Pokazywanie postów oznaczonych etykietą być mamą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą być mamą. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 stycznia 2020

Ancymon a sprawa polska / Huncút a poľský prípad


Kiepsko zaczęłam nowy rok. Dopadło mnie okropne zapalenie zęba, wylądowałam na antybiotyku, miałam w trybie pilnym usuniętą ósemkę (pożegnałam się z nią już 3 stycznia), w związku z czym musieliśmy przesunąć termin naszego powrotu na Słowację i rozregulowały się wszystkie nasze plany. Żyć – nie umierać! ;) Tymczasem miesiąc się kończy, zbliżają się moje kolejne urodziny, już 14 lutego czeka mnie niezwykle romantyczne wydarzenie, czyli zabieg usunięcia następnej ósemki (tym razem wolę dmuchać na zimne), a we mnie tli się nutka optymizmu.

Generalnie jeśli spytać o to mojego męża, to pewnie uzna, że jestem ostatnią osobą, którą można posądzać o optymizm, a jednak! Stopniowo zaczynam patrzeć w przyszłość z nadzieją i towarzyszy mi przekonanie, że wszystko się w końcu dobrze ułoży. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest… moje środkowe dziecko.

Zanim jednak przejdę do DJ., muszę jeszcze napisać słowo o mojej najstarszej córce, jest to bowiem niezbędne do dokładnego wyjaśnienia całej sprawy. Nie wiem, czy kiedykolwiek na łamach tego bloga wyraziłam to tak jasno, niemniej jednak być może zdążyliście się już zorientować, że moja pierworodna córka należy jeśli nie do dzieci wybitnych, to przynajmniej wyróżniających się. Szybko zaczęła mówić całymi zdaniami, przed trzecim rokiem życia wymawiała już wyraźnie wszystkie litery, w tym częstą zmorę wieku dziecięcego – „r”, płynnie czytała w obu językach już w wieku niespełna 5 lat i generalnie nie brak jej talentów. Gdy czyta po słowacku, brzmi jak czysta Słowaczka, gdy czyta po polsku – jak czysta Polka.

Jak na tym tle wypada potomek nr 2? Ten jest zupełnie inny niż jego starsza siostra. Jest absolutnie cudownym ancymonem, też posiada wiele talentów, szczególnie zachwyca mnie swoją muzykalnością, jednak… talentami oratorskimi póki co nie grzeszy. Późno zaczął mówić, mimo skończonych 4 lat ciągle kilku liter nie potrafi wymówić poprawnie (choć przed 2 dniami opanował „W”!), na dodatek rozdzielanie języków ewidentnie dłuuugo u niego nie grało. To tak w wielkim skrócie.

Nie zrozumcie mnie źle, przy trójce dzieci zyskałam już trochę doświadczenia, więc zasadniczo staram się im towarzyszyć bez nakładania na nie zbędnych oczekiwań, bo każde rozwija się w swoim czasie i zgodnie ze swoim charakterem. Niemniej jednak szczególnie swoiste niezrozumienie przez DJ. faktu, że czasem należy przełączyć się na język polski, napawało mnie niepokojem. Z jednej strony chciałam zapewnić mu czas niezbędny do dojrzewania do dwujęzyczności, z drugiej – zwyczajnie się bałam. MN. mieszkała przez jakiś czas w Polsce, a DJ. całe swoje dotychczasowe życie spędził na Słowacji. A co, jeśli jednak moja konsekwencja w mówieniu po polsku mu nie wystarczy w obliczu tego naporu języka słowackiego? A co, jeśli jego wolniejszy niż u siostry rozwój sprawi, że nie rozdzieli języków? A co, jeśli jego odrobinę hultajska natura przyczyni się do odrzucenia języka mamy na zasadzie „nie, bo nie”? Oj, nie było mi łatwo z tymi myślami… Z nikim się nimi nie dzieliłam, nie chciałam podsycać własnych strachów, jednak momentami trudno mi było nad nimi zapanować. Wprawdzie każde dziecko to inna historia i DJ. nie jest swoją siostrą (zresztą wcale bym nie chciała, żeby był :)) – ale nie byłam przekonana, że jestem gotowa na to, że wszystko, co tak dobrze sprawdziło się w przypadku MN., może wyglądać zupełnie inaczej u DJ.

Tymczasem ostatnie tygodnie, może miesiące zaczęły przynosić coraz większe promyki nadziei. Nagle dostrzegłam w oczach DJ. błysk zrozumienia, zaczął mówić chętniej i więcej, zaczął rozróżniać, że inaczej powinien rozmawiać z babcią słowacką, a inaczej z polską. Podjął wreszcie wysiłek, by swoje wypowiedzi dostosowywać do rozmówcy, „zaskoczył” i ewidentnie chce z Polakami rozmawiać po polsku, a ze Słowakami po słowacku. Odetchnęłam z ulgą. Cały czas lepiej radzi sobie po słowacku i w zabawach z rodzeństwem chętniej sięga właśnie po język taty, ale gdy MN. inicjuje zabawę po polsku, bez problemu wchodzi w ten układ. Kolejny raz przekonałam się, że u dziecka dwujęzycznego musi po prostu nastąpić „ten” moment, moment rozłączenia języków, moment nabrania pewnej świadomości tego, że nie z każdym da się rozmawiać w ten sam sposób. Jestem urzeczona, obserwując, jak dynamiczny rozwój zachodzi teraz w DJ., jak z każdym dniem stabilizuje się jego polszczyzna i słowacczyzna. Śledzenie postępów w dwujęzyczności u moich dzieci to jedna z największych przygód naszego dwunarodowego związku. To taka tajemnica, której mogę się tylko przyglądać, ale nigdy nie będzie w pełni moim udziałem. Z drugiej strony bardzo, bardzo wiele zależy właśnie ode mnie i od mojego męża. Nie chcę tego zaprzepaścić, chcę dać moim dzieciom szansę na dwa języki ojczyste, na prawdziwie głębokie wejście aż w dwie kultury. Mogą na tym tylko zyskać.




Tento rok som začala nedobre. Prišiel na mňa hnusný zápal zuba, musela som brať antibiotiká, urgentne mi vytiahli osmičku (rozlúčila som sa s ňou už 3. januára), čo spôsobilo, že sme museli odložiť termín nášho návratu na Slovensko a zmeniť svoje plány. Nič to, život ide ďalej ;). No blíži sa koniec mesiaca a s ním moje ďalšie narodeniny, už 14. februára ma čaká neobyčajne romantická udalosť, čiže vyťahovanie ďalšej osmičky (opatrnosti nikdy nie je nazvyš), a vo mne tlie iskrička optimizmu.

Keby ste sa na to spýtali môjho muža, pravdepodobne by vám povedal, že ma je ťažké podozrievať z optimizmu, a predsa! Postupne sa začínam pozerať do budúcnosti s nádejou a sprevádza ma presvedčenie, že napokon bude všetko dobre. Príčinou takejto situácie je... moje stredné dieťa.

Kým však prejdem k DJ, musím napísať pár slov o mojej najstaršej dcére; je to totiž potrebné k úplnému vysvetleniu celej záležitosti. Neviem, či som to niekedy na tomto blogu vyjadrila tak jasne, ale možno ste si všimli, že moja prvorodená patrí ak nie k výnimočným, tak aspoň k vynikajúcim deťom. Rýchlo začala hovoriť plnými vetami, pred tretími narodeninami už vyslovovala správne všetky hlásky vrátane častej nočnej mory v podobe „r”, plynulo čítala v oboch jazykov vo veku neukončených 5 rokov a tak celkovo má kopu talentov. Keď číta po slovensky, znie ako čistokrvná Slovenka, keď po poľsky, ako čistokrvná Poľka.

Ako popri tom všetkom vyzerá dieťa č. 2? Je úplne iné ako jeho staršia sestra. Je to absolútne čarovný huncút, ktorý má tiež veľa darov, zvlášť ma privádza k úžasu svojou muzikálnosťou, jednako však žiadny veľký rečník z neho zatiaľ nie je. Začal hovoriť neskoro, napriek 4 rokom nedokáže niektoré hlásky poriadne vysloviť (hoci dva dni dozadu zvládol „V”!), navyše, dllllho nevedel prísť na rozlíšenie jazykov. To tak v skratke.

Nechápte ma zle, pri troch deťoch som už nabrala trochu skúseností, preto sa snažím sprevádzať ich životom bez zbytočných očakávaní, pretože každé sa rozvíja vo svojom čase a v súlade so svojim charakterom. Avšak svojrázne nepochopenie skutočnosti, že niekedy treba prepnúť na poľštinu ma pri DJ napĺňalo nepokojom. Na jednej strane som mu chcela dať čas potrebný na dozretie k dvojjazyčnosti, na druhej strane som sa jednoducho bála. MN bývala nejaký čas v Poľsku, no DJ celý svoj doterajší život strávil na Slovensku. Čo ak by mu moja dôsledná komunikácia v poľštine nestačila tvárou v tvár všadeprítomnej slovenčine? Čo ak jeho pomalší vývoj v porovnaní so sestrou spôsobí, že nerozlíši jazyky? Čo ak jeho zľahka darebácka nátura zapríčiní, že odmietne mamin jazyk lebo sa mu práve tak zapáči? Ajaj, nebolo mi ľahko s takými myšlienkami... S nikým som o nich nehovorila, nechcela som prikrmovať vlastné strachy, ale niekedy bolo ťažké ich zvládnuť. Naozaj, každé dieťa má iný príbeh a DJ nie je jeho sestra (koniec koncov, nechcela by som, aby ňou bol :)) – nebola som však presvedčená, že som pripravená  na to, že všetko, čo tak skvelo vyšlo pri MN, môže vyzerať totálne inak pri DJ.

