w ten świat. Wbrew pozorom to wcale nie takie proste i nie takie oczywiste, bo im dłużej jestem z M., tym wolniej osiągam kolejne etapy „wtajemniczenia”. Skąd ten paradoks? Może stąd, że głębsze poznanie wymaga, oprócz motywacji i chęci, czasu, regularności, pewnej powtarzalności. Nauczenie się mówienia czy czytania w obcym języku jest dużo łatwiejsze (i szybsze) niż myślenie w nim, tak samo poznanie jakichś zwyczajów jest dużo prostsze niż spojrzenie na nie „od wewnątrz”, z perspektywy tego, kto zna je od dzieciństwa. Rozumiecie, co mam na myśli? Pewnych rzeczy po prostu nie da się przyspieszyć. Inna sprawa, że nie prześwietlam każdej chwili mojego życia pod kątem tego, czy mam już doktorat z wiedzy o Słowacji, czy ciągle jeszcze „tylko” tytuł magistra :). Od czasu do czasu następuje po prostu moment iluminacji, jak to miało miejsce w tym miesiącu :).

Teraz zresztą powinna nastąpić chwila, w której przedstawię, co takiego się wydarzyło, że wywołało we mnie taką lawinę. Tyle że to zdarzenia tak prozaiczne, że aż przeczuwam w kościach Wasz zawód :). A jednak, żadnych fajerwerków nie będzie. Po pierwsze – uczestniczyłam w rozmowie, w której M., jego siostra i mama dyskutowali o swoich ulubionych świątecznych słodkościach, po drugie – spotkaliśmy się z zaprzyjaźnionym polsko-słowackim małżeństwem w ich (a właściwie jej, bo w tym przypadku, odwrotnie niż u nas, to ona jest Słowaczką) słowackim domu rodzinnym. Co z tego wynikło? Ta rozmowa o słodkościach pierwszy raz tak jaskrawo uświadomiła mi, że zákusky to coś na wskroś słowackiego, coś, czego nie sposób tak łatwo wytłumaczyć i coś, czego nie da się tak po prostu oddać polskim słowem „ciasta”. Bo Słowacy mają ciasta, ciastka i słone zakąski na święta, wszystko to ma swoją nazwę i swoje miejsce w szeregu. Dane słodkości muszą obowiązkowo znaleźć się na stole w danym okresie, piecze się je, zamawia u okolicznych cukierników (i wcale nie mam tu na myśli sieciowych cukierni, ale ludzi, polecanych sobie ustnie przez znajomych, przygotowujących te wszystkie wypieki na zamówienie we własnym domu), wymienia z sąsiadami. Słowacy mają swoje ulubione smaki, różnych rodzajów i form słowackich ciastek chyba nie da się zliczyć. Kompletnie nie umiem Wam wytłumaczyć tego fenomenu, bo to jest właśnie takie coś, czego trzeba doświadczyć, ale gdy go zrozumiałam, poczułam, jakbym znalazła wejście do pokoju dostępnego tylko dla domowników  :). A jaki jest mój ulubiony zákusok? Chyba košiček – koszyczek z kruchego ciasta wypełniony karmelowym kremem :).
Co do wspomnianego spotkania – jeszcze wyraźniej uzmysłowiło mi, jak swobodnie się czuję wśród Słowaków, jak naturalne jest to dla mnie środowisko, jak zaskakujące są dla mnie uwagi, że nie mam polskiego akcentu, czy świetnie sobie radzę z językiem, bo to jest przecież też mój język, nie traktuję go już jak obcego, nie męczy mnie posługiwanie się nim. Ja po prostu nie jestem tylko Polką gdzieś z dalekiej północy, która wyszła za mąż za Słowaka, ale w jakimś stopniu nasiąkłam już jego słowackością. Nie jestem obca. Nie czuję się intruzem. Jakby to nie brzmiało – jestem na Słowacji coraz bardziej u siebie.

