Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 grudnia 2019

Zaujimavé časy / Ciekawe czasy


Končiaci sa rok 2019 je pre našu rodinu spojený so všelijakými zmenami. MN nastúpila v septembri do slovenskej školy a DJ do škôlky, prišiel medzi nás malý JM, ktorý sa tu aktuálne okolo mňa poneviera v červených vianočných ponožkách a rozmýšľa, akú lumpáreň by zas vyparatil. N. sa viac vnorila do aktivít poľskej spoločnosti v Bratislave, začala pracovať v poľskej škole a písať pre Monitor Polonijny, časopis Poliakov na Slovensku.

Zdalo by sa, že u mňa nie je nič nové. Pamätám si však, ako mi kedysi pred rokmi písal bratranec s dvoma deťmi, mne, vysokoškolákovi bez záväzkov. Utkvela mi v pamäti formulácia: žijeme životy našich detí. Vtedy som to nerozumel, dnes už áno. Všetky tie zmeny, ktoré sa stali a stávajú skrz naše deti (a, samozrejme, partnerov), menia aj naše životy. Zdá sa mi, že s dvojnásobnou váhou to platí v prípade zmiešaných vzťahov.

Na stene v našej chodbe visí magnetický kalendár. Každá magnetka znamená nejakú pravidelnú aktivitu. Na stene oproti visí druhý kalendár, papierový, tradične s Krtkom a jeho priateľmi. Doň sú zapísané rôzne nepravidelné aktivity, lekárske vyšetrenia, návštevy, rodičovské združenia. Okrem toho rytmus našich týždňov určujú termíny na preklady, články, korektúry. Predstavujem si, že keby sme boli čarodejníkmi vo svete Harryho Pottera, mali by sme na stene veľký magický kalendár, ktorý by zobrazoval všetko všetučko, školské rozvrhy, krúžky, dedlajny, výmenu pneumatík aj platbu za plyn.

Niektoré z položiek v kalendári vyplývajú z toho, že sme dvojnárodní, že chceme byť dvojjazyční. Možno by sa zdalo, že už je toho dosť aj bez nich, že by sme si niečo mohli odpustiť. Nuž, mohli, ale nechceli. Priznám sa, že občas sa s ľútosťou pozerám na ohryzené víkendy, v ktorých je pol soboty venovanej poľskej škole, pretože to je jediný čas v priebehu školského roka, keď môžeme ísť k mojim rodičom. Niekedy nás zas termíny tlačia tak, že namiesto spoločného večera pri filme každý čumí do svojho monitora a rozmýšľa nad čo najvhodnejšou voľbou slov.

Keď si však premietnem pred sebou tú náplň dní, týždňov, mesiacov, nemôžem si pomôcť, páči sa mi. Som hrdý na to, ako spoločne všetko zvládame, ako dolaďujeme všetky detaily, niekedy sme tvorcami a niekedy sa zas nechávame unášať prúdom činností. Občas nám chýba čas na také obyčajné povaľovanie sa po byte (najmä N., samozrejme :)), ale je dobre, je zaujímavo, nudou nehrešíme. Nemám ilúzie, tempo u nás doma sa bude ešte pár rokov zrýchľovať s tým, ako budú dorastať deti. Môj svokor už asi sedem rokov tvrdí, aby som sa nebál, že ešte zo dvadsať rokov a bude dobre :). 

Želám nám všetkým, nech nás čaká zaujímavý rok 2020, bohatý na radosť, pokoj a krásu. Nech čas, ktorý je snáď našim najväčším darom, využívame na zlepšovanie svojich vzťahov (aj poľsko-slovenských!) a nech ho máme dosť pre tých, na ktorých nám najviac záleží.


Dobiegający końca rok 2019 wiąże się z przeróżnymi zmianami w życiu naszej rodziny. MN. zaczęła we wrześniu naukę w słowackiej szkole, a DJ. rozpoczął przygodę z przedszkolem. Dołączył do nas mały JM., który właśnie kręci się wokół mnie w czerwonych, Bożonarodzeniowych skarpetkach i rozmyśla, co by tu spsocić. N. weszła mocniej w życie Polonii w Bratysławie, podjęła pracę w szkole polskiej i zaczęła pisać dla Monitora Polonijnego, czasopisma Polaków na Słowacji.

Mogłoby się wydawać, że u mnie nic nowego. Pamiętam jednak, jak parę lat temu napisał do mnie kuzyn, który miał dwoje dzieci; do mnie, studenta bez żadnych zobowiązań. W pamięci utkwiło mi zdanie: żyjemy życiem naszych dzieci. Wtedy tego nie rozumiałem, dzisiaj już tak. Wszystkie te zmiany, które zachodziły i zachodzą poprzez nasze dzieci (oczywiście również przez partnerów) zmieniają także nasze życie. Wydaje mi się, że w przypadku związków mieszanych – z podwójną mocą.

W naszym domu na korytarzu wisi kalendarz magnetyczny. Każdy magnes oznacza jakieś odbywające się regularnie zajęcia. Naprzeciwko wisi drugi kalendarz, papierowy, tradycyjnie z Krecikiem i jego przyjaciółmi. W nim są zapisane różne zajęcia nieregularne, badania, spotkania, zebrania rodziców. Poza tym rytm naszych tygodni wyznaczają terminy tłumaczeń, artykułów, korekt. Wyobrażam sobie, że gdybyśmy byli czarodziejami w świecie Harry’ego Pottera, mielibyśmy na ścianie wielki magiczny kalendarz, który prezentowałby wszyściuteńko, plany lekcji, kółka zainteresowań, deadline’y, termin wymiany opon i zapłaty za gaz.

Niektóre z pozycji w kalendarzu wynikają z tego, że jesteśmy dwunarodowi, że chcemy być dwujęzyczni. Może się wydawać, że tego wszystkiego jest wystarczająco dużo nawet bez nich, że moglibyśmy sobie coś odpuścić. Cóż, moglibyśmy, ale nie chcemy. Przyznam, że czasem z żalem patrzę na nasze okrojone weekendy, z których pół soboty poświęcamy na polską szkolę, ponieważ to jedyny czas w ciągu roku szkolnego, gdy możemy odwiedzić moich rodziców. Czasami natomiast terminy gonią nas tak mocno, że zamiast wspólnego wieczoru z filmem każdy ślęczy przed swoim monitorem i zastanawia się nad najlepszym doborem słów.

Gdy jednak przyjrzę się temu układowi dni, tygodni, miesięcy, nic na to nie poradzę – podoba mi się. Jestem dumny z tego, jak sobie wspólnie ze wszystkim radzimy, jak dopracowujemy wszystkie szczegóły, czasem tworzymy, a czasem pozwalamy się unieść prądowi zadań. Niekiedy brakuje nam czasu na takie zwykłe kręcenie się po mieszkaniu (oczywiście przede wszystkim N. :)), ale jest dobrze, jest ciekawie, nuda nam nie grozi. Nie mam złudzeń, tempo życia w naszym domu będzie jeszcze przez kilka lat przyspieszać wraz z dorastaniem naszych dzieci. Mój teść już od jakichś 7 lat powtarza, żebym się nie bał, że jeszcze tak 20 lat i będzie dobrze :).

Życzę nam wszystkim, by czekał nas ciekawy 2020 rok, obfitujący w radość, pokój i piękno. Niech czas, który jest chyba naszym największym darem, wykorzystujemy do pogłębiania swoich relacji (również polsko-słowackich!) i niech nam go nie brakuje dla tych, na których nam najbardziej zależy.


niedziela, 30 czerwca 2019

Puzzle / Puzzle


Ostatnio ledwo nadążałam za własnym życiem. Praca, rodzina, dom, sprawy większe i mniejsze, mniej i bardziej naglące. Do tego jeszcze zmiany, zmiany – MN. dostała się do wymarzonej szkoły, a DJ. do przedszkola (żeby nie tęskniono w nim za bardzo za MN. ;)). Jeden JM. bez zmian (nie licząc kolejnych kilogramów i pierwszego zęba) – to dalej nasze najspokojniejsze i najpogodniejsze dziecko ;). Innymi słowy – życie. Ale raz jest łatwej, a raz trudniej, a w ostatnim czasie było zdecydowanie trudniej. Z opresji nienadążania wybawili mnie dopiero moi rodzice – przyjechali na zakończenie roku szkolnego do swojej wnuczki, a przy okazji pomogli mi dogonić rzeczywistość (dzięki ich obecności mogłam sobie nawet pozwolić na specjalny „bonus” i odwiedzić pewien budynek rządowy w charakterze lektora języka polskiego :)). Ich wsparcie było jak zwykle nieocenione.

Ta moja życiowa minigonitwa zbiegła się w czasie z wysypem przeróżnych akcji. Zakończenie kursu języka angielskiego, zakończenie roku w przedszkolu, zakończenie roku w Szkole Polskiej, Dzień Rodziny na zakończenie roku szkolnego w naszym kościele, ostatni występ grupy tanecznej itp. Typowy czerwiec w życiu rodziny ;). Spotkania, spotkania, spotkania. Akademie, występy, popisy, poczęstunek i mnóstwo rozmów.

