Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie dwujęzyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie dwujęzyczne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2020

Dwujęzyczność, odc. 2818 / Dvojjazyčnosť, diel č. 2818

Dawno nie pisałam o rozwoju językowym moich dzieci (chyba ostatnio najobszerniej tu), a że dwujęzyczność i sposób jej rozwijania we własnym domu to chyba jedna z najciekawszych kwestii w rodzinie dwunarodowej, to dziś będzie właśnie o tym. Śmiało komentujcie pod spodem, jeśli macie odmienne (lub podobne :)) doświadczenia.

Krótkie wprowadzenie i przypomnienie:

My z M. rozmawiamy w domu wyłącznie we własnych językach (szczegóły tu). Jest tak właściwie prawie od początku. Była to dla nas najbardziej naturalna metoda porozumiewania się, pozwalająca najlepiej wyrazić samych siebie. Trzymamy się tej zasady z jeszcze większą konsekwencją, od kiedy w naszym domu pojawiły się dzieci. Tych Słowian mamy trójkę: JM. ma 1,5 roku, DJ. 4,5 roku, a MN. 7,5 roku. Najmłodszy korzysta z wszystkich dobrodziejstw swojego młodego wieku i siedzi pod opiekuńczymi skrzydłami mamusi. Środkowy rozpoczął we wrześniu przygodę z przedszkolem, niestety w wyniku epidemii musiał ją na początku marca przerwać i w czerwcu do przedszkola już nie wrócił, ponieważ a) uznaliśmy, że ten jeden miesiąc, który został do końca roku szkolnego, może spędzić w domu, b) i tak w naszym przedszkolu nie było dla niego miejsca. Najstarsza skończyła właśnie I klasę słowackiej szkoły podstawowej, w której uczy się w tygodniu i II klasę polskiej szkoły podstawowej, w której uczy się w soboty.

Maluch jeszcze nie mówi, ale reaguje zarówno na język polski, jak i słowacki (gdy psoci, nie reaguje na żaden, wiadomo ;)), wyraźnie też łapie melodie języków, bardzo realistycznie naśladuje swoje rodzeństwo. DJ. zaczął mówić późno, po 3. roku życia i do dziś ma z tym różne problemy, obecnie chodzi do logopedy, rozwinę temat za chwilę. MN. posługiwała się już prostymi zdaniami, gdy miała zaledwie 1,5 roku, bardzo szybko zaczęła wymawiać „r” i właściwie nigdy nie miała problemów z wymową. Zarówno DJ., jak i MN. mieli w życiu etap mieszania języków, nieprzejrzystego rozdzielania ich i nieumiejętności dostosowania danego języka do rozmówcy. Obecnie MN. nie ma z tym absolutnie żadnego problemu, a DJ. raczej nie ma z tym problemu (o tym więcej tutaj), co oznacza, że czasem się zatnie, bo nie wie, jak coś powiedzieć w tym drugim języku, ale ma świadomość, co wtedy zrobić (po prostu mówi, że nie wie i pyta, jak daną rzecz nazwać/wyrazić). Między sobą dzieci rozmawiają bardzo, bardzo różnie – DJ. chętniej sięga po język słowacki, MN. jest to raczej obojętne, potrafi zwrócić bratu uwagę, że skoro jesteśmy w Polsce, to ma mówić po polsku ;). Na Słowacji jednak również gadają po polsku, zależy od zabawy, humoru, czasem inicjatywy babci :). Na koniec jeszcze jedna uwaga „ogólna”, dotycząca całej naszej gromadki  – mam w domu trójkę dzieci i widzę, że ich drogi językowe mają wyraźne elementy wspólne, jednak każda jest trochę inna. To teraz przejdźmy do szczegółów.