Novoročné predsavzatia nie sú moja šálka kávy, presné stanovenie plusov a mínusov končiaceho sa roka tiež nie, ale aj tak ma myšlienka na plynutie času dokáže zastaviť a zaskočiť. Niekedy medzi augustom a decembrom uplynulo 5 rokov, odkedy sa moje cesty definitívne skrížili s M., v januári prejde 5 rokov odkedy sme spolu, 31. decembra štyri roky od nášho zasnúbenia. Vyzerá to ako nič pri porovnaní s 35. výročím svadby mojich rodičov, ktoré oslávili v júni a takisto pri porovnaní s 30. výročím mojich svokrovcov, ktoré budú oslavovať vo februári, ale priznám sa, robí to na mňa dojem. Lebo to nie sú také obyčajné roky. To je 5 rokov poznávania druhého človeka, najdôležitejšieho človeka v mojom živote, ale tiež 5 rokov poznávania jeho vlasti, učenia sa nového jazyka, odkrývania slovenskej kultúry a – čo je najdôležitejšie – osvojovania si tej kultúry, prijímania jej pomaličky do vlastného života.

V ostatných dňoch sa stalo niekoľko takých vecí, ktoré mi pripomenuli, že opäť som o krok ďalej v tej mojej slovenskosti, že som ešte hlbšie zakorenená v tom svete. Napriek prvému pocitu to vôbec nie je také prosté a samozrejmé,  pretože čím dlhšie som s M., tým pomalšie dosahujem ďalšie etapy „zasvätenia”. Kde sa vzal ten paradox? Možno z toho, že hlbšie poznanie vyžaduje, okrem motivácie a chute, aj čas, pravidelnosť, akési opakovanie. Naučiť sa hovoriť či čítať v cudzom jazyku je oveľa ľahšie (aj rýchlejšie) ako premýšľanie v ňom, takisto poznatky o nejakých zvykoch je ľahšie nadobudnúť ako sa na ne pozerať „zvnútra”, z perspektívy toho, kto ich pozná už od detstva. Rozumiete, čo mám na mysli? Niektoré veci skrátka nemožno urýchliť. Iná vec je, že sa nepozerám na každú chvíľu svojho života cez prizmu toho, či mám už zo znalostí o Slovensku doktorát, alebo som ešte „len” inžinierka :). Sem tam proste nastáva moment osvietenia, ako sa to stalo aj tento mesiac :).

Teraz by teda mala prísť chvíľa, v ktorej poviem, čo sa také stalo, že vo mne vzbudilo takú lavínu. Ale tie udalosti sú také prozaické, že až fyzicky cítim Vaše sklamanie :). Jednako však žiadne ohromenie nepríde. Po prvé, zúčastnila som sa rozhovoru, v ktorom M., jeho sestra a mama diskutovali o svojich obľúbených sviatočných sladkostiach, po druhé, stretli sme sa s našimi priateľmi, s poľsko-slovenským manželským párom u nich (a v skutočnosti u nej, lebo v tomto prípade, naopak ako u nás, je ona Slovenka) doma na Slovensku. Čo z toho vyplýva? Ten rozhovor o sladkostiach mi prvýkrát pomohol uvedomiť si tak jasne, že zákusky sú niečo celkom slovenské, niečo, čo sa nedá tak ľahko vysvetliť a niečo, čo sa nedá jednoducho preložiť ako „ciasta”. Lebo Slováci majú sviatočné koláče, koláčiky a slané pečivo, všetko má svoj názov a svoje miesto na stole. Tieto sladkosti sa musia povinne nachádzať na stole v tomto období, pečú sa, objednávajú u pekárov v okolí (a vôbec nemám na mysli v profesionálnych cukrárňach, ale u ľudí, ktorých ústne odporúčajú známi, a ktorí všetko pripravujú u seba doma), vymieňajú so susedmi. Slováci majú svoje obľúbené chute, rôzne druhy a formy slovenských koláčikov sa snáď nedajú ani zrátať. Vôbec Vám ten fenomén neviem vysvetliť, lebo to je presne niečo, čo treba zažiť, ale keď som to pochopila, pocítila, akoby som našla dvere do izby určenej výlučne domácim :). A aký je môj obľúbený zákusok? Asi košíček z krehkého cesta naplnený karamelovým krémom :).
Čo sa týka spomínaného stretnutia – ešte viac som si vďaka nemu uvedomila, ako slobodne sa cítim medzi Slovákmi, aké prirodzené je pre mňa to prostredie, ako ma prekvapujú poznámky, že nemám poľský prízvuk a že výborne ovládam jazyk, veď to je predsa tiež môj jazyk, neberiem ho už ako cudzí, neunavuje ma jeho používanie. Jednoducho, nie som len Poľka odkiaľsi z ďalekého severu, ktorá sa vydala za Slováka, ale v istom zmysle som už nasiakla jeho slovenskosťou. Nie som cudzia. Necítim sa ako votrelec. Akokoľvek to znie – som na Slovensku čoraz viac doma.