Z jednej strony męcząco, z drugiej miło, wzruszająco, wesoło. I… zaskakująco. Co mnie tak bardzo zadziwiło podczas tych spotkań? Zadziwiło mnie, jak bardzo stałam się częścią tego wszystkiego. Nagle odkryłam, że wrosłam w nasze bratysławskie otoczenie dużo głębiej, niż myślałam, i że mam lub mogę mieć swoiste „zaplecze” nie tylko we własnym domu.

Nie zawsze jest łatwo być obcokrajowcem. Nie zawsze lubię się od razu ujawniać z moim pochodzeniem, nie w każdym towarzystwie czuję się swobodnie, nie zawsze chcę być „tą Polką”. Tymczasem zwłaszcza podczas Dnia Rodziny w kościele, do którego chodzimy, i podczas zakończenia roku szkolnego w Szkole Polskiej, poczułam się „u siebie”. Poczułam, że gdzieś przynależę, że coś wspólnie buduję razem ze spotkanymi tam ludźmi. Autentycznie cieszę się na powrót do nich po wakacjach, cieszę się na kolejne spotkania, na kolejne szanse do zacieśnienia relacji. Bo czuję się w tych miejscach bezpiecznie, bo niezależnie od tego, jakim językiem się tam posługuję, mogę być sobą i czuję się przyjęta.

W tym całym czerwcowym zamieszaniu, w tej całej mieszance frustracji i innych trudnych emocji, które przeżywałam, to odkrycie było źródłem niesamowitego spokoju. Tak, jakby kolejny puzzel mojego życia trafił na swoje miejsce. I wiecie co? Coraz bardziej podoba mi się ta układanka. Układam więc dalej :).


Akademia z okazji 15-lecia Szkoły Polskiej i zakończenie roku szkolnego

V poslednej dobe ledva stíham žiť svoj život. Práca, rodina, domácnosť, väčšie aj menšie záležitosti, niektoré urgentné, niektoré menej. K tomu ešte zmeny – MN. sa dostala do vysnívanej školy a DJ. do škôlky (aby im tam nebolo veľmi ľúto za MN. ;)). Iba JM. bez zmien (nepočítam ďalšie kilogramy a prvý zub) – stále je to naše najpokojnejšie a najpohodovejšie dieťa ;). Inak povedané – život. Ale raz je to ľahšie, raz ťažšie a v poslednej dobe to bolo rozhodne ťažšie. Spod tlaku z nestíhania ma oslobodili až moji rodičia – pricestovali na ukončenie školského roka k svojej vnučke a pri tej príležitosti mi umožnili dobehnúť prítomný čas (vďaka ich prítomnosti som si dokonca mohla dovoliť špeciálny bonus a navštíviť istú vládnu budovu ako lektor poľštiny :)). Ich podpora bola ako vždy nedoceniteľná.

Tá moja životná mininaháňačka nadišla v tom istom čase ako celý rad najrôznejších akcií. Ukončenie kurzu angličtiny, ukončenie školského roka v škôlke, ukončenie školského roka v Poľskej škole, Deň rodiny pri príležitosti ukončenia školského roka v našom kostole, posledné vystúpenie z tanečnej školy atď. Typický jún v živote rodiny ;). Stretnutia, stretnutia, stretnutia. Akadémie, vystúpenia, ukážky, občerstvenia a veľa rozhovorov.

Na jednej strane je to únavné, na druhej milé, vzrušujúce, veselé. A... prekvapujúce.  A čo ma tak prekvapilo počas tých stretnutí? Prekvapilo ma, do akej miery som sa stala súčasťou toho všetkého. Náhle som zistila, že som vrástla v naše bratislavské okolie oveľa hlbšie, ako som si myslela, a že mám alebo môžem mať akési „zázemie” nielen vo svojom dome.

Nie vždy je ľahké byť cudzincom. Nie vždy hneď rada odhaľujem svoj pôvod, nie v každej spoločnosti sa cítim slobodne, nie vždy chcem byť „tou Poľkou”. Avšak najmä počas toho Dňa rodiny v kostole, kam chodíme a počas ukončenia školského roka v Poľskej škole som sa cítila ako doma. Cítila som, že niekam patrím, že niečo spoločne budujem s ľuďmi, ktorých tam stretávam. Naozaj sa teším na návraty po prázdninách, teším sa na ďalšie stretnutia, na ďalšie šance na prehĺbenie vzťahov. Cítim sa totiž na tých miestach bezpečne, lebo nezávisle od toho, aký jazyk používam, môžem byť sama sebou a som prijatá.  

V tom celom júnovom zmätku, v tej celej zmesi frustrácie a iných ťažkých emócií, ktoré som prežívala, znamená toto odhalenie zdroj neuveriteľného pokoja. Akoby ďalší dielik skladačky puzzle môjho života zapadol na správne miesto. A viete čo? Čoraz viac sa mi tá skladačka páči. Pokračujem teda v skladaní :).

wtorek, 29 stycznia 2019

Odpowiedź na wszystko / Odpoveď na všetko


Styczeń, od zawsze miesiąc moich urodzin. Od tego roku nie tylko moich. M. urodził się pod koniec października, ja pod koniec stycznia i jakoś tak wyszło, że przestrzeń między naszymi urodzinami zaczęliśmy wypełniać narodzinami naszych dzieci :) – najpierw MN. zaanektowała listopad, 3 lata później DJ. zajął dla siebie grudzień, a początek stycznia w tym roku obsadził najnowszy członek naszej rodziny, JM. W moim życiu dokonała się kolejna rewolucja. Jak się czuję? Oszołomiona, zmęczona, szczęśliwa, dumna, zagubiona, pełna niepokoju, jeszcze pełniejsza miłości. Dawno się tyle nie napłakałam, co w ciągu ostatnich 4 tygodni :). Jeszcze się nie odnalazłam w pełni ani w swoim nowym życiu, ani w swoim ciele. Na zmianę myślę o sobie jak najgorzej i zachwycam się tym, czego dokonałam. 4 ciąże, 3 zdrowych dzieci, 2 porody naturalne i 1 cesarskie cięcie. Gdy prawie 7 lat temu wkroczyłam na drogę macierzyństwa, nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Spotkałam na niej moją cudowną córkę, moich wspaniałych synów, nie raz i nie dwa potknęłam się i wpadłam w jakiś dół, obiłam sobie kolana i poharatałam ręce. Jedno wiem na pewno – absolutnie nic bym nie zmieniła. Gdy teraz, krótko po narodzinach naszego drugiego syna, ciągle jestem taka krucha, nadwrażliwa, gdy ciągle w mojej głowie więcej pytań niż odpowiedzi, widzę, że jednego mojej rodzinie z pewnością nie brakuje, jedno mamy stale w nadmiarze – to ogrom miłości. I ta miłość jest odpowiedzią na każdą trudność, na każdą wątpliwość, na każdy smutek i każde wyzwanie. A tych przecież na co dzień nam nie brakuje.

Wiecie, że w tym roku minie 10 lat, jak znamy się z M.? A parę dni temu minęło 9 lat, od kiedy jesteśmy razem – od pamiętnej chwili, kiedy to M. zaprosił mnie na słowacki bal, a ja się (nieopatrznie ;)) zgodziłam, czym przypieczętowałam swój los :). Tyle że najlepsze w tym wszystkim nie są te daty, rocznice, ale fakt, że czas płynie jakoś poza nami, zupełnie nie czuję jego upływu. Kolejne wydarzenia tworzą spójną całość, poszczególne elementy idealnie się zazębiają, konkretne wybory niosą ze sobą konkretne konsekwencje. Ja przecież nigdy nie marzyłam o tym całym słowackim galimatiasie :). Moja wyobraźnia była na niego po prostu zbyt mała. A przecież wszystko jest tak, jak ma być, nic nie jest przesunięte nawet o milimetr w złą stronę. 2 kraje, 2 języki, 2 narodowości, 2 kultury, 2 światy… W tym wszystkim po prostu musi być miłość, jak inaczej wyszłaby z tego jedna rodzina?

