Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zetknięcie z edukacją. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zetknięcie z edukacją. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 listopada 2019

Dziecięcy Klub "Poznaj Polskę" / Detský klub Poznaj Poľsko


„Mamo, ja chcę w szkole [słowackiej] założyć tak oficjalnie Klub Nauki Języka Polskiego!”

Chwilę trwało, zanim słowa wypowiedziane przez moją córkę podczas wspólnej jazdy do szkoły polskiej wprawiły w ruch trybiki w moim mózgu. Znam MN., wiem, że już nie raz i nie dwa uczyła swoje koleżanki polskich słówek czy hymnu, ale klub? Wow, ciekawe! Tylko skąd taki pomysł? I co z nim?

Wyjaśniłyśmy sobie, że z tą nauką języka to może być trudno, ale jak MN. chce, to może pogadać ze swoją wychowawczynią o Klubie Miłośników Polski. I tyle. Przystanek, wysiadka z tramwaju, poszłyśmy na lekcje. Myślałam, że na tej krótkiej rozmowie się skończy, ale nie doceniłam własnej córki.

Parę dni później po powrocie ze słowackiej szkoły MN. oznajmiła, że rozmawiała z panią opiekunką ze świetlicy o swoim pomyśle (dla jasności – MN. ma panią wychowawczynię, która ją uczy i panią opiekunkę, która prowadzi zajęcia po lekcjach) i pani opiekunka obiecała porozmawiać z opiekunkami innych klas. Gdybyście widzieli ekscytację, z jaką moja córka o tym opowiadała, wiedzielibyście, że to jest temat, który na pewno nie pozostanie bez rozwinięcia. MN. dosłownie promieniała, wymyślając kolejne zagadnienia na spotkania swojego klubu. Alfabet, mapa, legendy…

„Bardzo bym chciała mieć własny klub i bardzo bym chciała, żeby inne dzieci wiedziały więcej o Polsce! Bo to jest mój kraj. W tym kraju urodziła się moja babcia i urodziłaś się ty!” – podobnych zdań z ust mojej córki słyszałam kilka. Za każdym razem czułam wzruszenie. Bo to jest coś, co się dzieje poza mną, poza moim wpływem. To jest jakiś owoc wychowania, ale już niezależny ode mnie i od M., wypływający bezpośrednio z naszej córki, z jej widzenia świata, z jej polskości i słowackości. Jasne, że sprawia jej też przyjemność samo organizowanie, zakładanie klubu, pewnie nie bez znaczenia jest tu poczucie, że robi coś ważnego. Ale wybór tematyki mówi o MN. bardzo, bardzo dużo. W niej nie ma żadnego wstydu, żadnego chowania się z polskością po kątach, żadnego poczucia, że to jest coś niewłaściwego. W niej jest radość, duma, chęć dzielenia się. Tak po prostu, bez żadnego zadęcia, poczucia wyższości czy grama sztuczności. Ma coś wyjątkowego, do czego nie każdy ma dostęp, i chce to dać innym. Według mnie to absolutnie niezwykłe.

I tak Dziecięcy Klub „Poznaj Polskę” ma już swoją nazwę, cele, wstępnie ustaloną formę i tematy pierwszych pięciu spotkań. Myślałam, że pokażę wam też plakat, ale pani opiekunka się rozchorowała i MN. jeszcze go nie przygotowała. Nasza rola jako rodziców ogranicza się w tym wszystkim właściwie tylko do towarzyszenia MN. Staramy się ją chronić przed rozczarowaniem, jednocześnie wspierając w realizowaniu własnych pomysłów, które wykraczają poza naszą wyobraźnię.

Na koniec jeszcze taki króciutki dialog, który najlepiej oddaje to wszystko, co się u nas dzieje:
Gdy spisywaliśmy plan, by móc go wysłać pani opiekunce i MN. rzucała kolejne pomysły, nagle zwróciła się do mnie ze słowami: „Mamo, poradź mi, ja jeszcze nigdy nie zakładałam klubu!”. No właśnie :). „Córeczko, ja też nie, ja też nie!”




„Mami, ja chcem v škole [slovenskej] tak oficiálne založiť Klub výučby poľského jazyka!”
Chvíľu mi trvalo, kým tieto slová mojej dcérky vyrieknuté na ceste do poľskej školy rozkrútili kolieska v mojej hlave. Poznám MN, viem, že už niekoľkokrát učila svoje kamarátky poľské slovíčka či dokonca poľskú hymnu, ale klub? Wau, zaujímavé! Kde však prišla na niečo také? A čo s tým?

Vysvetlili sme si, že s tou výučbou jazyka to môže byť ťažšie, ale ak MN chce, môže sa porozprávať so svojou triednou pani učiteľkou o Klube milovníkov Poľska. To bolo všetko. Zastávka, vyšli sme z električky, začali sa vyučovacie hodiny. Myslela som si, že tým krátkym rozhovorom sa všetko skončilo, ale podcenila som vlastnú dcéru.

O niekoľko dní nato mi po príchode domov zo slovenskej školy MN oznámila, že hovorila s pani vychovávateľkou zo školského klubu detí o svojom nápade a pani vychovávateľka jej sľúbila, že sa o tom porozpráva s inými vychovávateľkami. Keby ste videli to vzrušenie, s akým mi o tom dcérka rozprávala, vedeli by ste, že je to téma, ktorá sa ešte určite rozvinie. MN doslova žiarila, keď vymýšľala ďalšie a ďalšie témy na stretnutia svojho klubu. Abeceda, mapa, legendy...

„Veľmi by som chcela mať svoj vlastný klub a veľmi by som chcela, aby iné deti vedeli viac o Poľsku! Lebo to je moja krajina. V tej krajine sa narodila moja starká a narodila si sa v nej aj ty!” – podobných viet som z úst mojej dcérky počula niekoľko. Vždy som sa po nich rozcítila. Lebo to je niečo, čo sa deje mimo mňa, mimo môjho vplyvu. Je to ovocie výchovy, ale už nezávislé odo mňa a od M, pochádzajúce priamo od našej dcéry, od jej videnia sveta, od jej poľskosti i slovenskosti. Jasné, že je pre ňu príjemné aj samotné organizovanie, zakladanie klubu, určite má tiež význam ten pocit, že robí niečo dôležité. Ale voľba tematiky hovorí o MN veľmi, veľmi veľa. Nemá v sebe totiž žiadnu hanbu, žiadne schovávanie svojej poľskosti, nemá pocit, že by šlo o niečo nevhodné. Je v nej radosť, hrdosť, chuť deliť sa. Len tak, bez nejakej pózy, pocitu nadradenosti či gramu afektu. Má niečo výnimočné, čo nemá každý, a chce to dať iným. Podľa mňa je to niečo absolútne neobyčajné.

A tak má Detský klub Poznaj Poľsko svoj názov, ciele, predbežne navrhnutú formu a témy prvých piatich stretnutí. Myslela som si, že vám tiež ukážem plagát, ale pani vychovávateľka ochorela a MN ho ešte nepripravila. Naša rola ako rodičov vlastne spočíva iba v tom, aby sme MN sprevádzali. Snažíme sa uchrániť ju pred sklamaním a zároveň ju podporovať pri realizácii jej vlastných cieľov, ktoré presahujú našu predstavivosť.

Napokon ešte kratučký dialóg, ktorý najlepšie vyjadruje to všetko, čo sa u nás deje:
Keď sme zapisovali plán pre pani vychovávateľku a MN prichádzala stále s novými nápadmi, zrazu sa na mňa obrátila so slovami: „Mami, poraď mi, ja som ešte nikdy nezakladala klub!”. No presne :). „Ani ja, dcérka, ani ja!”

sobota, 31 sierpnia 2019

Grunt pod nogami / Pevná pôda pod nohami


Sierpień się kończy, powinnam drżeć z nerwów. MN. idzie w poniedziałek do pierwszej klasy słowackiej podstawówki, co z racji naszej dwukulturowości jeszcze niedawno przyprawiało mnie o solidny ból brzucha (dzieliłam się tym kiedyś z wami o tutaj), DJ. rozpoczyna przygodę z przedszkolem i nie wiem, co to ze sobą przyniesie, a ja na 99% zaczynam dodatkową pracę (po parę godzin w miesiącu), więc całe nasze życie rodzinne czeka solidne przemeblowanie. Krótko mówiąc, dzieje się. Ja tymczasem jestem… spokojna. Przynajmniej jak na siebie ;).

Nie, nie jest tak, że nagle znikły wszystkie moje obawy związane ze szkołą słowacką, przestałam się niepokoić o naszego prawie czterolatka, który ciągle miesza języki, i nie ma we mnie ani krzty strachu przed wyjściem z mojego bezpiecznego świata do ludzi. Wszystkie te odczucia są i mają się dobrze :). Tego lata odkryłam jednak coś ważnego, coś, co pozwoliło mi złapać trochę więcej równowagi.

Po 8 latach naszego polsko-słowackiego życia nagle dotarło do mnie, że nasze zwyczaje, tradycje okrzepły, poczułam, że mniej się miotam w życiu między krajami, a bardziej tę rzeczywistość przyjmuję i zwyczajnie lubię. Nie jest pozbawiona wad, to jasne, ale jest nasza, innej nie mamy i nie będziemy mieli.

Weźmy takie wakacje: nasz lipiec jest polski, a sierpień słowacko-węgierski. I lubię to. Lubię ten czas nad polskim morzem, lubię chwile na wsi u słowackich dziadków i wreszcie kocham nasze coroczne rodzinne wakacje na Węgrzech. Czuję, że wszystko jest na swoim miejscu, że całkiem zgrabnie poukładaliśmy ten nasz galimatias. I to dotyczy przeróżnych aspektów naszego wspólnego życia – kwestii łączenia tradycji, kwestii dwujęzycznego i dwukulturowego wychowania dzieci, kwestii szanowania własnej odmienności itp. itd.