Ostatné týždne mi však začali prinášať lúče nádeje. Náhle som si všimla v očiach DJ záblesk pochopenia, začal hovoriť čoraz viac a radšej, začal si všímať, že by mal inak hovoriť so slovenskou a inak s poľskou starou mamou. Vynasnažil sa prispôsobiť svoj prejav osobe, s ktorou hovoril, „doplo mu to” a evidentne sa chce s Poliakmi rozprávať po poľsky a so Slovákmi po slovensky. Spadol mi kameň zo srdca. Stále mu to ide lepšie po slovensky a pri hre so súrodencami si častejšie vyberá jazyk tatinka, ale keď MN začne pri hre hovoriť po poľsky, bez problémov sa prispôsobuje. Znovu som sa presvedčila, že pri dvojjazyčnom dieťati jednoducho musí dôjsť k „tomu” momentu, k chvíli odlíšenia jazykov, k chvíli plného uvedomenia si, že nie so všetkými možno hovoriť rovnako. Fascinuje ma pozorovanie, aký dynamický rozvoj prebieha u DJ, ako sa každým dňom upevňuje jeho slovenčina i poľština. Sledovanie pokrokov v dvojjazyčnosti mojich detí je jedným z najväčších dobrodružstiev v našom zmiešanom zväzku. Je to tajomstvo, ktorému sa môžem iba prizerať, ale nikdy sa ho naplno nezúčastním. Na druhej strane, naozaj veľa závisí práve odo mňa a od môjho muža. Nechcem, aby mi to uniklo, chcem dať mojim deťom príležitosť na dva materinské jazyky, na skutočne hlboký prístup až k dvom kultúram. Môžu tým len získať.

wtorek, 29 stycznia 2019

Odpowiedź na wszystko / Odpoveď na všetko


Styczeń, od zawsze miesiąc moich urodzin. Od tego roku nie tylko moich. M. urodził się pod koniec października, ja pod koniec stycznia i jakoś tak wyszło, że przestrzeń między naszymi urodzinami zaczęliśmy wypełniać narodzinami naszych dzieci :) – najpierw MN. zaanektowała listopad, 3 lata później DJ. zajął dla siebie grudzień, a początek stycznia w tym roku obsadził najnowszy członek naszej rodziny, JM. W moim życiu dokonała się kolejna rewolucja. Jak się czuję? Oszołomiona, zmęczona, szczęśliwa, dumna, zagubiona, pełna niepokoju, jeszcze pełniejsza miłości. Dawno się tyle nie napłakałam, co w ciągu ostatnich 4 tygodni :). Jeszcze się nie odnalazłam w pełni ani w swoim nowym życiu, ani w swoim ciele. Na zmianę myślę o sobie jak najgorzej i zachwycam się tym, czego dokonałam. 4 ciąże, 3 zdrowych dzieci, 2 porody naturalne i 1 cesarskie cięcie. Gdy prawie 7 lat temu wkroczyłam na drogę macierzyństwa, nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Spotkałam na niej moją cudowną córkę, moich wspaniałych synów, nie raz i nie dwa potknęłam się i wpadłam w jakiś dół, obiłam sobie kolana i poharatałam ręce. Jedno wiem na pewno – absolutnie nic bym nie zmieniła. Gdy teraz, krótko po narodzinach naszego drugiego syna, ciągle jestem taka krucha, nadwrażliwa, gdy ciągle w mojej głowie więcej pytań niż odpowiedzi, widzę, że jednego mojej rodzinie z pewnością nie brakuje, jedno mamy stale w nadmiarze – to ogrom miłości. I ta miłość jest odpowiedzią na każdą trudność, na każdą wątpliwość, na każdy smutek i każde wyzwanie. A tych przecież na co dzień nam nie brakuje.

Wiecie, że w tym roku minie 10 lat, jak znamy się z M.? A parę dni temu minęło 9 lat, od kiedy jesteśmy razem – od pamiętnej chwili, kiedy to M. zaprosił mnie na słowacki bal, a ja się (nieopatrznie ;)) zgodziłam, czym przypieczętowałam swój los :). Tyle że najlepsze w tym wszystkim nie są te daty, rocznice, ale fakt, że czas płynie jakoś poza nami, zupełnie nie czuję jego upływu. Kolejne wydarzenia tworzą spójną całość, poszczególne elementy idealnie się zazębiają, konkretne wybory niosą ze sobą konkretne konsekwencje. Ja przecież nigdy nie marzyłam o tym całym słowackim galimatiasie :). Moja wyobraźnia była na niego po prostu zbyt mała. A przecież wszystko jest tak, jak ma być, nic nie jest przesunięte nawet o milimetr w złą stronę. 2 kraje, 2 języki, 2 narodowości, 2 kultury, 2 światy… W tym wszystkim po prostu musi być miłość, jak inaczej wyszłaby z tego jedna rodzina?

9,5 roku temu (nasze pierwsze zdjęcie!), 6 lat temu, 3 lata temu i dziś

Január, odjakživa mesiac mojich narodenín. Od tohto roku nielen mojich. M. sa narodil koncom októbra, ja koncom januára a tak nám to nejako vyšlo, že sme priestor medzi našimi narodeninami začali vypĺňať narodeninami našich detí :) - najprv MN. ovládla november, o 3 roky neskôr si DJ. zobral december a začiatok januára v tomto roku obsadil najnovší člen našej rodiny, JM. V mojom živote prebehla ďalšia revolúcia. Ako sa cítim? Omráčená, unavená, šťastná, hrdá, stratená, plná nepokoju, ešte viac však lásky. Dávno som neplakala tak veľa ako počas ostatných 4 týždňov :). Ešte som celkom nenašla samu seba ani v tom novom živote, ani vo svojom tele. Striedajú sa vo mne tie najhoršie myšlienky o sebe s úžasom nad tým, čo som dosiahla. 4 tehotenstvá, 3 zdravé deti, 2 prirodzené pôrody a 1 cisársky rez. Keď som temer pred 7 rokmi nastúpila na cestu materstva, netušila som, čo ma čaká. Stretla som na nej svoju úžasnú dcéru, skvelých synov, veľakrát som sa potkla a spadla, rozbila si kolená a zranila ruky. Jedno však viem na sto percent – absolútne nič by som nemenila. Keď teraz, krátko po narodení nášho druhého syna, som stále taká krehká, precitlivená, keď mám hlavu stále plnú viac otázok ako odpovedí, vidím, že jedno mojej rodine naisto nechýba, jedného máme stále na rozdávanie – obrovské množstvo lásky. A tá láska je odpoveďou na každú ťažkosť, na každú pochybnosť, na každý smútok a každú výzvu. A tých nám každý deň prináša dosť.

Viete, že v tomto roku ubehne 10 rokov odvtedy, čo sa poznáme s M.? A pred pár dňami bolo 9 rokov odvtedy, čo sme spolu – od tej pamätnej chvíle, keď ma M. pozval na slovenský ples a ja som (ľahkovážne! ;)) súhlasila, čím som spečatila svoj osud :). Avšak najlepšie na tom všetkom nie sú dátumy, výročia, ale skutočnosť, že čas plynie akosi tak mimo nás, vôbec necítim jeho beh. Ďalšie a ďalšie udalosti tvoria jednoliaty celok, jednotlivé prvky k sebe ideálne priliehajú, konkrétne rozhodnutia prinášajú konkrétne dôsledky. Ja som predsa nikdy nesnívala o tomto slovenskom galimatiáši :). Moja predstavivosť bola naň jednoducho príliš nedostatočná. A predsa je všetko práve tak, ako má byť, nič nie je posunuté ani o milimeter nakrivo. 2 krajiny, 2 jazyky, 2 národnosti, 2 svety... V tom všetkom jednoducho musí byť láska, ako inak by z toho mohla byť jedna rodina?

czwartek, 31 maja 2018

Dobry miesiąc / Dobrý mesiac


Ten mijający maj to był całkiem dobry miesiąc. M. otworzy pewnie szeroko oczy ze zdziwienia, gdy to przeczyta (bo najczęściej w moim słowniku rzeczy czy wydarzenia nie są fajne, póki całkowicie nie dobiegną końca, żeby nie było już cienia możliwości, że coś je popsuje ;)), ale tak – piszę to z pełnym przekonaniem – ten miesiąc jeszcze się nie skończył, ale choćby 31 maja o 23:59 wydarzył się jakiś kataklizm, nie wpłynie to na mój odbiór jego pozostałych 30 dni ;).

Przywitałam maj w Polsce. Po długim czasie nareszcie trafiliśmy szóstkę w totka, czyli prawie przez cały nasz pobyt na Wybrzeżu dopisywała nam piękna pogoda. Zamoczyliśmy pierwszy raz w tym roku nogi w morzu, budowaliśmy zamki z piasku na plaży, odpoczywaliśmy w hamaku, ścigaliśmy się na trawie, zajadaliśmy się lodami, nawet festyn miejski zaliczyliśmy! M. zdążył też przetestować samolot na trasie Gdańsk-Wiedeń, Wiedeń-Gdańsk – lata jak marzenie, polecamy ;).