9,5 roku temu (nasze pierwsze zdjęcie!), 6 lat temu, 3 lata temu i dziś

Január, odjakživa mesiac mojich narodenín. Od tohto roku nielen mojich. M. sa narodil koncom októbra, ja koncom januára a tak nám to nejako vyšlo, že sme priestor medzi našimi narodeninami začali vypĺňať narodeninami našich detí :) - najprv MN. ovládla november, o 3 roky neskôr si DJ. zobral december a začiatok januára v tomto roku obsadil najnovší člen našej rodiny, JM. V mojom živote prebehla ďalšia revolúcia. Ako sa cítim? Omráčená, unavená, šťastná, hrdá, stratená, plná nepokoju, ešte viac však lásky. Dávno som neplakala tak veľa ako počas ostatných 4 týždňov :). Ešte som celkom nenašla samu seba ani v tom novom živote, ani vo svojom tele. Striedajú sa vo mne tie najhoršie myšlienky o sebe s úžasom nad tým, čo som dosiahla. 4 tehotenstvá, 3 zdravé deti, 2 prirodzené pôrody a 1 cisársky rez. Keď som temer pred 7 rokmi nastúpila na cestu materstva, netušila som, čo ma čaká. Stretla som na nej svoju úžasnú dcéru, skvelých synov, veľakrát som sa potkla a spadla, rozbila si kolená a zranila ruky. Jedno však viem na sto percent – absolútne nič by som nemenila. Keď teraz, krátko po narodení nášho druhého syna, som stále taká krehká, precitlivená, keď mám hlavu stále plnú viac otázok ako odpovedí, vidím, že jedno mojej rodine naisto nechýba, jedného máme stále na rozdávanie – obrovské množstvo lásky. A tá láska je odpoveďou na každú ťažkosť, na každú pochybnosť, na každý smútok a každú výzvu. A tých nám každý deň prináša dosť.

Viete, že v tomto roku ubehne 10 rokov odvtedy, čo sa poznáme s M.? A pred pár dňami bolo 9 rokov odvtedy, čo sme spolu – od tej pamätnej chvíle, keď ma M. pozval na slovenský ples a ja som (ľahkovážne! ;)) súhlasila, čím som spečatila svoj osud :). Avšak najlepšie na tom všetkom nie sú dátumy, výročia, ale skutočnosť, že čas plynie akosi tak mimo nás, vôbec necítim jeho beh. Ďalšie a ďalšie udalosti tvoria jednoliaty celok, jednotlivé prvky k sebe ideálne priliehajú, konkrétne rozhodnutia prinášajú konkrétne dôsledky. Ja som predsa nikdy nesnívala o tomto slovenskom galimatiáši :). Moja predstavivosť bola naň jednoducho príliš nedostatočná. A predsa je všetko práve tak, ako má byť, nič nie je posunuté ani o milimeter nakrivo. 2 krajiny, 2 jazyky, 2 národnosti, 2 svety... V tom všetkom jednoducho musí byť láska, ako inak by z toho mohla byť jedna rodina?

wtorek, 31 lipca 2018

Odcienie lipca / Júlové odtiene

Lipiec, no!... :) Ci z was, którzy towarzyszą mi już od dłuższego czasu, wiedzą, że to mój ukochany polski miesiąc. Ten jeden w roku, który spędzam prawie w całości w domu – Polsce. Tegoroczny był dobry, wiecie? Słoneczny, kolorowy, pełen wrażeń. Był w nim czas na nudę, na pracę, na odkrycia i zabawę. Nie jestem w stanie zebrać wszystkiego w jedną spójną całość, więc tegoroczny lipiec zamykam w kilku punktach.

1.      Pogoda

To ten element, który zawsze spędza mi sen z powiek przed przyjazdem do Polski :). Nie tylko dlatego, że pakując ubrania na miesiąc dla małych dzieci, muszę spakować absolutnie wszystko – cieniutkie bluzeczki, krótkie spodenki, dresy i płaszcze przeciwdeszczowe :). Ale też dlatego, że moje dzieciaki po prostu marzą o morzu – MN. praktycznie od chwili przekroczenia progu domu dziadków wypytywała, kiedy pojedziemy na plażę :). W tym roku oczekiwania naszych pociech zostały zaspokojone z nawiązką, a kąpieli w morzu było naprawdę sporo (tak, od razu uprzedzę nieśmiertelne pytanie Słowaków – w polskim morzu naprawdę DA się kąpać, woda w zatoce miała ponad 20 stopni ;)). Poza tym dom wolnostojący ma tę wielką przewagę nad mieszkaniem w bloku, że ma ogród, a ogród jak łatwo się domyślić, to taki mały raj i to nie tylko dla najmłodszych, ale i dla dorosłych :). Stąd basen (dzieci) i kawa (ja, moja mama i moja babcia) w ogrodzie były na porządku dziennym :). A do tego lody, jagodzianki (uwielbiam!), gofry, sok z domowych jabłek i własne porzeczki… Nie pytajcie, ile przytyłam ;).

2.      Rozłąka

Nie lubię rozstawać się z M. na dłużej. Nie, żebyśmy byli takim małżeństwem idealnym (chociaż… ;)), ale lubimy swoje towarzystwo, dobrze nam razem i śmieję się zawsze, że limit rozłąki wyczerpaliśmy już przed ślubem (wolę nie myśleć, co by na to powiedziała moja babcia – pani marynarzowa – która potrafiła być 9 miesięcy bez dziadka :D). Nasze wakacje stoją jednak w dużej mierze właśnie pod znakiem rozstań. Pracując zdalnie i na własny rachunek, mogę sobie pozwolić na liczne wyjazdy, M. jest za to ograniczony liczbą dni urlopu. A jedni i drudzy dziadkowie czekają z utęsknieniem na wnuki. Ot, taki nasz chleb powszedni. Mam wrażenie, że im dłużej jesteśmy razem, tym bardziej nie lubię tych momentów „osobno”. Co na to pomaga? Teoretycznie rozmowy, praktycznie chyba nic :D. Ciągle nie znalazłam na ten problem sposobu :).

3.      Szwajcaria Kaszubska

Dla niewtajemniczonych – Szwajcaria Kaszubska to przepiękny, niezwykle malowniczy region w północnej Polsce. W tym roku lipiec stał pod znakiem zwiedzania właśnie tej krainy. I tak odwiedziliśmy fascynujący Kaszubski Park Etnograficzny im. Teodory i Izydora Gulgowskich we Wdzydzach Kiszewskich, pełen starych domostw i sprzętów, a przede wszystkim świadectwa życia ludzi żyjących dawniej na Kaszubach; wdrapaliśmy się na wieżę widokową nad morzem kaszubskim, czyli jeziorem Wdzydze; zwiedziliśmy niewielki, ale bardzo ciekawy zamek krzyżacki w Bytowie, w którego murach odkryliśmy fantastyczną restaurację (do dziś wspominam smak rozpływającej się na języku kaczki z opiekanymi kopytkami, mniam!); zaliczyliśmy Muzeum Volkswagena w Pępowie, które – choć niewielkie – było świetnie zorganizowane, prowadzone przez przemiłych ludzi z pomysłem i zachwyciło nas swoimi eksponatami; a na ostatek zajrzeliśmy do Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie, położonego niezwykle malowniczo i świetnie przybliżającego historię i znaczenie polskiego hymnu nawet tak małym turystom, jak moje dzieci. Wszystkie te miejsca z ręką na sercu gorąco polecam. Myślę, że warto poznawać nie tylko to, co daleko, ale też to, co blisko.

4.      Mundial

Mundial, Mundial i po Mundialu. Dużo oczekiwań, dużo szumu i już dawno po wszystkim. Niemniej jednak z dużą przyjemnością oglądaliśmy kolejne mecze, ciekawie też było w trakcie mundialu zamienić słowackich komentatorów na polskich :). Ale w tym miejscu chcę napisać o czymś innym. O tym, co poruszyło mnie szczególnie po ostatnim gwizdku – o krytyce, która pojawiła się w polskich i słowackich mediach (zwykłych i społecznościowych) w stosunku do Francuzów, a konkretnie ich rzekomego nieprawdziwego (nie w pełni wartościowego?) obywatelstwa. Aż sama sprawdzałam, gdzie się francuscy zawodnicy urodzili – znalazłam może dwóch, którzy urodzili się poza francuską ziemią. TYLKO dwóch. Pamiętam katarską drużynę w piłce ręcznej, która zajęła drugie miejsce na Mistrzostwach Świata w 2015 roku – kilku zawodników światowej klasy dosłownie kupionych do drużyny za niemałe pieniądze, rozdawanie obywatelstwa obliczone na zwycięstwo w zawodach. Taka polityka jest według mnie słusznie krytykowana. Ale podważanie francuskiego pochodzenia, gdy ktoś całe życie spędził we Francji? Według mnie – totalna głupota i niesamowite ograniczenie horyzontów. Poruszyło mnie to tak bardzo chyba właśnie dlatego, że przecież i moje dzieciaki nie są takie „jednorodne”. Są dwukulturowe, dwunarodowe, urodziły się w jednym kraju, ale przecież przynależą też do drugiego. Nie wydaje mi się, by ktokolwiek miał prawo krytykować czy komentować ich przynależność, być władnym, by oceniać ich pochodzenie jako lepsze lub gorsze. Nie, po prostu nie.