Nie sprawia to oczywiście, że w naszym życiu nie ma żadnych znaków zapytania. Są. Ale przede wszystkim jest ten tak bardzo potrzebny spokój.

Chyba ten dzisiejszy post pozostanie taki bez zakończenia. Ale nie byłam na niego przygotowana, tak naprawdę chciałam dziś pisać zupełnie o czymś innym, chciałam napisać, jak wspaniale naładowałam baterie na Węgrzech, gdzie spędziłam ostatnie 5 dni, jak bardzo podoba mi się ten kraj, i jak ważny jest dla mnie czas spędzony z rodziną. Tymczasem w miarę przelewania kolejnych słów na papier (ok, ekran monitora) i niekończącego się przeredagowywania kolejnych akapitów doszłam do tego, co powyżej. I trwam w zadziwieniu. Ależ to kojące! Zwłaszcza ta myśl, że okrzepliśmy. Wszystkim w takich relacjach jak nasza właśnie tego życzę.





August sa končí, mala by som byť celá nervózna. MN nastupuje v pondelok do prvého ročníka slovenskej základnej školy, čo mi z dôvodu našej dvojakej kultúry spôsobovalo ešte nedávno poriadne bolesti brucha (raz som sa s vami o to podelila na tomto mieste), DJ začína dobrodružstvo v škôlke a neviem, čo to so sebou prinesie a ja na 99% začínam s prácou na čiastočný úväzok (pár hodín v mesiaci), nuž celý náš rodinný život čaká zásadná prestavba. Skrátka, dejú sa veci. A ja som... pokojná. Prinajmenšom na svoje pomery ;).

Nie, nie je to tak, že náhle zmizli všetky moje obavy spojené so slovenskou školou, že som sa prestala znepokojovať naším temer štvorročným chlapcom, ktorý stále mieša jazyky, a že v sebe nemám ani odrobinu strachu pred vychádzaním z môjho bezpečného sveta medzi ľudí. Všetky tie pocity žijú a majú sa dobre :). Počas tohto leta som však odhalila niečo dôležité, čo mi umožnilo získať trochu viac stability.

Po 8 rokoch nášho poľsko-slovenského života mi náhle svitlo, že naše zvyky a tradície sa stabilizovali, pocítila som, že sa menej tackám v živote medzi našimi krajinami a viac tú každodennosť akceptujem a proste mám rada. Nie je bezchybná, to je jasné, ale je naša, inú nemáme a nebudeme mať.

Zoberme si napríklad prázdniny: náš júl je poľský a august slovensko-maďarský. A mám to tak rada. Mám rada ten čas pri poľskom mori, mám rada chvíle na dedine u slovenských starých rodičov a napokon mám veľmi rada našu každoročnú rodinnú dovolenku v Maďarsku. Cítim, že všetko je na svojom mieste, že sme si celkom šikovne uložili ten náš galimatiáš. A to sa týka najrôznejších aspektov nášho spoločného života – otázky spájania tradícií, otázky dvojjazyčnosti a dvojkultúrneho vychovávania detí, otázky rešpektu voči našim odlišnostiam atď.

Neznamená to samozrejme, že v našom živote už nie sú otázniky. Sú. Ale predovšetkým prišiel ten tak veľmi potrebný pokoj.

Ten dnešný post asi nechám takto bez ukončenia. Nebola som naň pripravená, v skutočnosti som chcela písať o niečom úplne inom, chcela som napísať, ako skvelo som si nabila baterky v Maďarsku, kde som strávila ostatných päť dní, ako veľmi sa mi páči tá krajina a aký dôležitý je pre mňa čas strávený s rodinou. Avšak pri sťahovaní ďalších myšlienok na papier (ok, obrazovku počítača) a nekonečnom prepisovaní ďalších a ďalších odsekov som prišla na to, čo som napísala vyššie. A stále som z toho prekvapená. Aké to je upokojujúce! Najmä tá myšlienka o stabilite. Všetkým, ktorí sú v takých zväzkoch ako je ten náš, práve niečo podobné želám!

niedziela, 30 czerwca 2019

Puzzle / Puzzle


Ostatnio ledwo nadążałam za własnym życiem. Praca, rodzina, dom, sprawy większe i mniejsze, mniej i bardziej naglące. Do tego jeszcze zmiany, zmiany – MN. dostała się do wymarzonej szkoły, a DJ. do przedszkola (żeby nie tęskniono w nim za bardzo za MN. ;)). Jeden JM. bez zmian (nie licząc kolejnych kilogramów i pierwszego zęba) – to dalej nasze najspokojniejsze i najpogodniejsze dziecko ;). Innymi słowy – życie. Ale raz jest łatwej, a raz trudniej, a w ostatnim czasie było zdecydowanie trudniej. Z opresji nienadążania wybawili mnie dopiero moi rodzice – przyjechali na zakończenie roku szkolnego do swojej wnuczki, a przy okazji pomogli mi dogonić rzeczywistość (dzięki ich obecności mogłam sobie nawet pozwolić na specjalny „bonus” i odwiedzić pewien budynek rządowy w charakterze lektora języka polskiego :)). Ich wsparcie było jak zwykle nieocenione.

Ta moja życiowa minigonitwa zbiegła się w czasie z wysypem przeróżnych akcji. Zakończenie kursu języka angielskiego, zakończenie roku w przedszkolu, zakończenie roku w Szkole Polskiej, Dzień Rodziny na zakończenie roku szkolnego w naszym kościele, ostatni występ grupy tanecznej itp. Typowy czerwiec w życiu rodziny ;). Spotkania, spotkania, spotkania. Akademie, występy, popisy, poczęstunek i mnóstwo rozmów.

Z jednej strony męcząco, z drugiej miło, wzruszająco, wesoło. I… zaskakująco. Co mnie tak bardzo zadziwiło podczas tych spotkań? Zadziwiło mnie, jak bardzo stałam się częścią tego wszystkiego. Nagle odkryłam, że wrosłam w nasze bratysławskie otoczenie dużo głębiej, niż myślałam, i że mam lub mogę mieć swoiste „zaplecze” nie tylko we własnym domu.

Nie zawsze jest łatwo być obcokrajowcem. Nie zawsze lubię się od razu ujawniać z moim pochodzeniem, nie w każdym towarzystwie czuję się swobodnie, nie zawsze chcę być „tą Polką”. Tymczasem zwłaszcza podczas Dnia Rodziny w kościele, do którego chodzimy, i podczas zakończenia roku szkolnego w Szkole Polskiej, poczułam się „u siebie”. Poczułam, że gdzieś przynależę, że coś wspólnie buduję razem ze spotkanymi tam ludźmi. Autentycznie cieszę się na powrót do nich po wakacjach, cieszę się na kolejne spotkania, na kolejne szanse do zacieśnienia relacji. Bo czuję się w tych miejscach bezpiecznie, bo niezależnie od tego, jakim językiem się tam posługuję, mogę być sobą i czuję się przyjęta.

W tym całym czerwcowym zamieszaniu, w tej całej mieszance frustracji i innych trudnych emocji, które przeżywałam, to odkrycie było źródłem niesamowitego spokoju. Tak, jakby kolejny puzzel mojego życia trafił na swoje miejsce. I wiecie co? Coraz bardziej podoba mi się ta układanka. Układam więc dalej :).


Akademia z okazji 15-lecia Szkoły Polskiej i zakończenie roku szkolnego

V poslednej dobe ledva stíham žiť svoj život. Práca, rodina, domácnosť, väčšie aj menšie záležitosti, niektoré urgentné, niektoré menej. K tomu ešte zmeny – MN. sa dostala do vysnívanej školy a DJ. do škôlky (aby im tam nebolo veľmi ľúto za MN. ;)). Iba JM. bez zmien (nepočítam ďalšie kilogramy a prvý zub) – stále je to naše najpokojnejšie a najpohodovejšie dieťa ;). Inak povedané – život. Ale raz je to ľahšie, raz ťažšie a v poslednej dobe to bolo rozhodne ťažšie. Spod tlaku z nestíhania ma oslobodili až moji rodičia – pricestovali na ukončenie školského roka k svojej vnučke a pri tej príležitosti mi umožnili dobehnúť prítomný čas (vďaka ich prítomnosti som si dokonca mohla dovoliť špeciálny bonus a navštíviť istú vládnu budovu ako lektor poľštiny :)). Ich podpora bola ako vždy nedoceniteľná.

Tá moja životná mininaháňačka nadišla v tom istom čase ako celý rad najrôznejších akcií. Ukončenie kurzu angličtiny, ukončenie školského roka v škôlke, ukončenie školského roka v Poľskej škole, Deň rodiny pri príležitosti ukončenia školského roka v našom kostole, posledné vystúpenie z tanečnej školy atď. Typický jún v živote rodiny ;). Stretnutia, stretnutia, stretnutia. Akadémie, vystúpenia, ukážky, občerstvenia a veľa rozhovorov.

Na jednej strane je to únavné, na druhej milé, vzrušujúce, veselé. A... prekvapujúce.  A čo ma tak prekvapilo počas tých stretnutí? Prekvapilo ma, do akej miery som sa stala súčasťou toho všetkého. Náhle som zistila, že som vrástla v naše bratislavské okolie oveľa hlbšie, ako som si myslela, a že mám alebo môžem mať akési „zázemie” nielen vo svojom dome.