Powrót do domu okazał się bezbolesny, a weekend, który po nim nastąpił, był dla mnie niczym gwiazdka z nieba – M. pojechał na dwudniowy wypad kawalerski, dzieci pojechały do słowackich dziadków, a ja… spędziłam swój pierwszy weekend, od kiedy mieszkamy w Bratysławie, zupełnie samiuteńka w mieszkaniu. Nie powiem, to było naprawdę coś ;). I wcale nie narzekałam na nudę, kto rzadko zostaje sam we własnym domu, pewnie dobrze mnie zrozumie :D.

Tymczasem dzień po tym, jak wszystkie potwory zwaliły się na powrót do mieszania, przyjechała… moja mama :). Ostatnio była u nas na przełomie listopada i grudnia, więc trochę czasu od tego momentu minęło. Wprawdzie dopiero co widzieliśmy się w Polsce, ale kalendarza czasem nie da się rozciągnąć i nie byliśmy w stanie znaleźć żadnego innego dogodnego terminu w ciągu najbliższych dwóch miesięcy. Spotkanie z mamą odbyło się niestety kosztem tak przeze mnie zachwalanego festiwalu słowackiego filmu, który odbywał się już po raz trzeci w Partizánskem, ale wybiorę się na czwartą edycję :). Z mamą tymczasem byłyśmy na wieży UFO świętować jej urodziny, pojechaliśmy na moje ukochane Węgry do Lébény, Pannonhalma i Györu (cudowne miejsca, gorąco wszystkim polecam, kolejny raz doceniam położenie Bratysławy i możliwości organizowania wspaniałych wycieczek, które stwarza), a gdy dołączył do nas mój tato wraz ze swoimi znajomymi – obejrzeliśmy zaporę wodną Gabčíkovo w akcji („winda” wodna na Dunaju dla wielkich promów :)) i zaliczyliśmy niezapomnianą jazdę Prešporáčikiem po Starym Mieście, o której wspominałam już na fb niniejszego bloga ;). Aha, no i miałam ogromne szczęście spędzić Dzień Matki ze swoimi dziećmi i ze swoją własną mamą :). Czego chcieć więcej? :)

W międzyczasie otrzymałam jeszcze parę świetnych wiadomości, nawiązałam parę cennych kontaktów, wykonałam parę ciekawych zleceń. Do tego wspaniałe nagrody dla polskich twórców (Złota Palma dla najlepszego reżysera w Cannes dla Pawła Pawlikowskiego i Międzynarodowa Nagroda Bookera dla Olgi Tokarczuk). Tak. To to był naprawdę dobry miesiąc. Bez dwóch zdań :).



Ten končiaci sa máj to bol celkom dobrý mesiac. M. isto naširoko otvorí oči od prekvapenia, keď si to prečíta (pretože najčastejšie v mojom slovníku veci alebo udalosti nie sú dobré, kým sa celkom neskončia, aby nebola žiadna šanca, že sa v nich niečo pokazí ;)), ale áno – píšem to s plným presvedčením – ten mesiac sa ešte neskončil, ale aj keby sa 31.5. o 23:59 stala nejaká katastrofa, neovplyvní to moje vnímanie zvyšných 30 dní ;).

Máj som privítala v Poľsku. po dlhom čase sme konečne mali šťastie, pretože celý náš pobyt na pobreží nás sprevádzalo krásne počasie. Prvýkrát v tomto roku sme si omočili nohy v mori, stavali sme hrady z piesku na pláži, odpočívali sme v sieti, naháňali sme sa po tráve, napchávali sa zmrzlinou, dokonca sme sa zúčastnili aj miestneho festivalu! M. tiež stihol otestovať lietadlo na trase Gdańsk-Viedeň, Viedeň-Gdańsk – je to spojenie podľa našich predstáv, odporúčame ;).

Návrat domov bol bezbolestný a víkend, ktorý po ňom nasledoval, bol pre mňa ako dar z neba – M. šiel na dvojdňovú rozlúčku so slobodou, deti odišli k slovenským starým rodičom a ja.... ja som strávila svoj prvý víkend, odkedy bývame v Bratislave, úplne sama v byte. Nebudem klamať – to bolo skutočne niečo! ;) A vôbec som sa nesťažovala na nudu – kto býva zriedka sám vo vlastnom byte, ten ma určite ľahko pochopí :D.

No a deň po tom, ako sa všetky potvory vrátili do bytu, prišla... moja mama :). Naposledy u nás bola na prelome novembra a decembra, a odvtedy už prešlo veľa času. V skutočnosti sme sa len chvíľu predtým rozlúčili v Poľsku, ale kalendár sa niekedy nedá natiahnuť a nedokázali sme nájsť žiadny iný vhodný termín počas najbližších dvoch mesiacov. Stretnutie s mamou síce znamenalo, že som sa musela vzdať účasti na festivale slovenského filmu, ktorý som naposledy tak chválila a ktorý sa už tretíkrát uskutočnil v Partizánskom, ale určite pôjdem na štvrtý ročník :). S mamou sme však boli na veži UFO sláviť jej narodeniny, vycestovali sme do môjho obľúbeného Maďarska, do Lébény, Pannonhalmy aj Györu (krásne miesta, veľmi ich všetkým odporúčam a opätovne sa teším z polohy Bratislavy a možnosti organizovania skvelých výletov, ktorú vďaka tomu máme), a keď sa k nám pridal môj tato spolu so svojimi známymi, prezreli sme si Vodné dielo Gabčíkovo v akcii (vodný „výťah” na Dunaji pre veľké lode :)) a prešli sme sa tiež Starým mestom na nezabudnuteľnom Prešporáčiku, čo som už spomenula aj na fb blogu ;). Aha, no a mala som veľké šťastie, pretože som mohla stráviť Deň matiek (26. maj) so svojimi deťmi aj so svojou mamou :). Čo viac si priať? :)

Medzitým som dostala niekoľko výborných správ, nadviazala zopár cenných kontaktov, vybavila niekoľko zaujímavých objednávok. K tomu ešte úžasné ocenenia poľských tvorcov (Zlatá palma pre najlepšieho režiséra v Cannes pre Pawła Pawlikowského a Medzinárodná cena Bookera pre Olgu Tokarczuk). Áno. Bol to skutočne dobrý mesiac. Nepochybne :).

wtorek, 28 lutego 2017

Perspektywa / Perspektíva

Nie cierpię ostatniego dnia przed powrotem do domu.
Nienawidzę pakowania ubrań aż 3 osób – czyli nie tylko swoich, ale i dzieciaków.
Nie znoszę latania po wszystkich pomieszczeniach i zbierania swoich rzeczy, które zdążyły się już  zadomowić w domu, który jest, ale i nie jest moim domem.
Nienawidzę emocji towarzyszących kolejnej dalekiej podróży z północy na południe.
Nie cierpię przyjeżdżać na Wybrzeże ciągle tylko na chwilę, bo wiecznie nie zdążę pozałatwiać wszystkich spraw i spotkać się ze wszystkimi ludźmi, z którymi chciałabym się spotkać. Nie cierpię przyjeżdżać na Wybrzeże na zbyt długo bez M.
Nienawidzę tego, że uczucia, które przeżywam, bywają totalnie sprzeczne.
Jest mi smutno, gdy widzę, jakim wyzwaniem jest dla mojej córki poradzenie sobie z kolejnymi wyjazdami i rozstaniami.
Nie lubię tego momentu, gdy w głowie musi się zrobić „klik” i wskoczyć język słowacki (znacie to? z życia wzięte: na chwilę przed granicą polsko-czeską tata pyta: „Natalia, jak jest winietka po słowacku?”, a ja na to: „……………………………………………………………… yyy, nie wiem ……………………………………………………………… [po 5 minutach intensywnego myślenia] wiem! Znamka…”)
Nienawidzę konieczności myślenia o wszystkim przed wyjazdem.
Nie cierpię bólu brzucha i problemu ze snem, które zawsze mi towarzyszą, gdy idę spać po 23:00, budzik mam ustawiony na 4:15, a o 5:00 planujemy wyjazd.
Nie lubię budzenia moich małych podróżników o 4:30.
Nie lubię, nie cierpię, nie znoszę, nienawidzę…

A gdyby tak zmienić perspektywę?...

Uwielbiam myśl o powrocie do M.
Lubię ten moment, gdy wszystko jest już spakowane.
Niesamowicie cieszy mnie fakt, że mogę regularnie przyjeżdżać do mojego domu rodzinnego na dłużej niż 3 dni.
Kocham to poczucie bycia u siebie, gdy jestem na Wybrzeżu.
Uwielbiam zaspany uśmiech małego DJ. i nasze budzeniowe rytuały z MN. przed podróżą.
Lubię tę chwilę, gdy dzieciaki są już bezpiecznie pozapinane w swoich fotelikach, wszyscy są przykryci kocami, zasłonki w oknach są przyszykowane i możemy ruszać.
Kocham mądrość mojej córki i doceniam swą wielką rolę jako mamy w tłumaczeniu jej, jak sobie radzić z rozłąką i byciem w ciągłych rozjazdach.
Lubię poczucie ulgi i bycia w domu, gdy po 11 czy 12 godzinach podróży stawiam nogę na parkingu pod moim blokiem.
Cieszą mnie wszystkie spotkania, które udało się odbyć i wszystkie sprawy, które udało się załatwić w czasie pobytu „na górze”.
Lubię fakt, że pożegnania nie są dla mnie już takie straszne i ostateczne.
Cieszy mnie powrót do codziennego rytmu naszego życia rodzinnego.

