Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boże Narodzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boże Narodzenie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 grudnia 2021

Jakby nie tak / Akoby nie celkom ok

W grudniu wszystko było jakby nie tak. Wchodziliśmy w niego chorzy na COVID, zamknięci długie tygodnie w domu. Towarzyszyło nam trochę niepokoju, nie dało się wyprawić tradycyjnych wspólnych urodzin naszym starszakom, nie dało się dokończyć niedokończonych spraw związanych z nadchodzącymi świętami, trudno było w takich warunkach pracować, nawet zwyczajnie pomyśleć. Dzieciaki były megadzielne, ale po tylu dniach zamknięcia nic dziwnego, że bawiły się na przykład w pociąg ekspresowy, który pędził od jednej ściany mieszkania do drugiej z głośnym piskiem ;).

Skoro jednak nie udało nam się wymigać od wirusa, cieszyliśmy się, że choć na przełomie listopada i grudnia nas pomęczy, do świąt zdążymy się z nim pożegnać. I rzeczywiście – udało się. Przyjechaliśmy więc na święta do Polski, by spędzić je z dziadkami i najnowszą gwiazdą rodziny, moją dwumiesięczną bratanicą :).

I… było pięknie. Było spokojnie, bez nadmiaru spotkań, przygotowań i zamętu. Bardziej polsko, ale z istotnymi słowackimi akcentami, które są dla mnie osobiście bardzo ważne. Z kolędami, choinką, polskimi ciastami i słowackimi ciastkami. Z prezentami w liczbie „tak akurat” i ogromną ilością śniegu, której moje dzieci chyba jeszcze nie doświadczyły na święta w swoim kilkuletnim życiu. Z kawami u najlepszych pod słońcem ciotek i długimi świątecznymi rozmowami z przyjaciółmi. Z odkrywaniem swoich talentów i rozumieniem swoich potrzeb. Z poczuciem tęsknoty za domem i radości z bycia w Polsce. Z wielką satysfakcją z zobaczenia efektów swojej pracy w postaci szkolnej książki kucharskiej, którą Wam zresztą serdecznie polecam (do pobrania na stronie szkoły), z małymi frustracjami związanymi z obserwacją wpływu nierealnych teorii spiskowych na realne życie.

Wszystko było jakby nie do końca tak, jak co roku, ale jednak dobrze, ale jednak w ostatecznym rozrachunku na plus. I chyba tego właśnie przede wszystkim potrzebowałam – świętego spokoju. Tego też sobie i Wam wszystkim życzę również w tym nowym, nadchodzącym już za moment roku!





V decembri bolo všetko akoby nie celkom ok. Vstúpili sme doň chorí na COVID, na dlhé týždne zavretí doma. Sprevádzal nás v tom nepokoj, nemohli sme pripraviť tradičné spoločné narodeniny našim starším deťom, nemohli sme dokončiť neukončené záležitosti súvisiace s nadchádzajúcimi sviatkami, v takých podmienkach sa ťažko pracovalo a niekedy aj nad čímkoľvek zamýšľalo. Deti boli skvelé, ale po toľkých dňoch v karanténe sme sa nemohli diviť tomu, že sa napríklad hrali na rýchlik, ktorý s hlasným piskotom uháňal z jednej strany bytu na druhú ;).

Nepodarilo sa nám vyhnúť sa vírusu. Tešili sme sa však, že hoci nás na prelome novembra a decembra potrápi, do Vianoc sa ho zbavíme. A naozaj, podarilo sa. Pricestovali sme teda na sviatky do Poľska, aby sme ich strávili so starými rodičmi a najnovšou hviezdou rodiny, mojou dvojmesačnou neterkou :).

A… bolo krásne. Sviatky sme strávili pokojne, stretnutí bolo menej, takisto príprav a sviatočného chaosu. Vianoce boli viac poľské, ale s výraznými slovenskými prvkami, ktoré sú pre mňa osobne veľmi dôležité. S koledami, stromčekom, poľskými zákuskami aj slovenskými koláčikmi. S tak akurátnym množstvom darčekov a záľahou snehu, akú moje deti ešte vo svojom krátkom živote nezažili cez Vianoce. S posedeniami pri káve u najlepších tiet na svete a dlhými sviatočnými rozhovormi s priateľmi. S odhaľovaním talentov a chápaním svojich potrieb. S pocitom clivoty za domovom aj radosťou z trávenia času v Poľsku. S veľkou spokojnosťou z výsledkov prace v podobe školskej kuchárskej knižky, ktorú Vám zároveň s radosťou ponúkam (môžete si ju stiahnuť na stránkach školy), s malými frustráciami súvisiacimi s tým, ako vplývajú neskutočné konšpiračné teórie na skutočný život.

Všetko bolo akoby nie celkom v poriadku, ale koniec koncov dobré, pozitívne. A práve to som snáď predovšetkým potrebovala – svätý pokoj. Želám ho sebe aj Vám všetkým v tom novom, už čoskoro nastávajúcom roku!


niedziela, 31 grudnia 2017

Gwiazdkowe Vianoce - Vianočná Gwiazdka

To już moje siódme święta z M., dacie wiarę? Siódme polsko-słowackie święta, z czego 4 razy byliśmy na Słowacji, 3 razy w Polsce, 3 razy obchodziliśmy święta trochę bardziej słowackie, 4 razy trochę bardziej polskie (tak, tak, to nie pomyłka, pamiętacie? :)). Na obchodzenie świąt w Polsce czekałam aż 4 lata, od 2013 roku. Długo. Tegoroczne święta były dla mnie prawdziwie magiczne. Wszystko odkrywałam jakby na nowo, wszystko budziło mój zachwyt, nawet koszmarny, ulewny deszcz, siekący na wszystkie strony w towarzystwie dzikiego sztormowego wiatru, gdy szłam z rodziną na Pasterkę, nie zdołał mnie zniechęcić. Nie spodziewałam się, że tak te święta przeżyję. Nawet pisząc te słowa, czuję, że moje oczy robią się podejrzanie szkliste.

Kto z Was zagląda czasem na fejsbukową stronę Słowackiego Galimatiasu, ten wie, że przyjazd do Polski stanął w pewnym momencie pod znakiem zapytania. Nagle w połowie grudnia MN. złapała anginę. A 3 dni później ospę. Wiedzieliśmy, że prawie na 100% ospa czeka też DJ. A jakie żniwo zbierze angina, pozostawało pytaniem otwartym. Mieliśmy 1,5 tygodnia, żeby pierwsza fala chorób minęła. Udało się nam trochę podleczyć i 21 grudnia przyjechaliśmy do Polski.

Poczułam ulgę, szczęście, ale… nie tylko. Bo te wszystkie zawirowania zdrowotne przypomniały mi o niepokoju, który budzi we mnie przyszłość. Niepokoju, związanym z godzeniem polskiej i słowackiej rzeczywistości. Niepokoju, jak będzie z naszymi podróżami, jak je pogodzić ze szkołą, jak je pogodzić z jakimkolwiek zapuszczaniem korzeni w jakimkolwiek miejscu.

Im dłużej jesteśmy z M. małżeństwem, tym bardziej dociera do mnie, jak trudne jest nasze wspólne życie.

Przeżywanie takich wydarzeń, jak święta Bożego Narodzenia, w innej tradycji i kulturze dla mnie wcale nie jest proste. Wiecie, mój dziadek w ostatnich latach życia ciężko chorował, jego pamięć niszczył Alzheimer. I w czasie, gdy już nawet nie poznawał swoich bliskich, 2 rzeczy pamiętał doskonale – słowa modlitwy Ojcze nasz i teksty kolęd. Mocno tkwi mi w głowie obraz kolędującego z nami resztkami sił dziadka, gdy zasiadam raz do polskiego, a raz do słowackiego wigilijnego stołu. Wszystkie te symbole świąteczne, które tak dobrze znam z mojego dzieciństwa, a których nie ma na Słowacji, nabierają zupełnie innego znaczenia, nabierają większej głębi. Czuję, jak mocno jestem wrośnięta w polską tradycję.