Nie vždy je ľahké byť cudzincom. Nie vždy hneď rada odhaľujem svoj pôvod, nie v každej spoločnosti sa cítim slobodne, nie vždy chcem byť „tou Poľkou”. Avšak najmä počas toho Dňa rodiny v kostole, kam chodíme a počas ukončenia školského roka v Poľskej škole som sa cítila ako doma. Cítila som, že niekam patrím, že niečo spoločne budujem s ľuďmi, ktorých tam stretávam. Naozaj sa teším na návraty po prázdninách, teším sa na ďalšie stretnutia, na ďalšie šance na prehĺbenie vzťahov. Cítim sa totiž na tých miestach bezpečne, lebo nezávisle od toho, aký jazyk používam, môžem byť sama sebou a som prijatá.  

V tom celom júnovom zmätku, v tej celej zmesi frustrácie a iných ťažkých emócií, ktoré som prežívala, znamená toto odhalenie zdroj neuveriteľného pokoja. Akoby ďalší dielik skladačky puzzle môjho života zapadol na správne miesto. A viete čo? Čoraz viac sa mi tá skladačka páči. Pokračujem teda v skladaní :).

piątek, 30 listopada 2018

Obrazki z wystawy / Obrázky z výstavy


Dziś post niczym obrazki z wystawy (przy okazji polecam piękny cykl miniatur fortepianowych Modesta Musorgskiego pod tym właśnie tytułem). Krótko, na różne tematy, klik klik. Przyznaję, na więcej mnie nie stać. Do oficjalnego terminu porodu zostało 40 dni (choć życzę sobie, by wszystko skończyło się jednak ciut szybciej), ledwo daję radę wytrzymać w pozycji siedzącej dłużej niż godzinę, a w głowie mam absolutne kongo (milion rzeczy, o których muszę pamiętać i które muszę zdążyć zrealizować przed godziną zero). No to lecimy.

Dostawa

Nie będę owijać w bawełnę, pewnie wielu z was wie, jak to jest z rynkiem polskim i rynkiem słowackim – ten pierwszy jest po prostu większy i często wyraźnie tańszy. Nieraz się przekonaliśmy, że bardziej opłaci nam się coś sprowadzić z Polski, niż kupić z dostawą na Słowacji. We wrześniu to była kanapa (tym razem zaszaleliśmy – nie dość, że sprowadziliśmy kanapę z Polski, to jeszcze produkt polski wyprodukowany w Polsce!; sprawdza się zresztą znakomicie), a w październiku miało to być łóżko piętrowe dla naszych dzieciaków. Wybór większy, ceny lepsze (łóżka piętrowe sprzedawane na Słowacji to najczęściej produkty sprowadzane z Polski, serio), zamówienie wykonane, mejl z terminem dostawy otrzymany, aż tu nagle… klops. Mój brzuch coraz większy, czas nas nagli, bo DJ. ma się wyprowadzić z sypialni rodziców do siostry jak najszybciej, a tu najpierw opóźnienie nr 1, bo doszło do jakiegoś wypadku samochodowego dostawcy i nastąpiła konieczność wymiany uszkodzonej części łóżka, a potem opóźnienie nr 2, bo  dystrybutor popełnił błąd i wysłał łóżko do… Słowenii. Tak, Słowenii. Tak, nieustannie znajdują się ludzie mylący Słowację ze Słowenią. My jak na szpilkach, a tu trzy tygodnie obsuwy. Łóżko dotarło w końcu w listopadzie. Na dodatek wszystkie nasze plany wzięły w łeb i musieliśmy je zmontować we dwójkę z M. Podnoszenie całego górnego łóżka, by je postawić na dolne, to był nie lada wyczyn. Przez dwa dni potem miałam wrażenie, że zaraz urodzę ;). No cóż, z dostawami bywa różnie… Choć dalej polecam produkty z Polski ;).

Bratysława

Byłam niedawno w salonie kosmetycznym, robiłam sobie manicure. Obsługiwała mnie Rosjanka pochodząca z Moskwy. Mały szok. Od kilku lat żyje na Słowacji. Owszem, są rzeczy, których jej brakuje, najbardziej kultury (wspomniała balet, wiadomo :)). Ale za nic by nie wymieniła tego bratysławskiego spokoju, wolnego tempa, luzu. Fiuuuuuu. Refleksja? Ja chyba nie wiem, co lubię w Bratysławie. Po tych trzech latach przywykłam, mam swoje miejsca i ścieżki, jestem dość spokojna i dość zadowolona z mojego życia, mamy w tej koszmarnie pokolorowanej, zastawionej blokami Petržalce wspaniały dom, otoczony zielenią (tak!). Ale czy ja zrezygnowałam tak z Trójmiasta dla bratysławskiego spokoju, jak ta Rosjanka z Moskwy? Nie, chyba nie jestem w tym miejscu.

Koncert…

Świętowaliśmy niepodległość, wybrałyśmy się więc z mamą na uroczysty koncert organizowany przez polską ambasadę w Słowackim Teatrze Narodowym. Piękna gala, na scenie m. in. polski Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk”. Przed występem odśpiewany hymn Polski i hymn Słowacji. Kapitalna sprawa. W oczach łzy wzruszenia, gardło ściśnięte. Ten polsko-słowacki galimatias ma w moim życiu głęboki sens i wyrył się mocno w moim sercu.

…i mama

To przeżywanie 100 lat niepodległości tak daleko od domu, ale z mamą, było jakieś szczególniejsze, bardziej wartościowe. I tu nie chodzi o flagę, kotyliony, śpiewanie hymnu, czy uroczysty obiad, bo zrobilibyśmy pewnie wszystko to samo bez mamy. Ale mama to polski dom, polskie wspomnienia, polskie wychowanie, polskie smaki, polska tradycja. Po prostu ogromny kawał mojej Polski. To chyba to. Dziękuję Ci, mamo, za Twoją obecność. I za całą resztę, bo Twoja pomoc w ostatnich tygodniach była nieoceniona.

Pasowanie na ucznia

Polska szkoła, pierwsza klasa i pasowanie na ucznia. Byłam bardzo przejęta. To wielkie przeżycie, wiecie? Może tym większe, im bardziej mnie to wszystko zaskoczyło, im mniej byłam na tę zmianę przygotowana. Moja córka w kartonowym birecie na głowie, z dyplomem pierwszaka w ręku, cud malina :). A że wydarzenie to było połączone w szkole z uczczeniem stulecia niepodległości i dodatkowo starsze dzieci śpiewały pieśni patriotyczne i przemawiał polski konsul oraz dyrektor Instytutu Polskiego, tym bardziej zapadło mi w pamięć. Fajnie być częścią takiej społeczności. (Swoją drogą MN. dostała już pierwszą lekturę! „Karolcię”! I coraz ładniej pisze! :))

Kula

To aktualnie ja. Najnowszy przyszły członek mojej słowackiej rodziny (wiecie, dwóch szwagrów i szwagierka równa się troje potencjalnych przyszłych członków rodziny) stwierdził na początku listopada (po kilkunastu dniach od poprzedniego spotkania), że brzuch mi urósł. Nie da się ukryć, w ciąży brzuchy kobiet mają to do siebie, że rosną. A mój sprawia, że już nie chodzę, już się toczę. W czwartek przekazałam naszą wspólną kartę stałego klienta z pływalni szwagierce. Pora przerwać pływanie na najbliższe miesiące (choć i tak jestem z siebie dumna, że wytrwałam do listopada). Najchętniej zapadłabym w sen zimowy, ale to mi jakoś nie wychodzi. Więc byle wytrwać do godziny zero. Bądźcie dla mnie wyrozumiali. Nie spełnię w tym roku obietnicy złożonej sobie i wam na 5-lecie bloga o jego unowocześnieniu czy uaktualnieniu. Ale to cały czas mój wspaniały kawałeczek internetu. I to też dzięki wam. Więc dziękuję! I trzymajcie za mnie kciuki w nadchodzących kilkudziesięciu dniach.





Dnešný blog je ako obrázky z výstavy (pri tej príležitosti odporúčam krásny cyklus klavírnych miniatúr Modesta Musorgského pod týmto názvom). Krátko, o rôznych veciach, cvak cvak. Priznávam, na viac teraz nemám. Do oficiálneho termínu pôrodu mi zostalo 40 dní (aj keď si želám, aby sa to celé skončilo trošku skôr), ledva vydržím sedieť dlhšie ako hodinu a v hlave mám absolútny mišmaš (milión vecí, na ktoré musím myslieť a ktoré musím stihnúť pred hodinou H). Poďme na to!

Doručovanie

Budem otvorená, určite mnohí z vás vedia, ako je to s poľským a so slovenským trhom – ten prvý je jednoducho väčší a často aj výrazne lacnejší. Viackrát sme sa presvedčili, že sa nám oplatí niečo priviezť z Poľska, a nie kúpiť na Slovensku. V septembri to bola pohovka (tentokrát sme sa odviazali – objednali sme si pohovku z Poľska a ešte k tomu aj poľský výrobok – výborne sa osvedčila!) a v októbri mala prísť poschodová posteľ pre naše deti. Väčší výber, lepšie ceny (poschodové postele predávané na Slovensku sú väčšinou importované z Poľska, naozaj!), výrobok pripravený, mejl s termínom doručenia sme tiež mali, a tu... problém. Brucho mám čoraz väčšie, času čoraz menej, pretože DJ. sa má presťahovať od rodičov k sestre čo najrýchlejšie, a vtom oneskorenie č. 1 lebo kuriér mal nejakú nehodu a bolo treba vymeniť poškodenú časť postieľky, a potom oneskorenie č. 2, pretože dispečer sa pomýlil a odoslal posteľ do... Slovinska. Áno, Slovinska. Áno, stále sa nájdu ľudia, ktorí si mýlia Slovensko so Slovinskom. My sme už boli ako na ihlách a k tomu tri týždne meškania. Posteľ napokon dorazila v novembri. Navyše, všetky naše plány vzal čert a museli sme ju postaviť vo dvojici s M. Dvíhanie celej hornej postele, aby ju bolo možné postaviť na dolnú, to bol výkon. Dva dni som potom mala pocit, že každú chvíľu porodím ;). Čo už, s doručovaním to býva všelijaké... Aj tak stále odporúčam výrobky z Poľska ;).