Pierworodna MN. Nasza mała torpeda. Szybko zaczęła mówić, rozdzieliła polski i słowacki w wieku około 3 lat, zaczęła czytać w obu językach przed ukończeniem 5. Ma olbrzymi zasób słownictwa, gdy nie czyta kolejnej książki, buzia jej się nie zamyka. Nie ma najmniejszych problemów z nauką, zdecydowanie wyróżnia się na tle innych dzieci. Pisze w obu językach, pisząc, swobodnie posługuje się obydwoma alfabetami pisanymi (te są naprawdę odmienne, słowackie litery znajdziecie tu), tworzy własne opowiadania i polsku, i po słowacku. Zarówno w Polsce, jak i na Słowacji porozumiewa się całkowicie swobodnie, gdy nie umie czegoś powiedzieć – pyta, błędy językowe zdarzają się jej rzadko, taki najbardziej typowy pojawia się przy przeczeniach – po słowacku powie się: „Mamy kawę?” – „Nie mamy kawę” i MN. po polsku często zamiast dopełniacza stosuje właśnie biernik.

Przygoda językowa z drugorodnym DJ. to już zupełnie inna para kaloszy. Musieliśmy zdecydowanie pożegnać wszystko, do czego zdążyła nas przyzwyczaić nasza córka i postawić tamę własnym oczekiwaniom i przewidywaniom. DJ. idzie swoją własną ścieżką. Zaczął mówić późno, początkowo bardzo oszczędnie formułował wypowiedzi. Teraz potrafi już wprawdzie gadać bez końca, ale do dziś ma problemy z wymową. Na szczęście trafił do przemiłej pani logopedy, która wyciąga go trochę za uszy w kierunku wyraźniejszego mówienia :). Największy wpływ na rozwój mowy u DJ. mogły mieć dwa wydarzenia – po pierwsze jest młodszym bratem i długo nie musiał mówić, bo… we wszystkim wyręczała go siostra :) (do dzisiaj gdy zadaję jakieś pytanie DJ., muszę wyraźnie zaznaczyć, że MN. ma się nie odzywać :)). Po drugie, na początku tego roku odkryliśmy, że DJ. miał problemy ze słuchem. Na szczęście z pomocą laryngologa udało się je zażegnać, ale nie dowiemy się już, co by było, gdybyśmy zidentyfikowali je wcześniej. Najważniejsze jednak, że jest już dobrze, a DJ. wyraźnie odczuł różnicę i bardzo chce wymówić w końcu to mityczne wręcz „r” , na co ciężko pracuje :). W tej chwili mówi chętnie, zagaduje, odpowiada na pytania. Wyraźnie preferuje język słowacki, ma mniejszą ochotę (a może po prostu mniejszą umiejętność) na dostosowywanie się, gdy go poprawiamy, po dłuższym przebywaniu w jednym kraju, słabiej pamięta słówka należące do języka tego drugiego. Jednocześnie nigdy nie zdarzyło się, żeby nie starał się rozmawiać z Polakiem po polsku, a Słowakiem po słowacku, to jest po prostu dla niego coś elementarnego – z Polakami rozmawia się po polsku, a ze Słowakami po słowacku. Gdy nie umie czegoś powiedzieć, po prostu pyta. Czasem się zniechęca, ale widzę, że wystarczy pełna akceptacja z naszej strony, cierpliwość i DJ. wraca na właściwe tory. Sam jeszcze nie czyta, za to bardzo chętnie słucha słuchowisk i piosenek zarówno po polsku, jak i słowacku. Na co dzień obydwa te języki są dla niego całkowicie naturalne. Podobnie jak kiedyś MN. zdziwił się niedawno, gdy odkrył, że jego mama umie mówić po słowacku :).

Ciekawe, co nas jeszcze czeka z naszym najmłodszym synem :). Niewątpliwie jest w jeszcze innej sytuacji niż jego starszy brat – ponieważ ma dwójkę starszego rodzeństwa, słucha nie tylko naszych (rodziców) rozmów z nimi, ale też tych, które oni sami prowadzą między sobą, a te, jak wspominałam, odbywają się w obydwu językach :). Żeby zabrać głos, JM. musi czasem wywalczyć przestrzeń dla siebie i skwapliwie korzysta z możliwości, jakie daje podkręcanie głośności ;). Jednocześnie to nieustanne słuchanie śpiewów, rozmów, dyskusji, żartów czy kłótni to dla niego jedna wielka szkoła dwujęzyczności. To zresztą chyba jest istota całej sprawy – zanurzenie w obu kulturach, językach, nieprzerwane obcowanie z nimi w sposób całkowicie naturalny. Moje dzieci nie znają innej rzeczywistości i tę biorą z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jak pokazuje przykład pierworodnej, która tkwi w tym już od dokładnie 2818 dni, da się :). No to jedziemy dalej na tym wózku, zobaczymy, co napiszę o tym za rok!