Ale żeby nie było tak pesymistycznie :)...

Te święta pokazały mi też, jak wyjątkowe jest nasze wspólne życie. Każdego dnia pracujemy na to, żeby tworzyć z dwóch różnych rzeczywistości jedną wspólną. Każdego dnia pracujemy na to, żeby nasze dzieci wychowywały się w spójnym otoczeniu, przekonane, że to wszystko, w czym żyją, jest absolutnie normalne i fajne, choć trochę inne od tego, co zna większość ich kolegów. Widzę, ile już razem wypracowaliśmy wspólnych tradycji, jak sama swobodnie odnajduję się w tym polsko-słowackim sosie. Urzeka mnie, jak cudowni są nasi bliscy, którzy sami z siebie domagają się np. śpiewania kolęd w innym języku i próbują je śpiewać z nami (za rok muszę w końcu przygotować porządny polsko-słowacki śpiewnik! :)), i pytają, pytają, pytają. Chcą zrozumieć, chcą poznać, chcą jakoś zbliżyć się do naszej rzeczywistości. Mamy ogromne szczęście, mając tak wielkie wsparcie. I mamy ogromne szczęście, mając siebie. Z naszą Vianočną Gwiazdką i z Gwiazdkowymi Vianocami, z karpiem z warzywami i pstrągiem w galarecie albo smażonym dorszem z sałatką ziemniaczaną, z barszczem albo kapuśniakiem na śmietanie, z Gwiazdorem czy Jezuskiem przynoszącymi prezenty, z opłatkiem do składania życzeń i tym opłatkowym sandwichem z miodem i czosnkiem :)… Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać.

I gdy tak o tym wszystkim myślę, odczuwam jakoś mniej tego niepokoju :). Co z tego, że DJ. ma ospę, co z tego, że ja mam anginę, co z tego, że M. ledwo mówi i jedna MN. jest w miarę zdrowa. Przecież dalej mamy siebie. 2018 rok pewnie nie przyniesie mniej kłopotów i zmartwień, ale to nie ma znaczenia. Bo i tak będzie cudowny. Bo w naszym domu dalej będą rozbrzmiewały polskie i słowackie rozmowy, polskie i słowackie piski dzieci. Będziemy czytać polskie i słowackie książki, oglądać polskie i słowackie filmy. W oknie niejeden raz zawiśnie polska i słowacka flaga, przy stole będzie toczył się niejeden polski i słowacki spór. Przed oczami kilka razy mignie polski i słowacki słupek graniczny, a licznik samochodu przekręci się o kilka kolejnych tysięcy kilometrów. To jest nasze bogactwo. To jest nasze polsko-słowackie życie.




To sú už moje siedme sviatky s M., je to vôbec možné? Siedme poľsko-slovenské sviatky z čoho štyrikrát sme boli na Slovensku, trikrát v Poľsku, trikrát sme slávili viac slovenské sviatky a štyrikrát viac poľské (áno, áno, to nie je chyba, pamätáte sa? :)). Na slávenie sviatkov v Poľsku som čakala až 4 roky, od roku 2013. Dlho. Tohoročné sviatky boli pre mňa skutočne zázračné. Všetko som akoby nanovo odkrývala, všetko vo mne vyvolávalo úžas, dokonca ani otrasný lejak šibúci v spoločnosti búrkového vetra na všetky strany počas cesty s rodinou na polnočnú ma neznechutil. Nečakala som, že tie sviatky budem tak prežívať. Dokonca aj pri písaní týchto slov cítim, ako sa mi oči podozrivo zahmlievajú.

Tí z Vás, ktorí sa občas dostanú na fejsbukovú stránku blogu vedia, že vo veci nášho príjazdu do Poľska sa v istom momente objavili otázniky. MN. náhle v polovici decembra dostala angínu. A o tri dni nato kiahne. Vedeli sme skoro na 100%, že kiahne čakajú aj DJ. A čo prinesie angína, to bolo otázne. Mali sme 1,5 týždňa na to, aby sa prvá vlna chorôb prevalila. Podarilo sa nám trochu zlepšiť zdravotný stav a 21.12. sme prišli do Poľska.

Uľavilo mi, pocítila som šťastie, ale nielen to. Pretože tie všetky kotrmelce so zdravím mi opäť priviedli na myseľ nepokoj, ktorý vo mne vzbudzuje budúcnosť. Nepokoj spojený s ladením poľskej a slovenskej reality. Nepokoj súvisiaci s našim cestovaním, ako to s ním bude v spojení so školou detí, so zapúšťaním koreňov kdekoľvek.

Čím dlhšie sme s M. spolu, tým viac si uvedomujem, aký náročný je náš spoločný život.

Prežívanie takých udalostí ako sú Vianoce v súlade s inou tradíciou a kultúrou pre mňa vôbec nie je také ľahké. Viete, môj starý otec bol v posledných rokoch života veľmi chorý, jeho pamäť zničila Alzheimerova choroba. A keď už nepoznal ani svojich najbližších, pamätal si veľmi dobre ešte dve veci: slová modlitby Otče náš a texty poľských kolied. Mám v pamäti ukotvený obraz starého otca ako s nami z posledných síl spieva koledy vždy, keď si sadám k poľskému či slovenskému vianočnému stolu. Všetky tie sviatočné symboly, ktoré tak dobre poznám z detstva a ktoré na Slovensku nemáme, naberajú celkom iný význam a väčšiu hĺbku. Cítim, ako som silno zakorenená v poľskej tradícii. 

Ale aby to nebolo také pesimistické :)...

Tie sviatky mi tiež ukázali, aký výnimočný je náš spoločný život. Každý deň pracujeme na tom, aby sme z dvoch realít vytvorili jednu spoločnú. Každý deň pracujeme na tom, aby sme naše deti vychovávali v celistvom prostredí, aby boli presvedčené o tom, že to všetko, v čom žijú, je úplne normálne a dobré, hoci možno trochu iné od toho, čo pozná väčšina ich kamarátov. Vidím, koľko sme už spolu vytvorili spoločných tradícií, ako sa sama dobre cítim v tej poľsko-slovenskej omáčke. Je úžasné, akí sú naši blízki, ktorí sami od seba chcú spievať koledy v tom druhom jazyku (o rok musím konečne pripraviť poriadny poľsko-slovenský spevník! :)), a pýtajú sa, pýtajú a pýtajú. Chcú pochopiť, chcú spoznať, chcú sa priblížiť nášmu prežívaniu. Máme veľké šťastie, že dostávame takú podporu. A máme veľké šťastie, že máme seba. S našou Vianočnou Gwiazdkou a Gwiazdkovymi Vianocami, s kaprom v zelenine a pstruhom v aspiku alebo smaženou treskou so zemiakovým šalátom, s barščom alebo kapustnicou na smotane, s Gwiazdorom či Ježiškom, ktorí prinášajú darčeky, s oplátkou na vzájomné vinšovanie alebo oplátkou s medom a cesnakom :)... Mohla by som toho ešte viac napísať...

A keď tak o tom všetkom premýšľam, cítim akosi menej toho nepokoja :). Čo z toho, že DJ. má kiahne, čo z toho, že ja mám angínu, čo z toho, že M. ledva hovorí a iba MN. je viac-menej zdravá. Stále máme jeden druhého. Rok 2018 iste neprinesie menej problémov a starostí, ale to nie jen dôležité. Lebo aj tak bude skvelý. Lebo u nás doma budú aj naďalej znieť poľské aj slovenské rozhovory, poľské i slovenské pišťanie detí. Budeme čítať poľské i slovenské knižky, pozerať poľské aj slovenské filmy. Na balkóne bude neraz visieť poľská aj slovenská vlajka, pri stole budeme rozoberať nejeden poľský a slovenský spor. Pred očami sa nám niekoľkokrát mihne poľský aj slovenský hraničný stĺp a na tachometre auta bude o niekoľko tisíc kilometrov viac. To je naše bohatstvo. To je náš poľsko-slovenský život. 

sobota, 31 grudnia 2016

Życzę sobie… / Želám si…

Ostatni dzień grudnia, ostatni dzień roku, a ja siedzę sobie w żółtym fotelu uszaku mojego męża (tak, tak! To jego fotel – dostał go na 30-tkę od swojej najcudowniejszej żony pod słońcem ;)), patrzę na błyszczącą w świetle dnia choinkę i myślę sobie, że… jest mi dobrze. Tak po prostu. Bez fajerwerków i bez dramatów. Takie spokojne, miłe uczucie :).