Komentarz? Chyba zbędny…


Nemám rada posledný deň pred cestovaním domov.
Nenávidím balenie šiat pre 3 osoby – čiže nielen pre seba, ale tiež pre deti.
Neznášam behanie po všetkých miestnostiach a zbieranie svojich vecí, ktoré sa už stihli udomácniť v dome, ktorý je i nie je mojim domovom.
Nenávidím emócie spojené s ďalšou ďalekou cestou zo severu na juh.
Nerada prichádzam na Pobrežie len na chvíľu, lebo večne nestíham všetko vybaviť a stretnúť sa so všetkými ľuďmi, s ktorými by som sa stretnúť chcela. Nerada prichádzam na Pobrežie na dlhý čas bez M.
Nenávidím skutočnosť, že pocity, ktoré prežívam, bývajú úplne protichodné.
Je mi smutno, keď vidím, akou výzvou pre moju dcéru je poradiť si so všetkými ďalšími výjazdmi a rozlúčkami.
Nemám rada tú chvíľu, keď treba v hlave prepnúť a naskočiť na slovenčinu (poznáte to? zo života: chvíľu pred poľsko-českou hranicou sa ma tato pýta: „Natalia, ako je winietka po slovensky?”, a ja na to: „……………………………………………………………… yyy, neviem ……………………………………………………………… [po 5 minútach intenzívneho myslenia] viem! Známka…”)
Nenávidím nutnosť myslieť pred výjazdom na všetko.
Nemám rada bolesť brucha a problémy so spánkom, ktoré sa vždy objavujú, keď idem spať po 23:00, budík mám nastavený na 4:15, a na 5:00 plánujeme štartovať.
Nerada budím mojich malých cestovateľov o 4:30.
Nemám rada, neznášam, nenávidím…

A čo tak zmeniť perspektívu?...

Teší ma myšlienka na návrat k M.
Mám rada tú chvíľu, keď je už všetko zbalené.
Neuveriteľne sa radujem z toho, že môžem pravidelne prichádzať k svojim rodičom na viac ako 3 dni.
Milujem ten pocit, že som doma, keď som na Pobreží.
Teší ma ospalý úsmev malého DJ aj naše zobúdzacie rituály s MN pred cestovaním.
Mám rada ten moment, keď sú deti bezpečne pozapínané vo svojich sedačkách, všetci sú zakrytí dekami, okná sú pozastierané a môžeme vyraziť.
Obdivujem múdrosť mojej dcérky a napĺňa ma moja veľká rola matky pri vysvetľovaní, ako si poradiť pri rozlúčkach a neustálom cestovaní.
Mám rada ten pocit úľavy a domova, keď po 11 či 12 hodinách cestovania vystupujem na parkovisku pod našim činžiakom.
Teším sa zo všetkých stretnutí, ktoré som stihla a zo všetkých záležitostí, ktoré sa mi podarilo vybaviť počas pobytu „hore”.
Mám rada tú skutočnosť, že rozlúčky už pre mňa nie sú také strašné a definitívne.
Teší ma návrat ku každodennému rytmu nášho rodinného života.

Komentár? Snáď netreba...





środa, 31 sierpnia 2016

Cytryny i grejpfruty / Citróny a grapefruity

Sierpień dobiega końca. Niby z dwójką małych dzieci w domu trudno mówić o klasycznych „wakacjach”, ale wycisnęliśmy te letnie miesiące jak cytrynę. Polska, Słowacja, Austria, Węgry. Rodzina, przyjaciele, nowe znajomości. Upały i deszczowe dni. Zbite kolano, pierwszy ząb, czerwone mokasyny, nowy kolor włosów (każde należy oczywiście przypisać innemu członkowi rodziny :)). Dobry czas.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym do tej beczki miodu nie dodała łyżki dziegciu.

Powrót na Słowację po miesiącu bycia w Polsce był… trudny. Irytował mnie wszechobecny język słowacki, drażniło plątanie się własnego języka, denerwowało zapominanie słówek. I znowu czułam się obco. Trwało to tylko krótką chwilę, ale dało się we znaki. Byłam rozdarta. Nie mogłam już doczekać się, kiedy wrócę do domu, do męża, do uwielbianego kawowego zwyczaju z B., do wysłuchiwania zwariowanych historii szwagierki. A jednocześnie tak bardzo chciałam móc to wszystko połączyć jakoś z Polską. Trudna sprawa. Niewykonalna.

A potem? A potem znowu było dobrze. Nie mogę powiedzieć, ani że lubię Bratysławę, ani że jej nie lubię. Szczerze powiedziawszy wciąż jest to dla mnie nie do końca poznane miasto, wciąż jest tu pełno drzemiących, niewykorzystanych jeszcze możliwości. Bo ciąża, bo małe dzieci, bo karmienie piersią, bo przemieszczanie się z wózkiem. Chcąc, nie chcąc, jestem przede wszystkim mamą, na bliższe spotkanie z Bratysławą przyjdzie jeszcze czas. Ale… doceniam jej położenie. To niesamowite móc w ciągu 5 minut znaleźć się w Austrii, a po 10 przekroczyć granicę z Węgrami. Fajnie jest móc korzystać nie tylko z piękna słowackiego krajobrazu, ale też wyskoczyć do jednych czy drugich sąsiadów (tylko czemu akurat do tych najbliższych sercu mamy najdalej? :)). Moje ukochane Wybrzeże nie stwarzało takich możliwości :).

Cytując klasyka: czasem słońce, czasem deszcz ;). W jednej z chwil słabości powiedziałam M., że ja jestem szczęśliwa i nieszczęśliwa jednocześnie. I ja nie umiem inaczej. Coś w tym faktycznie jest. Nie jest to skarga, nie jest to pretensja, nie jest to prośba o pocieszenie czy inne cudo. To po prostu fakt. Jak to, że grejpfrut (skądinąd ulubiony owoc mojego męża) jest gorzki i słodki jednocześnie. Takie 2 w 1 ;). Jasne, że pewnie dałoby się i trzeba z tym raz coś zrobić. Posypać cukrem. Czy coś. Ale póki co moje życie jest właśnie takie. Grejpfrutowe. Wyjadam pomalutku i staram się nie krzywić. 

Trochę wspomnień z wakacji...

August sa končí. S dvomi malými deťmi doma sa vraj nedá veľmi hovoriť o klasických „prázdninách”, ale vytlačili sme tie letné mesiace ako citrón. Poľsko, Slovensko, Rakúsko, Maďarsko. Rodina, priatelia, noví známi. Horúčavy aj daždivé dni. Rozbité koleno, prvý zub, červené mokasíny, nová farba vlasov (každú z tých vecí treba, samozrejme, pripísať inému členovi rodiny :)). Dobrý čas.

Nebola by som to však ja, keby som do toho súdka s medom nepridala za lyžicu dechtu.

Návrat na Slovensko po mesiaci v Poľsku bol... náročný. Hnevala ma všadeprítomná slovenčina, znervózňovalo pletenie vlastného jazyka, zlostila som sa na zabudnuté slovíčka. A znova som sa cítila cudzo. Trvalo to iba krátku chvíľu, ale zasiahla ma. Bola som zmätená. Už som sa nemohla dočkať, kedy sa vrátim domov, k manželovi, k skvelému kávičkovému zvyku s B., k počúvaniu bláznivých historiek mojej švagrinej. A zároveň by som tak veľmi chcela nájsť spôsob, ako to prepojiť s Poľskom. Ťažká úloha. Nevykonateľná.

A potom? Potom bolo znovu dobre. Nedá sa povedať, že by som mala rada Bratislavu, ani že by som ju nemala rada. Úprimne, je to pre mňa stále nie celkom známe mesto, ešte vždy je tu plno spiacich, zatiaľ nevyužitých možností. Tehotenstvo, malé deti, dojčenie, premiestňovanie sa s kočíkom... Chtiac nechtiac, som predovšetkým mama, na bližšie stretnutie s Bratislavou ešte bude čas. Ale... vysoko hodnotím jej polohu. Je to neuveriteľné, že za 5 minút sa môžem ocitnúť v Rakúsku a po 10 prekročiť hranice s Maďarskom. Je fajn môcť sa tešiť nielen z krásnej slovenskej krajiny, ale tiež vybehnúť k jednému či k druhému susedovi (prečo máme však akurát k tým srdcu najbližším tak ďaleko? :)). Moje milované poľské pobrežie neponúkalo takéto možnosti :).

Citujem klasika: niekedy veselo, niekedy smutno ;). V jednej z chvíľ slabosti som povedala M., že som šťastná i nešťastná zároveň. A nedokážem to zmeniť. Niečo na tom skutočne je. Nie je to ani sťažnosť, ani výčitka, ani prosba o potešenie či čokoľvek iné. Proste to tak je. Podobne ako grapefruit (mimochodom, obľúbené ovocie môjho muža), horké a sladké súčasne. Také 2 v 1 ;). Jasné, že by sa s tým dalo niečo spraviť a raz aj bude treba. Posypať cukrom alebo niečo podobné. Ale nateraz je môj život práve taký. Grapefruitový. Pomaličky ho jem a snažím sa nemraštiť tvár. 

piątek, 29 lipca 2016

Hovorím po polsku, mówię po slovensky

Wakacje w pełni. Na całego. Wycieczki, lody, kąpiel w morzu, basen w ogrodzie i spotkania z rodziną. Nie jestem przekonana, czy miesiąc z dzieciakami u moich rodziców a ich dziadków mogę nazwać prawdziwym wypoczynkiem, ale jedno jest pewne – dzieci są szczęśliwe, a ja, patrząc na ich szczęście, jeszcze bardziej (poza tym gdzie będzie mi lepiej niż u mamy ;)). Ten miesiąc w Polsce jest bardzo ciekawy jeszcze z jednego powodu – znów dowiedziałam się czegoś nowego o rozwoju dwujęzyczności u mojej córki. I uznałam, że przyszła pora, by podzielić się z Wami pokrótce doświadczeniami językowymi z tych kilku lat jej życia.

