czwartek, 29 stycznia 2015

Słowacki galimatias kontra reszta świata / Słowacki galimatias vs. zvyšok sveta

Tematem dzisiejszego miesiąca jest restauracja Tantal z Nitry. A raczej moja mała zwycięska bitwa. Wiem, że czytelnicy śledzący mojego bloga na fejsbuku, wiedzą o mojej potyczce całkiem sporo, ale uznałam, że warto zostawić ślad po tym doświadczeniu w tym najważniejszym dla mnie miejscu do komunikacji ze światem, czyli na niniejszym blogu :).
Nie będę ukrywać, jestem z działań polskiej ambasady w Bratysławie i z samej siebie naprawdę dumna. Ale od początku:

Restauracja Tantal to typowa słowacka włoska restauracja ;). Najważniejsze zalety? Duży wybór smacznych dań, dostępne ceny, fajne menu (wyjaśnienie dla Polaków: na Słowacji w większości restauracji w porze obiadowej obowiązuje menu, czyli skrócona karta obiadowa, z której można wybrać sobie obiad w niższej cenie) i przede wszystkim idealna lokalizacja, gdy M. jeszcze studiował, bo w połowie drogi między naszym mieszkaniem a jego uczelnią. Za naszych nitrzańskich czasów byliśmy tam częstymi gośćmi. Wybraliśmy się tam też w listopadzie, gdy pojechaliśmy do Nitry na spotkanie z przyjaciółmi. I wszystko było w porządku do momentu, gdy uważniej przyjrzeliśmy się wielkiej karcie menu, służącej jako podkładka pod każdym talerzem. A tam, w prawym górnym rogu, taki obrazek:

Przyznaję, dotknęło mnie to. Bo pomyślałam o tych kilku latach mojego małżeństwa, o pokazywaniu fajnej Słowacji na blogu, o burzeniu bzdurnych stereotypów zarówno w Polsce o Słowacji, jak i na Słowacji o Polsce, a tu coś takiego. Głupie, naprawdę głupie sformułowanie, wzmacniające uprzedzenia, oparte na rozdmuchanych doniesieniach słowackich mediów o aferach z polskim mięsem w roli głównej. Nie twierdzę, że tych afer nie było. Twierdzę tylko, że wszędzie się znajdą nieuczciwi dostawcy, a tych kilku durnych polskich dostawców to zaledwie mały procent wśród wszystkich polskich przedsiębiorców dostarczających na rynek słowacki znakomite produkty.

Nie mogłam tego tak zostawić. Porozmawialiśmy z menadżerką restauracji (skądinąd bardzo uprzejmą), poinformowaliśmy, że zamieścimy informację o tym w internecie. Jednak ciągle miałam poczucie, że nie zrobiłam wszystkiego, by obronić te wartości, które są dla mnie ważne. Odezwała się we mnie dusza wojownika :). Napisałam wiadomość e-mail do ambasady polskiej w Bratysławie i do prezeski klubu polskiego w Nitrze. Pani prezes nie zaszczyciła mnie żadną odpowiedzią. Na szczęście pracownicy ambasady mnie nie zawiedli. Trzy tygodnie później dostałam wiadomość, którą czytałam z rozdziawioną buzią :). „W oparciu o poradę prawną ambasador RP na Słowacji Tomasz Chłoń podjął decyzję o podjęciu interwencji u właściciela restauracji. Jesteśmy też w kontakcie z odpowiednimi słowackimi urzędami – Państwową Inspekcją Weterynaryjną i Żywności, Słowacką Inspekcją Handlową, Urzędem Zdrowia Publicznego oraz burmistrzem Nitry”. Możecie sobie wyobrazić moją radość i niedowierzanie :). Nie, żebym nie wierzyła naszemu przedstawicielstwu na Słowacji ;), ale najzwyczajniej w świecie nie znalazłam się wcześniej w takiej sytuacji, nie miałam pojęcia, w jakich sytuacjach ambasada podejmuje interwencje, w jakich nie. W tej samej wiadomości zapewniono mnie jednak, że „ambasada zwraca uwagę i interweniuje we wszystkich przypadkach naruszających dobre imię Polski” i miałam już pewność, że to nie jest tylko czcze gadanie. Jakby to nie brzmiało, chciałabym w tym miejscu wyrazić wielki szacunek i wdzięczność dla pracowników polskiej ambasady, bo należą im się nie za to, jak podjęte przez nich działania się zakończyły, ale za to, że wspaniale wywiązują się ze swoich obowiązków i naprawdę leży im na sercu dobre imię naszego kraju.