Dávno som nepísala o jazykovom rozvoji mojich detí (naposledy niečo viac asi tu), ale keďže dvojjazyčnosť a spôsob, ako ju rozvíjať vo vlastnej rodine je snáď jedna z najzaujímavejších záležitostí v dvojnárodnej rovine, dnes budem písať práve o tom. Smelo komentujte, ak máte iné (alebo podobné :)) skúsenosti.

Krátke predstavenie a pripomenutie:

My s M. hovoríme doma výlučne vo svojich jazykoch (podrobnosti tu). Je to tak vlastne od začiatku. Bola to pre nás najprirodzenejšia metóda komunikácie, umožňujúca najlepšie vyjadriť samých seba. Držíme sa toho pravidla s ešte väčšou dôslednosťou, odkedy máme deti. Máme troch malých Slovanov: JM má 1,5 roka, DJ 4,5 roka a MN 7,5 roka. Najmladší ešte využíva benefity svojho mladého veku a je pod ochrannými krídlami mamy. Stredný začal v septembri svoje škôlkarské dobrodružstvo, avšak kvôli epidémii ho musel začiatkom marca prerušiť a v júni sa už do škôlky nevrátil, pretože a) zhodli sme sa, že ten jeden mesiac, ktorý zostal do konca školského roka môže stráviť doma, b) aj tak by preňho v našej škôlke nebolo miesto. Najstaršia práve skončila prvú triedu slovenskej základnej školy, v ktorej sa učí v týždni, a druhú triedu poľskej základnej školy, do ktorej chodí v soboty.

Maličký ešte nehovorí, ale reaguje tak na poľštinu, ako aj na slovenčinu (keď robí lotroviny, nereaguje na žiadny jazyk, to je jasné ;)), jednoznačne tiež chytá melódiu jazykov, veľmi  realisticky napodobňuje svojich súrodencov. DJ začal rozprávať neskoro, po treťom roku života a dodnes s tým má rôzne problémy, aktuálne navštevuje logopedičku, zaraz o tom poviem viac. MN hovorila v jednoduchých vetách už od 18 mesiacov, rýchlo začala vyslovovať „r” a vlastne nikdy nemala problémy s výslovnosťou. Obaja, DJ aj MN, mali v živote fázu miešania jazykov, ich nepresného rozlišovania, času, keď nedokázali prispôsobiť svoju výpoveď jazyku osoby, s ktorou sa rozprávali. Aktuálne s tým MN nemá vôbec žiadny problém a DJ takmer žiadny (o tom viac tu), čo znamená, že niekedy sa zasekne, lebo nevie, ako má niečo povedať v tom druhom jazyku, ale vie, čo má vtedy urobiť (jednoducho vraví, že nevie, a pýta sa, ako danú vec nazvať/vyjadriť). Medzi sebou deti hovoria veľmi, veľmi rôzne – DJ si skôr vyberá slovenčinu, MN je to viac-menej jedno, stalo sa, že upozornila brata, že keďže sú v Poľsku, majú hovoriť po poľsky ;). Na Slovensku však tiež hovoria po poľsky, záleží to od ich hry, nálady, niekedy iniciatívy starej mamy :). Napokon ešte jedna „všeobecná” poznámka týkajúca sa všetkých detí – mám ich doma tri a vidím, že cesty vývoja ich jazyka majú výrazne spoločné prvky, ale každá je iná. Prejdime teda na detaily.