czwartek, 27 listopada 2014

Święta, święta / Sviatky, sviatky

Listopad w moim życiu od 2 lat należy przede wszystkim do mojej córki, ale to już pewnie wiecie. Tak się jednak składa, że jest to też miesiąc, w którym obchodzone są największe święta państwowe zarówno w Polsce, jak i na Słowacji – polskie Narodowe Święto Niepodległości (11 listopada) i słowacki Dzień Walki o Wolność i Demokrację (17 listopada), a w tym roku mieliśmy szczęście świętować je „na miejscu”, czyli w obu naszych ojczyznach. Pierwsze wspomniane święto upamiętnia odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 roku, po 123 latach zaborów, drugie – czechosłowackie manifestacje studenckie przeciwko władzy komunistycznej z listopada 1989 roku, które zapoczątkowały „aksamitną rewolucję” i zmianę ustroju.

Dwa ważne wydarzenia w dwóch ważnych dla mnie krajach. I zupełnie inny przebieg. Tym właśnie chcę się dziś z Wami podzielić.

Nazwijcie mnie idealistką, ale wierzę w takie rzeczy jak ojczyzna, widzę sens w wychowaniu obywatelskim i chcę, by moja córka wyrosła na odpowiedzialnego człowieka, dumnego ze swoich polskich i słowackich korzeni, kultywującego tradycje swoich narodów, świadomego, co je ukształtowało. Sama, choć nie jestem Słowaczką, odkrywam w sobie coraz większą potrzebę poznawania Słowacji. Obserwuję, opisuję, czasem krytykuję, ale przede wszystkim chcę zmieniać na lepsze, tak jak i własną ojczyznę. Nie jestem też w stanie uniknąć porównań, bo wiele te moje dwa kraje łączy, ale też całkiem sporo dzieli.

Święto Niepodległości w Polsce to Święto przez duże „Ś”. Główne ulice mniejszych i większych miejscowości są udekorowane flagami, prywatne domy również, w szkołach odbywają się uroczyste apele, w kościołach msze za ojczyznę, a miasta organizują rozliczne uroczystości. W Trójmieście od kilku lat są to parady niepodległości. Dotychczas uczestniczyłam w dwóch gdyńskich – ulicami przechodzi Orkiestra Marynarki Wojennej, przedstawiciele instytucji, stowarzyszeń, grup, szkół, mieszkańcy; niektórzy w kostiumach z epoki, niektórzy w strojach oficjalnych, inni ubrani na luzie. W tym roku nie zabrakło przedwojennych aut, kultowych samochodów jak „maluch”, głośnych samochodów rajdowych, motorów. Wzdłuż trasy parady stoi mnóstwo ludzi trzymających białe i czerwone balony, wymachujących polskimi flagami, z kokardą narodową na piersi. Jest uroczyście, jest radośnie i na pewno nie nudno  (tu można podejrzeć, jak to wygląda).

Tymczasem na Słowacji w Dniu Walki o Wolność i Demokrację przywitała mnie cisza. Postanowiliśmy uczcić jakoś ten dzień, pojechaliśmy na rodzinną wycieczkę. W promieniu 70 kilometrów znalazłam tylko kilka słowackich flag, wszystkie wywieszone na urzędach państwowych. Pytałam teściów i M. o szkoły, kościoły – nikt nic w ten dzień nie organizuje. Stwierdzam to z przykrością, ale 17 listopada na Słowacji to nie święto, to zwykły dzień wolny od pracy… Po południu uczestniczyliśmy jeszcze w uroczystości organizowanej przez miasto – zebrała się na niej garstka ludzi, burmistrz miasta rzucił parę haseł o wychowaniu młodzieży, która jest naszą przyszłością. Zapaliliśmy świeczki przy pomniku ofiar reżimów totalitarnych i po 10-15 minutach było po wszystkim. Wieczorem w telewizji obejrzeliśmy galę wręczenia Nagród Pamięci Narodowej, przeprowadzoną w Pradze.