Zakończenie całej tej sprawy, które uskuteczniło się w styczniu tego roku, było już tak naprawdę tylko wisienką na torcie (choć nie powiem, smakującą przepysznie ;)). Restauracja Tantal usunęła informację nt. polskiego mięsa i wymieniła/wymieni oznakowanie z tym związane. Dla mnie to wielki sukces i niewiarygodna satysfakcja. Przede wszystkim jednak jest to dla mnie dowód, że warto walczyć o swoje, że trzeba angażować się w rzeczy dla nas ważne, że żadna sprawa nie jest beznadziejna, nawet jeśli z pozoru się taka wydaje. Może nie wszystko zmieni się tak błyskawicznie, jak oznakowanie w Tantalu ;), ale jedno mogę Wam obiecać: będę o te zmiany na lepsze nieustannie walczyła i Was również do tej walki zachęcam :). Bo Polska i Słowacja to fantastyczne kraje, które warto poznać – ale tak naprawdę, a nie tylko z dowcipów ;).


Témou pre tento mesiac je reštaurácia Tantal v Nitre. Alebo presnejšie, moja malá, víťazná bitka. Viem, že čitatelia, ktorí sledujú môj blog na fejsbuku, vedia o mojom boji dosť veľa, rozhodla som sa však, že bude dobré zanechať po tejto skúsenosti stopu aj na mieste, ktoré je pre mňa z hľadiska komunikácie so svetom najdôležitejšie, čiže na tomto blogu :).
Neukrývam, že som skutočne hrdá na činnosť poľského veľvyslanectva v Bratislave i na seba samú. Ale po poriadku:
Reštaurácia Tantal je typická slovenská talianska reštaurácia ;). Najdôležitejšie klady? Bohatý výber chutných jedál, prístupné ceny, dobré menu a predovšetkým ideálna lokalizácia v čase, keď M. ešte študoval – na polovici cesty medzi naším bytom a jeho školou. Za našich nitrianskych čias sme tam boli častými hosťmi. Vybrali sme sa tam tiež v novembri, keď sme prišli do Nitry na stretnutie s priateľmi. A všetko bolo v poriadku až do chvíle, keď sme sa pozornejšie prizreli veľkej karte s menu, slúžiacej ako podložka pod každým tanierom. A tam, v pravom hornom rohu, bol takýto obrázok:

Priznám sa, dotklo sa ma to. Pomyslela som si totiž o niekoľkých rokoch môjho manželstva, o ukazovaní fajného Slovenska na blogu, o búraní nezmyselných stereotypov tak v Poľsku o Slovensku, ako aj na Slovensku o Poľsku, a tu toto. Hlúpa, skutočne hlúpa formulácia, posilňujúca predsudky založené na nafúknutých informáciách slovenských médié o aférach, v ktorých hlavnú úlohu hralo poľské mäso. Netvrdím, že také aféry neboli.  Tvrdím len, že všade sa nájdu nepoctiví dodávatelia, a tých niekoľko blbých poľských dodávateľov znamená len malé percento spomedzi všetkých podnikateľov, ktorí dodávajú na slovenský trh vynikajúce výrobky.

Nemohla som to nechať tak. Porozprávali sme sa s manažérkou reštaurácie (mimochodom, veľmi milou), a informovali sme ju, že túto informáciu opublikujeme na internete. Stále som však mala pocit, že som neurobila všetko pre to, aby som bránila hodnoty, ktoré sú pre mňa dôležité. Ozvala sa vo mne duša bojovníčky :). Napísala som e-mail na poľské veľvyslanectvo na Slovensku aj predsedníčke poľského klubu v Nitre. Od pani predsedníčky som nedostala žiadnu odpoveď. Našťastie, pracovníci ambasády ma nesklamali. O tri týždne som dostala správu, ktorú som prečítala s otvorenými ústami :). „Po porade s právnikmi rozhodol veľvyslanec Poľska na Slovensku Tomasz Chłoń o vykonaní intervencie u majiteľa reštaurácie. Sme tiež v kontakte s relevantnými slovenskými úradmi – Štátnou veterinárnou a potravinovou správou, Slovenskou obchodnou inšpekciou, Uradom verejného zdravotníctva a primátorom Nitry.” Môžete si predstaviť moju radosť a prekvapenie :). Nie že by som neverila našej reprezentácii na Slovensku ;), jednoducho som sa ešte neocitla v takej situácii a netušila som, kedy dochádza k intervenciám veľvyslanectva a kedy nie. V tom mejli ma však ubezpečili, že „veľvyslanectvo si všíma a podniká kroky vo všetkých prípadoch, ktoré narušujú dobré meno Poľska” a už som vedela, že to nie sú iba prázdne slová. Akokoľvek by to mohlo znieť, chcela by som na tomto mieste vyjadriť veľký rešpekt a vďačnosť pracovníkom poľskej ambasády, pretože im skutočne patrí – nie kvôli tomu, ako sa celá záležitosť skončila, ale preto, že si výborne plnia svoje povinnosti a naozaj im leží na srdci dobré meno našej krajiny.