Mam mojego M., kochamy się i kłócimy tak akurat, jak przystało na małżeństwo z 5-letnim stażem :), mamy MN., która jest mądra jak radio, mamy DJ., który w grudniu skończył rok i jest znanym w rodzinie kombinatorem. Jesteśmy zdrowi, a chwilowo omijają nas nawet katary i kaszle. Spędziliśmy nasze słowackie (ze szczyptą polskości) święta u moich teściów, szykujemy się do Sylwestra w domu z dzieciakami i moimi rodzicami. W okresie świątecznym odbyliśmy kilka wspaniałych spotkań z przyjaciółmi, na najbliższy tydzień mamy zaplanowane następne. W mijającym roku poznaliśmy parę fajnych osób, zacieśniliśmy kilka cennych przyjaźni, odbudowaliśmy relacje, które wydawały się nie do uratowania. Dowiedzieliśmy się o sobie trochę nowych rzeczy, sprecyzowaliśmy lepiej niektóre plany, nadaliśmy wyraźniejszy kształt pomysłom. Odkryliśmy nowe miejsca, posmakowaliśmy nieznane potrawy, przeczytaliśmy wciągające książki. Zatrzymaliśmy się na dłużej nad niektórymi życiowymi pytaniami, pochyliliśmy nad wątpliwościami, daliśmy sobie czas na znalezienie nawet naglących odpowiedzi. Popełniliśmy kilka błędów, zmierzyliśmy się z wyzwaniami, przegraliśmy parę bitew. Przeżyliśmy chwile wypełnione przytłaczającym smutkiem i chwile radości, której nie da się wyrazić słowami. Po prostu żyliśmy i staraliśmy się żyć najlepiej, jak umiemy.

Mamy w naszym życiu bardzo, bardzo dużo. I coraz wyraźniej widzę, jak ważne jest, by się tym dzielić, by dawać coś z siebie drugiemu człowiekowi. Czas, pieniądze, modlitwę, umiejętności, talenty, uwagę, dobry przykład. Cokolwiek. To, na co można sobie w danej chwili pozwolić (jasne jest dla mnie, że nie zawsze i nie wszystko możemy, a dodatkowo uczę się w tym roku, żeby umieć sobie odpuścić i pozwolić na niedoskonałość, choć nie wiem, czy uwierzą w to ci, którzy mnie znają ;)). Zawsze jednak można coś ofiarować, choćby to było wysłuchanie przyjaciela lub przelanie kilku złotych na konto jakiejś fundacji. Tego sobie życzę w nowym roku. Bym umiała dać z siebie jeszcze więcej, bym szukała sposobów, jak móc działać, a nie jak usprawiedliwić brak jakichkolwiek starań. Bym umiała zatroszczyć się o swoją rodzinę, bym umiała zadbać o siebie, ale też była dla innych. By moje życie nie było próżne. By miało te najpiękniejsze kolory, których może mu dodać tylko drugi człowiek.


Na zakończenie coś niezwiązanego z tematem posta, ale ze słowackim galimatiasem już tak – 2 małe zaskoczenia z tych świąt, które pokazują mi, ile jeszcze nie wiem o Słowacji i ile powodów do śmiechu, konsternacji lub zmarszczenia czoła przede mną ;).

1. Słowacy w okresie świątecznym (po 26 grudnia a przed Sylwestrem) życzą sobie ciągle „pięknych świąt” ;). Za trzecim czy czwartym razem, gdy to usłyszałam, już mi to nawet przeszło przez gardło w odpowiedzi. Ale bardzo cicho :P.
2. Groby bliskich w okresie świątecznym ozdabia się tu… choinkami :). Z bombkami, ze światełkami… I tak światło zniczy miesza się na cmentarzu z blaskiem lampek choinkowych. Osobliwy widok :)…


Posledný decembrový deň, posledný deň v roku, a ja si tak sedím v žltom kresle – ušiaku môjho manžela (áno, áno! Je to jeho kreslo, dostal ho na 30-tku od svojej najúžasnejšej ženy pod slnkom ;)), pozerám sa na stromček ligotajúci sa v dennom svetle a myslím si, že... mi je dobre. Len tak. Bez nadšenia aj bez drám. Taký pokojný, milý pocit :).

Mám svojho M., ľúbime i vadíme sa tak akurátne, ako sa patrí na manželstvo s 5-ročným trvaním :), máme MN., ktorá je múdra ako rádio, máme DJ., ktorý v decembri oslávil prvý rok a rodina ho už pozná ako poriadneho šibala. Sme zdraví a momentálne sa nám vyhýbajú nádchy i kašle. Strávili sme naše slovenské (s troškou poľskosti) sviatky u mojich svokrovcov, chystáme sa na Silvestra doma s deťmi a mojimi rodičmi. Počas sviatočného obdobia sa nám podarilo pár skvelých stretnutí s priateľmi, na najbližší týždeň máme naplánované ďalšie. V končiacom sa roku sme stretli pár milých osôb, zosilnili sme niekoľko cenných priateľstiev, znovu sme vybudovali vzťahy, ktoré sa zdali byť v ruinách. Dozvedeli sme sa o sebe zopár nových vecí, upresnili sme niektoré plány, dali sme konkrétnejší tvar nápadom. Odhalili sme nové miesta, ochutnali neznáme jedlá, prečítali sme knižky, od ktorých sa nedalo odtrhnúť. Dlhšie sme sa pristavili pri niektorých životných otázkach, pozastavili sme sa nad pochybnosťami, dopriali sme si čas aj pri hľadaní odpovedí na urgentné otázky. Urobili sme niekoľko chýb, bojovali sme s výzvami, prehrali sme zopár bitiek. Prežili sme chvíle naplnené dusivým smútkom i chvíle radosti, ktorá sa nedá vyjadriť slovami. Jednoducho sme žili a snažili sme sa žiť najlepšie ako vieme.

Máme v našom živote veľmi, veľmi veľa. A čoraz výraznejšie vidím, aké je dôležité deliť sa s tým, dávať niečo zo seba druhému človeku. Čas, peniaze, modlitbu, schopnosti, talenty, pozornosť, dobrý príklad. Čokoľvek. To, čo si môžeme v danej chvíli dovoliť (je mi jasné, že nie vždy a nie všetko môžeme, a navyše sa v tomto roku učím dávať veciam pokoj a dopriať si aj nedokonalosť, hoci neviem, či tomu uveria tí, ktorí ma poznajú ;)). Vždy však možno niečo ponúknuť, či už je to vypočutie priateľa alebo poslanie pár drobných na účet nejakej nadácie. To si želám do nového roku. Aby som dokázala vydať zo seba ešte viac, aby som hľadala cesty, ako môcť byť aktívna, a neospravedlňovať si nedostatok akejkoľvek snahy. Aby som sa vedela postarať o svoju rodinu, aby som dbala o seba a bola zároveň aj pre iných. Aby môj život nebol prázdny. Aby mal tie najkrajšie farby, ktoré mu môže dať len druhý človek.


Na koniec niečo, čo nesúvisí s témou príspevku, ale so slovenským galimatiášom určite – 2 malé prekvapenia z týchto sviatkov, ktoré mi ukázali, čo ešte neviem o Slovensku a koľko dôvodov na úsmev, zmätok či zvraštenie čela je ešte predo mnou ;).