Przeżyłam to. Autentycznie było mi smutno, że ten fajny naród, który tak pięknie umie kultywować tradycje ludowe (pisałam już o tym nie raz), nie ma w sobie dumy z własnej historii, nie docenia wydarzeń, które były kamieniami milowymi jego rozwoju, żyje teraźniejszością –  bez przeszłości i bez przyszłości. W postrzeganiu przez ludzi Dnia Walki o Wolność i Demokrację króluje relatywizm, koncentracja na sobie, niechęć, by dostrzec coś więcej niż własne podwórko.

I co? I nic… Przez moment wydawało mi się, że mam na to wszystko jakąś cudowną receptę, że znam idealne rozwiązanie, ale tak nie jest. Słowackie społeczeństwo cały czas dojrzewa. Każdy sam musi sobie pewne kwestie wypracować, poukładać w głowie, co chce, a czego nie chce. A ja? A ja się z M. zajmę wychowaniem naszej córki. Żeby wiedziała, co świętujemy w domu 11, a co 17 listopada.


November patrí v mojom živote už dva roky predovšetkým mojej dcérke, ale to už určite viete. Tak to však vyšlo, že je to tiež mesiac, v ktorom sa oslavujú veľké štátne sviatky tak v Poľsku, ako aj na Slovensku – poľský Národný sviatok nezávislosti (11.11.) a slovenský Deň boja za slobodu a demokraciu (17.11.), no a v tomto roku sme mali to šťastie, že sme ich oba mohli sláviť „na mieste”, čiže v oboch našich štátoch. Prvý z týchto sviatkov pripomína znovuzískanie nezávislosti Poľska v roku 1918 po 123 rokoch rozdelenia medzi mocnosti. Druhý pripomína československé študentské manifestácie proti komunistickej vláde v novembri 1989, ktorými začala „zamatová revolúcia” a zmena zriadenia. 

Dve dôležité udalosti v dvoch pre mňa dôležitých krajiných. A úplne odlišný priebeh. Práve tým sa chcem dnes s Vami podeliť.

Môžete ma nazvať idealistkou, ale verím v také veci ako vlasť, vidím zmysel v občianskom vychovávaní a chcem, aby z mojej dcéry vyrástol zodpovedný človek, hrdý na svoje poľské i slovenské korene, kultivujúci tradície svojich národov, spolu s vedomím, čo ich formovalo. Hoci nie som Slovenka, sama v sebe odkrývam čoraz väčšiu potrebu poznávania Slovenska. Pozorujem, opisujem, občas kritizujem, ale predovšetkým ho chcem meniť k lepšiemu tak, ako aj svoju vlasť. Nedokážem sa pri tom vyhnúť porovnávaniu, pretože tie moje dve krajiny veľa spája, ale celkom dosť tiež rozdeľuje.

Sviatok nezávislosti je v Poľsku Sviatkom s veľkým „S”. Hlavné ulice menších i väčších miest sú ozdobené vlajkami, rodinné domy tiež, v školách sú slávnostné akadémie, v kostoloch omše za vlasť a mestá organizujú rôzne oslavy. V Trojmeste sú už niekoľko rokov sprievody nezávislosti. Doposiaľ som sa zúčastnila dvoch v Gdyni – ulicami prechádza Orchester vojenského námorníctva, predstavitelia inštitúcií, organizácií, skupín, škôl, obyvatelia; niektorí v dobových kostýmoch, niektorí v oficiálnych odevoch, iní úplne normálne oblečení. Tento rok nechýbali automobily z medzivojnového obdobia, kultové autá ako „maluch”, hlasné pretekárske autá, motorky. Pozdĺž trasy pochodu stojí množstvo ľudí s bielymi a červenými balónmi v rukách, mávajúcich poľskými vlajkami, so stuhami v národných farbách na hrudi. Je to slávnostné, radostné a určite nie nudné (tu možno pozrieť, ako to vyzerá).