5.      Kłótnie o… język

Na koniec zostawiłam taki mały smaczek z naszego podwórka, który niezwykle mnie bawi :). Otóż w tym miesiącu nasz syn niesamowicie rozkręcił się językowo. Cały czas ma bardzo „swój” język, wielu zbitek nie jest w stanie wymówić, niesłychanie zniekształca wyrazy. Jednocześnie bardzo, bardzo dużo powtarza, naśladuje dźwięki, komunikuje się całkowicie świadomie, posługuje się prostymi zdaniami i faktycznie, coraz częściej jesteśmy w stanie się z nim dogadać. I tu pojawia się pewna trudność, z którą DJ. musi się zmierzyć – mianowicie mama i tata posługują się dwoma różnymi językami :D. DJ. jest dość uparty w swoim doborze słownictwa, ma słówka, które wymawia tylko po polsku i takie, które czerpie tylko z języka słowackiego. W momencie gdy w odpowiedzi słyszy od nas odpowiednik danego wyrazu w tym drugim języku, zaczyna się… kłócić :D. Mówi stanowcze „nie!” i nas poprawia swoim słówkiem. Gdy próbujemy mu tłumaczyć, że tak, tatuś mówi w ten sposób, ale mamusia inaczej, DJ. dalej uparcie trwa przy swoim, ewentualnie powie czasami zdziwionym głosem: „taaaaaaak?” i… nic z tego nie wynika, bo za jakiś czas dochodzi do kolejnej „dyskusji” ;). Nie ma co, jest wesoło ;).

No, sami widzicie – jak to wszystko zamknąć w jednej notce? :) A to i tak pewnie nawet nie połowa naszych przeżyć :). Nie wszystko jest różowe, nie wszystko wspaniałe, ale dobrze nam było w Polsce i dobrze nam na Słowacji. A wakacje jeszcze się nie kończą :).





Júl, no!... :) Tí z vás, ktorí ma už dlhšie sprevádzajú vedia, že je to môj obľúbený poľský mesiac. Ten jeden v roku, ktorý trávim takmer celý doma – v Poľsku. Tohoročný bol dobrý, viete? Slnečný, farebný, plný dojmov. Bol v ňom čas na nudu, na prácu, na objavy aj zábavu. Nedokážem všetko zhrnúť, a preto chcem tento júl rozdeliť do niekoľkých bodov.

1.      Počasie

To je ten prvok, ktorý mi pred príjazdom do Poľska kazí spánok :). Nielen preto, že pri balení oblečenia na mesiac pre malé deti musím zbaliť úplne všetko – tenké tričká, krátke nohavice, tepláky aj pršiplášte :). Tiež preto, že moje deti doslova snívajú o mori – MN. sa prakticky od momentu, keď prekročí prah domu starých rodičov vypytuje, kedy pôjdeme na pláž :). V tomto roku boli očakávania našich detí naplnené až po okraj a kúpania sa v mori bolo skutočne veľa (áno, už dopredu odpoviem na nesmrteľnú otázku Slovákov – v poľskom mori sa naozaj DÁ kúpať, voda v zátoke mala viac ako 20 stupňov ;)). Navyše, rodinný dom má voči bytu tú výhodu, že má záhradu a záhrada, ako si môžete ľahko domyslieť, to je taký malý raj, a to nielen pre najmenších, ale tiež pre dospelých :). Preto bol bazén (deti) a káva (ja, moja mama a stará mama) na záhrade na dennom poriadku :). A k tomu zmrzlina, čučoriedkové koláče (milujem!), gofry, domáca jablková šťava a vlastné ríbezle... Nepýtajte sa, koľko kilov som pribrala ;).

2.      Odlúčenie

Nerada sa na dlhšie lúčim s M. Nie, že by sme boli taký ideálny pár (hoci... ;)), ale máme radi svoju spoločnosť a vždy sa smejem, že limit odlúčení sme si vyčerpali už pre svadbou (radšej nemyslím na to, čo by na to povedala moja stará mama – manželka námorníka – ktorá bola bez starého otca aj 9 mesiacov :D). Naše prázdniny sú však silne poznačené práve rozlúčkami. Keďže pracujem z domu a sama na seba, môžem si dovoliť početné výjazdy, M. má však obmedzený počet voľných dní. A všetci starí rodičia clivo čakajú na vnúčatá. Nuž, taký je náš každodenný chlieb. Mám pocit, že čím dlhšie sme spolu, tým viac nemám rada také momenty, keď je každý sám. Čo na to pomáha? Teoreticky rozhovory, prakticky asi nič :D. Stále som na to nenašla liek :).

3.      Kašubské Švajčiarsko

Pre tých, ktorí nevedia, o čo ide – Kašubské Švajčiarsko je krásny, neobyčajne malebný región v severnom Poľsku. V tomto roku bol júl práve v znamení objavovania tejto oblasti. A tak sme navštívili fascinujúci Kaszubski Park Etnograficzny im.Teodory i Izydora Gulgowskich vo Wdzydzach Kiszewskich, plný starých domov a nástrojov, ale predovšetkým svedectva o živote ľudí žijúcich kedysi na Kašubách; vyštverali sme sa na vyhliadkovú vežu nad kašubským morom, čiže nad jazerom Wdzydze; navštívili sme neveľký, ale veľmi zaujímavý križiacky hrad v Bytowe, v ktorého múroch sme našli fantastickú reštauráciu (dodnes spomínam na chuť kačky s opekanými „kopytkami” /malé zemiakové halušky/, ktorá sa rozplývala na jazyku, mňam!); stihli sme aj múzeum Volkswagen v Pępowe, ktoré – hoci neveľké – bolo skvelo zorganizované, vedené veľmi milými ľuďmi s dobrými nápadmi a očarilo nás svojimi exponátmi; a napokon sme si prezreli aj Múzeum hymny v Będomine, veľmi pekne položené a výborne približujúce dejiny a význam poľskej hymny dokonca aj takým malým turistom ako sú moje deti. Všetky tie miesta úprimne a srdečne odporúčam. Myslím, že treba poznávať nielen to, čo je ďaleko, ale aj to, čo je blízko.

4.      Majstrovstvá sveta

Majstrovstvá sveta tu boli dlho, ale už je po nich. Dlho sa na ne čakalo, veľa sa o nich hovorilo, a už sú dávno za nami. Veľmi sme si však užívali jednotlivé zápasy, bolo tiež zaujímavé vymeniť počas šampionátu slovenských komentátorov za poľských :). Avšak na tomto mieste chcem napísať o niečom inom. O tom, čo ma zasiahlo najmä po poslednom zápase – o kritike, ktorá sa objavila v poľských aj slovenských médiách (tradičných aj sociálnych) voči Francúzom, a konkrétne voči ich vraj nepravdivému (nie celkom plnohodnotnému?) občianstvu. Až som si sama overila, kde sa francúzski športovci narodili – našla som najviac dvoch, ktorí sa narodili mimo Francúzska. LEN dvoch. Pamätám si na katarský tím v hádzanej, ktorý získal druhé miesto na majstrovstvách sveta v roku 2015 – niekoľko športovcov svetovej triedy si doslova kúpili do tímu za obrovské peniaze, rozdávali občianstvo za víťazstvo v súťažiach. Taká politika je podľa mňa oprávnene predmetom kritiky. Avšak spochybňovať francúzsky pôvod niekoho, kto celý život strávil vo Francúzsku? Podľa mňa je to úplná hlúposť  a neuveriteľné obmedzenie horizontu. Zasiahlo ma to však najmä preto, že predsa ani moje deti nie sú také „homogénne”. Sú z dvoch kultúr, dvoch národov, narodili sa síce v jednej krajine, ale predsa patria i tomu druhému. Nezdá sa mi, že by mal niekto právo kritizovať či komentovať ich príslušnosť alebo hodnotiť ich pôvod ako lepší či horší. Nie, skrátka nie.

5.      Hádky o… jazyk

Na koniec som si nechala takú malú chuťovku z našej vlastnej domácnosti, ktorá ma veľmi baví :). Tento mesiac sa náš syn neuveriteľne jazykovo rozvinul. Stále má ten „svoj” jazyk, veľa hlások nedokáže vysloviť, hrozne deformuje výrazy. Zároveň však veľa opakuje, imituje zvuky, komunikuje úplne vedome, používa jednoduché vety a naozaj, čoraz lepšie sa s ním dá dohodnúť. Objavila sa však jedna ťažkosť, s ktorou sa DJ musí vyrovnať – totiž to, že mama a tata používajú dva rôzne jazyky :D. DJ je dosť tvrdohlavý vo svojej voľbe výrazov, má slová, ktoré hovorí iba po poľsky a tiež tie, ktoré si obľúbil v slovenčine. Keď od nás počuje adekvátne slovo v tom druhom jazyku, začína sa hádka :D. Odpovedá jednoznačným „nie!” a opravuje nás svojim výrazom. Keď mu skúšame vysvetliť, že tato hovorí takto a mama inak, DJ si stojí za svojim, eventuálne povie prekvapeným hlasom: „taaaaaak?”, ale k ničomu to nevedie, pretože zakrátko dôjde k ďalšej diskusii ;), No nič, aspoň je veselo ;).

Sami vidíte, že sa to nedalo spojiť do jedného hesla :). A aj tak to snáď nie je ani polovica našich zážitkov :). Nie všetko je ružové, nie všetko je skvelé, ale bolo nám dobre v Poľsku a dobre je nám aj na Slovensku. A prázdniny sa ešte nekončia :).

sobota, 30 czerwca 2018

Slamené leto / Słomiane lato


Končí sa jún, MN. bola poslednýkrát v škôlke, mňa čakajú ešte dva dni v práci a opäť ideme na sever. Ďalšie poľsko-slovenské leto pred nami, prvé prázdninové.