Najpierw zwięźle o MN. – to typ intelektualistki i wnikliwego obserwatora rzeczywistości. W sytuacji dla niej nowej najczęściej przygląda się, nie angażuje, analizuje. I zapamiętuje. Mała odziedziczyła po nas talent muzyczny – niewątpliwie właśnie słuch i pamięć muzyczna pomogły jej w dość wczesnym rozpoczęciu mówienia. Nie pamiętam dokładnych dat, ale nie miała półtora roku, gdy posługiwała się już prostymi zdaniami („auto jedzie”, „taty nie ma” itp.). I się zaczęło :).

Ani ja, ani M. nie mieliśmy licencji na wychowanie dwujęzycznego dziecka :). Ale wiedzieliśmy jedno – trzeba się na coś zdecydować i konsekwentnie tego trzymać. Zwłaszcza, że chcieliśmy, by dla naszej córki polska i słowacka kultura oraz języki były równoważne. Ponieważ sami między sobą rozmawiamy prawie wyłącznie w swoich językach ojczystych, w naturalny sposób przenieśliśmy to też na MN. I tak w naszym domu mama mówi zawsze po polsku, tata zawsze po słowacku. Nie znaczy to jednak, że na naszej drodze do dwujęzyczności nie stanęły żadne znaki zapytania.

Wątpliwości były różne – co będzie z językiem słowackim, gdy M. chodzi do pracy, co będzie z językiem polskim, gdy mieszkamy na Słowacji, jak MN. będzie postrzegać nas, swoich rodziców, gdy będziemy posługiwać się przy niej nie swoim językiem, jak rozmawiać z małą na placu zabaw…

Chyba nie sposób opisać wszystko ze szczegółami, ale chociaż w skrócie przedstawię wam, jak te trudności rozwiązywaliśmy i rozwiązujemy. Przede wszystkim chociaż zmienialiśmy kraj zamieszkania, nie zmienialiśmy naszej podstawowej zasady (mama mówi po polsku, tata po słowacku). Gdy M. miał obawy odnośnie natężenia języka słowackiego, w ciągu dnia puszczałam córce słowackie płyty (piosenki, audiobooki). Obydwoje do dziś czytamy małej mnóstwo książek. Stałym punktem, zwłaszcza gdy MN. była mniejsza, było skajpowanie z dziadkami (teraz widzimy się regularniej).

Problem z mówieniem przy MN. w obcym języku miałam przede wszystkim ja. Panicznie bałam się posługiwania słowackim, zwłaszcza gdy mieszkaliśmy na Słowacji. Oczywiście nie dało się bez tego żyć, ale opanowałam chyba do perfekcji przełączanie się ze słowackiego na polski, gdy zwracałam się do córki. W pewnym momencie zaczęło tu jednak czegoś brakować. Gdy szłyśmy na słowacki plac zabaw i MN. chciała zagadać do dzieci, a brakowało jej słów, pomagałam jej po polsku, a ona nie rozumiała, że musi to powtórzyć po słowacku. I tak zwracała się do dzieci w języku polskim, narażając na ryzyko bycia niezrozumianą. Miałam ogromny dylemat, jak to rozwiązać. W końcu przełamałam się i zaczęłam mówić: „Kochanie, jeśli chcesz, możesz spytać dziewczynkę: << ako sa voláš?>>”. Czyli komunikowałam po polsku, ale zwroty do innych ludzi podpowiadałam w języku słowackim. I to był strzał w dziesiątkę. MN. zwracała się do dzieci po słowacku, ale ze mną dalej rozmawiała po polsku. Umiała nawiązać kontakt ze Słowakami, jednocześnie nie gubiąc właściwego języka w rozmowie ze mną. Wierzcie lub nie, ale mała tak bardzo łączy mnie z językiem polskim, że gdy niedawno zareagowałam na coś, co powiedziała do mnie po słowacku, pełna zdziwienia stwierdziła: „Mama! Ty mówisz po słowacku!” ;)

I znów wrócę do tego, jak ja i M. rozmawiamy z naszą córką. Długo, dłuuuugo nie zwracaliśmy uwagi na to, czy mała mówi do nas po polsku, czy po słowacku, tylko odpowiadaliśmy, powtarzając jej pytanie w swoim języku. Naprowadzaliśmy ją na dany język bez poprawiania. Dopiero w późniejszym czasie, gdy zauważyliśmy, że coraz lepiej radzi sobie z rozróżnianiem polskiego i słowackiego, prosiliśmy, by zwracała się do nas w naszych językach lub poprawialiśmy końcówki (np. typowe dla MN. jest spolszczanie słowackich czasowników: chcem, śpim, możem, dawam). Czasem jednak zniechęcała się, ponieważ nie umiała sobie przypomnieć polskiego/słowackiego odpowiednika. Przełom nastąpił po naszej kwietniowej wizycie w Polsce. Po powrocie do domu dotknął nas mały kryzys – wydawało się, że MN. zupełnie nie pamięta słowackiego. M. był załamany, jednak po kilku dniach wszystko wróciło do normy i nagle okazało się, że MN. już na dobre uporządkowała sobie polski i słowacki i zaczęła płynnie zmieniać język w rozmowie z nami czy dziadkami. Odkryliśmy wtedy,  że „zapomnienie” języka spowodowane brakiem intensywnego kontaktu z nim jest przejściowe i chyba na dobre utwierdziliśmy się w swoich wcześniejszych decyzjach. Zaufaliśmy też mądrości naszej córki.

A czego dowiedziałam się w trakcie obecnego pobytu w Polsce? Nauczona kwietniowym doświadczeniem nie wystraszyłam się, słysząc jak MN. po dłuższym czasie bez taty nie chce mu nic powiedzieć przez telefon. Zamiast się od razu rozłączać lub strofować małą, zaczęłam robić to samo, co na słowackim placu zabaw – podpowiadać słowackie słówka :). I faktycznie okazało się, że to właśnie zapominanie słowackich zwrotów jest dla małej największym problemem. Blokowała się, wpadała w zły nastrój, bo nie umiała ukochanemu tacie powiedzieć tego, co chciała. Gdy zaczęłam jej pomagać, wyraźnie się uspokoiła i zaczęła sobie lepiej radzić. Pewnego razu przyszła nawet do mnie i babci i bardzo zmartwiona stwierdziła, że nic nie pamięta po słowacku. Ale zabawa w wymienianie najbardziej znanych jej słówek („Przecież wiesz, jak powiedzieć <<cześć>> po słowacku” –„Ahoj!”; „A do tatusia przecież nigdy nie mówisz <<tatusiu>>, tylko…” –„Tatino!”…) znów pomogła. Wyrozumiałość, cierpliwość i wsparcie z naszej strony – to wszystko czego mała w tej chwili potrzebuje. Teraz już wiemy na pewno, że jak tylko wrócę z dziećmi do domu, wszystko wróci do normy.

A czy to znaczy, że wiemy już wszystko i to koniec naszej językowej przygody? Na pewno nie :). Ciągle zdarzają się małej przeróżne kwiatki – spolszczanie słowackich słówek („Babcia, ścigniesz!” = słow. stihneš = pol. zdążysz), nadawanie słowackiego brzmienia polskim, mylenie końcówek. Robi się też coraz lepsza w obchodzeniu nieznajomości danego słówka („Mama! Zejdź na dół! Jest już to, co tata nazywa raňajky! [=śniadanie]). Ale po prawie 4 latach życia MN. i prawie 3 latach z językiem polskim i słowackim w jej wykonaniu coraz lepiej widzimy kierunek, w którym zmierzamy i możemy się cieszyć coraz fajniejszymi owocami naszych wyborów. Jest moc :).

Dzieci i ryby głosu nie mają???

Prázdniny sú v plnom prúde. Výlety, zmrzlina, kúpanie v mori, bazén v záhrade a stretnutia s rodinou. Nie som presvedčená o tom, či môžem nazvať mesiac s deťmi u mojich rodičov a ich starých rodičov skutočným oddychom, ale jedna vec je istá – deti sú šťastné, a ja, vnímajúc ich šťastie, som ešte šťastnejšia (okrem toho, kde mi môže byť lepšie ako u mamy ;)). Ten mesiac v Poľsku je veľmi zaujímavý ešte z jedného dôvodu – znovu som sa dozvedela niečo nové o rozvoji dvojjazyčnosti mojej dcérky. A povedala som si, že prišiel čas, aby som sa s Vami podelila s jazykovými skúsenosťami z tých pár rokov jej života.

Najprv krátko o MN. – je to typ intelektuálky a pozorného pozorovateľa skutočnosti. V situácii, ktorá je pre ňu nová, sa najčastejšie prizerá, neangažuje sa, analyzuje. A pamätá si. Malá po nás zdedila hudobný talent – bez pochýb jej práve hudobný sluch a pamäť pomohli, aby dosť skoro začala rozprávať. Nepamätám si presné dátumy, ale nemala ani 1,5 roka, keď začala používať jednoduché vety („auto ide”, „tato tu nie je” atď.). To bol len začiatok :).