Bratislava

Nedávno som bola na manikúru v kozmetickom salóne. Obsluhovala ma Ruska pochádzajúca z Moskvy. Malý šok. Už niekoľko rokov žije na Slovensku. Samozrejme, sú veci, ktoré jej chýbajú, najviac kultúra (pravdaže, spomenula balet :)). Za nič by však nevymenila ten bratislavský pokoj, pomalé tempo, uvoľnenosť. Fúúúú. Čo to má so mnou? Asi neviem, čo mám rada v Bratislave. Po tých troch rokoch som si zvykla, mám tu svoje miesta a chodníčky, som pomerne spokojná so svojim životom, máme v tej hrozne farbistej Petržalke plnej činžiakov krásny domov, obklopený zeleňou (áno!). Vzdala som sa však Trójmiasta v prospech bratislavského pokoja ako tá Ruska z Moskvy? Nie, to nie je moja situácia.

Koncert…

Oslavovali sme nezávislosť, vybrali sme sa teda s mamou na slávnostný koncert organizovaný poľským veľvyslanectvom v Slovenskom národnom divadle. Krásna slávnosť, na scéne bol napr. poľský súbor „Śląsk”. Pred vystúpením sa spievala poľská a slovenská hymna. Úžasný pocit. V očiach slzy dojatia, hrdlo stisnuté. Ten poľsko-slovenský galimatiáš má v mojom živote hlboký zmysel a je silno vyrytý v mojom srdci.

…a mama

Prežívanie storočnice nezávislosti tak ďaleko od vlasti, ale s mamou, bolo akési viac výnimočné, cennejšie. A nejde iba o zástavu, odznaky, spev hymny či slávnostný obed, pretože to isté by sme zrejme robili aj bez mamy. Mama je však poľský domov, poľské spomienky, poľská výchova, poľské chute, poľské tradície. Jednoducho obrovský kus môjho Poľska. Asi toľko. Ďakujem Ti, mama, za Tvoju prítomnosť. Aj za celý zvyšok, pretože Tvoja pomoc bola v ostatných týždňoch nedoceniteľná.

Pasovanie za žiaka

Poľská škola, prvá trieda a pasovanie za žiaka. Bola som veľmi dojatá. To je veľký zážitok, viete? Možno o to väčší, o čo ma to všetko viac prekvapilo a o čo menej som na tú zmenu bola pripravená. Moja dcéra s kartónovou čiapkou na hlave, s diplomom prváčika v ruke, no krása :). Táto udalosť bola spojená s oslavou storočnice nezávislosti, staršie deti spievali národné piesne a príhovor predniesol poľský konzul a riaditeľ Poľského inštitútu – o to viac mi to zostalo v pamäti. Je fajn byť súčasťou takého spoločenstva. Inak, MN. dostala svoje prvé povinné čítanie! A čoraz krajšie píše! :)

Guľa

To som momentálne ja. Najnovší budúci člen mojej slovenskej rodiny (viete, dvaja švagrovia a jedna švagriná rovná sa traja potenciálni budúci členovia rodiny) na začiatku novembra, po niekoľkých dňoch od predchádzajúceho stretnutia, vyhlásil, že sa mi zväčšilo brucho. Nepochybne je to tak, bruchá tehotných žien zvyknú rásť. Vďaka tomu môjmu už nechodím, ale sa kotúľam. Vo štvrtok som odovzdala našu spoločnú zákaznícku kartu z plavárne švagrinej. Prišiel čas prerušiť na niekoľko mesiacov plávanie (ale aj tak som na seba hrdá, že som vydržala do novembra). Najradšej by som upadla do zimného spánku, ale to sa mi nedarí. Stačí teda aspoň vydržať do hodiny H. Buďte voči mne zhovievaví. V tomto roku nesplním svoj sľub, že na 5. výročie blog zaktualizujem a zmodernizujem. Stále je to však môj úžasný kúsoček internetu. A to aj vďaka vám. Ďakujem za to! A držte mi palce počas najbližších dní.

środa, 31 października 2018

Drugie dno / Druhé dno


Dostałam ostatnio cios. Jeden z tych bardziej bolesnych, prosto w serce. Aż zabrakło mi tchu. Przez kilka dni byłam rozsypana na tysiące małych kawałeczków i kompletnie nie mogłam się pozbierać. Uderzyła mnie moja samotność.

To nie tak, że się z tą samotnością nie znamy. Właściwie na co dzień żyjemy całkiem zgodnie. Ale zwyczajnie nie byłam przygotowana na wydarzenia, które nastąpiły w minionym miesiącu, nie zdążyłam założyć zbroi, nie zdążyłam postawić gardy.

Co się takiego stało? Niby nic, ot, powód do dumy. Moja córka chodzi do „zerówki” w przedszkolu, ale gdy poszła na zajęcia dla przedszkolaków przy Szkole Polskiej, wyróżniała się na tyle, że zaproponowano nam, by dołączyła na zajęcia do pierwszej klasy. Pierwotnie nie chcieliśmy niczego przyspieszać, mała skończy w listopadzie 6 lat, w obu naszych krajach powinna rozpocząć naukę w tym samym roku szkolnym, 2019/2020, i uznaliśmy, że tak będzie najlepiej. Ale nie da się ukryć, że MN. jest molem książkowym, typem intelektualistki. Na hasło „szkoła” zaświeciły się jej oczy. W ten sposób decyzja podjęła się sama, jakoś poza nami i naszymi planami.

Tymczasem temat rozpoczęcia przez moje najstarsze dziecko szkoły był jednym z tych, który od dawna w tym moim życiu na obczyźnie wzbudzał we mnie olbrzymi lęk. Nie, nie dlatego, że mam problem z wypuszczeniem małej MN. z rodzinnego gniazda. Po prostu w tym jednym wydarzeniu – rozpoczęciu nauki – skupia się całe mnóstwo przeróżnych moich emocji, wyobrażeń, niepokojów.

Żeby to lepiej wytłumaczyć, muszę na chwilę cofnąć się w czasie.

Moja cudowna mama poświęciła mi i mojemu bratu bardzo, bardzo dużo siebie, swojego czasu, swojej uwagi (mamo, dziękuję :*). Szkoła to była głównie jej domena, bo tata miał zdecydowanie mniej czasu i cierpliwości. Mama pomagała w lekcjach, mama pilnowała, mama organizowała i była zaangażowana w życie szkolne i klasowe. Żeby nie było – nie wyręczała nas, byliśmy z moim bratem całkiem kumatymi dziećmi ;). Ale mama była bardzo ważnym filarem tej naszej drogi edukacyjnej, zwłaszcza gdy poszłam jeszcze do szkoły muzycznej i przez kilkanaście lat ciągnęłam dwie szkoły równolegle.

Na takiej bazie powstało więc moje wyobrażenie o supermamie. Taką mamą dla moich dzieci, gdy pójdą do szkoły, zawsze chciałam być. Tymczasem związek międzynarodowy rozbija kolejne wyobrażenia – o idealnym związku z kolegą „zza rogu”, o mieszkaniu blisko domu rodzinnego, o wpadaniu do mamy na popołudniową kawę. I właśnie – o byciu mamą, która pomoże swoim dzieciom w lekcjach, która sprawdzi wypracowanie z polskiego, która przepyta z królów polskich…

Bardzo, bardzo nie chciałam, żeby ten moment nadszedł. By to moje kolejne wyobrażenie rozbiło się w drobny mak. Nie chciałam o tym w ogóle myśleć. I zostałam wzięta z zaskoczenia. Bo choć w Szkole Polskiej moja córka zaczęła naukę polskiego, to jednak poczułam, jakby wszystko wokół z prędkością światła przybliżyło mnie do momentu, w którym podejmie naukę właściwą – z największym prawdopodobieństwem w szkole słowackiej. Gdzie nie będę już w stanie pomóc tak, jakbym chciała…

Uspokajam się, że to przecież jeszcze rok, ale dobrze wiem, że nie ucieknę przed tym. I ta świadomość sprawiła, że te wszystkie październikowe wydarzenia tak bardzo bolały i kosztowały tyle łez.

Tym bardziej, że na zmierzeniu się z własnymi niemożliwymi do zrealizowania marzeniami i wyobrażeniami temat się nie kończy. Kolejna kwestia, która nieuchronnie wiąże się z podjęciem przez nasze dzieci nauki w szkole, to ograniczenia. Obecnie mamy bardzo komfortową sytuację – M. ma sporo wolnego w pracy, ja pracuję z domu, moi rodzice są zawsze otwarci, żeby nas przyjąć, na linii Gdańsk-Wiedeń latają samoloty. Nie jesteśmy w stanie pokonać tego tysiąca kilometrów raz w miesiącu, ale już raz na dwa-trzy nam się udaje. Na dodatek mamy możliwość niewpadania do Polski jak po ogień, bo przy tak dużej odległości naprawdę szkoda by było jechać tylko na weekend, więc zostajemy najczęściej na 2 tygodnie. Zdaję sobie sprawę, że szkoła stopniowo położy temu kres. A ten czas spędzany w Polsce jest dla mnie szalenie ważny i szalenie cenny. Na dodatek widzę, jak wiele dobrego daje też moim dzieciom.