Oproti tomu ma na Slovensku v Deň boja za slobodu a demokraciu privítalo ticho. Rozhodli sme sa nejako ten deň osláviť, vyšli sme si na rodinný výlet. Vo vzdialenosti 70 kilometrov som našla iba niekoľko slovenských vlajok, všetky vyvesené na štátnych úradoch. Pýtala som sa svokrovcov na školy, kostoly – nik v ten deň nič neorganizuje. Ťažko sa mi to priznáva, ale 17. november na Slovensku nie je sviatok, ale obyčajný deň pracovného voľna... Popoludní sme sa ešte zúčastnili na slávnosti organizovanej mestom – zišla sa na nej hŕstka ľudí, primátor povedal pár hesiel o výchove mládeže, ktorá je našou budúcnosťou. Zapálili sme sviečky na pomníku obetí totalitných režimov a po 10-15 minútach bolo po všetkom. Večer sme si v televízii pozreli galaprogram pri príležitosti odovzdania Cien pamäti národa, ktorý sa uskutočnil v Prahe.

Zasiahlo ma to. Bolo mi skutočne smutno z toho, že ten fajn národ, ktorý dokáže tak krásne kultivovať ľudové tradície (neraz som už o tom písala), v sebe nemá hrdosť na vlastnú históriu, neváži si udalosti, ktoré boli míľovými kameňmi jeho rozvoja, žije prítomnosťou – bez minulosti a bez budúcnosti. V pocitoch ľudí týkajúcich sa Dňa boja o slobodu a demokraciu vládne relativizmus, koncentrácia na sebe, nechuť vidieť poza vlastný dvor.

A čo? A nič... Chvíľu sa mi zdalo, že mám na to všetko nejaký zázračný recept, že poznám ideálne riešenie, ale také neexistuje. Slovenská spoločnosť celý čas dozrieva. Každý si musí niektoré veci premyslieť, rozvážiť, čo chce a čo nie. A ja? Ja budem s M. vychovávať našu dcérku. Aby vedela, čo doma oslavujeme 11. a čo 17. novembra.