Ako vtipne skonštatoval môj svokor, už sa teší na to, keď prídeme a prerušíme tú vlnu horúčav v Poľsku, pretože je jasné, že s našim príjazdom príde aj studené počasie a zrážky :). Presne tak to bolo v minulých rokoch, jún bol horúci, náš príjazd znamenal obrat o 180°a škaredé počasie. Mne to, samozrejme, veľmi nevadilo, ja sa na more rád pozriem, ale kúpať sa nemusím, ani ležať na pláži. Môj pobyt je vždy v znamení nejakej poznávačky, moja drahá svokra vymýšľa výlety, aby som videl čo najviac z Poľska a ešte viac sa zamiloval. Darí sa jej to už celé roky, klobúk dole. Na druhej strane, stále je čo objavovať a kultúrno-historické klenoty v regióne N. nechýbajú.

Po týždni však opäť využijem skvelú linku Gdańsk – Viedeň a vrátim sa do Bratislavy, do práce. V niečom to bude dosť ťažké, je náročné po intenzívnom kontakte s deťmi dva týždne komunikovať cez všelijaké skajpy a fejsbuky. Darmo, chýba dotyk i tie štebotavé hlásky naživo. Počas tých dvoch týždňov však môžem trošku dobehnúť to, čo sa nám s N. asi nikdy skĺbiť nepodarí – vybehnúť niekam do hôr, na chatu, s plecniakom na chrbte sa potúlať po slovenských pohoriach a psychicky zrelaxovať. To skutočne potrebujem a v tomto jedinom som trošku xenofóbny – som presvedčený o tom, že na celý život mám čo robiť v slovenských horách a nepotrebujem žiadne iné :).

Ten čas odlúčenia, ktorý sa nám stáva tak raz za 2-3 mesiace, je inak celkom zaujímavý. Domáci režim je celkom iný, umývačka má prázdniny, v chladničke sú základné potraviny (pivo, vajcia, zelenina a nejaký syr), večer je úplné ticho a tma až na malú lampičku na čítanie alebo obrazovku nejakého elektronického zariadenia. Byt je väčšinou až do neskorého večera prázdny, pretože jeho obyvateľ doháňa deficity v kine, divadle alebo s priateľmi. Aj to je prvok nášho poľsko-slovenského manželstva a rodiny. Rozhodli sme sa dopriať deťom veľa času s ich starými rodičmi na jednej i druhej strane a oni sa rozhodli to prijať, preto sa často takto rozdelíme a fungujeme v rôznych režimoch. Starí rodičia si užívajú vnúčatá, N. to, že má viac času pre seba a ja môžem v práci i po práci nadrábať :). Temnejšou stránkou je to, že my dvaja sme viac od seba, ale možno aj nám takáto pauza z času na čas prospieva.

Koncom mesiaca ma čaká spiatočný let na mojej obľúbenej leteckej linke - idem si pre rodinu. August bude zas v znamení starých rodičov na Slovensku a tradičného rodinného výletu do Maďarska. Koniec koncov, veľmi sa to celé v priebehu rokov nemení, ale veď prečo aj, keď sa nám model poľsko-maďarsko-slovenských prázdnin tak osvedčil? Nemám nič proti nepatrnej rutine, ak všetkým prináša sladké ovocie.

Teším sa na tie naše rodinné prázdniny, hoci budeme dosť často od seba, hoci budeme s N. niekde v pozadí veľkej radosti našich maličkých a ostatných blízkych. Želám všetkým veľa osviežujúceho odpočinku a krásne, snáď aj poľsko-slovenské prázdniny.


Rok temu o tej porze


Czerwiec dobiega końca, MN. była ostatni raz w przedszkolu, mnie czekają jeszcze dwa dni w pracy i znowu jedziemy na północ. Kolejne polsko-słowackie lato przed nami, pierwsze „wakacyjne”.

Jak dowcipnie stwierdził mój teść, już się cieszy na to, że gdy przyjedziemy, przerwiemy falę upałów w Polsce, ponieważ nasz przyjazd na pewno przyniesie zimno i deszcze :). Właśnie tak to wyglądało w ubiegłych latach, czerwiec był gorący, a wraz z naszym przyjazdem następowała zmiana o 180° i brzydka pogoda. Mi to oczywiście nie przeszkadzało, na morze to ja mogę popatrzeć, a nie się w nim kąpać czy leżeć na plaży. Mój pobyt stoi zawsze pod znakiem zwiedzania, moja kochana teściowa wymyśla wycieczki, bym zobaczył jak największą część Polski i jeszcze bardziej się w niej zakochał. Robi to z powodzeniem już od kilku lat, chapeau bas. Z drugiej strony ciągle jest co poznawać, a skarbów kulturowo-historycznych w regionie N. nie brakuje.


Po tygodniu jednak ponownie skorzystam ze świetnego połączenia Gdańsk – Wiedeń i wrócę do Bratysławy, do pracy. Pod pewnymi względami będzie to trudne, nie jest łatwo po intensywnym kontakcie z dziećmi komunikować się z nimi przez następne dwa tygodnie za pośrednictwem tych wszystkich skajpów czy fejsbuków. Nie ma co, brakuje dotyku i tęskno za tymi szczebiotliwymi głosami na żywo. W czasie tych dwóch tygodni mogę jednak nadrobić trochę to, w czym chyba nigdy nie spotkam się z N. – wybrać się w góry, przenocować w górskiej chacie, wędrować z plecakiem po słowackich szczytach i odpocząć psychicznie. Tego naprawdę mi trzeba i w tej jednej jedynej kwestii jestem odrobinę ksenofobiczny – jestem święcie przekonany o tym, że przez całe życie będę miał co robić w słowackich górach i nie potrzebuję żadnych innych :).

Swoją drogą ten czas rozłąki, który zdarza nam się  raz na 2-3 miesiące, jest całkiem interesujący. Rytm życia domowego jest nagle zupełnie inny, zmywarka do naczyń ma wakacje, w lodówce są podstawowe produkty (piwo, jajka, warzywa i ser), wieczorem jest zupełnie cicho i ciemno, z wyjątkiem małej lampki do czytania lub ekranu jakiegoś elektronicznego urządzenia. Mieszkanie przeważnie do późnych godzin wieczornych stoi puste, dlatego że jego mieszkaniec nadrabia zaległości w kinie, teatrze albo z przyjaciółmi. To również jest elementem naszego polsko-słowackiego małżeństwa i rodziny. Postanowiliśmy umożliwić dzieciom spędzanie jak najwięcej czasu z dziadkami z jednej i drugiej strony, a oni postanowili to przyjąć, dlatego często się rozdzielamy i funkcjonujemy w różnych rytmach. Dziadkowie cieszą się wnukami, N. korzysta z tego, że ma więcej czasu dla siebie, a ja mogę nadganiać zaległości w pracy i po pracy :). Ciemniejszą stroną tego wszystkiego jest fakt, że my dwoje jesteśmy z dala od siebie, ale może i dla nas taka przerwa jest od czasu do czasu korzystna.

Pod koniec miesiąca czeka mnie lot powrotny moimi ulubionymi liniami lotniczymi i sprowadzenie rodziny do domu. Sierpień upłynie ponownie pod znakiem dziadków na Słowacji i tradycyjnego rodzinnego wypadu na Węgry. W gruncie rzeczy nie zmienia się to zbytnio na przestrzeni lat, ale niby dlaczego by miało, skoro ten model polsko-węgiersko-słowackich wakacji sprawdził się u nas tak dobrze? Nie mam nic przeciwko odrobinie rutyny, jeżeli wszystkim przynosi słodkie owoce.

Cieszę się na te nasze rodzinne wakacje, chociaż będziemy dość często osobno, chociaż będziemy z N. gdzieś w tle wielkiej radości naszych maluchów i innych bliskich. Życzę wszystkim ożywczego wypoczynku i pięknych, być może także polsko-słowackich wakacji.

środa, 31 maja 2017

2. FSF

W czasach studenckich, kiedy tylko mogłyśmy, biegałyśmy z moją przyjaciółką na festiwal filmowy w Gdyni. Wyraźnie pamiętam dreszcz emocji towarzyszący kolejnym projekcjom, szukanie sposobów, by zobaczyć jak najwięcej filmów i jak najkrócej stać w ogromnych nieraz kolejkach do sal kinowych i wiercenie się w fotelu spowodowane całodziennym siedzeniem przed ekranem :). Każdemu polecam takie doświadczenie, serio.

10 lat później mam w domu dwójkę małych dzieci i jestem zadowolona, gdy uda mi się wieczorem obejrzeć z M. odcinek serialu ;) (niech żyje Netflix!). A jednak nie wszystko stracone! W tym roku szczęście się do mnie uśmiechnęło i przyjechaliśmy do moich teściów w czasie, gdy w Partizánskem odbywał się 2. FestSlovensky Film, festiwal filmu słowackiego.