Już ostatnia istotna sprawa, która nieubłaganie wiąże się ze szkołą, to wejście w grupę, przywiązanie. Mam świadomość, że to naturalne i potrzebne, więc nie mogę powiedzieć, że się tego boję – raczej tego mojej córce życzę. By była szczęśliwa, by odnalazła grono fajnych przyjaciół. Z drugiej strony wiąże się z tym nieuchronne wchodzenie w jedną z kultur i wiele wysiłku, niekoniecznie nagrodzonego sukcesem, będzie nas kosztować zachowanie w domu choć względnej równowagi między słowackością i polskością. To zresztą jest świat idealny, bo zdaję sobie sprawę, że tu nie tylko o chęci chodzi, a życie rządzi się swoimi prawami.

No właśnie, życie rządzi się swoimi prawami. I w końcu po tym wielkim uderzeniu musiałam się podnieść. Ale bardzo wiele mnie to kosztowało. Dlaczego to właśnie samotność mnie tak mocno uderzyła? Bo temat jest dla mnie tak trudny, że nie byłam w stanie go podjąć nawet z moim mężem; jedynym przejawem tej wewnętrznej walki były łzy. I uderzyła mnie świadomość, że w moim najbliższym otoczeniu nie ma nikogo, kto miałby podobne doświadczenia. Kto żyłby na obczyźnie i wychowywał tam dzieci, kto byłby w stanie dostrzec, że w pojęciu „szkoła” kryje się dla mnie coś więcej niż tylko jakiś mityczny koniec tego najbardziej beztroskiego dzieciństwa. Że dla mnie całe zagadnienie ma jeszcze drugie, o wiele głębsze dno, związane z naszą rodzinną dwukulturowością. Zabrakło mi zrozumienia. Miałam ramię, na którym mogłam się wypłakać, ale zabrakło mi serca i ucha, które by mnie cierpliwie wysłuchało, które pomogłoby mi do tych wszystkich lęków nabrać właściwego dystansu, zmierzyć się na spokojnie z tym, co musi nadejść. Bo że będę musiała się z tym w końcu zmierzyć, to pewne. Obym następnym razem była lepiej przygotowana. Muszę. Takie życie wybrałam.

Ławka szkolna MN.

Nedávno ma zasiahol úder. Jeden z tých bolestivejších, priamo do srdca. Až som stratila dych. Niekoľko dní som bola rozbitá na tisícky malých kúsočkov a vôbec som sa z toho nemohla dostať. Zasiahla ma moja osamelosť.

Nie, že by sme s mojou osamelosťou neboli staré známe. V skutočnosti spolu žijeme viac-menej bez nezhôd. Jednoducho som nebola pripravená na udalosti, ktoré sa stali tento mesiac, nestihla som sa obrniť a postaviť hradby.

Čo také sa stalo? Zdalo by sa, že nič, práve naopak, niečo, na čo by som mala byť hrdá. Moja dcéra chodí do poslednej triedy v škôlke, ale keď šla na krúžok pre predškolákov pri poľskej škole, natoľko sa vynímala, že nám navrhli, aby sa pripojila k prvákom. Spočiatku sme nechceli nič uponáhľať, malá bude mať v novembri 6 rokov, v oboch našich štátoch by teda mala začať chodiť do školy v školskom roku 2019/2020 a povedali sme si, že tak to bude najlepšie. Nedá sa však prehliadnuť, že MN je malý knihomoľ, intelektuálny typ. Pri slove „škola” sa jej zablyšťalo v očiach. Takto padlo rozhodnutie samo, akosi mimo nás a našich plánov.

Otázka začiatku školskej dochádzky môjho najstaršieho dieťaťa je však jednou z tých, ktoré vo mne pri mojom živote v inom štáte vzbudzujú obrovský strach. Nie, nie preto, že by som mala problém s vypustením malej MN z rodičovského hniezda. Jednoducho v tej jednej udalosti – začiatku školy – sa sústreďuje celá paleta najrôznejších emócií, predstáv a starostí.

Ak to mám lepšie vysvetliť, musím sa na moment vrátiť späť v čase.

Moja úžasná mama venovala mne i môjmu bratovi veľa zo seba, svoj čas, svoju pozornosť (mama, ďakujem :*). Škola bola hlavne jej doménou, pretože tato mal rozhodne menej času aj trpezlivosti. Mama mi pomáhala pri učení, dávala pozor, organizovala a bola zapojená do života mojej školy i triedy. Nemyslite si, že by robila niečo za nás, to nie, boli sme aj s bratom pomerne šikovní ;). Mama však bola veľmi dôležitým pilierom na tej našej ceste vzdelávaním, zvlášť, keď som ešte začala chodiť do hudobnej školy a dlhé roky som ťahala obe školy súčasne.

Na takomto základe teda vznikla moja predstava o supermame. Takou mamou mojich detí, keď pôjdu do školy, som vždy chcela byť. Avšak medzinárodný vzťah rozbíja stále ďalšie predstavy – o ideálnom vzťahu s kamarátom z vedľajšej ulice, o bývaní v blízkosti rodičov, o poobedňajšej káve s mamou, keď sa nám zachce. A tiež – o bytí mamou, ktorá pomôže deťom pri učení, ktorá skontroluje úlohu z poľštiny a preskúša z poľských kráľov...

Veľmi, veľmi som nechcela, aby tá chvíľa prišla. Aby sa ďalšia moja predstava rozbila na márne kúsky. Nechcela som na to myslieť. A prišlo to úplne nečakane. Hoci sa moja dcéra začala v poľskej škole učiť poľštinu, aj tak som pocítila, akoby sa začal s rýchlosťou svetla približovať moment, keď sa začne to hlavné vzdelávanie – s najväčšou pravdepodobnosťou v slovenskej škole. Kde už nebudem môcť pomáhať tak veľmi, ako by som chcela...

Upokojujem sa, že mám ešte rok, ale dobre viem, že pred tým neutečiem. A to vedomie spôsobilo, že všetky tie októbrové udalosti tak veľmi boleli a stáli toľko sĺz.

To všetko o to viac, že sa to celé nekončí pri konfrontácii skutočnosti s vlastnými, neuskutočniteľnými snami a predstavami. Ďalšou otázkou, ktorá sa nevyhnutne spája so začiatkom školskej dochádzky detí, sú rôzne obmedzenia. Teraz sme vo veľmi pohodlnej situácii – M. má veľa voľna v prácy, ja pracujem z domu, moji rodičia nás vždy radi prijmú, medzi Gdaňskom a Viedňou je letecké spojenie. Nie je možné prekonať tých tisíc kilometrov raz za mesiac, ale raz na dva až tri sa nám darí. Navyše, nemusíme do Poľska prichádzať len na krátky moment, lebo pri takej vzdialenosti by bola skutočne škoda chodiť len na víkend, preto väčšinou zostávame 2 týždne. Uvedomujem si, že so začiatkom školy táto výhoda postupne končí. Avšak ten čas trávený v Poľsku je pre mňa strašne dôležitý a cenný. Vidím tiež, koľko dobra to dáva mojim deťom.

Poslednou významnou záležitosťou, ktorá sa nevyhnutne spája so školou, je bytie súčasťou skupiny, prináležitosť. Je mi jasné, že je to prirodzené a potrebné, nedá sa povedať, že sa toho bojím – skôr to dcérke prajem. Aby bola šťastná, našla si dobrých priateľov. Na druhej strane sa s tým spája ponorenie sa do jednej kultúry – my zas budeme musieť vynaložiť množstvo námahy, nie nevyhnutne odmenenej úspechom, aby sa zachovala aspoň aká-taká rovnováha medzi slovenskosťou a poľskosťou u nás doma. Hovorím tu o ideálnom stave, pretože si uvedomujem, že nie vždy je to otázka vôle. Život má svoje vlastné pravidlá.

Tak je to, život má svoje pravidlá. Napokon som sa aj po tomto údere musela postaviť na nohy. Veľa ma to však stálo. Prečo ma tak veľmi zasiahla práve osamelosť? Lebo táto téma je pre mňa natoľko náročná, že som nebola schopná prebrať ju ani s vlastným mužom. Jediným prejavom toho vnútorného boja boli slzy. Zasiahlo ma vedomie, že v mojom najbližšom okolí nie je nik, kto by mal podobné skúsenosti. Kto žije v inej krajine, vychováva tam deti, kto by bol schopný pochopiť, že v pojme „škola” sa v mojej hlave skrýva aj niečo viac ako len mýtický koniec toho najviac bezstarostného detstva. Že pre mňa má celá táto záležitosť ešte druhé, oveľa hlbšie dno, spojené s dvomi kultúrami v našej rodine. Chýbalo mi pochopenie iného. Mala som rameno, na ktorom som sa mohla vyplakať, ale chýbalo mi srdce a ucho, ktoré by ma trpezlivo vypočulo, ktoré by mi pomohlo získať odstup od tých všetkých strachov, v pokoji sa konfrontovať s tým čo musí prísť. Lebo k tej konfrontácii musí prísť, to je jasné. Kiežby som nabudúce bola lepšie pripravená. Musím byť. Taký život som si zvolila. 


środa, 28 lutego 2018

Polska vs Słowacja


W dyskusji na fb pod ostatnim (styczniowym) postem autorstwa mojego męża padło pytanie o różnice między Polską a Słowacją. Czy już o nich kiedyś pisałam? W którym miejscu?

Szczerze przyznaję, przeczytawszy to pytanie, aż przetarłam oczy ze zdumienia (pozdrawiam serdecznie jego autorkę i dziękuję za inspirację do niniejszego posta :D). Jak to: gdzie piszę o różnicach? Przecież cały mój blog jest o różnicach! Przecież Słowacja to nie Polska i to jest generalnie jedna wielka różnica! ;) Gdy już trochę ochłonęłam z pierwszego szoku, zaczęłam się zastanawiać, jak to tak naprawdę z tymi różnicami jest. Dla mnie oczywiście, bo zdaję sobie sprawę, że samo życie na emigracji każdy człowiek może odbierać bardzo, bardzo różnie.