1. Slováci si v sviatočnom období (po 26.12. a pred Silvestrom) stále želajú „krásne sviatky” ;). Po treťom alebo štvrtom prípade, keď som to počula, sa mi to už predralo na jazyk. Ale veľmi ticho :P.
2. Hroby blízkych sú v sviatočnom období ozdobené... vianočnými stromčekmi :). S vianočnými ozdobami, svetielkami... I tak sa svetlo kahancov mieša s ligotavými svetielkami zo stromčeka. Paradoxný pohľad...

czwartek, 30 czerwca 2016

Bahamy / Bahamy

Nauczyłam się czytać już dość dawno temu. Umiejętność tę ćwiczę zresztą regularnie do dziś ;). Jakież więc było moje zdziwienie, gdy przed 3 laty nie umiałam przeczytać pocztówki od szwagierki! Mieszkała wtedy za granicą (tzn. nie w Polsce i nie na Słowacji ;)) i wysyłała swojej córce chrzestnej kartki. Jako dobra mama miałam oczywiście za zadanie przeczytać je adresatowi, ale… tu następował zgrzyt. Bo nie mogłam rozszyfrować niektórych słówek, a przyczyną wcale nie było niestaranne pismo szwagierki. Wtedy jednak zrzucałam winę na swoją niedoskonałą znajomość języka słowackiego i dopiero dużo, dużo później odkryłam prawdziwą przyczynę mojego niepowodzenia.

Otóż… Słowacy piszą inaczej niż Polacy!!! I tu wcale nie chodzi o to, że mają inne litery (č, ť, ň, ô…), ale o to, że te, które mamy takie same, piszą w inny sposób. Być może tych z was, którzy mieszkają w jakichś innych krajach europejskich od lat, wcale to nie zaskakuje, bo spotkaliście się z tym już dawno. Dla mnie to było odkrycie. I do dziś zadziwiam nim znajomych Słowaków :). Tych inaczej pisanych liter wcale nie ma tak dużo (k, t, r…), ale jest jeszcze jeden haczyk. Słowacy wszystkie litery piszą bez odrywania ręki. Ja wiem, że i u nas poprawnie jest łączyć litery, ale jednak widać różnicę – wierzcie mi, nie łączymy ich aż-tak-bardzo. Niby to wszystko drobiazgi, ale urastają nagle do bardzo ważnych zagadnień, gdy znajduję w skrzynce na listy kolejną kopertę :).

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Słowacy są większymi tradycjonalistami niż Polacy, jeśli chodzi o korzystanie z poczty. Nie, to nie znaczy, że nie posługują się skrzynkami mejlowymi ;). Po prostu gdy zbliżają się święta, nie tylko starsi, ale i młodsi  sięgają po długopisy i kartki. Hitem jest wysyłanie pocztówki zrobionej ze… zdjęcia rodzinnego. Sama już kilka takich dostałam. Bardzo możliwe, że w tym roku i nasza rodzina podda się tej słowackiej tradycji ;).

Zanim jednak nadejdzie zima i Boże Narodzenie, czeka nas lato. Liczę na to, że piękne. Bo wiecie, jedni jeżdżą na Bahamy, drudzy do... swej mamy ;). I już w niedzielę czeka nas kolejna podróż na polskie Wybrzeże. Jadę z wielkimi nadziejami i wielką tęsknotą. Dlaczego? Bo w tym naszym polsko-słowackim świecie, który niektórzy nawet bliscy mi ludzie postrzegają czasem jako idealny i zupełnie bezproblemowy, trudności jednak istnieją. A pobyt w domu rodzinnym pozwala na chwilę o nich zapomnieć. O tym, jak dobrze uczyć dzieci dwóch języków, jak uczyć ich różnych alfabetów i odmiennego pisania, jak przekazać im, że obydwie tradycje są ważne i równorzędne… Bo właśnie wychowanie i edukacja naszych dzieci w dwóch różnych kulturach stanowi dla mnie największe wyzwanie i jest zarazem jednym z największych moich lęków.

Tymczasem od niedzieli będzie polska plaża, polskie morze, polski słomkowy kapelusz, a pod nim skryta z polską książką ja – Polka. Potrzebne mi to. Ale tylko na małą chwileczkę.



Pisany alfabet słowacki made by M. :)


Čítať som sa naučila už dosť dávno. Tú schopnosť, koniec koncov, pravidelne trénujem dodnes ;) Aké veľké teda muselo byť moje prekvapenie, keď som pred tromi rokmi nedokázala prečítať pohľadnicu od švagrinej! Bývala vtedy v zahraničí (teda, ani v Poľsku, ani na Slovensku ;)) a posielala svojej krstnej dcérke pohľadnice. Mojou úlohou ako dobrej mamy bolo, samozrejme, prečítať pohľadnicu adresátovi, ale... bol v tom zádrhel. Nemohla som totiž rozšifrovať niektoré slová, a nebolo to kvôli lajdáckemu písmu švagrinej. Vtedy som však vzala vinu na seba a svoju nedokonalú znalosť slovenčiny, a až oveľa, oveľa neskôr som odhalila skutočnú príčinu môjho neúspechu.

Totiž... Slováci píšu inak ako Poliaci!!! A vôbec nejde o to, že majú iné písmenká (č, ť, ň, ô…), ale o to, že tie, ktoré máme spoločné, píšu inak. Možno to niektorých z vás, ktorí bývate už celé veky v iných európskych krajinách, vôbec neprekvapuje, pretože ste sa tým stretli už dávno. Pre mňa to bolo veľké odhalenie. A stále ním prekvapujem známych zo Slovenska :). Tie písmená, ktoré sa píšu inak, nie sú vôbec veľmi početné (k, t, r...), ale má to ešte jeden háčik. Slováci píšu všetky písmená bez dvíhania ruky. Viem, že aj u nás je správne spájať písmená, ale aj tak je rozdiel viditeľný – uverte, nespájame ich až tak poriadne. Zdá sa, že sú to len detaily, ale stávajú sa z nich dôležité otázky v momente, keď nachádzam v poštovej schránke ďalšiu obálku :).

Na tomto mieste treba uviesť, že Slováci sú väčšmi tradiční od Poliakov, pokiaľ ide o využívanie pošty. Nie, neznamená to, že nepoužívajú elektronickú poštu ;). Skrátka, keď sa blížia sviatky, nielen starší, ale aj mladí siahajú po perá a pohľadnice. Hitom je posielanie pohľadníc vyrobených z... rodinnej fotky. Sama som ich už niekoľko dostala. Je dosť možné, že v tomto roku sa aj naša rodina poddá slovenskej tradícii ;).

Kým však príde zima a s ňou Vianoce, čaká nás leto. Rátam s tým, že bude krásne. Lebo viete, jedni chodia na Bahamy, druhí sú u svojej mamy ;). A už v nedeľu nás čaká ďalšia cesta nad poľské more. Idem s veľkými nádejami aj veľkou clivotou. Prečo? Lebo v tom našom poľsko-slovenskom svete, ktorý aj veľmi blízki ľudia niekedy považujú za ideálny a úplne bezproblémový, predsa len existujú ťažkosti. A pobyt u rodičov umožňuje na chvíľu na ne zabudnúť. Na to, ako dobre učiť deti oba jazyky, ako ich učiť rôzne abecedy a rôzne písanie znakov, ako im odovzdať to, že obe tradície sú rovnako dôležité... Lebo práve výchova a vzdelávanie našich detí v dvoch rôznych kultúrach je pre mňa najväčšou výzvou a tiež jednou z mojich najväčších obáv.

Avšak od nedele bude poľská pláž, poľské more, poľský slamený klobúk a pod ním skrytá s poľskou knižkou ja – Poľka. Potrebujem to. Ale len na malú chvíľku. 

czwartek, 31 grudnia 2015

Rodzina / Rodina

Kiedy przed 4 laty pobraliśmy się z M., jasne było dla nas, że Boże Narodzenie i Wielkanoc będziemy spędzać raz w Polsce, raz na Słowacji, raz z jedną rodziną, raz z drugą. Nie, nie dlatego, że tak jest „sprawiedliwie”. Dlatego, że kochamy jednych i drugich, dlatego, że bliska i ważna jest dla nas zarówno polska, jak i słowacka tradycja i wreszcie dlatego, że zwyczajnie tęsknimy – ja za Polską, M. za Słowacją.