Prvorodená MN. Naše malé torpédo. Rýchlo začala rozprávať, oddelila poľštinu a slovenčinu vo veku okolo troch rokov, začala čítať v oboch jazykoch pred dovŕšením piatich rokov. Má ohromujúcu slovnú zásobu, keď nečíta ďalšiu knižku, ústa sa jej nezavrú. Nemá žiadne problémy s učením, medzi deťmi vyniká. Píše v oboch jazykoch, bez problémov používa obe písané abecedy (sú skutočne rôzne, slovenské písmenká nájdete tu), tvorí vlastné príbehy po poľsky aj po slovensky. Tak v Poľsku, ako aj na Slovensku sa dorozumieva úplne ľahko, keď niečo nevie povedať, pýta sa, chyby v jazyku sa u nej vyskytujú zriedka, taký najtypickejší snáď pri záporoch – po slovensky sa pri zápore nemení gramatický pád (napr. „máme kávu” a „nemáme kávu”), pričom po poľsky sa v zápore použije genitív („nie mamy kawy”).

Dobrodružstvo jazyka pri DJ je o niečom celkom inom. Rozhodne sme museli zabudnúť na všetko, na čo sme privykli pri MN a museli sme zracionalizovať svoje očakávania a predpoklady. DJ ide svojou vlastnou cestou. Začal rozprávať neskoro, najprv formuloval svoje výpovede veľmi úsporne. Teraz síce dokáže rozprávať bez prestávky, no stále má problémy s výslovnosťou. Našťastie sme našli veľmi milú pani logopedičku, ktorá napomáha jeho výraznejšie vyjadrovanie :). Najväčší vplyv na vývoj reči pri DJ mohli mať dve udalosti – po prvé, je mladším bratom a dlho nemusel hovoriť, lebo... vo všetkom ho zastupovala jeho sestra :) (do dnešného dňa, keď dám nejakú otázku DJ, musím výrazne povedať, že MN nemá odpovedať :)). Po druhé, začiatkom roka sme zistili, že DJ má ťažkosti so sluchom. Našťastie, s pomocou laryngológa sa nám podarilo problém zažehnať, už sa však nedozvieme, čo by bolo, keby sme ho identifikovali skôr. Najdôležitejšie však je, že už je dobre a DJ jasne vníma rozdiel a veľmi chce už čoskoro vysloviť to mýtické „r” – budeme na tom na jeseň pracovať :). Teraz hovorí veľmi rád, prihovára sa, odpovedá na otázky. Vyberá si skôr slovenčinu, má menšiu chuť (a možno proste menšiu schopnosť) prispôsobiť sa, keď ho opravíme, po dlhšom pobyte v jednom štáte si horšie pamätá slovíčka z toho druhého. Zároveň sa však nikdy nestalo, že by sa nesnažil hovoriť s Poliakom po poľsky a Slovákom po slovensky. Keď niečo nevie povedať, jednoducho sa opýta. Niekedy sa mu už nechce, ale vidím, že stačí úplné prijatie na našej strane, trpezlivosť, a DJ sa vracia na správnu cestu. Sám ešte nečíta, veľmi rád však počúva audioknižky a pesničky tak po poľsky, ako aj po slovensky. Oba jazyky sú preňho v bežnom kontakte úplne prirodzené. Podobne ako kedysi MN, nedávno bol veľmi prekvapený, keď zistil, že jeho mama vie po slovensky :).

Som zvedavá, čo nás ešte čaká s našim najmladším synom :). Nepochybne je v ešte inej situácii ako jeho starší brat – keďže má dvoch starších súrodencov, počúva nielen naše rozhovory s nimi, ale tiež to, čo si oni sami medzi sebou hovoria, a tie rozhovory sa odohrávajú v oboch jazykoch :). Aby sa dostal k slovu, musí si JM niekedy vybojovať svoj priestor a nadšene využíva možnosti, ktoré ponúka zvyšovanie hlasitosti ;). Zároveň, to neustále počúvanie spevov, rozhovorov, diskusií, žartov či hádok je preňho jedna veľká škola dvojjazyčnosti. V tom je snáď podstata celej veci – ponorenie sa v oboch kultúrach, jazykoch, neprerušovaný a prirodzený kontakt s nimi. Moje deti nepoznajú inú realitu, a to, čo poznajú, berú so všetkými výhodami. Ako dokazuje príklad prvorodenej, ktorej sa to týka už 2818 dní, dá sa to :). Pokračujeme teda a uvidíme, čo o tom napíšem o rok!