Wydaje mi się, że różnice dostrzegam znacznie wyraźniej. Bierze się to chyba stąd, że dobre rzeczy przyjmuję na zasadzie: „tak to powinno być”, „jest dobrze, czyli normalnie” i przykładam do nich mniejszą wagę niż do tych złych, które są „nie na miejscu”, są „do poprawki” i trzeba się z nimi jakoś zmierzyć. Stąd też mam często poczucie, że tych różnic jest znacznie więcej niż podobieństw. Może pomaga temu i to, że te faktycznie istniejące różnice są dość kluczowe?

1. Powierzchnia kraju i liczba ludności

W tym miejscu wystarczyłyby właściwie suche fakty (za Wikipedią):

Polska - 38 422 346 ludzi i 312 679 km² powierzchni
Słowacja - 5 445 802 ludzi i 49 035 km² powierzchni

Jakby się nie upierać – te liczby przekładają się na ogromną różnicę w postrzeganiu świata. Inaczej rozumiemy odległości, inaczej odbieramy, czym jest duże, a czym małe miasto, inaczej w tej przestrzeni widzimy siebie. Poza tym z liczbą ludności i powierzchnią kraju bezapelacyjnie wiąże się kwestia rynku. W Polsce już dużo większy i dużo lepszy wybór produktów, często wyraźnie tańszych. Banalny przykład – gdy wprowadzaliśmy się do naszego bratysławskiego mieszkania i potrzebowaliśmy mebli, dużo bardziej opłacało nam się kupić je w polskiej Ikei niż słowackiej. Przejazdy północ-południe mieliśmy i tak zaplanowane, więc ich kosztów nie traktowaliśmy jako nadprogramowych, a przy tej liczbie mebli, którą potrzebowaliśmy, zaoszczędziliśmy ponad 100 euro. A takich historii było już w naszym życiu więcej.

2. Język

No umówmy się – rodzina języków słowiańskich składa się z naprawdę wielu języków. Jasne – są pokrewne, jasne – jesteśmy w stanie się ich szybciej nauczyć, jasne – dzięki znajomości dwóch języków słowiańskich jeszcze lepiej rozumiemy nieznany nam trzeci, ALE… mimo wszystko to NIE są identyczne języki. I jeśli chodzi nam o to, żeby się „jakoś” dogadać, to oczywiście – bez większych problemów porozumiemy się jakoś w polsko-słowackiej rozmowie. Ale jeśli chcemy pomóc swojemu dziecku odrobić lekcje, w pracy zawodowej wykorzystywać ten drugi język nie tylko w mowie, ale i w piśmie, porozmawiać z osiemdziesięcioletnim dziadkiem swojego partnera o polityce, to NAPRAWDĘ nie wystarczy tylko ten nasz polski na Słowacji/słowacki w Polsce. Dodatkowo obcy język, choćby najbliższy i najlepiej znany, potrafi zmęczyć, potrafi sfrustrować. Nie cierpię tych chwil, gdy po miesiącu wakacji w Polsce wracam na Słowację i wszyscy wokół jakoś tak dziwnie mówią. Aha, po słowacku ;). Nie cierpię też, gdy po wielu miesiącach na Słowacji wracam do Polski, a w głowie mam same słowackie słówka. A już najbardziej nie znoszę oglądać olimpiady w słowackiej telewizji, bo mam wrażenie, że każda startująca zawodniczka pochodzi ze Słowacji (dla niewtajemniczonych: to przez to nieśmiertelne „-ova” dodawane do nazwiska KAŻDEJ kobiety ;)).

3. Charakter narodowy

To pojęcie bardzo pojemne i bardzo trudne do zdefiniowania. Poza tym bardzo mocno opiera się na generalizacji, a tu już zaczynamy stąpać po śliskim lodzie. Niemniej jednak jakbym tego punktu nie zatytułowała, różnice w podejściu do życia, do swojego kraju, do języka są wyraźnie odczuwalne. Wpływ na to wszystko ma chyba przede wszystkim historia naszych narodów i państw. Przykłady? Czechosłowacja nie istnieje od 1993 roku, ale na Słowacji wciąć pełno czeskich gazet w kioskach, filmów w telewizji, książek w księgarniach. Nie sądzę, żeby coś takiego mogło przejść w Polsce z jakimkolwiek sąsiednim słowiańskim językiem. Inna kwestia to święta narodowe, brak flag, prawie zupełny brak uroczystości poza państwowymi, społeczny marazm. Jak odczuwam tę różnicę jako Polka, pisałam już nie raz (tu i tu). A sposób postrzegania świata związany z miejscem zamieszkania? Słowacy są bardziej „wiejscy” niż „miejscy”, żyją w mniejszych miejscowościach i mam poczucie, że często są przez to bardziej otwarci, są bliżej drugiego człowieka, żyją jakby bardziej rodzinnie w swoich małych społecznościach, bardziej się angażują (ale to piszę ja, dziewczyna wychowana w milionowym Trójmieście i studiująca w Poznaniu, gdzie samych studentów było 100 000 :)).

4. Kuchnia

To, że Słowacy jedzą często na śniadanie kanapki i piją ciepłą herbatę, jak to bywa i w Polsce, nie znaczy jeszcze, że te nasze kuchnie są takie zbliżone :D. Najbardziej odczuwam to oczywiście w święta, gdy przed moim nosem stawia się kapustnicę ze śmietaną albo sałatkę cebulowo-ziemniaczaną, ale słynne bryndzowe haluszki to też niekoniecznie znany mi z Polski smak ;). Poza tym pojawia się tu ważna kwestia – pochodzę znad morza. M-O-R-Z-A. A nad morzem je się ryby :). Tego Słowacy już w ogóle nie mają (to, co można dostać w restauracji, to marna namiastka dań rybnych wychodzących spod ręki mojej mamy <3). Kuchnia jest oczywiście kwestią mocno regionalną, ale to, co rzuciło mi się w oczy na Słowacji, w skrócie wyglądałoby tak: dużo wędzonych serów, dużo kiełbas, zupełnie inne twarogi (straszliwie sypkie!), dużo fasoli i generalnie roślin strączkowych, maaało warzyw na obiad (prawie nie ma tu zwyczaju podawania do obiadu surówki), jeśli zupy, to raczej bardzo rzadkie, „zapchajbrzuchy” przed drugim daniem ;), dużo słodkich obiadów (w moim polskim domu w Wielki Piątek nie ma opcji, żeby zjeść na obiad ryż zapiekany z owocami albo chałkę z piekarnika z owocami i dżemem (jemy pulki i śledzie!), a na Słowacji to zupełnie normalne :)).

5. Morze vs góry

Znacie mnie :). Nie byłabym sobą, gdyby nie pojawił się ten punkt ;). To wcale nie ostatnia różnica, ale za to z mojego punktu widzenia niezwykle istotna. Cała rodzina mojego męża jest totalnie zbzikowana na punkcie gór. Tu wycieczka, tam wycieczka, tu relaks przy górskim wodospadzie, a tu ucieczka od świata w ciszę górskiego szlaku. Mój mąż z WIELKIM trudem przełyka fakt, że ja się na takie wycieczki absolutnie, ale to absolutnie nie piszę. Gdy tylko zostaję z dzieciakami na dłużej w Polsce, on już planuje z kim i w które słowackie góry pojechać. Chodzenie po górach to chyba słowacki sport narodowy :). A już na pewno najlepszy sposób na spędzenie weekendu ;). Gdy ja w odpowiedzi opowiadam o moich ukochanych kąpielach w polskim morzu, spotykam się zawsze z nieśmiertelnym: „Ale tam jest chyba za zimno na pływanie?” :D Moi drodzy, TO jest różnica nie do pogodzenia ;). Morze to nas raczej nigdy nie połączy ;).

Cóż, dotarliście ze mną do końca tych wynurzeń :). Nie sposób omówić wszystkie różnice, wiele skrywa się w takich drobiazgach dnia codziennego (np. dubbing vs lektor w telewizji ;)), niektóre trudno nazwać. Dostrzegam je jednak bardzo wyraźnie. Jak to ujął niedawno nasz dobry kolega: „Polacy – wy pieprzeni nacjonaliści” :D. I choć było to powiedziane z przymrużeniem oka (mam nadzieję!), to jednak ziarnko prawdy w tym jest :). Duma narodowa to nasza wielka zaleta i wielka słabość. I ja sobie z tą moją dumą z bycia Polką jakoś na tej Słowacji muszę radzić ;). Dzięki Bogu, że są też jednak podobieństwa! :)

Edynburg. Odrobina polskiego "nacjonalizmu" ;).


V diskusii na fb pod ostatným (januárovým) postom, ktorého autorom bol môj manžel, padla otázka o rozdieloch medzi Poľskom a Slovenskom. Písala som už o nich? Ak áno, kde?

Úprimne sa priznávam, že po prečítaní tej otázky som si až pretrela oči od prekvapenia (srdečne pozdravujem jej autorku a ďakujem za inšpiráciu k tomuto postu :D). Ako to: kde píšem o rozdieloch? Predsa celý môj blog je o rozdieloch! Predsa Slovensko nie je Poľsko a to je hneď jeden veľký rozdiel! ;) Keď som sa už otriasla z prvotného šoku, začala som premýšľať, ako to s tými rozdielmi v skutočnosti je. Samozrejme, ide o moje vnímanie, pretože je mi jasné, že život v inej krajine môže každý vnímať úplne inak.