Ani ja, ani M. sme nemali licenciu na výchovu dvojjazyčného dieťaťa :). Vedeli sme však jedno – treba sa pre niečo rozhodnúť a vytrvalo sa toho držať. Zvlášť pre to, že sme chceli, aby boli pre našu dcérku poľská a slovenská kultúra a jazyky rovnocenné. Keďže sami sa rozprávame takmer výlučne vo svojich rodných jazykoch, prirodzeným spôsobom sme to preniesli aj na MN. A tak u nás doma mama hovorí vždy po poľsky, tato vždy po slovensky. Neznamená to však, že by sme sa na našej ceste k dvojjazyčnosti nestretli so žiadnymi otáznikmi.

Pochyby boli rôzne – čo bude so slovenčinou keď M. chodí do práce, čo bude s poľštinou, keď bývame na Slovensku, ako nás bude MN. vnímať, keď pri nej budeme rozprávať cudzím jazykom, ako sa s malou rozprávať na detskom ihrisku...

Nie je snáď možné všetko detailne opísať, ale aspoň v skratke Vám chcem ukázať, ako sme tieto ťažkosti riešili a stále riešime. Predovšetkým, aj keď sme menili krajinu pobytu, nemenili sme našu základnú zásadu (mama hovorí po poľsky, tato po slovensky). Keď mal M. obavu kvôli frekvencii slovenčiny, púšťala som dcére cez deň slovenské cédečká (pesničky, audioknižky). Obidvaja dodnes malej čítame mnoho knižiek. Stálym bodom, najmä keď bola MN. menšia, bolo skajpovanie so starými rodičmi (teraz sa vidíme častejšie).

Problém s rozprávaním v cudzom jazyku pri MN. som mala predovšetkým ja. Panicky som sa bála používania slovenčiny, zvlášť, keď sme bývali na Slovensku. Samozrejme, nedalo sa bez toho žiť, ale dokonale som zvládla prepínanie zo slovenčiny do poľštiny, keď som oslovovala dcérku. V istom momente nám však začalo niečo chýbať. Keď sme išli na detské ihrisko na Slovensku a MN. chcela osloviť deti, chýbali jej slovíčka. Ja som jej pomohla po poľsky, ale ona nerozumela, že to musí zopakovať po slovensky. Preto sa obracala na deti po poľsky, avšak s rizikom, že ju nebudú rozumieť. Mala som veľkú dilemu ako to vyriešiť. Napokon som ju prekonala a začala som hovoriť: „Kochanie, jeśli chcesz, możesz spytać dziewczynkę: << ako sa voláš?>>”. Čiže komunikovala som po poľsky, ale s vetami určenými iným ľuďom som jej pomohla po slovensky. To bol správny krok. MN. oslovovala deti po slovensky, ale so mnou aj naďalej hovorila po poľsky. Dokázala nadviazať kontakt so Slovákmi a zároveň neprestala hovoriť správnym jazykom so mnou. Uverte či nie, ale malá ma tak veľmi pripútava k poľskému jazyku, že keď som nedávno zareagovala na niečo, čo mi povedala po slovensky, veľmi prekvapená skonštatovala: „Mama! Ty hovoríš po slovensky!”

Znovu sa vrátim k tomu, ako ja a M. rozprávame s našou dcérkou. Dlho predlho sme neprikladali dôležitosť tomu, či nás oslovuje po poľsky či po slovensky, len sme odpovedali, opakujúc pritom jej otázku v svojom jazyku. Smerovali sme ju na ten-ktorý jazyk bez opravovania. Až neskôr, keď sme si všimli, že jej čoraz lepšie ide odlišovanie poľštiny a slovenčiny, sme ju poprosili, aby na nás hovorila v našich jazykoch a opravovali sme jej koncovky (typická pre ňu napr. je zmena v slovesách: chcem/chcę, dávam/daję, spím/śpię). Niekedy ju to však znechutilo, pretože si nevedela spomenúť na poľské/slovenské slovko. Prelom nadišiel po našom aprílovom pobyte v Poľsku. Po návrate domov sme zažili malú krízu – zdalo sa, že MN. celkom zabudla slovenčinu. M. bol v šoku, avšak po niekoľkých dňoch sa všetko vrátilo do normálu a zrazu sa ukázalo, že MN. si už definitívne upratala poľštinu a slovenčinu a začala plynulo meniť jazyk pri rozhovore s nami či starými rodičmi. Vtedy sme zistili, že „zabudnutie” jazyka spôsobené nedostatkom intenzívneho kontaktu s ním je prechodné, vďaka čomu sme sa definitívne utvrdili vo svojich starších rozhodnutiach. Začali sme tiež dôverovať múdrosti našej dcérky.

A čo som sa naučila počas nášho aktuálneho pobytu v Poľsku? Po aprílovej skúsenosti som sa už nevystrašila, keď som počula, že MN. po dlhšom čase bez tatina s ním nechce telefonovať. Namiesto ukončenia hovoru alebo hrešenia malej som začala robiť to isté, čo na slovenskom detskom ihrisku – pomáhať jej slovenskými slovíčkami :). A naozaj sa ukázalo, že práve zabúdanie slovenských zvratov spôsobuje malej najväčší problém. Blokovalo ju to, zhoršila sa jej nálada, lebo nedokázala milovanému ockovi povedať, čo chcela. Keď som jej začala pomáhať, veľmi sa upokojila a dokázala si sama poradiť. Raz dokonca prišla za mnou a za starou mamou a veľmi znepokojená skonštatovala, že si nič nepamätá po slovensky. Ale hra na najznámejšie slovíčka (– „Predsa vieš, ako sa povie Cześć po slovensky” – „Ahoj!”; – „A tatovi predsa nikdy nehovoríš tatusiu, ale...”-„Tatino!”..) znovu pomohla. Porozumenie, trpezlivosť a podpora z našej strany – to je všetko, čo malá teraz potrebuje. Teraz už vieme, že keď sa vrátim s deťmi domov, všetko sa vráti do normálu.

Znamená to, že už vieme všetko a nastal koniec nášho jazykového dobrodružstva? Určite nie :). Malej sa stále pritrafia všelijaké perličky – spoľšťovanie slovenských slov („Babcia, ścigniesz!” = po poľsky zdążysz), slovenské znenie poľských slov, chyby v koncovkách. Je tiež čoraz lepšia pri obchádzaní neznámych slovíčiek („Mama! Zejdź na dół! Jest już to, co tata nazywa raňajky! = Mama, poď dole! Už je to, čo tato volá raňajky – má byť śniadanie). Ale po takmer 4 rokoch života MN. a takmer 3 rokoch s poľštinou a slovenčinou v jej prevedení vidíme čoraz lepšie smer, ktorým sa uberáme a môžeme sa tešiť čoraz lepším ovocím našich rozhodnutí. Je to super :). 

sobota, 30 kwietnia 2016

Pocztówka znad morza / Pohľadnica od mora

22 września po raz ostatni widziałam Polskę w 2015 roku. Wróciłam do swojej ojczyzny prawie 7 miesięcy później, 9 kwietnia 2016 roku, przywożąc do kraju po raz pierwszy mojego małego syna. Prawdziwie sentymentalna podróż między przeszłością a teraźniejszością. 3 cudowne tygodnie spotkań, rozmów, odwiedzin „moich” miejsc. Wypite kilka litrów kawy bezkofeinowej i zjedzone niejedno ciasto. Do tego parę odkryć. Mój dawny pokój stał się pokojem mojej córki. Zdjęcie mojego przyjaciela w ramce to zdjęcie jej taty chrzestnego, zdjęcie przyjaciółki to zdjęcie super cioci podstólnej, która za każdym razem zabiera MN. na wycieczkę… pod stół. Ukochana schola dziecięca, którą prowadziłam w ubiegłym roku, śpiewa jeszcze lepiej. I moja córka właśnie do niej dorosła. Morze niezmienne zachwyca i ciągle znajdzie się ktoś, kto tego piękna jeszcze nie widział, tym razem odkrył je mój syn. Nic nie stoi w miejscu. Ale zarazem ciągle mogę być częścią wielu spraw, chociaż zaglądam do nich jakby z przeszłości. Wyprowadzka nie musi oznaczać końca, jeżeli postaram się o to nie tylko ja. Dobrze jest mieć gdzie wracać.

W niedzielę czeka mnie jednak inny powrót. Do domu. Na Słowację. Jestem rozdarta w tym definiowaniu słów „powrót” i „wyjazd”. Choć moje wybory życiowe dokładnie je objaśniają. Czy jest coś, za czym tęsknię? Czy przez te parę miesięcy zdążyłam już coś takiego znaleźć? Bratysława nie jest moim miastem marzeń. Mieszkam w dzielnicy, w której absolutne pierwszeństwo przed wszystkim i wszystkimi mają samochody, autobusy rozbijają się na zakrętach tak, że można poćwiczyć latanie, a park koło domu naiwnie mogłabym nazwać dziewiczym, a w rzeczywistości jest po prostu zaniedbany. Nie tęsknię za miejscem. Ale tęsknię za ludźmi. Za mężem, bo tak, tu nie trzeba żadnych wyjaśnień. Za szwagierką, dzięki której jestem na bieżąco z całą ofertą imprez dla dzieci w mieście i której mogę pokazać każdy nowy ciuch, bo „ona mnie zrozumie”. Za Basią, francuską Polką w Bratysławie, z którą co tydzień w sobotę lub niedzielę testujemy inną kawiarnię i z którą znajomość dodaje mojemu słowackiemu życiu koloru. Za księdzem z mojej parafii, którego imienia nawet nie znam, ale głosi genialne kazania. Niby nie ma tego dużo, ale… jest naprawdę dobrej jakości. Nie mam się na co skarżyć. Nie zamykam się na przyszłość, nie odgradzam od przeszłości. Jest dobrze. I widzę, że z każdym dniem coraz lepiej.