W tym roku święta Bożego Narodzenia „wypadały” w Polsce. I od kiedy zaszłam w ciążę, było wiadomo, że po raz pierwszy będziemy musieli odstąpić od naszych pierwotnych małżeńskich ustaleń, bo termin porodu został wyznaczony na 19 grudnia. Nie było to dla mnie łatwe, zwłaszcza że z racji ciąży miałam w perspektywie spędzenie na Słowacji kilku długich miesięcy bez odwiedzin w domu rodzinnym.

Tymczasem dostałam od moich rodziców najpiękniejszy prezent świąteczny, jaki mogłam sobie wymarzyć. Powiedzieli, że przyjadą na święta do Bratysławy. Mama miała się też zająć ich organizacją. Ktoś z boku może powiedzieć: „fajnie”. Ale dla mnie to nie było po prostu fajne, dla mnie to było wyjątkowe. Bo moi rodzice są tradycjonalistami. Bo nigdy w życiu nie spędzali Bożego Narodzenia poza domem, a już tym bardziej za granicą. Bo w Trójmieście są dwie moje babcie, z którymi spotykają się w święta, jest mój brat, jest ich rodzeństwo. A podjęli decyzję, że zrezygnują z tego wszystkiego, by spotkać się z nami. Żebyśmy mieli nasze „polskie święta”, skoro takie miały być w tym roku. Żeby pomóc nam z dziećmi, gdy urodzi się nasz syn. Żeby po prostu z nami być.

Nasz syn, mały DJ., przyszedł na świat 15 grudnia. 20 grudnia, po 3 tygodniach pobytu u teściów (bo bliżej szpitala) i prawie tygodniu w szpitalu nareszcie wróciliśmy do domu. Te 4 tygodnie poza domem dłużyły mi się niemiłosiernie. Tym wspanialszy był powrót; zwłaszcza, że w domu czekali już na nas moi rodzice.

A święta? Na naszym bratysławskim stole nie było wprawdzie ulubionych ryb taty (ale „zamówił” je sobie po powrocie do domu u swojej siostry, więc nie mam nadmiernych wyrzutów sumienia ;)), był za to barszcz z knyszami, pieczony łosoś (specjalnie dla matki karmiącej :)), klopsy rybne, kluski z makiem… Był opłatek, sianko pod obrusem i wolne miejsce przy stole. Spokojnie, nie zabrakło też słowackich tradycji :). Jednakże w większej mierze były to polskie święta, choć nie w Polsce, bo w końcu słowackie spędziliśmy przed rokiem u teściów :).

To jednak nie był koniec wyjątkowych wydarzeń. Bo dzięki decyzji moich rodziców o przyjeździe do nas otworzyła się przed nami jeszcze jedna niesamowita szansa – by choć raz w życiu (bo trudno sobie wyobrazić, że taka okazja może się jeszcze kiedyś powtórzyć :)) spędzić święta Bożego Narodzenia zarówno z jednymi, jak i drugimi rodzicami. Kto z was żyje w międzynarodowym związku, ten wie, jak to jest :). Zawsze zazdrościłam znajomym, którzy mają rodziców i teściów w zasięgu godziny drogi samochodem. My byśmy musieli się diabelnie postarać, by pierwszy dzień świąt spędzić na Wybrzeżu, a drugi w województwie trenczyńskim ;). A w tym roku? W drugi dzień świąt moi rodzice, moi teściowie, rodzeństwo M. i my stworzyliśmy zespół najwspanialszych kolędników, jakich świat słyszał, śpiewając na przemian polskie i słowackie kolędy :). A wcześniej zjedliśmy razem świąteczny obiad i spałaszowaliśmy polskie i słowackie ciasta :). Wyjątkowe i niezapomniane chwile. Jak całe tegoroczne święta.

Gdy byłam w ciąży, najgorsze, co mogłam usłyszeć, to: „będziecie mieli super prezent na święta” (tak, powtarzano mi to bardzo często ;)). Nie lubiłam tego, bo nikt nie mógł przewidzieć, kiedy nasz syn zdecyduje się na wyjście. Jednakże kiedy 14 grudnia wieczorem podjął decyzję, że na niego pora, te słowa zaczęły nabierać znaczenia. Tym najwspanialszym prezentem świątecznym nie okazał się jednak on sam, ale cała nasza rodzina (oczywiście z synem włącznie :)) – razem.




Keď sme sa pred štyrmi rokmi s M. vzali, bolo nám jasné, že Vianoce a Veľkú Noc budeme tráviť raz v Poľsku a raz na Slovensku, raz s jednou rodinou, raz s tou druhou. Nie, nie preto, že je to tak „spravodlivé”. Preto, že ľúbime jedných aj druhých, preto, že je nám blízka a je pre nás dôležitá tak poľská, ako aj slovenská tradícia a napokon preto, že jednoducho nám chýbajú naše krajiny.

Tento rok sme mali Vianoce oslavovať v Poľsku. Odkedy som však otehotnela, bolo jasné, že po prvýkrát budeme musieť ustúpiť od našich prvotných manželských dohôd, pretože termín pôrodu bol určený na 19.12. Nebolo to pre mňa ľahké, keďže kvôli tehotenstvu sa predo mnou črtala perspektíva trávenia niekoľkých dlhých mesiacov na Slovensku bez možnosti navštíviť môj rodný kraj.

Od svojich rodičov som však dostala ten najkrajší vianočný darček, po akom som mohla túžiť. Povedali, že prídu na sviatky do Bratislavy. Mama ich tiež mala organizovať. Niekto nezainteresovaný môže povedať: „okej”. Ale pre mňa to nebolo jednoducho „okej”, pre mňa to bolo výnimočné. Pretože moji rodičia sú tradicionalisti. Lebo nikdy netrávili Vianoce mimo domu a už vôbec nie v zahraničí. Lebo v Trojmeste sú dve moje staré mamy, s ktorými sa cez Vianoce stretávajú, je tam môj brat, sú tam ich súrodenci. A predsa sa rozhodli, že sa toho všetkého vzdajú, aby sa mohli stretnúť s nami. Aby sme mali naše „poľské Vianoce”, keď už na tento rok pripadli. Aby nám pomohli s deťmi, keď sa nám narodí syn. Jednoducho, aby s nami boli.

Náš syn, malý DJ sa narodil 15.12. 20.12., po troch týždňoch pobytu u svokrovcov (lebo bývajú bližšie nemocnice) a takmer týždni v nemocnici sme sa konečne vrátili domov. Tie 4 týždne mimo domu boli pre mňa neuveriteľne dlhé. O to krajší bol návrat, zvlášť, že doma už na nás čakali moji rodičia.

A sviatky? Na našom bratislavskom stole síce chýbali tatove obľúbené ryby (ale „zajednal” si ich po návrate domov u svojej sestry, takže nemám veľké výčitky svedomia ;)), ale bol na ňom baršč s pirôžkami, pečený losos (špeciálne jedlo pre dojčiacu matku :)), rybacie fašírky, makové pupáky... Bola oplátka, seno pod obrusom aj voľné miesto pri stole. Nebojte sa, nechýbali ani slovenské tradície :). Vo väčšej miere to však boli poľské sviatky, hoc aj nie v Poľsku, pretože slovenské sviatky sme koniec koncov strávili minulý rok u svokrovcov :).