Głównym organizatorem był mój szwagier wraz ze stowarzyszeniem Fabrika Umenia (Fabryka Sztuki), które stara się obudzić miasto Partizánske i otworzyć je na nowe rodzaje kultury i sztuki. Choć wiedziałam, że grupa ta ma naprawdę dobre pomysły i niekończący się zapał, chyba jednak nie spodziewałam się wydarzenia na tak wysokim poziomie.

W ciągu 3 dni na festiwalu wyświetlono 8 filmów, którym towarzyszyły dyskusje z ich twórcami, niezwykle inspirujące i pozwalające zajrzeć za kulisy danych produkcji filmowych (dowiedziałam się z nich np. jak doszło do tego, że główną rolę w „Czerwonym Kapitanie” zagrał… Maciej Stuhr). Filmy były zróżnicowane, od studenckich, przez dokumenty, aż do typowo mainstreamowych obrazów. Program festiwalu nie pozwalał na nudę, ponieważ oprócz projekcji znalazła się w nim chwila na kawę z Milem Kráľem – aktorem i reżyserem, którego przeciętny słowacki widz telewizyjny z pewnością zna, retrospektywę twórczości dokumentalnej Jara Vojteka – zasłużonego słowackiego dokumentalisty, oraz oryginalną prezentację najstarszego słowackiego filmu niemego pt. „Jánošík” (nie mam pojęcia, jaki jest polski najstarszy film niemy, a widziałam słowacki, fiuuu ;)) z towarzyszeniem improwizowanej muzyki wykonywanej na żywo przez gitarzystę Števa Haladíka. Ciekawe, niebanalne propozycje.

Nie obyło się bez wpadek – za najbardziej dokuczliwe można uznać brak napisów do dokumentu „Para nad rzeką”, dotyczącego słowackich muzyków jazzowych, którzy emigrowali do Francji, Niemiec i Ameryki w czasach socjalizmu (pisałam o nich swoją pracę licencjacką, więc czekałam z niecierpliwością na film) oraz kiepską kopię filmu „Stanko”, w której dźwięk nie szedł w parze z obrazem (kopia uzyskana ze słowackiego odpowiednika Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, można dyskutować, kto tu zawinił). Niedociągnięcia te wynagrodził jednak całokształt – wspomniany program, lokalizacja festiwalu w bardzo przyjemnych dla oka wnętrzach nowo otwartego hotelu Azul, troska o szczegóły w postaci gadżetów związanych z festiwalem (sama wyjechałam z Partizánskego z uroczą płócienną torbą ;)) i staranna promocja (niestety ze względu na mały budżet ograniczona prawie wyłącznie do Fejsbuka i lokalnych mediów).

Dzięki pomocy rodziny mojego męża przy dzieciach i życzliwości M. mogłam obejrzeć prawie wszystkie filmy i nie żałuję. Wzbogaciło to moją wiedzę na temat słowackiej sztuki filmowej („Jánošík”!), poszerzyło horyzonty (rozmowa z Milem Kráľem, który mówił o problemach sztuki aktualnych we wszystkich państwach pokomunistycznych) i pobudziło intelektualnie. Na dodatek mogłam przetestować moją granicę komfortu, zadając publicznie do mikrofonu pytania do twórców, oczywiście po słowacku ;). Jedyne, co nie dopisało w pełni, to… publiczność. Partizánske chyba nadal śpi. Niemniej jednak jestem przekonana, że jeśli kolejne roczniki festiwalu Fest Slovensky Film będą równie udane, miasto ma szansę zyskać prawdziwą kulturalną perełkę, wyróżniającą się na terenie całego kraju. Polecam wam przekonać się o tym za rok.

Dyskusja po projekcji filmu "Piata loď" z reżyserką Ivetą Grófovą i scenarzystą Markiem Leščákiem (bardzo ciekawa rozmowa na temat pracy z dziećmi).

Diskusia po premietaní filmu Piata loď s režisérkou Ivetou Grófovou a scenáristom Marekom Leščákom (veľmi zaujímavý rozhovor o práci s deťmi).

Dyskusja po projekcji filmu "Učiteľka" z aktorami Csongorem Kassaiem i Oliverem Oswaldem (którzy mówili bardzo ciekawie, ale kompletnie nie odpowiadali na pytania ;)).

Diskusia po premietaní filmu Učiteľka s hercami Csongorom Kassaiom a Oliverom Oswaldom (ktorí rozprávali veľmi zaujímavo, ale vôbec neodpovedali na otázky ;)).

Dyskusja po projekcji filmu "Czerwony kapitan" z producentką wykonawczą Janą Klukovą (to ona zdradziła, jak to było z wyborem Macieja Stuhra do roli detektywa Richarda Krauza ;)).

Diskusia po premietaní filmu Červený kapitán s výkonnou producentkou Janou Klukovou (to ona prezradila, ako to bolo s voľbou Macieja Stuhra do role detektíva Richarda Krauza).


V študentských časoch, keď sme len trochu mohli, chodili sme s mojou priateľkou na filmový festival v Gdyni. Jasne si pamätám príval emócií, ktorý sprevádzal jednotlivé projekcie, hľadanie možností, ako vidieť čo najviac filmov a čo najkratšie stáť v neraz predlhých radoch do kinosál a tiež ošívanie sa v sedadle, spôsobené celodenným sedením pred plátnom :). Naozaj všetkým odporúčam takú skúsenosť.

O 10 rokov neskôr mám doma dve malé deti a som rada, keď sa mi s M. podarí pozrieť si večer jeden diel seriálu ;) (nech žije Netflix!). A predsa nie je všetkému koniec! Tento rok sa na mňa usmialo šťastie – prišli sme k mojim svokrovcom práve vtedy, keď sa v Partizánskom odohrával 2. Fest Slovenský Film, festival slovenského filmu.

Hlavným organizátorom bol môj švagor spolu s občianskym združením Fabrika Umenia, ktoré sa snaží zobudiť mesto Partizánske a otvoriť ho na nové formy kultúry a umenia. Vedela som síce, že táto skupina ľudí má skutočne dobré nápady a nekonečné nadšenie, nečakala som však udalosť na tak vysokej úrovni.

Počas troch dní bolo na festivale premietnutých 8 filmov, ktoré boli sprevádzané diskusiami s ich tvorcami, neobyčajne inšpiratívnymi, umožňujúcimi nahliadnuť za kulisy daných filmových produkcií (dozvedela som sa z nich napr. to, ako sa stalo, že hlavnú úlohu v Červenom kapitánovi dostal.. Maciej Stuhr). Filmy boli rôzne, od študentských cez dokumenty až k typickým mainstreamovým kúskom. Program festivalu znemožnil nudu, pretože okrem projekcii sa našla chvíľa aj na kávu s Milom Kráľom – hercom a režisérom, ktorého priemerný slovenský divák určite pozná, retrospektívu dokumentaristickej tvorby Jara Vojteka – známeho slovenského dokumentaristu, a tiež na originálnu prezentáciu najstaršieho slovenského nemého filmu Jánošík (netuším, aký je najstarší poľský nemý film, ale slovenský som videla ;)), sprevádzanú improvizovanou živou gitarovou hudbou Števa Haladíka. Zaujímavá, nie každodenná ponuka.

Celé sa to nezaobišlo bez kiksov – za najväčší možno považovať fakt, že chýbali titulky k dokumentu Para nad riekou – je o slovenských džezmenoch, ktorí emigrovali do Francúzska, Nemecka a Ameriky počas socializmu (písala som o nich bakalársku prácu, netrpezlivo som teda na film čakala) a nekvalitnú kópiu filmu Stanko, v ktorom zvuk nehral s obrazom (kópia získaná z filmového ústavu, možno diskutovať o tom, kto bol na vine). Tieto nedostatky však prekonal komplexný pohľad na festival – spomínaný program, lokalizácia festivalu vo veľmi príjemných priestoroch novootvoreného hotelu Azul, starostlivosť o predmety spojené s festivalom (sama som z Partizánskeho odišla s vkusnou plátennou taškou ;)) a tiež dôkladná propagácia (nanešťastie, kvôli malému rozpočtu obmedzená takmer výlučne na facebook a lokálne médiá).

Vďaka pomoci rodiny môjho manžela pri deťoch a žičlivosti M. som mohla vidieť skoro všetky filmy a neľutujem to. Obohatilo to moje znalosti o slovenskom filmovom umení (Jánošík!), rozšírilo horizonty (rozhovor s Milom Kráľom, ktorý hovoril o problémoch umenia aktuálnych vo všetkých postkomunistických krajinách) a intelektuálne oživilo. Na dôvažok som mohla otestovať moje pohodlie, keďže som sa tvorcov verejne, na mikrofón pýtala rôzne veci, samozrejme, po slovensky ;). Jediné, čo celkom nevyšlo, bol záujem divákov. Partizánske asi ešte stále spí. Som však presvedčená, že ak budú ďalšie ročníky festivalu Fest Slovenský Film rovnako vydarené, mesto má príležitosť získať skutočnú kultúrnu perličku, mimoriadnu na celoslovenskej úrovni. Odporúčam, aby ste sa o tom o rok sami presvedčili.  

sobota, 31 grudnia 2016

Życzę sobie… / Želám si…

Ostatni dzień grudnia, ostatni dzień roku, a ja siedzę sobie w żółtym fotelu uszaku mojego męża (tak, tak! To jego fotel – dostał go na 30-tkę od swojej najcudowniejszej żony pod słońcem ;)), patrzę na błyszczącą w świetle dnia choinkę i myślę sobie, że… jest mi dobrze. Tak po prostu. Bez fajerwerków i bez dramatów. Takie spokojne, miłe uczucie :).