Pozdrawiam znad morza. N.




Poslednýkrát som Poľsko v roku 2015 videla 22.9. Do svojej vlasti som sa vrátila takmer o 7 mesiacov neskôr, 9.4. 2016, pričom som sem po prvýkrát priviezla môjho malého syna. Skutočne sentimentálne cestovanie medzi minulosťou a prítomnosťou. Tri úžasné týždne stretnutí, rozhovorov, návštev „mojich” miest. Vypitých niekoľko litrov bezkofeínovej kávy a nejeden zjedený koláčik. K tomu pár objavov. Moja stará izba sa stala izbou mojej dcérky. Zarámovaný obrázok môjho priateľa je fotka jej krstného otca, obrázok priateľky je fotka super tety „podstolnej”, ktorá vždy berie MN na výlet...pod stôl. Milovaný detský zbor, ktorý som viedla minulý rok, je ešte lepší. Aj moja dcérka doň práve dorástla. More budí stále rovnaký úžas a vždy sa nájde niekto, kto tú krásu ešte nevidel, tentokrát ju odkryl môj syn. Nič nezostáva na jednom mieste. Zároveň však môžem byť stále súčasťou mnohých vecí, hoci na ne nazerám akoby z minulosti. Presťahovanie nemusí znamenať koniec, pokiaľ sa o to budeme snažiť viacerí. Je dobré mať sa kam vrátiť.

V nedeľu ma však čaká iný návrat. Návrat domov. Na Slovensko. Som rozdelená pri definovaní slov „návrat” a „výjazd”. Hoci moje životné voľby ich presne určujú. Je niečo, za čím sa mi cnie? Stihla som za tých pár mesiacov niečo také objaviť? Bratislava nie je mesto mojich snov. Bývam v štvrti, v ktorej majú absolútnu prednosť pred všetkým a všetkými autá, autobusy sa trmácajú zákrutami tak, že si môžem precvičiť lietanie a park okolo domu by som mohla naivne nazvať panenským, v skutočnosti je len zanedbaný. Necnie sa mi za miestom. Chýbajú mi ľudia. Manžel, lebo, pravda, tu netreba žiadne vyjasnenia. Švagriná, vďaka ktorej mám aktuálny prehľad o celej ponuke akcií pre deti v meste a ktorej môžem ukázať všetky nové šaty, lebo „ona mi rozumie”. Baša, francúzska Poľka v Bratislave, s ktorou každý týždeň v sobotu alebo v nedeľu testujeme inú kaviareň a známosť s ktorou dodáva môjmu životu na Slovensku farbu. Kňaz z našej farnosti, o ktorom ani neviem, ako sa volá, ale má geniálne kázne. Nie je toho nejako veľa, ale... je to skutočne dobrej kvality. Nemám sa na čo sťažovať. Nezatváram sa pred budúcnosťou, nepálim mosty za minulosťou. Je dobre. A vidím, že s každým dňom čoraz lepšie.

Pozdravujem od mora. N.

czwartek, 31 grudnia 2015

Rodzina / Rodina

Kiedy przed 4 laty pobraliśmy się z M., jasne było dla nas, że Boże Narodzenie i Wielkanoc będziemy spędzać raz w Polsce, raz na Słowacji, raz z jedną rodziną, raz z drugą. Nie, nie dlatego, że tak jest „sprawiedliwie”. Dlatego, że kochamy jednych i drugich, dlatego, że bliska i ważna jest dla nas zarówno polska, jak i słowacka tradycja i wreszcie dlatego, że zwyczajnie tęsknimy – ja za Polską, M. za Słowacją.

W tym roku święta Bożego Narodzenia „wypadały” w Polsce. I od kiedy zaszłam w ciążę, było wiadomo, że po raz pierwszy będziemy musieli odstąpić od naszych pierwotnych małżeńskich ustaleń, bo termin porodu został wyznaczony na 19 grudnia. Nie było to dla mnie łatwe, zwłaszcza że z racji ciąży miałam w perspektywie spędzenie na Słowacji kilku długich miesięcy bez odwiedzin w domu rodzinnym.

Tymczasem dostałam od moich rodziców najpiękniejszy prezent świąteczny, jaki mogłam sobie wymarzyć. Powiedzieli, że przyjadą na święta do Bratysławy. Mama miała się też zająć ich organizacją. Ktoś z boku może powiedzieć: „fajnie”. Ale dla mnie to nie było po prostu fajne, dla mnie to było wyjątkowe. Bo moi rodzice są tradycjonalistami. Bo nigdy w życiu nie spędzali Bożego Narodzenia poza domem, a już tym bardziej za granicą. Bo w Trójmieście są dwie moje babcie, z którymi spotykają się w święta, jest mój brat, jest ich rodzeństwo. A podjęli decyzję, że zrezygnują z tego wszystkiego, by spotkać się z nami. Żebyśmy mieli nasze „polskie święta”, skoro takie miały być w tym roku. Żeby pomóc nam z dziećmi, gdy urodzi się nasz syn. Żeby po prostu z nami być.

Nasz syn, mały DJ., przyszedł na świat 15 grudnia. 20 grudnia, po 3 tygodniach pobytu u teściów (bo bliżej szpitala) i prawie tygodniu w szpitalu nareszcie wróciliśmy do domu. Te 4 tygodnie poza domem dłużyły mi się niemiłosiernie. Tym wspanialszy był powrót; zwłaszcza, że w domu czekali już na nas moi rodzice.

A święta? Na naszym bratysławskim stole nie było wprawdzie ulubionych ryb taty (ale „zamówił” je sobie po powrocie do domu u swojej siostry, więc nie mam nadmiernych wyrzutów sumienia ;)), był za to barszcz z knyszami, pieczony łosoś (specjalnie dla matki karmiącej :)), klopsy rybne, kluski z makiem… Był opłatek, sianko pod obrusem i wolne miejsce przy stole. Spokojnie, nie zabrakło też słowackich tradycji :). Jednakże w większej mierze były to polskie święta, choć nie w Polsce, bo w końcu słowackie spędziliśmy przed rokiem u teściów :).

To jednak nie był koniec wyjątkowych wydarzeń. Bo dzięki decyzji moich rodziców o przyjeździe do nas otworzyła się przed nami jeszcze jedna niesamowita szansa – by choć raz w życiu (bo trudno sobie wyobrazić, że taka okazja może się jeszcze kiedyś powtórzyć :)) spędzić święta Bożego Narodzenia zarówno z jednymi, jak i drugimi rodzicami. Kto z was żyje w międzynarodowym związku, ten wie, jak to jest :). Zawsze zazdrościłam znajomym, którzy mają rodziców i teściów w zasięgu godziny drogi samochodem. My byśmy musieli się diabelnie postarać, by pierwszy dzień świąt spędzić na Wybrzeżu, a drugi w województwie trenczyńskim ;). A w tym roku? W drugi dzień świąt moi rodzice, moi teściowie, rodzeństwo M. i my stworzyliśmy zespół najwspanialszych kolędników, jakich świat słyszał, śpiewając na przemian polskie i słowackie kolędy :). A wcześniej zjedliśmy razem świąteczny obiad i spałaszowaliśmy polskie i słowackie ciasta :). Wyjątkowe i niezapomniane chwile. Jak całe tegoroczne święta.

Gdy byłam w ciąży, najgorsze, co mogłam usłyszeć, to: „będziecie mieli super prezent na święta” (tak, powtarzano mi to bardzo często ;)). Nie lubiłam tego, bo nikt nie mógł przewidzieć, kiedy nasz syn zdecyduje się na wyjście. Jednakże kiedy 14 grudnia wieczorem podjął decyzję, że na niego pora, te słowa zaczęły nabierać znaczenia. Tym najwspanialszym prezentem świątecznym nie okazał się jednak on sam, ale cała nasza rodzina (oczywiście z synem włącznie :)) – razem.




Keď sme sa pred štyrmi rokmi s M. vzali, bolo nám jasné, že Vianoce a Veľkú Noc budeme tráviť raz v Poľsku a raz na Slovensku, raz s jednou rodinou, raz s tou druhou. Nie, nie preto, že je to tak „spravodlivé”. Preto, že ľúbime jedných aj druhých, preto, že je nám blízka a je pre nás dôležitá tak poľská, ako aj slovenská tradícia a napokon preto, že jednoducho nám chýbajú naše krajiny.

Tento rok sme mali Vianoce oslavovať v Poľsku. Odkedy som však otehotnela, bolo jasné, že po prvýkrát budeme musieť ustúpiť od našich prvotných manželských dohôd, pretože termín pôrodu bol určený na 19.12. Nebolo to pre mňa ľahké, keďže kvôli tehotenstvu sa predo mnou črtala perspektíva trávenia niekoľkých dlhých mesiacov na Slovensku bez možnosti navštíviť môj rodný kraj.