To však nebol koniec výnimočných udalostí. Lebo vďaka rozhodnutiu mojich rodičov o príchode k nám sa pred nami otvorila ešte jedna úžasná príležitosť – aspoň raz v živote (lebo ťažko si predstaviť, že by sa taká príležitosť ešte mohla zopakovať :)) stráviť Vianoce aj s jednými, aj s druhými rodičmi. Kto z Vás žije v medzinárodnom vzťahu, vie, ako to býva :). Vždy som závidela známym, ktorí majú rodičov a svokrovcov v okruhu do hodiny cesty autom. My by sme sa museli čertovsky posnažiť, aby sme prvý sviatok vianočný strávili na Pobreží a druhý v Trenčianskom kraji ;). A tento rok? Na druhý sviatok vianočný sme s mojimi rodičmi, svokrovcami a súrodencami M. vytvorili skupinu najúžasnejších koledníkov, akých kedy svet počul, pričom sme spievali striedavo poľské a slovenské koledy :). No a predtým sme spolu zjedli sviatočný obed a maškrtili na poľských aj slovenských koláčikoch :). Výnimočné a nezabudnuteľné chvíle. Ako celé tohtoročné sviatky.

Keď som bola tehotná, to najhoršie, čo som mohla počuť, bolo: „budete mať super darček pod stromček” (áno, počula som to veľmi často ;)). Nepáčilo sa mi to, lebo nikto nemohol predpokladať, kedy sa náš syn rozhodne prísť na svet. Keď sa však 14.12. v noci rozhodol, že už prišiel jeho čas, tie slová začali dávať zmysel. Tým najúžasnejším vianočným darčekom však nebol on sám, ale celá naša rodina (samozrejme, vrátane synka) – spolu.


wtorek, 30 grudnia 2014

Iluminacja / Osvietenie

Postanowienia noworoczne to nie moja bajka, dokładne wypunktowywanie plusów i minusów kończącego się roku też nie, a jednak myśl o upływającym czasie potrafi mnie niekiedy zatrzymać w miejscu i zadziwić. Gdzieś między sierpniem a grudniem minęło 5 lat, od kiedy moje drogi na dobre skrzyżowały się z M., w styczniu minie 5 lat, od kiedy jesteśmy razem, 31 grudnia – 4 lata od naszych zaręczyn. Niby to nic w porównaniu z 35. rocznicą ślubu moich rodziców, którą obchodzili w czerwcu i w porównaniu z 30.rocznicą ślubu moich teściów, którą będą świętować w lutym, ale przyznaję – robi to na mnie wrażenie. Bo to nie są takie zwyczajne lata. To jest 5 lat poznawania drugiego człowieka, najważniejszego człowieka w moim życiu, ale też 5 lat poznawania jego ojczyzny, uczenia się nowego języka, odkrywania słowackiej kultury i – co najważniejsze – przyswajania jej, czynienia powolutku częścią własnego życia.

W minionych dniach wydarzyło się kilka takich rzeczy, które uświadomiły mi, że znów jestem o krok dalej w tej mojej słowackości, że zapuściłam się jeszcze głębiej w ten świat. Wbrew pozorom to wcale nie takie proste i nie takie oczywiste, bo im dłużej jestem z M., tym wolniej osiągam kolejne etapy „wtajemniczenia”. Skąd ten paradoks? Może stąd, że głębsze poznanie wymaga, oprócz motywacji i chęci, czasu, regularności, pewnej powtarzalności. Nauczenie się mówienia czy czytania w obcym języku jest dużo łatwiejsze (i szybsze) niż myślenie w nim, tak samo poznanie jakichś zwyczajów jest dużo prostsze niż spojrzenie na nie „od wewnątrz”, z perspektywy tego, kto zna je od dzieciństwa. Rozumiecie, co mam na myśli? Pewnych rzeczy po prostu nie da się przyspieszyć. Inna sprawa, że nie prześwietlam każdej chwili mojego życia pod kątem tego, czy mam już doktorat z wiedzy o Słowacji, czy ciągle jeszcze „tylko” tytuł magistra :). Od czasu do czasu następuje po prostu moment iluminacji, jak to miało miejsce w tym miesiącu :).

Teraz zresztą powinna nastąpić chwila, w której przedstawię, co takiego się wydarzyło, że wywołało we mnie taką lawinę. Tyle że to zdarzenia tak prozaiczne, że aż przeczuwam w kościach Wasz zawód :). A jednak, żadnych fajerwerków nie będzie. Po pierwsze – uczestniczyłam w rozmowie, w której M., jego siostra i mama dyskutowali o swoich ulubionych świątecznych słodkościach, po drugie – spotkaliśmy się z zaprzyjaźnionym polsko-słowackim małżeństwem w ich (a właściwie jej, bo w tym przypadku, odwrotnie niż u nas, to ona jest Słowaczką) słowackim domu rodzinnym. Co z tego wynikło? Ta rozmowa o słodkościach pierwszy raz tak jaskrawo uświadomiła mi, że zákusky to coś na wskroś słowackiego, coś, czego nie sposób tak łatwo wytłumaczyć i coś, czego nie da się tak po prostu oddać polskim słowem „ciasta”. Bo Słowacy mają ciasta, ciastka i słone zakąski na święta, wszystko to ma swoją nazwę i swoje miejsce w szeregu. Dane słodkości muszą obowiązkowo znaleźć się na stole w danym okresie, piecze się je, zamawia u okolicznych cukierników (i wcale nie mam tu na myśli sieciowych cukierni, ale ludzi, polecanych sobie ustnie przez znajomych, przygotowujących te wszystkie wypieki na zamówienie we własnym domu), wymienia z sąsiadami. Słowacy mają swoje ulubione smaki, różnych rodzajów i form słowackich ciastek chyba nie da się zliczyć. Kompletnie nie umiem Wam wytłumaczyć tego fenomenu, bo to jest właśnie takie coś, czego trzeba doświadczyć, ale gdy go zrozumiałam, poczułam, jakbym znalazła wejście do pokoju dostępnego tylko dla domowników  :). A jaki jest mój ulubiony zákusok? Chyba košiček – koszyczek z kruchego ciasta wypełniony karmelowym kremem :).
Co do wspomnianego spotkania – jeszcze wyraźniej uzmysłowiło mi, jak swobodnie się czuję wśród Słowaków, jak naturalne jest to dla mnie środowisko, jak zaskakujące są dla mnie uwagi, że nie mam polskiego akcentu, czy świetnie sobie radzę z językiem, bo to jest przecież też mój język, nie traktuję go już jak obcego, nie męczy mnie posługiwanie się nim. Ja po prostu nie jestem tylko Polką gdzieś z dalekiej północy, która wyszła za mąż za Słowaka, ale w jakimś stopniu nasiąkłam już jego słowackością. Nie jestem obca. Nie czuję się intruzem. Jakby to nie brzmiało – jestem na Słowacji coraz bardziej u siebie.

Novoročné predsavzatia nie sú moja šálka kávy, presné stanovenie plusov a mínusov končiaceho sa roka tiež nie, ale aj tak ma myšlienka na plynutie času dokáže zastaviť a zaskočiť. Niekedy medzi augustom a decembrom uplynulo 5 rokov, odkedy sa moje cesty definitívne skrížili s M., v januári prejde 5 rokov odkedy sme spolu, 31. decembra štyri roky od nášho zasnúbenia. Vyzerá to ako nič pri porovnaní s 35. výročím svadby mojich rodičov, ktoré oslávili v júni a takisto pri porovnaní s 30. výročím mojich svokrovcov, ktoré budú oslavovať vo februári, ale priznám sa, robí to na mňa dojem. Lebo to nie sú také obyčajné roky. To je 5 rokov poznávania druhého človeka, najdôležitejšieho človeka v mojom živote, ale tiež 5 rokov poznávania jeho vlasti, učenia sa nového jazyka, odkrývania slovenskej kultúry a – čo je najdôležitejšie – osvojovania si tej kultúry, prijímania jej pomaličky do vlastného života.