środa, 29 października 2014

Eksperci / Experti

Jak często zdarza Wam się poznać jakąś parę i dwa tygodnie później bawić u niej na weselu? Nam się właśnie zdarzyło :). On – Polak, ona… – Azerka. Z Baku. Tak, tego Baku nad Morzem Kaspijskim. Oddalonego od polskiego wybrzeża o 3500 km. Nasz niecały tysiąc kilometrów wypada na tym tle dość skromnie :). Ale i tak właśnie to podobieństwo życiowych wyborów przyciągnęło nas ku sobie na tyle, że mogliśmy z M. uczestniczyć w ich ślubie. Sama historia naszego spotkania aż skrzy się od rozmaitych zbiegów okoliczności, jednak to nie o niej chcę dziś napisać.
Dzisiaj, 29 października, obchodzimy z M. trzecią rocznicę ślubu. Ciągle daleko nam do specjalistów od małżeństwa międzynarodowego, szkoła, do której zapisaliśmy się trzy lata temu, jest dożywotnia, ale na ślubie naszych nowych przyjaciół występowaliśmy poniekąd w roli ekspertów od tego zagadnienia :). Liczne rozmowy z rodziną pana młodego kolejny raz przypomniały mi, jakie są fundamenty naszego dwukulturowego związku, ale też skłoniły do refleksji nad rolą, jaką w czasie jego tworzenia odegrało nasze otoczenie.
Związek z obcokrajowcem do najpowszechniejszych nie należy, więc z założenia budzi nadprogramowe emocje. Spotykaliśmy się z M. z różnym przyjęciem i choć żadne nie było wrogie, nie wszystkie były pomocne i sprzyjały zacieśnianiu więzi. Na szczęście ze strony najbliższych otrzymaliśmy mnóstwo wsparcia. Jeśli ktoś z Waszych znajomych spotyka się z nie-Polakiem czy nie-Słowakiem, to potraktujcie dalszą część tego wpisu jako radę, jak możecie mu pomóc, by poczuł się z Wami naprawdę dobrze. Chcę Wam bowiem przedstawić, jak wygląda nasza lista najbardziej wspierających zachowań :). A wygląda o tak:
  1. cierpliwe wsłuchiwanie się Słowaków w mój język polski, a Polaków w słowacki M. i próba zrozumienia nas, mimo że posługiwaliśmy się obcym językiem – w przypadku naszej polsko-słowackiej kombinacji (w odróżnieniu od kombinacji polsko-włoskich czy słowacko-niemieckich) można się było choć odrobinę porozumieć we własnym języku (choć uważam przekonanie o tym, że każdy Polak dogada się z każdym Słowakiem bez znajomości języka słowackiego, za bzdurę). Wierzcie mi jednak, że nie każdy miał dość cierpliwości i dość chęci, by chociaż próbować. Dziękuję tym, którzy się starali, nawet jeśli nie zawsze kończyło się to zrozumieniem :) (vide: mój cudowny teść :))
  2. cierpliwe wsłuchiwanie się Słowaków w mój język słowacki, a Polaków w polski M. :) – cóż, powiedzmy sobie szczerze, nie od razu Rzym zbudowano i nie od razu wszystko, co wygadywaliśmy z M. w tym drugim języku, było zrozumiałe, choćby ze względu na naszą wymowę :) (do dziś pamiętam wielkie oczy słowackiej koleżanki, gdy powiedziałam, że byliśmy na chacie, ale wymówiłam to słowo przez „h” zamiast „ch”, co w języku słowackim ma wielkie znaczenie, i ona kompletnie nie wiedziała, co to jest „hata” :)). Byli tacy, którzy się z nas śmiali i żartowali z naszych nowo nabytych umiejętności, podcinając nam skrzydła. Byli też tacy (szczęśliwie znakomita większość :)), którzy doceniali trud włożony w naukę języka i chęć porozumienia się z nimi
  3. ciekawość świata, z którego pochodzimy – nie oczekuję, że Polska będzie interesująca dla każdego Słowaka, a Słowacja dla Polaka, ale na pewno łatwiej nam było, zwłaszcza na początku, wejść w rozmowę, gdy nasze pochodzenie i rzeczywistość, która nas ukształtowała, nie były naszemu rozmówcy obojętne, ale dostrzegał różnice między nami i był ich ciekawy
  4. ciekawość nas jako ludzi, a nie traktowanie nas wyłącznie jako ciekawostki przyrodniczej – to już kolejny stopień wtajemniczenia :); ten miły moment, gdy nasze nowe otoczenie dostrzegało w nas kogoś więcej niż tylko obcokrajowca i chciało nas też poznać jako ludzi, z naszymi zainteresowaniami, talentami, marzeniami
  5. chęć poznania tego drugiego świata, czyli Polski przez Słowaków i Słowacji przez Polaków – zarezerwowane tylko dla najbliższych znajomych; niesamowicie doceniam tych naszych przyjaciół, którym chciało się dla nas przejechać ten tysiąc kilometrów i zobaczyć, jak żyjemy, skąd pochodzimy, poznać trochę nasz kraj
  6. otwartość na inną kulturę – ten punkt zostawiłam sobie na koniec, bo dotyczy przede wszystkim naszych rodzin, zwłaszcza rodziców. Nasi rodzice musieli się wykazać niesamowitą otwartością, by nas przyjąć, by pokochać nową kulturę, której sobie nie wybrali, by dostrzec przede wszystkim bogactwo płynące z międzynarodowego związku ich dziecka, a nie trudności, które taki związek ze sobą niesie. Podziwiam ich za odwagę i brak uprzedzeń, bo przecież na pewno się bali, co tak mocno uświadomiła mi sobotnia rozmowa z mamą pana młodego. Byli jednak ponad tym.