Zdá sa mi, že rozdiely vnímam oveľa výraznejšie. Je to snáď spôsobené tým, že dobré veci vnímam štýlom „tak by to malo byť”, „je dobre, čiže je normálne” a pripisujem im menšiu pozornosť ako tým zlým, ktoré „nie sú v poriadku”, „treba ich zmeniť” či nejako „si s nimi poradiť”. Preto mám tiež často pocit, že rozdielov je oveľa viac ako podobností. Možno to zvýrazňuje aj skutočnosť, že rozdiely, ktoré existujú sú kľúčové.

1. Rozloha a počet obyvateľov

Na tomto mieste by snáď stačili aj suché fakty (podľa Wikipedie):

Poľsko - 38 422 346 obyvateľov a 312 679 km² rozlohy
Slovensko - 5 445 802 obyvateľov a 49 035 km² rozlohy

Akokoľvek sa na to pozeráme, tie čísla znamenajú obrovský rozdiel vo vnímaní sveta. Inak chápeme vzdialenosti, inak vnímame, čo je veľké a čo malé mesto, inak v tom priestore vidíme seba. Okrem toho, počet obyvateľov a rozloha sa automaticky odrážajú aj v otázke veľkosti trhu. V Poľsku je oveľa väčší a lepší sortiment výrobkov, často výrazne lacnejších. Banálny príklad – keď sme sa sťahovali do nášho bratislavského bytu a potrebovali sme nábytok, oveľa viac sa nám oplatilo kúpiť ho v poľskej IKEA ako v slovenskej. Cesty sever-juh sme mali naplánované, a tak sme tie dopravné náklady nevnímali ako nadbytočné, a pri tom objeme nábytku, ktorý sme potrebovali, sme ušetrili viac ako 100 euro. A takých príbehov bolo v našom živote viac.

2. Jazyk

Dohodnime sa najprv, že rodina slovanských jazykov má naozaj veľa členov. Jasné – sú príbuzné, jasné – sme schopní sa ich rýchlejšie naučiť, jasné – vďaka znalosti dvoch slovanských jazykov ešte lepšie rozumieme tretí, ALE... napriek všetkému to NIE sú identické jazyky. Pokiaľ ide iba o základné dorozumievanie, samozrejme, že sa bez väčších problémov dohodneme. Ale ak chceme pomôcť dieťaťu s domácou úlohou, ak chceme v práci použiť ten druhý jazyk nielen ústne, ale aj písomne, ak chceme hovoriť o politike s osemdesiatročným dedkom svojho partnera, SKUTOČNE nestačí iba naša slovenčina v Poľsku a poľština na Slovensku. Navyše, cudzí jazyk, akokoľvek blízky a dobre známy, dokáže unaviť a frustrovať. Neznášam tie chvíle, keď sa po mesiaci prázdnin v Poľsku vraciam na Slovensko a všetci okolo mňa tak zvláštne hovoria. Aha, po slovensky ;). Nemám rada, keď sa po mnohých mesiacoch na Slovensku vraciam do Poľska a v hlave mám samé slovenské slová. A celkom najviac neznášam sledovať olympiádu v slovenskej televízii, pretože mám pocit, že každá pretekárka na štarte je Slovenka (pre nováčikov: to kvôli nesmrteľnému „ová” pridávanému k priezvisku KAŽDEJ ženy ;)).

3. Národný charakter

Tento termín je veľmi obsiahly a ťažko definovateľný. Okrem toho, podporuje silné zovšeobecnenie, čiže začíname kráčať po tenkom ľade. Akokoľvek by som však nazvala tento bod, rozdiely v životnom štýle, vo vzťahu k vlastnej krajine a jazyku sú veľmi citeľné. Vplyv na to všetko má snáď predovšetkým rozdielna história našich národov a štátov. Príklady? Československo nefunguje od roku 1993, ale na Slovensku je stále v stánkoch plno českých magazínov, v televízii plno českých filmov a v kníhkupectvách plno českých kníh. Nemyslím si, že by také niečo bolo možné v Poľsku s akýmkoľvek slovanským susedom. Ďalej tu máme vzťah k štátnym sviatkom, žiadne vlajky, žiadne oslavy okrem štátom organizovaných, spoločenská apatia. Moje vnímanie tohto rozdielu ako Poľky som už opísala viackrát (tu aj tu). A spôsob vnímania sveta spojený s miestom pobytu? Slováci sú viac „vidiecki” ako „mestskí”, žijú v menších sídlach a mám pocit, že často sú vďaka tomu viac otvorení, sú bližšie k druhému človeku, žijú viac rodinne vo svojich malých komunitách, viac sa angažujú (ale píšem to ja, dievča, ktoré vyrástlo v miliónovom Trojmeste a študovalo v Poznani, kde len študentov bolo 100 000 :)).

4. Kuchyňa

To, že Slováci jedia na raňajky často obložený chlebík a pijú teplý čaj tak ako aj v Poľsku ešte neznamená, že sú naše kuchyne také blízke :D. Najviac to samozrejme pociťujem počas sviatkov, keď mám na tanieri kapustnicu so smotanou alebo cibuľovo-zemiakový šalát, hoci bryndzové halušky tiež v Poľsku veľmi nepoznáme ;). Okrem toho, je tu ešte jedna dôležitá vec – pochádzam od mora. M-O-R-A. A pri mori jedávame ryby :). To na Slovensku vôbec neplatí (to, čo môžete dostať v reštaurácii, je iba slabá náhrada za jedlá z rýb, ktorých autorkou je moja mama <3). Kuchyňa je samozrejme vec ovplyvnená regiónmi, ale to, čo mám pred očami, keď sa povie slovenská potravina, sú údené syry, klobásy, úplne iné tvarohy (strašne sypké), veľa fazule a strukovín vo všeobecnosti, mááálo zeleniny k hlavným jedlám (takmer neexistuje zvyk podávania zeleninového šalátu k hlavnému jedlu), a ak sú polievky, tak skôr veľmi riedke podávané pred druhým jedlom ;), veľa sladkých obedov (v mojom poľskom dome na Veľký Piatok nemožno zjesť na obed ryžový nákyp alebo žemľovku, jeme varené zemiaky so sleďom... na Slovensku je to úplne normálne :)).

5. More vs. hory

Poznáte ma :). Nebola by som to ja, keby sa neobjavil tento bod ;). Nie je to posledný rozdiel, ale z môjho pohľadu je veľmi dôležitý. Celá rodina môjho muža je fanúšikom hôr. Tu výlet, tam výlet, tu oddych pod horským vodopádom, tam útek od sveta do ticha lesného chodníka. Môj manžel VEĽMI ŤAŽKO prehĺta fakt, že ja absolútne nie som na také výlety. Keď zostávam s deťmi dlhšie v Poľsku, on už plánuje s kým a do ktorých slovenských hôr pôjde. Horská turistika je snáď slovenský národný šport :). Alebo minimálne najlepší spôsob na strávenie víkendu ;). Keď v rámci odpovede spomínam moje milované kúpanie v poľskom mori, stretávam sa s nesmrteľným „Ale tam je snáď príliš chladno na kúpanie!” :). Moji drahí, TO je rozdiel, ktorý sa nedá prekonať ;). More nás nikdy nespojí ;).

Tak a sme na konci týchto mojich myšlienok :). Nedá sa popísať všetky rozdiely, veľa z nich sa skrýva v každodenných drobnostiach (napr. dabing vs. lektor v televízii :)), niektoré sa ťažko nazývajú. Vnímam ich však veľmi výrazne. Ako to nedávno okomentoval náš dobrý kamarát: „Poliaci – vy zasraní nacionalisti” :D. A hoci to bolo povedané zo žartu (aspoň dúfam!), je v tom zrnko pravdy :). Národná hrdosť je naša veľká sila i slabina zároveň. A ja si s tou hrdosťou z poľskosti musím na Slovensku akosi poradiť ;). Vďakabohu, že niektoré veci sú aj podobné! :)


piątek, 30 czerwca 2017

Robić swoje / Robiť si svoje

Mała MN. idzie od września do przedszkola. Wielkie wydarzenie w życiu naszej rodziny. 3, 2, 1, 0… start!, edukacja naszej córki oficjalnie wystartowała. I to na Słowacji. To jeden z moich największych lęków związanych z wychowywaniem dzieci dwunarodowych. Bo właśnie, jak ostatnio w rozmowie ze mną odkryła jedna dobra znajoma, tu nie chodzi tylko o to, że moje dzieci są dwujęzyczne. Tu chodzi o to, że są dwunarodowe. Są zarówno Słowakami, jak i Polakami. I przede mną i M. stoi trudne zadanie, by ich w tym duchu wychować, by pomóc im odnaleźć się w takim mniej typowym układzie, którego żadne z ich rodziców nie zna od strony praktycznej. Ja nie wiem, co znaczy mieć 2 narodowości, przynajmniej nie w tak dosłownym wymiarze, jak doświadczają tego moje dzieci. Ja mogę tylko słuchać, co do powiedzenia na ten temat mają inni znajdujący się w podobnej sytuacji i wypracować z M. jakąś spójną, wspólną wizję, w której moje dzieci będą się czuły bezpiecznie i normalnie. Szkoła zdecydowanie będzie miała wyraźny wpływ na rozwój w jednym z kierunków, w tym wypadku słowackim. A tu zarysowuje się kolejny mój wielki lęk, który wprawdzie póki co znajduje się w sferze czystej teorii, ale kiedyś może się urzeczywistnić – moje dzieci w przyszłości będą miały prawo wyboru, z jaką narodowością bardziej się utożsamiają i będą mogły zdecydować, czy jednej ze swoich dwóch narodowości nie odrzucić, nie zrezygnować z niej. Brzmi oburzająco? Że jak to? Że dlaczego? Że po co? Ok, ale w końcu każdy decyduje sam za siebie. I może do czegoś takiego dojść, chociaż cholernie bym tego nie chciała. Spotkałam już dorosłe dzieci z polsko-słowackich rodzin, których język i zachowanie świadczyły o tym, że wybrały bycie Słowakami. Bolało. I może stąd ten mój strach. Bo już gdzieś to kiedyś widziałam…

Szkoła przeraża mnie dlatego, że nie umiem poprawnie pisać po słowacku, że słowacki alfabet jest inny, że litery pisane są inne (!), że nie znam historii Słowacji, że nie znam nazw różnych pojęć w języku słowackim… Przeraża mnie, że nie będę umiała pomóc własnym dzieciom tak, jak bym chciała, że nie będę dla nich wystarczającym wsparciem. Poza tym w szkole nikt nie będzie przejmował się tym, że nie świętujemy słowackiego dnia mamy, ale polski i moje dziecko pewnie łatwo zapomni w ferworze przygotowań przeróżnych laurek i pod wpływem innych dzieci, że mama tego dnia nie świętuje… Niby drobiazg, ale dla mnie urasta do ogromnych rozmiarów. Najgorsze, że M. oczywiście mógłby to samo powiedzieć o polskiej szkole. Ja przedstawiam wam tylko moją perspektywę.