Ukončenie celej tejto záležitosti, ktoré nastalo v januári, bolo v skutočnosti len čerešničkou na torte (nehovorím, chutila vynikajúco ;)). Reštaurácia Tantal odstránila informácie o poľskom mäse a vymenila/vymení s tým spojené označovanie. Pre mňa je to veľký úspech a neuveriteľná satisfakcia. Predovšetkým je to dôkaz, že sa oplatí bojovať za svoje, že sa treba angažovať vo veciach, ktoré sú pre nás dôležité, že žiadna záležitosť nie je beznádejná, hoci sa takou na prvý pohľad môže javiť. Možno sa nie vždy všetko zmení tak rýchlo ako označenie v Tantale ;), ale jedno Vám môžem sľúbiť: budem o takéto zmeny k lepšiemu stále bojovať a Vás k tomu tiež povzbudzujem :). Lebo Poľsko i Slovensko sú fantastické krajiny, ktoré stojí za to poznať – ale tak naozaj, nielen z vtipov ;). 

wtorek, 30 grudnia 2014

Iluminacja / Osvietenie

Postanowienia noworoczne to nie moja bajka, dokładne wypunktowywanie plusów i minusów kończącego się roku też nie, a jednak myśl o upływającym czasie potrafi mnie niekiedy zatrzymać w miejscu i zadziwić. Gdzieś między sierpniem a grudniem minęło 5 lat, od kiedy moje drogi na dobre skrzyżowały się z M., w styczniu minie 5 lat, od kiedy jesteśmy razem, 31 grudnia – 4 lata od naszych zaręczyn. Niby to nic w porównaniu z 35. rocznicą ślubu moich rodziców, którą obchodzili w czerwcu i w porównaniu z 30.rocznicą ślubu moich teściów, którą będą świętować w lutym, ale przyznaję – robi to na mnie wrażenie. Bo to nie są takie zwyczajne lata. To jest 5 lat poznawania drugiego człowieka, najważniejszego człowieka w moim życiu, ale też 5 lat poznawania jego ojczyzny, uczenia się nowego języka, odkrywania słowackiej kultury i – co najważniejsze – przyswajania jej, czynienia powolutku częścią własnego życia.

W minionych dniach wydarzyło się kilka takich rzeczy, które uświadomiły mi, że znów jestem o krok dalej w tej mojej słowackości, że zapuściłam się jeszcze głębiej w ten świat. Wbrew pozorom to wcale nie takie proste i nie takie oczywiste, bo im dłużej jestem z M., tym wolniej osiągam kolejne etapy „wtajemniczenia”. Skąd ten paradoks? Może stąd, że głębsze poznanie wymaga, oprócz motywacji i chęci, czasu, regularności, pewnej powtarzalności. Nauczenie się mówienia czy czytania w obcym języku jest dużo łatwiejsze (i szybsze) niż myślenie w nim, tak samo poznanie jakichś zwyczajów jest dużo prostsze niż spojrzenie na nie „od wewnątrz”, z perspektywy tego, kto zna je od dzieciństwa. Rozumiecie, co mam na myśli? Pewnych rzeczy po prostu nie da się przyspieszyć. Inna sprawa, że nie prześwietlam każdej chwili mojego życia pod kątem tego, czy mam już doktorat z wiedzy o Słowacji, czy ciągle jeszcze „tylko” tytuł magistra :). Od czasu do czasu następuje po prostu moment iluminacji, jak to miało miejsce w tym miesiącu :).