środa, 29 stycznia 2020

Ancymon a sprawa polska / Huncút a poľský prípad


Kiepsko zaczęłam nowy rok. Dopadło mnie okropne zapalenie zęba, wylądowałam na antybiotyku, miałam w trybie pilnym usuniętą ósemkę (pożegnałam się z nią już 3 stycznia), w związku z czym musieliśmy przesunąć termin naszego powrotu na Słowację i rozregulowały się wszystkie nasze plany. Żyć – nie umierać! ;) Tymczasem miesiąc się kończy, zbliżają się moje kolejne urodziny, już 14 lutego czeka mnie niezwykle romantyczne wydarzenie, czyli zabieg usunięcia następnej ósemki (tym razem wolę dmuchać na zimne), a we mnie tli się nutka optymizmu.

Generalnie jeśli spytać o to mojego męża, to pewnie uzna, że jestem ostatnią osobą, którą można posądzać o optymizm, a jednak! Stopniowo zaczynam patrzeć w przyszłość z nadzieją i towarzyszy mi przekonanie, że wszystko się w końcu dobrze ułoży. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest… moje środkowe dziecko.

Zanim jednak przejdę do DJ., muszę jeszcze napisać słowo o mojej najstarszej córce, jest to bowiem niezbędne do dokładnego wyjaśnienia całej sprawy. Nie wiem, czy kiedykolwiek na łamach tego bloga wyraziłam to tak jasno, niemniej jednak być może zdążyliście się już zorientować, że moja pierworodna córka należy jeśli nie do dzieci wybitnych, to przynajmniej wyróżniających się. Szybko zaczęła mówić całymi zdaniami, przed trzecim rokiem życia wymawiała już wyraźnie wszystkie litery, w tym częstą zmorę wieku dziecięcego – „r”, płynnie czytała w obu językach już w wieku niespełna 5 lat i generalnie nie brak jej talentów. Gdy czyta po słowacku, brzmi jak czysta Słowaczka, gdy czyta po polsku – jak czysta Polka.

Jak na tym tle wypada potomek nr 2? Ten jest zupełnie inny niż jego starsza siostra. Jest absolutnie cudownym ancymonem, też posiada wiele talentów, szczególnie zachwyca mnie swoją muzykalnością, jednak… talentami oratorskimi póki co nie grzeszy. Późno zaczął mówić, mimo skończonych 4 lat ciągle kilku liter nie potrafi wymówić poprawnie (choć przed 2 dniami opanował „W”!), na dodatek rozdzielanie języków ewidentnie dłuuugo u niego nie grało. To tak w wielkim skrócie.

Nie zrozumcie mnie źle, przy trójce dzieci zyskałam już trochę doświadczenia, więc zasadniczo staram się im towarzyszyć bez nakładania na nie zbędnych oczekiwań, bo każde rozwija się w swoim czasie i zgodnie ze swoim charakterem. Niemniej jednak szczególnie swoiste niezrozumienie przez DJ. faktu, że czasem należy przełączyć się na język polski, napawało mnie niepokojem. Z jednej strony chciałam zapewnić mu czas niezbędny do dojrzewania do dwujęzyczności, z drugiej – zwyczajnie się bałam. MN. mieszkała przez jakiś czas w Polsce, a DJ. całe swoje dotychczasowe życie spędził na Słowacji. A co, jeśli jednak moja konsekwencja w mówieniu po polsku mu nie wystarczy w obliczu tego naporu języka słowackiego? A co, jeśli jego wolniejszy niż u siostry rozwój sprawi, że nie rozdzieli języków? A co, jeśli jego odrobinę hultajska natura przyczyni się do odrzucenia języka mamy na zasadzie „nie, bo nie”? Oj, nie było mi łatwo z tymi myślami… Z nikim się nimi nie dzieliłam, nie chciałam podsycać własnych strachów, jednak momentami trudno mi było nad nimi zapanować. Wprawdzie każde dziecko to inna historia i DJ. nie jest swoją siostrą (zresztą wcale bym nie chciała, żeby był :)) – ale nie byłam przekonana, że jestem gotowa na to, że wszystko, co tak dobrze sprawdziło się w przypadku MN., może wyglądać zupełnie inaczej u DJ.