A ta wspomniana kwestia tożsamości? Kolejna znajoma, sama będąca w dwunarodowym związku, gdy usłyszała moje wątpliwości odnośnie dzieci i ich wyborów, zareagowała stanowczym: „Nie! Niech moje dzieci wybiją to sobie z głowy”. Nie powiem, zwykłe zabronienie moim dzieciom czegokolwiek jest bardzo kuszącym rozwiązaniem, tylko że rzadko odnosi pożądany skutek ;). Na chwilę obecną wydaje mi się, że przede wszystkim muszę utrwalać w nich to naturalne przekonanie, że to, w czym żyją, jest zupełnie normalne. Musimy z M. konsekwentnie podkreślać bogactwo wynikające z tego, że dzieciaki są dwunarodowe, a nie trudności z tym związane. No i to my tworzymy nasze domowe tradycje, budujemy równowagę między polskością a słowackością, stawiamy pomiędzy nimi mosty. Uczymy kochać Polskę i Słowację, uczymy je szanować i traktować na równi. Do nas należy niewzmacnianie podziałów, nieprzedstawianie pewnych rzeczy jako wyraźnie lepszych lub gorszych, zaszczepianie ciekawości i chęci poznania jednej i drugiej ojczyzny. Fiuuu, wszystko to na ekranie komputera wygląda jeszcze poważniej niż w mojej głowie…

Tak naprawdę jednak najtrudniejsze zadanie ciągle przed nami. Bo schody zaczną się dopiero wtedy, gdy dzieci pójdą do szkoły. Przedszkole MN. to zaledwie preludium do tego, co nas jeszcze czeka, jeśli chodzi o grupę rówieśniczą albo szerzej – całe otoczenie zdominowane przez jedną kulturę i język. Chwilowo czuję się trochę jak Dawid stający do walki z Goliatem ;). Niby wiem, że nie tędy droga, podchodzenie do tematu niczym do pojedynku nie prowadzi do znalezienia spokojnego rozwiązania. Jednocześnie jednak już teraz muszę być czasami jak lwica, by bronić mojej rodziny – wierzcie mi, komentarze pełne ignorancji lub zwyczajnie pozbawione odrobiny empatii na temat naszych krajów czy języków zdarzają się regularnie. A może zamiast pokazywania pazurów lepiej byłoby uzbroić się w naprawdę, naprawdę gruby pancerz? Która opcja będzie bardziej pomocna dla moich dzieci? I pomoże im samym nie zgubić własnej tożsamości? Mam jeszcze czas na dokładniejsze rozważenie tych możliwości. Pewnie niektóre rzeczy wyklarują się „w praniu”, z czasem, będą dojrzewać wraz z nami i naszymi dziećmi. Ale zegar tyka…




Malá MN ide od septembra do škôlky. Veľká udalosť v živote našej rodiny. 3, 2, 1, 0… štart!, vzdelávanie našej dcérky sa oficiálne začalo. A to na Slovensku. Je to jedna z mojich najväčších obáv spojených s vychovávaním dvojnárodových detí. Ide práve o to, ako na to nedávno v rozhovore so mnou prišla jedna dobrá známa, že naše deti nie sú len dvojjazyčné. Oni sú totiž dvojnárodové. Sú takisto Slovákmi ako aj Poliakmi. A predo mnou a M. stojí ťažká úloha, aby sme ich v tomto duchu vychovali, aby sme im pomohli nájsť si miesto v takomto menej štandardnom formáte, ktorý ani jeden z ich rodičov nepozná z praktickej stránky. Ja neviem, čo to znamená, mať 2 národnosti, aspoň nie tak doslovne, ako to zakúšajú moje deti. Môžem len počúvať, čo na to hovoria iní ľudia, ktorí sa nachádzajú v podobnej situácii, a pripraviť s M. nejakú kompaktnú, spoločnú víziu, v ktorej sa deti budú cítiť bezpečne a normálne. Škola bude mať rozhodne významný vplyv na rozvoj v jednom smere, v tomto prípade v tom slovenskom. No a tu stojím pred ďalšou veľkou obavou, ktorá sa síce zatiaľ nachádza v sfére čistej teórie, ale raz sa môže zreálniť – moje deti budú mať v budúcnosti právo voľby, s ktorou národnosťou sa viac identifikujú, a budú sa môcť rozhodnúť, že jednu z nich odmietnu a vzdajú sa jej. Znie to šokujúco? Pýtate sa ako to, prečo, načo? Ok, ale v konečnom prípade každý rozhoduje sám za seba. A aj k takémuto niečomu môže dôjsť, hoci by som to absolútne nechcela. Stretla som už dospelé deti z poľsko-slovenských rodín, ktorých jazyk aj správanie svedčili o tom, že si vybrali Slovensko. Bolelo. A možno odtiaľ pochádza ten môj strach. Lebo som to už niekedy niekde videla...

Škola ma straší preto, že neviem správne písať po slovensky, že slovenská abeceda je iná, že písané písmená sú iné (!), že nepoznám históriu Slovenska, že nepoznám názvy rôznych pojmov v slovenčine... Bojím sa toho, že nebudem môcť pomôcť vlastným deťom tak, ako by som chcela, že im dostatočne nebudem oporou. Okrem toho, v škole nebude nikoho zaujímať, že neoslavujeme slovenský, ale poľský deň matiek, a moje dieťa iste pri príprave rôznych darčekov pre maminy pod vplyvom iných detí ľahko zabudne, že jeho mama oslavuje inokedy... Možno je to maličkosť, ale pre mňa narastá do obrovských rozmerov. Najhoršie je, že M. by, samozrejme, mohol povedať to isté o poľskej škole. Ja sa s vami delím iba svojou perspektívou.

A tá spomínaná otázka identity? Ďalšia známa, ktorá je tiež v dvojnárodovom vzťahu, keď počula o mojich pochybnostiach súvisiacich s deťmi a ich voľbami, zareagovala rozhodne: „Nie! Nech si to moje deti vytlčú z hlavy”. Pravda je taká, že dať jednoduchý zákaz mojim deťom na čokoľvek je veľmi lákavé, avšak zriedkavo prináša želaný výsledok ;). Momentálne sa mi zdá, že v nich predovšetkým musím posilňovať  prirodzené presvedčenie, že to, v čom žijú, je úplne normálne. Musíme spolu s M. vytrvalo zdôrazňovať bohatstvo vyplývajúce z toho, že deti sú z dvoch národov, a nie ťažkosti, ktoré sú s tým spojené. No a práve my tvoríme naše domáce tradície, budujeme rovnováhu medzi poľskosťou a slovenskosťou, staviame medzi nimi mosty. Učíme, ako milovať Poľsko aj Slovensko, učíme ich rešpektovať ich a správať sa k nim rovnako. My sme tí, ktorých úlohou je neposilňovať rozdiely, neukazovať niektoré veci ako výrazne lepšie či horšie, vštepovať deťom zvedavosť a chuť spoznávať jednu aj druhú vlasť. Fúúú, všetko to na obrazovke vyzerá ešte vážnejšie ako v mojej hlave...

To najťažšie je v skutočnosti stále pred nami. Lebo tá najväčšia námaha nás bude čakať vtedy, keď pôjdu deti do školy. Škôlka MN je iba predohra pred tým, čo je tam niekde ďalej a čo sa týka celej skupiny rovesníkov, alebo v širšom zmysle, celého prostredia s jedným dominantným jazykom a jendou kultúrou. Chvíľami sa cítim trochu ako Dávid, ktorý sa postavil do boja proti Goliášovi ;). Viem síce, že tadiaľ cesta nevedie, že vnímať celú situáciu ako súboj nás neprivedie k rozvážnemu riešeniu. Jednako sa však už teraz musím niekedy správať ako levica, ktorá bráni svoju rodinu – verte mi, že sa pravidelne objavujú komentáre plné ignorancie alebo jednoducho bez akejkoľvek empatie týkajúcej sa našich krajín či jazykov. Mala by som sa snáď namiesto vystrkovania pazúrov vyzbrojiť skutočne, skutočne hrubým pancierom? Ktorá možnosť viac pomôže mojim deťom? Ktorá im pomôže nestratiť sa v ich vlastnej identite? Ešte mám čas na dôkladnejšie uvažovanie o týchto možnostiach. Niektoré veci sa určite ukážu časom, budú dozrievať spolu s nami a našimi deťmi. Ale hodiny tikajú...