Teraz zresztą powinna nastąpić chwila, w której przedstawię, co takiego się wydarzyło, że wywołało we mnie taką lawinę. Tyle że to zdarzenia tak prozaiczne, że aż przeczuwam w kościach Wasz zawód :). A jednak, żadnych fajerwerków nie będzie. Po pierwsze – uczestniczyłam w rozmowie, w której M., jego siostra i mama dyskutowali o swoich ulubionych świątecznych słodkościach, po drugie – spotkaliśmy się z zaprzyjaźnionym polsko-słowackim małżeństwem w ich (a właściwie jej, bo w tym przypadku, odwrotnie niż u nas, to ona jest Słowaczką) słowackim domu rodzinnym. Co z tego wynikło? Ta rozmowa o słodkościach pierwszy raz tak jaskrawo uświadomiła mi, że zákusky to coś na wskroś słowackiego, coś, czego nie sposób tak łatwo wytłumaczyć i coś, czego nie da się tak po prostu oddać polskim słowem „ciasta”. Bo Słowacy mają ciasta, ciastka i słone zakąski na święta, wszystko to ma swoją nazwę i swoje miejsce w szeregu. Dane słodkości muszą obowiązkowo znaleźć się na stole w danym okresie, piecze się je, zamawia u okolicznych cukierników (i wcale nie mam tu na myśli sieciowych cukierni, ale ludzi, polecanych sobie ustnie przez znajomych, przygotowujących te wszystkie wypieki na zamówienie we własnym domu), wymienia z sąsiadami. Słowacy mają swoje ulubione smaki, różnych rodzajów i form słowackich ciastek chyba nie da się zliczyć. Kompletnie nie umiem Wam wytłumaczyć tego fenomenu, bo to jest właśnie takie coś, czego trzeba doświadczyć, ale gdy go zrozumiałam, poczułam, jakbym znalazła wejście do pokoju dostępnego tylko dla domowników  :). A jaki jest mój ulubiony zákusok? Chyba košiček – koszyczek z kruchego ciasta wypełniony karmelowym kremem :).
Co do wspomnianego spotkania – jeszcze wyraźniej uzmysłowiło mi, jak swobodnie się czuję wśród Słowaków, jak naturalne jest to dla mnie środowisko, jak zaskakujące są dla mnie uwagi, że nie mam polskiego akcentu, czy świetnie sobie radzę z językiem, bo to jest przecież też mój język, nie traktuję go już jak obcego, nie męczy mnie posługiwanie się nim. Ja po prostu nie jestem tylko Polką gdzieś z dalekiej północy, która wyszła za mąż za Słowaka, ale w jakimś stopniu nasiąkłam już jego słowackością. Nie jestem obca. Nie czuję się intruzem. Jakby to nie brzmiało – jestem na Słowacji coraz bardziej u siebie.

Novoročné predsavzatia nie sú moja šálka kávy, presné stanovenie plusov a mínusov končiaceho sa roka tiež nie, ale aj tak ma myšlienka na plynutie času dokáže zastaviť a zaskočiť. Niekedy medzi augustom a decembrom uplynulo 5 rokov, odkedy sa moje cesty definitívne skrížili s M., v januári prejde 5 rokov odkedy sme spolu, 31. decembra štyri roky od nášho zasnúbenia. Vyzerá to ako nič pri porovnaní s 35. výročím svadby mojich rodičov, ktoré oslávili v júni a takisto pri porovnaní s 30. výročím mojich svokrovcov, ktoré budú oslavovať vo februári, ale priznám sa, robí to na mňa dojem. Lebo to nie sú také obyčajné roky. To je 5 rokov poznávania druhého človeka, najdôležitejšieho človeka v mojom živote, ale tiež 5 rokov poznávania jeho vlasti, učenia sa nového jazyka, odkrývania slovenskej kultúry a – čo je najdôležitejšie – osvojovania si tej kultúry, prijímania jej pomaličky do vlastného života.