Od svojich rodičov som však dostala ten najkrajší vianočný darček, po akom som mohla túžiť. Povedali, že prídu na sviatky do Bratislavy. Mama ich tiež mala organizovať. Niekto nezainteresovaný môže povedať: „okej”. Ale pre mňa to nebolo jednoducho „okej”, pre mňa to bolo výnimočné. Pretože moji rodičia sú tradicionalisti. Lebo nikdy netrávili Vianoce mimo domu a už vôbec nie v zahraničí. Lebo v Trojmeste sú dve moje staré mamy, s ktorými sa cez Vianoce stretávajú, je tam môj brat, sú tam ich súrodenci. A predsa sa rozhodli, že sa toho všetkého vzdajú, aby sa mohli stretnúť s nami. Aby sme mali naše „poľské Vianoce”, keď už na tento rok pripadli. Aby nám pomohli s deťmi, keď sa nám narodí syn. Jednoducho, aby s nami boli.

Náš syn, malý DJ sa narodil 15.12. 20.12., po troch týždňoch pobytu u svokrovcov (lebo bývajú bližšie nemocnice) a takmer týždni v nemocnici sme sa konečne vrátili domov. Tie 4 týždne mimo domu boli pre mňa neuveriteľne dlhé. O to krajší bol návrat, zvlášť, že doma už na nás čakali moji rodičia.

A sviatky? Na našom bratislavskom stole síce chýbali tatove obľúbené ryby (ale „zajednal” si ich po návrate domov u svojej sestry, takže nemám veľké výčitky svedomia ;)), ale bol na ňom baršč s pirôžkami, pečený losos (špeciálne jedlo pre dojčiacu matku :)), rybacie fašírky, makové pupáky... Bola oplátka, seno pod obrusom aj voľné miesto pri stole. Nebojte sa, nechýbali ani slovenské tradície :). Vo väčšej miere to však boli poľské sviatky, hoc aj nie v Poľsku, pretože slovenské sviatky sme koniec koncov strávili minulý rok u svokrovcov :).

To však nebol koniec výnimočných udalostí. Lebo vďaka rozhodnutiu mojich rodičov o príchode k nám sa pred nami otvorila ešte jedna úžasná príležitosť – aspoň raz v živote (lebo ťažko si predstaviť, že by sa taká príležitosť ešte mohla zopakovať :)) stráviť Vianoce aj s jednými, aj s druhými rodičmi. Kto z Vás žije v medzinárodnom vzťahu, vie, ako to býva :). Vždy som závidela známym, ktorí majú rodičov a svokrovcov v okruhu do hodiny cesty autom. My by sme sa museli čertovsky posnažiť, aby sme prvý sviatok vianočný strávili na Pobreží a druhý v Trenčianskom kraji ;). A tento rok? Na druhý sviatok vianočný sme s mojimi rodičmi, svokrovcami a súrodencami M. vytvorili skupinu najúžasnejších koledníkov, akých kedy svet počul, pričom sme spievali striedavo poľské a slovenské koledy :). No a predtým sme spolu zjedli sviatočný obed a maškrtili na poľských aj slovenských koláčikoch :). Výnimočné a nezabudnuteľné chvíle. Ako celé tohtoročné sviatky.

Keď som bola tehotná, to najhoršie, čo som mohla počuť, bolo: „budete mať super darček pod stromček” (áno, počula som to veľmi často ;)). Nepáčilo sa mi to, lebo nikto nemohol predpokladať, kedy sa náš syn rozhodne prísť na svet. Keď sa však 14.12. v noci rozhodol, že už prišiel jeho čas, tie slová začali dávať zmysel. Tým najúžasnejším vianočným darčekom však nebol on sám, ale celá naša rodina (samozrejme, vrátane synka) – spolu.


sobota, 30 maja 2015

A. czy B.? / A. či B.?

Wspominałam Wam już kiedyś, że moja córka w pierwszym roku życia miała jakieś 10 000 przebytych kilometrów na liczniku? Na szczęście pokonała je nie tylko samochodem (nasza kieszeń nie wytrzymałaby chyba kosztów paliwa ;)), ale zarówno licznik naszego pierwszego, jak i kolejnego samochodu dobitnie pokazuje, że coś w naszej rodzinie jest na rzeczy, jeśli chodzi o podróże ;).

Wielu naszych znajomych z małymi dziećmi boi się dalekich podróży z nimi. A my? A my wolimy się nad tym nie zastanawiać ;). I w gruncie rzeczy lubimy myśleć, że nie mamy wyboru – chyba trochę zaklinamy w ten sposób rzeczywistość ;). Bo skoro MUSIMY kursować między Słowacją a Polską, to nie ma, że boli – po prostu wsiadamy w samochód i jedziemy. I piszę to, siedząc pośrodku sterty ubrań, butów i walizek, bo niedługo kolejna podróż ;). Szczerze? Nie jest wcale tak łatwo, lekko i przyjemnie. Chyba najbardziej boję się, że małą dopadnie raz choroba lokomocyjna (moja zmora z dzieciństwa!). Ale póki co MN. pomaga nam, jak może. Często albo śpi, albo jest do rany przyłóż („często” oczywiście nie równa się „zawsze” ;)). Najwięcej podróży przebyliśmy z nią w nocy, jutro szykuje się pierwsza od dłuższego czasu w ciągu dnia. Mamy przygotowane płyty z muzyką, audiobooki dziecięce, ulubiony śpiewnik, z którego mała zna prawie każdą piosenkę, książki obrazkowe, słowackie książki do czytania (bo mama w aucie kategorycznie odmawia czytania, to nie na mój błędnik ;)). Znam świetne hasła odwracające uwagę („Teraz wołamy sarenki! Może wyjdą z lasu”, „Oooo, krowa! To szukamy następnej”, „Zobacz, jaki czerwony tir nas mija. A następny niebieski. I jeszcze biały!”… ;)). No i mam dobre jedzenie (na moje dziecko działa w 99% przypadków). Nic, tylko wyruszyć w kolejną podróż.

Nie mam potrzeby wychowania małego obieżyświata. Chciałabym jednak, żeby udało nam się w naszej córce zaszczepić tę swoistą otwartość i potrzebę odwiedzania i Polski, i Słowacji. By nie zrażały jej długie godziny w autobusie (to za tych kilkanaście lat, gdy puścimy ją samą ;)), by nie zniechęcała się na sam widok walizki i nie krzywiła na myśl o kilometrach do przebycia. By odkryła w sobie to przekonanie, że musi jechać, ale nie dlatego, że ktoś jej każe, tylko dlatego, że ona tak czuje, tam gdzieś w samym środku swojej istoty. Dziś mała się po prostu cieszy, że jedzie do starkej A. lub babci B. Oby tak samo cieszyła się za tych kilka lat.

Už som Vám spomínala, že moja dcérka mala po prvom roku života na svojom tachometri okolo 10 000 kilometrov? Našťastie ich prekonala nielen autom (naša peňaženka by zrejme nevydržala ten nápor cien palív ;)), ale počet najazdených kilometrov na našom prvom aj druhom aute je dokonalým svedkom toho, že pokiaľ ide cestovanie, naša rodina má čo povedať ;).

Veľa našich známych s malými deťmi sa bojí dlhých spoločných ciest. A my? My nad tým radšej nepremýšľame ;). Pravda je taká, že radi o tom premýšľame v tom zmysle, že nemáme na výber – možno tým akosi zaklíname skutočnosť ;). Lebo keďže MUSÍME migrovať medzi Slovenskom a Poľskom, nebolí nás to – jednoducho nasadneme do auta a ideme. A píšem to sediac v strede kopy šiat, topánok a kufrov, pretože o chvíľu je tu ďalšia cesta ;). Úprimne? Vôbec nie je tak ľahko, jednoducho a príjemne. Najviac sa snáď bojím toho, že malú raz prepadnú nevoľnosti z cestovania (moja nočná mora z detstva!). Zatiaľ nám však MN. pomáha, ako len môže. Často alebo spí, alebo sa správa veľmi pekne (často, samozrejme, neznamená vždy). Najviac ciest sme s ňou absolvovali v noci, zajtra nás čaká prvá počas dňa po dlhom čase. Máme pripravené hudobné cédečka, detské audioknižky, obľúbený spevník, z ktorého malá vie takmer všetky pesničky, obrázkové knižky, slovenské knižky na čítanie (lebo mama v aute kategoricky odmieta čítať, to nie je na moju hlavu ;)). Poznám tiež skvelé vety na odvrátenie pozornosti („Teraz voláme na srnky! Možno vyjdú z lesa”, „Óóóóó, krava! Teraz hľadajme ďalšiu, „Pozri aký červený nákladiak ide oproti. A teraz modrý. A ešte biely!”... ;)). No a mám dobré jedlo (na moje dieťa to funguje v 99% prípadov). Nič nám nechýba, môžeme vycestovať.

Necítim potrebu vychovať malého všadebola. Chcela by som však, aby sa nám podarilo vštepiť našej dcérke tú výnimočnú otvorenosť a potrebu navštevovania Poľska i Slovenska. Aby ju neodrádzali dlhé hodiny v autobuse (to za tých niekoľko rokov, keď ju pustíme samú ;)), aby ju neznechucoval samotný pohľad na kufor a aby sa nemračila pri myšlienke na ďalšie kilometre, ktoré je treba precestovať. Aby v sebe našla to presvedčenie, že musí ísť, ale nie preto, lebo jej to niekto káže, ale preto, že ona to tak cíti, kdesi tam v samom stredobode svojej osobnosti. Dnes sa malá jednoducho teší, lebo ide k starkej A alebo k babci B. Kiežby sa tak isto tešila o tých niekoľko rokov.