V ostatných dňoch sa stalo niekoľko takých vecí, ktoré mi pripomenuli, že opäť som o krok ďalej v tej mojej slovenskosti, že som ešte hlbšie zakorenená v tom svete. Napriek prvému pocitu to vôbec nie je také prosté a samozrejmé,  pretože čím dlhšie som s M., tým pomalšie dosahujem ďalšie etapy „zasvätenia”. Kde sa vzal ten paradox? Možno z toho, že hlbšie poznanie vyžaduje, okrem motivácie a chute, aj čas, pravidelnosť, akési opakovanie. Naučiť sa hovoriť či čítať v cudzom jazyku je oveľa ľahšie (aj rýchlejšie) ako premýšľanie v ňom, takisto poznatky o nejakých zvykoch je ľahšie nadobudnúť ako sa na ne pozerať „zvnútra”, z perspektívy toho, kto ich pozná už od detstva. Rozumiete, čo mám na mysli? Niektoré veci skrátka nemožno urýchliť. Iná vec je, že sa nepozerám na každú chvíľu svojho života cez prizmu toho, či mám už zo znalostí o Slovensku doktorát, alebo som ešte „len” inžinierka :). Sem tam proste nastáva moment osvietenia, ako sa to stalo aj tento mesiac :).

Teraz by teda mala prísť chvíľa, v ktorej poviem, čo sa také stalo, že vo mne vzbudilo takú lavínu. Ale tie udalosti sú také prozaické, že až fyzicky cítim Vaše sklamanie :). Jednako však žiadne ohromenie nepríde. Po prvé, zúčastnila som sa rozhovoru, v ktorom M., jeho sestra a mama diskutovali o svojich obľúbených sviatočných sladkostiach, po druhé, stretli sme sa s našimi priateľmi, s poľsko-slovenským manželským párom u nich (a v skutočnosti u nej, lebo v tomto prípade, naopak ako u nás, je ona Slovenka) doma na Slovensku. Čo z toho vyplýva? Ten rozhovor o sladkostiach mi prvýkrát pomohol uvedomiť si tak jasne, že zákusky sú niečo celkom slovenské, niečo, čo sa nedá tak ľahko vysvetliť a niečo, čo sa nedá jednoducho preložiť ako „ciasta”. Lebo Slováci majú sviatočné koláče, koláčiky a slané pečivo, všetko má svoj názov a svoje miesto na stole. Tieto sladkosti sa musia povinne nachádzať na stole v tomto období, pečú sa, objednávajú u pekárov v okolí (a vôbec nemám na mysli v profesionálnych cukrárňach, ale u ľudí, ktorých ústne odporúčajú známi, a ktorí všetko pripravujú u seba doma), vymieňajú so susedmi. Slováci majú svoje obľúbené chute, rôzne druhy a formy slovenských koláčikov sa snáď nedajú ani zrátať. Vôbec Vám ten fenomén neviem vysvetliť, lebo to je presne niečo, čo treba zažiť, ale keď som to pochopila, pocítila, akoby som našla dvere do izby určenej výlučne domácim :). A aký je môj obľúbený zákusok? Asi košíček z krehkého cesta naplnený karamelovým krémom :).
Čo sa týka spomínaného stretnutia – ešte viac som si vďaka nemu uvedomila, ako slobodne sa cítim medzi Slovákmi, aké prirodzené je pre mňa to prostredie, ako ma prekvapujú poznámky, že nemám poľský prízvuk a že výborne ovládam jazyk, veď to je predsa tiež môj jazyk, neberiem ho už ako cudzí, neunavuje ma jeho používanie. Jednoducho, nie som len Poľka odkiaľsi z ďalekého severu, ktorá sa vydala za Slováka, ale v istom zmysle som už nasiakla jeho slovenskosťou. Nie som cudzia. Necítim sa ako votrelec. Akokoľvek to znie – som na Slovensku čoraz viac doma.

wtorek, 24 grudnia 2013

Szczodrak / Štedrák

Štedrák to takie szczególne ciasto, pieczone na Słowacji tylko raz w roku, na Štedrý Večer, czyli w Wigilię Bożego Narodzenia. Spolszczyłam jego nazwę na „szczodrak”, bo to nic innego, jak szczodry wypiek – kilkuwarstwowy, bogaty w różne smaki, pachnący hojnością wigilijnej nocy – nocy, gdy otrzymujemy mnóstwo darów, tak materialnych, jak i duchowych.
Święta Bożego Narodzenia na Słowacji są dla mnie stale jeszcze na wpół znajome, a na wpół nieodkryte, ale chciałabym dzisiaj – gdy spędzam ten czas w Polsce – razem z Wami zajrzeć przez dziurkę od klucza do domu moich słowackich rodziców, by przypomnieć sobie grudniowe dni 2012 roku i to pomieszanie różnych wrażeń i uczuć, którego wtedy doświadczyłam – po raz pierwszy spędzając święta nie tylko bez moich rodziców, ale i w innym kraju.
Słowacka wieczerza wigilijna zaczyna się znajomo – przeczytaniem Ewangelii i wspólną modlitwą. Potem następuje jednak pierwszy nieznany mi kiedyś akcent (który dziś jest już stałym elementem naszych rodzinnych Wigilii niezależnie od kraju, w którym je spędzamy) – specjalne życzenia, wygłaszane przez najstarszego członka rodziny. W domu mojego męża to zaszczytne zadanie przypada w udziale babci. Co roku padają te same słowa: „Vinšujem Vám tieto slávne sviatky, Adama a Evy, Krista Pána narodenie, aby Vám dal Pán Boh zdravie, šťastie, hojné Božské požehnanie a po smrti kráľovstvo nebeské obsiahnuť” (Życzę Wam w te uroczyste święta: Adama i Ewy, Narodzenia Chrystusa Pana, aby Pan Bóg dał Wam zdrowie, szczęście, hojne błogosławieństwo, a po śmierci Królestwo Niebieskie). Jest to wyjątkowo podniosła chwila.
Skoro zaczynają się życzenia, można by spodziewać się rozdania między obecnych opłatka… I faktycznie, głowa rodziny (to już słowacki tata :)) zaczyna rozdawać obecnym opłatki, ale… takie brązowe, z czosnkiem i miodem :). Na Słowacji (przynajmniej w regionie, z którego pochodzi mój mąż) nie ma tradycji składania sobie nawzajem życzeń i dzielenia się przy tym opłatkiem. Jest za to tradycja jedzenia takich dużych, okrągłych opłatków posypanych kawałkami czosnku i polanych miodem :). Brzmi być może odrobinę ekstremalnie, ale powiem Wam, że chociaż nie lubię miodu, tak przygotowanymi opłatkami zajadam się z wielkim smakiem :) (w tym miejscu muszę jednak dodać, że nie mogłabym przeżyć świąt bez tego naszego białego, dobrze znanego opłatka… Zatem w ubiegłym roku przynajmniej w jednym domu na Słowacji dzielenie się białym opłatkiem również miało miejsce :)).
Po rozdaniu opłatków następuje dzielenie się owocami – ponownie pierwsze skrzypce gra tu głowa rodziny. Kroi owoce na kawałki i rozdaje pozostałym członkom rodziny. To taki bardzo czytelny i piękny symbol dawania i dzielenia się tym, co mamy. Również i ten zwyczaj powtórzymy w tym roku w Polsce :).
Potem przychodzi wreszcie pora na wigilijną kolację. Wprawdzie w ubiegłym roku jako świeżo upieczona mama pozostawałam jeszcze na specjalnej diecie (nie dla mnie były grzybki, kapusta i ciężkie smażone jedzenie), ale zapewnienia mojego męża o tym, jak obfita jest na Słowacji wieczerza wigilijna, sprawiały, że aż mi ślinka ciekła. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że w wigilijnym menu jest tylko kapuśniak z grzybami i śmietaną na pierwsze danie i smażony karp z sałatką cebulowo-ziemniaczaną na drugie :). Przyznajcie sami, że przy polskich tradycyjnych dwunastu potrawach, rybach pod każdą postacią, pierogach z kapustą i grzybami, kluskach z makiem etc. etc., wyglądało to naprawdę skromnie :). Do dziś wspominam ową „obfitość” z rozbawieniem (choć z drugiej strony przyznaję – odeszłam od stołu najedzona, więc skoro na Słowacji było obficie, to jak jest przy polskim stole? ;)), ale wszystko było bardzo pyszne (choć jako mama karmiąca zamiast smażonej ryby dostałam zdrowszą pieczoną, a zamiast sałatki cebulowo-ziemniaczanej – zwykłe purée ;)).
Cóż, skoro odeszliśmy już najedzeni od stołu, pozostało tylko jedno :)… No, w moim rodzinnym domu jest jeszcze dłuuuuugie kolędowanie, ale ponieważ w mojej słowackiej rodzinie 24 grudnia tradycyjnie kolęduje się po południu w szpitalu, w domu się już nie śpiewa. Zatem zostały nam… prezenty :). Tu na szczęście wszystko znajome :). Chociaż… nie do końca, bo choć prezenty tak jak i u nas można znaleźć pod migocącą choinką, to nie przynosi ich Gwiazdor (jak w moim polskim domu), ale… sam Jezusek :). Wczoraj dowiedziałam się zresztą, że Jezusek tradycyjnie też ubiera w domach choinki, bo dzieci widzą je przyozdobione dopiero 24 grudnia rano :). Ot, taki ciekawy zwyczaj :). Nie pytajcie jednak, kto w naszym polsko-słowackim domu przynosi prezenty :).
Ponieważ jednak cały opisany powyżej wieczór to Wigilia, musi po nim nastąpić coś jeszcze. Musi nastąpić Boże Narodzenie. I ma miejsce, naprawdę, już od północy, na mszy nazywanej właśnie „północną” (Polnočná).