V ostatných dňoch sa stalo niekoľko takých vecí, ktoré mi pripomenuli, že opäť som o krok ďalej v tej mojej slovenskosti, že som ešte hlbšie zakorenená v tom svete. Napriek prvému pocitu to vôbec nie je také prosté a samozrejmé,  pretože čím dlhšie som s M., tým pomalšie dosahujem ďalšie etapy „zasvätenia”. Kde sa vzal ten paradox? Možno z toho, že hlbšie poznanie vyžaduje, okrem motivácie a chute, aj čas, pravidelnosť, akési opakovanie. Naučiť sa hovoriť či čítať v cudzom jazyku je oveľa ľahšie (aj rýchlejšie) ako premýšľanie v ňom, takisto poznatky o nejakých zvykoch je ľahšie nadobudnúť ako sa na ne pozerať „zvnútra”, z perspektívy toho, kto ich pozná už od detstva. Rozumiete, čo mám na mysli? Niektoré veci skrátka nemožno urýchliť. Iná vec je, že sa nepozerám na každú chvíľu svojho života cez prizmu toho, či mám už zo znalostí o Slovensku doktorát, alebo som ešte „len” inžinierka :). Sem tam proste nastáva moment osvietenia, ako sa to stalo aj tento mesiac :).

Teraz by teda mala prísť chvíľa, v ktorej poviem, čo sa také stalo, že vo mne vzbudilo takú lavínu. Ale tie udalosti sú také prozaické, že až fyzicky cítim Vaše sklamanie :). Jednako však žiadne ohromenie nepríde. Po prvé, zúčastnila som sa rozhovoru, v ktorom M., jeho sestra a mama diskutovali o svojich obľúbených sviatočných sladkostiach, po druhé, stretli sme sa s našimi priateľmi, s poľsko-slovenským manželským párom u nich (a v skutočnosti u nej, lebo v tomto prípade, naopak ako u nás, je ona Slovenka) doma na Slovensku. Čo z toho vyplýva? Ten rozhovor o sladkostiach mi prvýkrát pomohol uvedomiť si tak jasne, že zákusky sú niečo celkom slovenské, niečo, čo sa nedá tak ľahko vysvetliť a niečo, čo sa nedá jednoducho preložiť ako „ciasta”. Lebo Slováci majú sviatočné koláče, koláčiky a slané pečivo, všetko má svoj názov a svoje miesto na stole. Tieto sladkosti sa musia povinne nachádzať na stole v tomto období, pečú sa, objednávajú u pekárov v okolí (a vôbec nemám na mysli v profesionálnych cukrárňach, ale u ľudí, ktorých ústne odporúčajú známi, a ktorí všetko pripravujú u seba doma), vymieňajú so susedmi. Slováci majú svoje obľúbené chute, rôzne druhy a formy slovenských koláčikov sa snáď nedajú ani zrátať. Vôbec Vám ten fenomén neviem vysvetliť, lebo to je presne niečo, čo treba zažiť, ale keď som to pochopila, pocítila, akoby som našla dvere do izby určenej výlučne domácim :). A aký je môj obľúbený zákusok? Asi košíček z krehkého cesta naplnený karamelovým krémom :).
Čo sa týka spomínaného stretnutia – ešte viac som si vďaka nemu uvedomila, ako slobodne sa cítim medzi Slovákmi, aké prirodzené je pre mňa to prostredie, ako ma prekvapujú poznámky, že nemám poľský prízvuk a že výborne ovládam jazyk, veď to je predsa tiež môj jazyk, neberiem ho už ako cudzí, neunavuje ma jeho používanie. Jednoducho, nie som len Poľka odkiaľsi z ďalekého severu, ktorá sa vydala za Slováka, ale v istom zmysle som už nasiakla jeho slovenskosťou. Nie som cudzia. Necítim sa ako votrelec. Akokoľvek to znie – som na Slovensku čoraz viac doma.

czwartek, 27 listopada 2014

Święta, święta / Sviatky, sviatky

Listopad w moim życiu od 2 lat należy przede wszystkim do mojej córki, ale to już pewnie wiecie. Tak się jednak składa, że jest to też miesiąc, w którym obchodzone są największe święta państwowe zarówno w Polsce, jak i na Słowacji – polskie Narodowe Święto Niepodległości (11 listopada) i słowacki Dzień Walki o Wolność i Demokrację (17 listopada), a w tym roku mieliśmy szczęście świętować je „na miejscu”, czyli w obu naszych ojczyznach. Pierwsze wspomniane święto upamiętnia odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 roku, po 123 latach zaborów, drugie – czechosłowackie manifestacje studenckie przeciwko władzy komunistycznej z listopada 1989 roku, które zapoczątkowały „aksamitną rewolucję” i zmianę ustroju.

Dwa ważne wydarzenia w dwóch ważnych dla mnie krajach. I zupełnie inny przebieg. Tym właśnie chcę się dziś z Wami podzielić.