Tymczasem ostatnie tygodnie, może miesiące zaczęły przynosić coraz większe promyki nadziei. Nagle dostrzegłam w oczach DJ. błysk zrozumienia, zaczął mówić chętniej i więcej, zaczął rozróżniać, że inaczej powinien rozmawiać z babcią słowacką, a inaczej z polską. Podjął wreszcie wysiłek, by swoje wypowiedzi dostosowywać do rozmówcy, „zaskoczył” i ewidentnie chce z Polakami rozmawiać po polsku, a ze Słowakami po słowacku. Odetchnęłam z ulgą. Cały czas lepiej radzi sobie po słowacku i w zabawach z rodzeństwem chętniej sięga właśnie po język taty, ale gdy MN. inicjuje zabawę po polsku, bez problemu wchodzi w ten układ. Kolejny raz przekonałam się, że u dziecka dwujęzycznego musi po prostu nastąpić „ten” moment, moment rozłączenia języków, moment nabrania pewnej świadomości tego, że nie z każdym da się rozmawiać w ten sam sposób. Jestem urzeczona, obserwując, jak dynamiczny rozwój zachodzi teraz w DJ., jak z każdym dniem stabilizuje się jego polszczyzna i słowacczyzna. Śledzenie postępów w dwujęzyczności u moich dzieci to jedna z największych przygód naszego dwunarodowego związku. To taka tajemnica, której mogę się tylko przyglądać, ale nigdy nie będzie w pełni moim udziałem. Z drugiej strony bardzo, bardzo wiele zależy właśnie ode mnie i od mojego męża. Nie chcę tego zaprzepaścić, chcę dać moim dzieciom szansę na dwa języki ojczyste, na prawdziwie głębokie wejście aż w dwie kultury. Mogą na tym tylko zyskać.




Tento rok som začala nedobre. Prišiel na mňa hnusný zápal zuba, musela som brať antibiotiká, urgentne mi vytiahli osmičku (rozlúčila som sa s ňou už 3. januára), čo spôsobilo, že sme museli odložiť termín nášho návratu na Slovensko a zmeniť svoje plány. Nič to, život ide ďalej ;). No blíži sa koniec mesiaca a s ním moje ďalšie narodeniny, už 14. februára ma čaká neobyčajne romantická udalosť, čiže vyťahovanie ďalšej osmičky (opatrnosti nikdy nie je nazvyš), a vo mne tlie iskrička optimizmu.

Keby ste sa na to spýtali môjho muža, pravdepodobne by vám povedal, že ma je ťažké podozrievať z optimizmu, a predsa! Postupne sa začínam pozerať do budúcnosti s nádejou a sprevádza ma presvedčenie, že napokon bude všetko dobre. Príčinou takejto situácie je... moje stredné dieťa.

Kým však prejdem k DJ, musím napísať pár slov o mojej najstaršej dcére; je to totiž potrebné k úplnému vysvetleniu celej záležitosti. Neviem, či som to niekedy na tomto blogu vyjadrila tak jasne, ale možno ste si všimli, že moja prvorodená patrí ak nie k výnimočným, tak aspoň k vynikajúcim deťom. Rýchlo začala hovoriť plnými vetami, pred tretími narodeninami už vyslovovala správne všetky hlásky vrátane častej nočnej mory v podobe „r”, plynulo čítala v oboch jazykov vo veku neukončených 5 rokov a tak celkovo má kopu talentov. Keď číta po slovensky, znie ako čistokrvná Slovenka, keď po poľsky, ako čistokrvná Poľka.