Mam mojego M., kochamy się i kłócimy tak akurat, jak przystało na małżeństwo z 5-letnim stażem :), mamy MN., która jest mądra jak radio, mamy DJ., który w grudniu skończył rok i jest znanym w rodzinie kombinatorem. Jesteśmy zdrowi, a chwilowo omijają nas nawet katary i kaszle. Spędziliśmy nasze słowackie (ze szczyptą polskości) święta u moich teściów, szykujemy się do Sylwestra w domu z dzieciakami i moimi rodzicami. W okresie świątecznym odbyliśmy kilka wspaniałych spotkań z przyjaciółmi, na najbliższy tydzień mamy zaplanowane następne. W mijającym roku poznaliśmy parę fajnych osób, zacieśniliśmy kilka cennych przyjaźni, odbudowaliśmy relacje, które wydawały się nie do uratowania. Dowiedzieliśmy się o sobie trochę nowych rzeczy, sprecyzowaliśmy lepiej niektóre plany, nadaliśmy wyraźniejszy kształt pomysłom. Odkryliśmy nowe miejsca, posmakowaliśmy nieznane potrawy, przeczytaliśmy wciągające książki. Zatrzymaliśmy się na dłużej nad niektórymi życiowymi pytaniami, pochyliliśmy nad wątpliwościami, daliśmy sobie czas na znalezienie nawet naglących odpowiedzi. Popełniliśmy kilka błędów, zmierzyliśmy się z wyzwaniami, przegraliśmy parę bitew. Przeżyliśmy chwile wypełnione przytłaczającym smutkiem i chwile radości, której nie da się wyrazić słowami. Po prostu żyliśmy i staraliśmy się żyć najlepiej, jak umiemy.

Mamy w naszym życiu bardzo, bardzo dużo. I coraz wyraźniej widzę, jak ważne jest, by się tym dzielić, by dawać coś z siebie drugiemu człowiekowi. Czas, pieniądze, modlitwę, umiejętności, talenty, uwagę, dobry przykład. Cokolwiek. To, na co można sobie w danej chwili pozwolić (jasne jest dla mnie, że nie zawsze i nie wszystko możemy, a dodatkowo uczę się w tym roku, żeby umieć sobie odpuścić i pozwolić na niedoskonałość, choć nie wiem, czy uwierzą w to ci, którzy mnie znają ;)). Zawsze jednak można coś ofiarować, choćby to było wysłuchanie przyjaciela lub przelanie kilku złotych na konto jakiejś fundacji. Tego sobie życzę w nowym roku. Bym umiała dać z siebie jeszcze więcej, bym szukała sposobów, jak móc działać, a nie jak usprawiedliwić brak jakichkolwiek starań. Bym umiała zatroszczyć się o swoją rodzinę, bym umiała zadbać o siebie, ale też była dla innych. By moje życie nie było próżne. By miało te najpiękniejsze kolory, których może mu dodać tylko drugi człowiek.


Na zakończenie coś niezwiązanego z tematem posta, ale ze słowackim galimatiasem już tak – 2 małe zaskoczenia z tych świąt, które pokazują mi, ile jeszcze nie wiem o Słowacji i ile powodów do śmiechu, konsternacji lub zmarszczenia czoła przede mną ;).

1. Słowacy w okresie świątecznym (po 26 grudnia a przed Sylwestrem) życzą sobie ciągle „pięknych świąt” ;). Za trzecim czy czwartym razem, gdy to usłyszałam, już mi to nawet przeszło przez gardło w odpowiedzi. Ale bardzo cicho :P.
2. Groby bliskich w okresie świątecznym ozdabia się tu… choinkami :). Z bombkami, ze światełkami… I tak światło zniczy miesza się na cmentarzu z blaskiem lampek choinkowych. Osobliwy widok :)…


Posledný decembrový deň, posledný deň v roku, a ja si tak sedím v žltom kresle – ušiaku môjho manžela (áno, áno! Je to jeho kreslo, dostal ho na 30-tku od svojej najúžasnejšej ženy pod slnkom ;)), pozerám sa na stromček ligotajúci sa v dennom svetle a myslím si, že... mi je dobre. Len tak. Bez nadšenia aj bez drám. Taký pokojný, milý pocit :).

Mám svojho M., ľúbime i vadíme sa tak akurátne, ako sa patrí na manželstvo s 5-ročným trvaním :), máme MN., ktorá je múdra ako rádio, máme DJ., ktorý v decembri oslávil prvý rok a rodina ho už pozná ako poriadneho šibala. Sme zdraví a momentálne sa nám vyhýbajú nádchy i kašle. Strávili sme naše slovenské (s troškou poľskosti) sviatky u mojich svokrovcov, chystáme sa na Silvestra doma s deťmi a mojimi rodičmi. Počas sviatočného obdobia sa nám podarilo pár skvelých stretnutí s priateľmi, na najbližší týždeň máme naplánované ďalšie. V končiacom sa roku sme stretli pár milých osôb, zosilnili sme niekoľko cenných priateľstiev, znovu sme vybudovali vzťahy, ktoré sa zdali byť v ruinách. Dozvedeli sme sa o sebe zopár nových vecí, upresnili sme niektoré plány, dali sme konkrétnejší tvar nápadom. Odhalili sme nové miesta, ochutnali neznáme jedlá, prečítali sme knižky, od ktorých sa nedalo odtrhnúť. Dlhšie sme sa pristavili pri niektorých životných otázkach, pozastavili sme sa nad pochybnosťami, dopriali sme si čas aj pri hľadaní odpovedí na urgentné otázky. Urobili sme niekoľko chýb, bojovali sme s výzvami, prehrali sme zopár bitiek. Prežili sme chvíle naplnené dusivým smútkom i chvíle radosti, ktorá sa nedá vyjadriť slovami. Jednoducho sme žili a snažili sme sa žiť najlepšie ako vieme.

Máme v našom živote veľmi, veľmi veľa. A čoraz výraznejšie vidím, aké je dôležité deliť sa s tým, dávať niečo zo seba druhému človeku. Čas, peniaze, modlitbu, schopnosti, talenty, pozornosť, dobrý príklad. Čokoľvek. To, čo si môžeme v danej chvíli dovoliť (je mi jasné, že nie vždy a nie všetko môžeme, a navyše sa v tomto roku učím dávať veciam pokoj a dopriať si aj nedokonalosť, hoci neviem, či tomu uveria tí, ktorí ma poznajú ;)). Vždy však možno niečo ponúknuť, či už je to vypočutie priateľa alebo poslanie pár drobných na účet nejakej nadácie. To si želám do nového roku. Aby som dokázala vydať zo seba ešte viac, aby som hľadala cesty, ako môcť byť aktívna, a neospravedlňovať si nedostatok akejkoľvek snahy. Aby som sa vedela postarať o svoju rodinu, aby som dbala o seba a bola zároveň aj pre iných. Aby môj život nebol prázdny. Aby mal tie najkrajšie farby, ktoré mu môže dať len druhý človek.


Na koniec niečo, čo nesúvisí s témou príspevku, ale so slovenským galimatiášom určite – 2 malé prekvapenia z týchto sviatkov, ktoré mi ukázali, čo ešte neviem o Slovensku a koľko dôvodov na úsmev, zmätok či zvraštenie čela je ešte predo mnou ;).

1. Slováci si v sviatočnom období (po 26.12. a pred Silvestrom) stále želajú „krásne sviatky” ;). Po treťom alebo štvrtom prípade, keď som to počula, sa mi to už predralo na jazyk. Ale veľmi ticho :P.
2. Hroby blízkych sú v sviatočnom období ozdobené... vianočnými stromčekmi :). S vianočnými ozdobami, svetielkami... I tak sa svetlo kahancov mieša s ligotavými svetielkami zo stromčeka. Paradoxný pohľad...

czwartek, 31 grudnia 2015

Rodzina / Rodina

Kiedy przed 4 laty pobraliśmy się z M., jasne było dla nas, że Boże Narodzenie i Wielkanoc będziemy spędzać raz w Polsce, raz na Słowacji, raz z jedną rodziną, raz z drugą. Nie, nie dlatego, że tak jest „sprawiedliwie”. Dlatego, że kochamy jednych i drugich, dlatego, że bliska i ważna jest dla nas zarówno polska, jak i słowacka tradycja i wreszcie dlatego, że zwyczajnie tęsknimy – ja za Polską, M. za Słowacją.