Nazwijcie mnie idealistką, ale wierzę w takie rzeczy jak ojczyzna, widzę sens w wychowaniu obywatelskim i chcę, by moja córka wyrosła na odpowiedzialnego człowieka, dumnego ze swoich polskich i słowackich korzeni, kultywującego tradycje swoich narodów, świadomego, co je ukształtowało. Sama, choć nie jestem Słowaczką, odkrywam w sobie coraz większą potrzebę poznawania Słowacji. Obserwuję, opisuję, czasem krytykuję, ale przede wszystkim chcę zmieniać na lepsze, tak jak i własną ojczyznę. Nie jestem też w stanie uniknąć porównań, bo wiele te moje dwa kraje łączy, ale też całkiem sporo dzieli.

Święto Niepodległości w Polsce to Święto przez duże „Ś”. Główne ulice mniejszych i większych miejscowości są udekorowane flagami, prywatne domy również, w szkołach odbywają się uroczyste apele, w kościołach msze za ojczyznę, a miasta organizują rozliczne uroczystości. W Trójmieście od kilku lat są to parady niepodległości. Dotychczas uczestniczyłam w dwóch gdyńskich – ulicami przechodzi Orkiestra Marynarki Wojennej, przedstawiciele instytucji, stowarzyszeń, grup, szkół, mieszkańcy; niektórzy w kostiumach z epoki, niektórzy w strojach oficjalnych, inni ubrani na luzie. W tym roku nie zabrakło przedwojennych aut, kultowych samochodów jak „maluch”, głośnych samochodów rajdowych, motorów. Wzdłuż trasy parady stoi mnóstwo ludzi trzymających białe i czerwone balony, wymachujących polskimi flagami, z kokardą narodową na piersi. Jest uroczyście, jest radośnie i na pewno nie nudno  (tu można podejrzeć, jak to wygląda).

Tymczasem na Słowacji w Dniu Walki o Wolność i Demokrację przywitała mnie cisza. Postanowiliśmy uczcić jakoś ten dzień, pojechaliśmy na rodzinną wycieczkę. W promieniu 70 kilometrów znalazłam tylko kilka słowackich flag, wszystkie wywieszone na urzędach państwowych. Pytałam teściów i M. o szkoły, kościoły – nikt nic w ten dzień nie organizuje. Stwierdzam to z przykrością, ale 17 listopada na Słowacji to nie święto, to zwykły dzień wolny od pracy… Po południu uczestniczyliśmy jeszcze w uroczystości organizowanej przez miasto – zebrała się na niej garstka ludzi, burmistrz miasta rzucił parę haseł o wychowaniu młodzieży, która jest naszą przyszłością. Zapaliliśmy świeczki przy pomniku ofiar reżimów totalitarnych i po 10-15 minutach było po wszystkim. Wieczorem w telewizji obejrzeliśmy galę wręczenia Nagród Pamięci Narodowej, przeprowadzoną w Pradze.

Przeżyłam to. Autentycznie było mi smutno, że ten fajny naród, który tak pięknie umie kultywować tradycje ludowe (pisałam już o tym nie raz), nie ma w sobie dumy z własnej historii, nie docenia wydarzeń, które były kamieniami milowymi jego rozwoju, żyje teraźniejszością –  bez przeszłości i bez przyszłości. W postrzeganiu przez ludzi Dnia Walki o Wolność i Demokrację króluje relatywizm, koncentracja na sobie, niechęć, by dostrzec coś więcej niż własne podwórko.

I co? I nic… Przez moment wydawało mi się, że mam na to wszystko jakąś cudowną receptę, że znam idealne rozwiązanie, ale tak nie jest. Słowackie społeczeństwo cały czas dojrzewa. Każdy sam musi sobie pewne kwestie wypracować, poukładać w głowie, co chce, a czego nie chce. A ja? A ja się z M. zajmę wychowaniem naszej córki. Żeby wiedziała, co świętujemy w domu 11, a co 17 listopada.


November patrí v mojom živote už dva roky predovšetkým mojej dcérke, ale to už určite viete. Tak to však vyšlo, že je to tiež mesiac, v ktorom sa oslavujú veľké štátne sviatky tak v Poľsku, ako aj na Slovensku – poľský Národný sviatok nezávislosti (11.11.) a slovenský Deň boja za slobodu a demokraciu (17.11.), no a v tomto roku sme mali to šťastie, že sme ich oba mohli sláviť „na mieste”, čiže v oboch našich štátoch. Prvý z týchto sviatkov pripomína znovuzískanie nezávislosti Poľska v roku 1918 po 123 rokoch rozdelenia medzi mocnosti. Druhý pripomína československé študentské manifestácie proti komunistickej vláde v novembri 1989, ktorými začala „zamatová revolúcia” a zmena zriadenia. 