A ten opisany na wstępie szczodrak? Jest dla mnie pewnym symbolem. Jego bogactwo oddaje różnorodność, jaka stała się naszym udziałem, gdy połączyliśmy z M. polską i słowacką tradycję. Jest on też dowodem na to, jak te tradycje doskonale mogą się przenikać, bo… polska rodzina po poznaniu szczodraka przed dwoma laty, nie mogła się w tym roku doczekać, kiedy M. przywiezie ze Słowacji kolejną blachę :).


Štedrák je taký výnimočný koláč, pečený na Slovensku iba raz v roku, na Štedrý večer. Je skutočne štedrý – niekoľkovrstvový, bohatý na rôzne chute, voňajúci hojnosťou svätej noci – noci, v ktorej dostávame množstvo darov, tak materiálnych, ako aj duchovných.
Vianoce na Slovensku sú pre mňa ešte stále napoly známe, napoly neodkryté, ale dnes – keď trávim tento čas v Poľsku – by som chcela spolu s Vami nazrieť cez kľúčovú dierku do domu mojich slovenských rodičov a pripomenúť si tak decembrové dni v roku 2012 a tú zmes rôznych dojmov a pocitov, ktoré som vtedy prežila, tráviac prvýkrát sviatky nielen bez mojich rodičov, ale aj v inom štáte.
Slovenská Štedrá večera sa začína známym spôsobom – prečítaním evanjelia a spoločnou modlitbou. Potom však prichádza prvý element, ktorý mi bol kedysi neznámy (a ktorý je dnes už stálym prvkom našich rodinných Vianoc, bez ohľadu na krajinu, kde ich trávime) – špeciálny vinš, odriekaný najstarším členom rodiny. V domácnosti môjho manžela tá čestná úloha pripadá starkej. Každý rok znejú tie isté slová: „Vinšujem Vám tieto slávne sviatky, Adama a Evy, Krista Pána narodenie, aby Vám dal Pán Boh zdravie, šťastie, hojné Božské požehnanie a po smrti kráľovstvo nebeské obsiahnuť” Je to výnimočne vznešená chvíľa.
Keďže sme už pri vinšoch, mohli by sme predpokladať lámanie oplátok medzi prítomnými... A fakticky, hlava rodiny (tu je to už slovenský tato :)) začína rozdávať prítomným oplátky, ale... také hnedé, s cesnakom a medom :). Na Slovensku (či prinajmenšom v regióne, odkiaľ pochádza môj manžel) neexistuje tradícia vzájomného vinšovania pri lámaní oplátky. Je však tradícia jedenia takých veľkých, okrúhlych oplátiek, posypaných kúskami cesnaku a poliatych medom :). Znie to možno trošku extrémne, ale poviem Vám, že hoci nemám rada med, takto pripravenými oplátkami sa napchávam s veľkou chuťou :) (tu však musím dodať, že by som nemohla prežiť sviatky bez tej našej bielej, dobre známej oplátky... a tak sa minulý rok lámanie oplátky odohralo prinajmenšom v jednom dome na Slovensku :)).
Po rozdaní oplátiek prichádza delenie sa ovocím – opäť tu prvé husle hrá hlava rodiny. Krája ovocie na kúsky a rozdáva ostatným členom rodiny. To je taký veľmi zreteľný a krásny symbol dávania a delenia sa tým, čo máme. Rovnako tak i tento zvyk uskutočníme tento rok v Poľsku :).
Potom prichádza konečne čas na večeru. Pravdupovediac, minulý rok som ako čerstvá mama bola ešte na špeciálnej strave (hríby, kapusta a ťažké vyprážané jedlá neboli nič pre mňa), ale ubezpečenia môjho manžela o tom, aká bohatá je Štedrá večera na Slovensku zapríčinili, že sa mi až slinky zbiehali. Aké bolo moje prekvapenie, keď sa ukázalo, že na večernom menu je iba kapustnica s hríbami a so smotanou ako prvé jedlo a vyprážaný kapor s cibuľovo-zemiakovým šalátom ako druhé jedlo :). Sami uznajte, že pri poľských tradičných dvanástich jedlách, rybách na každý spôsob, pirohách s kapustou a hríbmi, makovými pupákami, atď, atď, to vyzeralo skutočne skromne :). Dodnes spomínam na tú „bohatú večeru” s úsmevom (hoci na druhej strane priznávam, že od stola som odišla najedená, nuž ak na Slovensku je bohato, ako je potom pri poľskom stole? ;)), ale všetko bolo veľmi chutné (hoci ako dojčiaca mama som namiesto vyprážanej ryby dostala zdravšiu, pečenú, a namiesto cibuľovo-zemiakového šalátu obyčajné pyré ;)).
Nuž, a keďže sme už odišli najedení od stola, zostalo iba jedno :)... No, u mojich rodičov je ešte dĺĺĺĺĺĺĺĺhé koledovanie, ale keďže v mojej slovenskej rodine sa 24.12. tradične koleduje popoludní v nemocnici, doma sa už nespieva. Zostali nám teda... darčeky :). V tomto bode je našťastie všetko známe :). Hoci... nie tak celkom, lebo aj keď darčeky, rovnako ako u nás, možno nájsť pod rozsvieteným stromčekom, neprináša ich Gwiazdor (ako u mňa doma v Poľsku), ale... sám Ježiško :). Včera som sa mimochodom dozvedela, že Ježiško tiež podľa tradície zdobí stromček, lebo  deti ho vidia ozdobený až 24-tého ráno :). Nuž, taký zaujímavý zvyk :). Nepýtajte sa však, kto prináša darčeky v našom poľsko-slovenskom dome :).
Keďže je celý večer opísaný vyššie Vigíliou, musí po ňom prísť ešte niečo. Musí prísť Božie narodenie. A naozaj prichádza, už od polnoci, na omši, nazývanej práve Polnočná.

A ten štedrák opísaný na úvod? Je to pre mňa určitý symbol. Jeho bohatstvo pripomína rôznorodosť, ktorá sa stala našim údelom, keď sme spojili s M. poľskú a slovenskú tradíciu. Je tiež dôkazom, že tie tradície sa môžu dokonale prelínať, lebo... po tom, ako poľská rodina spoznala štedrák pred dvomi rokmi, nemohla sa dočkať, kedy M. privezie zo Slovenska ďalší plech :).