W tym roku święta Bożego Narodzenia „wypadały” w Polsce. I od kiedy zaszłam w ciążę, było wiadomo, że po raz pierwszy będziemy musieli odstąpić od naszych pierwotnych małżeńskich ustaleń, bo termin porodu został wyznaczony na 19 grudnia. Nie było to dla mnie łatwe, zwłaszcza że z racji ciąży miałam w perspektywie spędzenie na Słowacji kilku długich miesięcy bez odwiedzin w domu rodzinnym.

Tymczasem dostałam od moich rodziców najpiękniejszy prezent świąteczny, jaki mogłam sobie wymarzyć. Powiedzieli, że przyjadą na święta do Bratysławy. Mama miała się też zająć ich organizacją. Ktoś z boku może powiedzieć: „fajnie”. Ale dla mnie to nie było po prostu fajne, dla mnie to było wyjątkowe. Bo moi rodzice są tradycjonalistami. Bo nigdy w życiu nie spędzali Bożego Narodzenia poza domem, a już tym bardziej za granicą. Bo w Trójmieście są dwie moje babcie, z którymi spotykają się w święta, jest mój brat, jest ich rodzeństwo. A podjęli decyzję, że zrezygnują z tego wszystkiego, by spotkać się z nami. Żebyśmy mieli nasze „polskie święta”, skoro takie miały być w tym roku. Żeby pomóc nam z dziećmi, gdy urodzi się nasz syn. Żeby po prostu z nami być.

Nasz syn, mały DJ., przyszedł na świat 15 grudnia. 20 grudnia, po 3 tygodniach pobytu u teściów (bo bliżej szpitala) i prawie tygodniu w szpitalu nareszcie wróciliśmy do domu. Te 4 tygodnie poza domem dłużyły mi się niemiłosiernie. Tym wspanialszy był powrót; zwłaszcza, że w domu czekali już na nas moi rodzice.

A święta? Na naszym bratysławskim stole nie było wprawdzie ulubionych ryb taty (ale „zamówił” je sobie po powrocie do domu u swojej siostry, więc nie mam nadmiernych wyrzutów sumienia ;)), był za to barszcz z knyszami, pieczony łosoś (specjalnie dla matki karmiącej :)), klopsy rybne, kluski z makiem… Był opłatek, sianko pod obrusem i wolne miejsce przy stole. Spokojnie, nie zabrakło też słowackich tradycji :). Jednakże w większej mierze były to polskie święta, choć nie w Polsce, bo w końcu słowackie spędziliśmy przed rokiem u teściów :).

To jednak nie był koniec wyjątkowych wydarzeń. Bo dzięki decyzji moich rodziców o przyjeździe do nas otworzyła się przed nami jeszcze jedna niesamowita szansa – by choć raz w życiu (bo trudno sobie wyobrazić, że taka okazja może się jeszcze kiedyś powtórzyć :)) spędzić święta Bożego Narodzenia zarówno z jednymi, jak i drugimi rodzicami. Kto z was żyje w międzynarodowym związku, ten wie, jak to jest :). Zawsze zazdrościłam znajomym, którzy mają rodziców i teściów w zasięgu godziny drogi samochodem. My byśmy musieli się diabelnie postarać, by pierwszy dzień świąt spędzić na Wybrzeżu, a drugi w województwie trenczyńskim ;). A w tym roku? W drugi dzień świąt moi rodzice, moi teściowie, rodzeństwo M. i my stworzyliśmy zespół najwspanialszych kolędników, jakich świat słyszał, śpiewając na przemian polskie i słowackie kolędy :). A wcześniej zjedliśmy razem świąteczny obiad i spałaszowaliśmy polskie i słowackie ciasta :). Wyjątkowe i niezapomniane chwile. Jak całe tegoroczne święta.

Gdy byłam w ciąży, najgorsze, co mogłam usłyszeć, to: „będziecie mieli super prezent na święta” (tak, powtarzano mi to bardzo często ;)). Nie lubiłam tego, bo nikt nie mógł przewidzieć, kiedy nasz syn zdecyduje się na wyjście. Jednakże kiedy 14 grudnia wieczorem podjął decyzję, że na niego pora, te słowa zaczęły nabierać znaczenia. Tym najwspanialszym prezentem świątecznym nie okazał się jednak on sam, ale cała nasza rodzina (oczywiście z synem włącznie :)) – razem.




Keď sme sa pred štyrmi rokmi s M. vzali, bolo nám jasné, že Vianoce a Veľkú Noc budeme tráviť raz v Poľsku a raz na Slovensku, raz s jednou rodinou, raz s tou druhou. Nie, nie preto, že je to tak „spravodlivé”. Preto, že ľúbime jedných aj druhých, preto, že je nám blízka a je pre nás dôležitá tak poľská, ako aj slovenská tradícia a napokon preto, že jednoducho nám chýbajú naše krajiny.

Tento rok sme mali Vianoce oslavovať v Poľsku. Odkedy som však otehotnela, bolo jasné, že po prvýkrát budeme musieť ustúpiť od našich prvotných manželských dohôd, pretože termín pôrodu bol určený na 19.12. Nebolo to pre mňa ľahké, keďže kvôli tehotenstvu sa predo mnou črtala perspektíva trávenia niekoľkých dlhých mesiacov na Slovensku bez možnosti navštíviť môj rodný kraj.

Od svojich rodičov som však dostala ten najkrajší vianočný darček, po akom som mohla túžiť. Povedali, že prídu na sviatky do Bratislavy. Mama ich tiež mala organizovať. Niekto nezainteresovaný môže povedať: „okej”. Ale pre mňa to nebolo jednoducho „okej”, pre mňa to bolo výnimočné. Pretože moji rodičia sú tradicionalisti. Lebo nikdy netrávili Vianoce mimo domu a už vôbec nie v zahraničí. Lebo v Trojmeste sú dve moje staré mamy, s ktorými sa cez Vianoce stretávajú, je tam môj brat, sú tam ich súrodenci. A predsa sa rozhodli, že sa toho všetkého vzdajú, aby sa mohli stretnúť s nami. Aby sme mali naše „poľské Vianoce”, keď už na tento rok pripadli. Aby nám pomohli s deťmi, keď sa nám narodí syn. Jednoducho, aby s nami boli.

Náš syn, malý DJ sa narodil 15.12. 20.12., po troch týždňoch pobytu u svokrovcov (lebo bývajú bližšie nemocnice) a takmer týždni v nemocnici sme sa konečne vrátili domov. Tie 4 týždne mimo domu boli pre mňa neuveriteľne dlhé. O to krajší bol návrat, zvlášť, že doma už na nás čakali moji rodičia.

A sviatky? Na našom bratislavskom stole síce chýbali tatove obľúbené ryby (ale „zajednal” si ich po návrate domov u svojej sestry, takže nemám veľké výčitky svedomia ;)), ale bol na ňom baršč s pirôžkami, pečený losos (špeciálne jedlo pre dojčiacu matku :)), rybacie fašírky, makové pupáky... Bola oplátka, seno pod obrusom aj voľné miesto pri stole. Nebojte sa, nechýbali ani slovenské tradície :). Vo väčšej miere to však boli poľské sviatky, hoc aj nie v Poľsku, pretože slovenské sviatky sme koniec koncov strávili minulý rok u svokrovcov :).

To však nebol koniec výnimočných udalostí. Lebo vďaka rozhodnutiu mojich rodičov o príchode k nám sa pred nami otvorila ešte jedna úžasná príležitosť – aspoň raz v živote (lebo ťažko si predstaviť, že by sa taká príležitosť ešte mohla zopakovať :)) stráviť Vianoce aj s jednými, aj s druhými rodičmi. Kto z Vás žije v medzinárodnom vzťahu, vie, ako to býva :). Vždy som závidela známym, ktorí majú rodičov a svokrovcov v okruhu do hodiny cesty autom. My by sme sa museli čertovsky posnažiť, aby sme prvý sviatok vianočný strávili na Pobreží a druhý v Trenčianskom kraji ;). A tento rok? Na druhý sviatok vianočný sme s mojimi rodičmi, svokrovcami a súrodencami M. vytvorili skupinu najúžasnejších koledníkov, akých kedy svet počul, pričom sme spievali striedavo poľské a slovenské koledy :). No a predtým sme spolu zjedli sviatočný obed a maškrtili na poľských aj slovenských koláčikoch :). Výnimočné a nezabudnuteľné chvíle. Ako celé tohtoročné sviatky.

Keď som bola tehotná, to najhoršie, čo som mohla počuť, bolo: „budete mať super darček pod stromček” (áno, počula som to veľmi často ;)). Nepáčilo sa mi to, lebo nikto nemohol predpokladať, kedy sa náš syn rozhodne prísť na svet. Keď sa však 14.12. v noci rozhodol, že už prišiel jeho čas, tie slová začali dávať zmysel. Tým najúžasnejším vianočným darčekom však nebol on sám, ale celá naša rodina (samozrejme, vrátane synka) – spolu.