Dve dôležité udalosti v dvoch pre mňa dôležitých krajiných. A úplne odlišný priebeh. Práve tým sa chcem dnes s Vami podeliť.

Môžete ma nazvať idealistkou, ale verím v také veci ako vlasť, vidím zmysel v občianskom vychovávaní a chcem, aby z mojej dcéry vyrástol zodpovedný človek, hrdý na svoje poľské i slovenské korene, kultivujúci tradície svojich národov, spolu s vedomím, čo ich formovalo. Hoci nie som Slovenka, sama v sebe odkrývam čoraz väčšiu potrebu poznávania Slovenska. Pozorujem, opisujem, občas kritizujem, ale predovšetkým ho chcem meniť k lepšiemu tak, ako aj svoju vlasť. Nedokážem sa pri tom vyhnúť porovnávaniu, pretože tie moje dve krajiny veľa spája, ale celkom dosť tiež rozdeľuje.

Sviatok nezávislosti je v Poľsku Sviatkom s veľkým „S”. Hlavné ulice menších i väčších miest sú ozdobené vlajkami, rodinné domy tiež, v školách sú slávnostné akadémie, v kostoloch omše za vlasť a mestá organizujú rôzne oslavy. V Trojmeste sú už niekoľko rokov sprievody nezávislosti. Doposiaľ som sa zúčastnila dvoch v Gdyni – ulicami prechádza Orchester vojenského námorníctva, predstavitelia inštitúcií, organizácií, skupín, škôl, obyvatelia; niektorí v dobových kostýmoch, niektorí v oficiálnych odevoch, iní úplne normálne oblečení. Tento rok nechýbali automobily z medzivojnového obdobia, kultové autá ako „maluch”, hlasné pretekárske autá, motorky. Pozdĺž trasy pochodu stojí množstvo ľudí s bielymi a červenými balónmi v rukách, mávajúcich poľskými vlajkami, so stuhami v národných farbách na hrudi. Je to slávnostné, radostné a určite nie nudné (tu možno pozrieť, ako to vyzerá).

Oproti tomu ma na Slovensku v Deň boja za slobodu a demokraciu privítalo ticho. Rozhodli sme sa nejako ten deň osláviť, vyšli sme si na rodinný výlet. Vo vzdialenosti 70 kilometrov som našla iba niekoľko slovenských vlajok, všetky vyvesené na štátnych úradoch. Pýtala som sa svokrovcov na školy, kostoly – nik v ten deň nič neorganizuje. Ťažko sa mi to priznáva, ale 17. november na Slovensku nie je sviatok, ale obyčajný deň pracovného voľna... Popoludní sme sa ešte zúčastnili na slávnosti organizovanej mestom – zišla sa na nej hŕstka ľudí, primátor povedal pár hesiel o výchove mládeže, ktorá je našou budúcnosťou. Zapálili sme sviečky na pomníku obetí totalitných režimov a po 10-15 minútach bolo po všetkom. Večer sme si v televízii pozreli galaprogram pri príležitosti odovzdania Cien pamäti národa, ktorý sa uskutočnil v Prahe.

Zasiahlo ma to. Bolo mi skutočne smutno z toho, že ten fajn národ, ktorý dokáže tak krásne kultivovať ľudové tradície (neraz som už o tom písala), v sebe nemá hrdosť na vlastnú históriu, neváži si udalosti, ktoré boli míľovými kameňmi jeho rozvoja, žije prítomnosťou – bez minulosti a bez budúcnosti. V pocitoch ľudí týkajúcich sa Dňa boja o slobodu a demokraciu vládne relativizmus, koncentrácia na sebe, nechuť vidieť poza vlastný dvor.

A čo? A nič... Chvíľu sa mi zdalo, že mám na to všetko nejaký zázračný recept, že poznám ideálne riešenie, ale také neexistuje. Slovenská spoločnosť celý čas dozrieva. Každý si musí niektoré veci premyslieť, rozvážiť, čo chce a čo nie. A ja? Ja budem s M. vychovávať našu dcérku. Aby vedela, čo doma oslavujeme 11. a čo 17. novembra.