Ako často sa Vám podarí spoznať nejaký pár a o dva týždne neskôr sa zabávať na jeho svadbe? Nám sa to vlastne stalo :). On – Poliak, ona ... – Azerka. Z Baku. Áno, toho Baku nad Kaspickým morom. Vzdialeného od poľského pobrežia 3500 km. Naša necelá tisícka popri tom vyzerá dosť skromne :). Ale práve tá podoba životných volieb nás k sebe pritiahla natoľko, že sme sa s M. mohli zúčastniť ich svadby. Samotný príbeh nášho stretnutia je nabitý všakovakými hrami náhody, nie o tom však chcem dnes písať.
Dnes, 29. októbra oslavujeme s M. tretie výročie našej svadby. Stále máme ďaleko k tomu, aby sme boli špecialistami na medzinárodné manželstvá, škola, do ktorej sme sa pred tromi rokmi zapísali, je doživotná, ale na svadbe našich nových priateľov sme tak trochu vystupovali v úlohe expertov na tieto záležitosti :). Početné rozhovory s rodinou ženícha mi opäť raz pripomenuli, aké sú základy nášho dvojkultúrového vzťahu, ale tiež ma priviedli k úvahe nad úlohou, akú v čase jeho zrodu zohralo naše okolie.
Vzťah s cudzincom nepatrí k najbežnejším, nuž zo svojej podstaty vzbudzuje špeciálne emócie. Stretávali sme sa s M. s rôznym prijatím, a hoci žiadne nebolo nepriateľské, nie všetky boli nápomocné a priali zintenzívneniu vzťahu. Našťastie, od strany našich najbližších sme dostali množstvo podpory. Ak sa niekto z Vašich známych stretáva z ne-Poliakom či ne-Slovákom, považujte ďalšiu časť textu za radu, ako mu môžete pomôcť, aby sa s Vami cítil skutočne dobre. Chcem Vám totiž predstaviť náš zoznam najlepších podporných reakcií :). Vyzerá nasledovne:
  1. trpezlivé načúvanie mojej poľštine zo strany Slovákov a slovenčine M. zo strany Poliakov a snaha o porozumenie nas, napriek tomu, že sme používali cudzí jazyk – v prípade našej poľsko-slovenskej kombinácie (na rozdiel od kombinácií poľsko-talianskych či slovensko-nemeckých) sa možno aspoň trochu dorozumieť vo vlastnom jazyku (hoci považujem za nezmysel presvedčenie o tom, že každý Slovák sa dorozumie s každým Poliakom bez znalosti poľštiny). Verte mi však, že nie každý má dosť trpezlivosti či prinajmenšom snahy skúšať to. Vďaka patrí tým, ktorý sa snažili, hoci nie vždy sa to skončilo pochopením :) (viď môj úžasný svokor :))
  2. trpezlivé načúvanie mojej slovenčine zo strany Slovákov a poľštine M. zo strany Poliakov :) – nuž, povedzme si úprimne, Rím tiež nepostavili za jeden deň, a nie všetko, čo sme s M. rozprávali v tom druhom jazyku bolo zrozumiteľné, už len s ohľadom na našu výslovnosť :) (do dnes si pamätám na veľké oči slovenskej kamarátky, keď som jej povedala, že sme boli na chate, ale vyslovila som to slovo s „h” namiesto „ch”, čo má v slovenčine veľký význam, a ona vôbec netušila, čo je to „hata” :)). Boli takí, ktorí sa z nás smiali a žartovali z našich nových zručností, čím nám neraz brali vietor z plachiet. Boli tiež takí (našťastie, významná väčšina :)), ktorí si cenili námahu vloženú do učenia sa jazyka a snahu o dorozumievanie sa s nimi
  3. zaujímanie sa o svet, z ktorého pochádzame – neočakávam, že Poľsko bude zaujímavé pre každého Slováka a Slovensko pre Poliakov, ale určite nám bolo ľahšie, zvlášť na začiatku, nadviazať rozhovor, keď náš pôvod a svet, ktorý nás vyformoval, neboli našim spoločníkom ľahostajné, keď si všímali rozdiely medzi nami a boli na ne zvedaví
  4. záujem o nás ako o ľudí, a nie zaobchádzanie s nami ako s prírodnými zaujímavosťami – to je už ďalšia úroveň prijatia :); ten milý moment, keď v nás naše nové okolie videlo viac ako len cudzinca a chcelo nás tiež spoznať ako ľudí, s našimi záujmami, talentmi, snami
  5. snaha spoznať ten druhý svet, čiže Poľsko Slovákmi a Slovensko Poliakmi – zarezervovaná len pre najbližších priateľov; neuveriteľne si vážim tých našich priateľov, ktorým sa kvôli nám zachcelo precestovať tú tisícku kilometrov a vidieť ako žijeme, odkiaľ pochádzame, trochu spoznať naše krajiny
  6. otvorenosť na inú kultúru – tento bod som si nechala na koniec, lebo sa týka predovšetkým našich rodín, zvlášť rodičov. Naši rodičia museli ukázať úžasnú otvorenosť, aby nás prijali, aby si obľúbili tú novú kultúru, ktorú si sami nevybrali, aby hľadeli predovšetkým na bohatstvo plynúce z medzinárodného vzťahu ich dieťaťa, a nie ťažkosti, ktoré taký vzťah so sebou nesie. Obdivujem ich za odvahu a nezaujatosť, pretože isto sa báli, čo som si tak silno uvedomila počas sobotného rozhovoru s mamou ženícha. Boli však nad tým.