Ako popri tom všetkom vyzerá dieťa č. 2? Je úplne iné ako jeho staršia sestra. Je to absolútne čarovný huncút, ktorý má tiež veľa darov, zvlášť ma privádza k úžasu svojou muzikálnosťou, jednako však žiadny veľký rečník z neho zatiaľ nie je. Začal hovoriť neskoro, napriek 4 rokom nedokáže niektoré hlásky poriadne vysloviť (hoci dva dni dozadu zvládol „V”!), navyše, dllllho nevedel prísť na rozlíšenie jazykov. To tak v skratke.

Nechápte ma zle, pri troch deťoch som už nabrala trochu skúseností, preto sa snažím sprevádzať ich životom bez zbytočných očakávaní, pretože každé sa rozvíja vo svojom čase a v súlade so svojim charakterom. Avšak svojrázne nepochopenie skutočnosti, že niekedy treba prepnúť na poľštinu ma pri DJ napĺňalo nepokojom. Na jednej strane som mu chcela dať čas potrebný na dozretie k dvojjazyčnosti, na druhej strane som sa jednoducho bála. MN bývala nejaký čas v Poľsku, no DJ celý svoj doterajší život strávil na Slovensku. Čo ak by mu moja dôsledná komunikácia v poľštine nestačila tvárou v tvár všadeprítomnej slovenčine? Čo ak jeho pomalší vývoj v porovnaní so sestrou spôsobí, že nerozlíši jazyky? Čo ak jeho zľahka darebácka nátura zapríčiní, že odmietne mamin jazyk lebo sa mu práve tak zapáči? Ajaj, nebolo mi ľahko s takými myšlienkami... S nikým som o nich nehovorila, nechcela som prikrmovať vlastné strachy, ale niekedy bolo ťažké ich zvládnuť. Naozaj, každé dieťa má iný príbeh a DJ nie je jeho sestra (koniec koncov, nechcela by som, aby ňou bol :)) – nebola som však presvedčená, že som pripravená  na to, že všetko, čo tak skvelo vyšlo pri MN, môže vyzerať totálne inak pri DJ.

Ostatné týždne mi však začali prinášať lúče nádeje. Náhle som si všimla v očiach DJ záblesk pochopenia, začal hovoriť čoraz viac a radšej, začal si všímať, že by mal inak hovoriť so slovenskou a inak s poľskou starou mamou. Vynasnažil sa prispôsobiť svoj prejav osobe, s ktorou hovoril, „doplo mu to” a evidentne sa chce s Poliakmi rozprávať po poľsky a so Slovákmi po slovensky. Spadol mi kameň zo srdca. Stále mu to ide lepšie po slovensky a pri hre so súrodencami si častejšie vyberá jazyk tatinka, ale keď MN začne pri hre hovoriť po poľsky, bez problémov sa prispôsobuje. Znovu som sa presvedčila, že pri dvojjazyčnom dieťati jednoducho musí dôjsť k „tomu” momentu, k chvíli odlíšenia jazykov, k chvíli plného uvedomenia si, že nie so všetkými možno hovoriť rovnako. Fascinuje ma pozorovanie, aký dynamický rozvoj prebieha u DJ, ako sa každým dňom upevňuje jeho slovenčina i poľština. Sledovanie pokrokov v dvojjazyčnosti mojich detí je jedným z najväčších dobrodružstiev v našom zmiešanom zväzku. Je to tajomstvo, ktorému sa môžem iba prizerať, ale nikdy sa ho naplno nezúčastním. Na druhej strane, naozaj veľa závisí práve odo mňa a od môjho muža. Nechcem, aby mi to uniklo, chcem dať mojim deťom príležitosť na dva materinské jazyky, na skutočne hlboký prístup až k dvom kultúram. Môžu tým len získať.

piątek, 29 listopada 2019

Dziecięcy Klub "Poznaj Polskę" / Detský klub Poznaj Poľsko


„Mamo, ja chcę w szkole [słowackiej] założyć tak oficjalnie Klub Nauki Języka Polskiego!”

Chwilę trwało, zanim słowa wypowiedziane przez moją córkę podczas wspólnej jazdy do szkoły polskiej wprawiły w ruch trybiki w moim mózgu. Znam MN., wiem, że już nie raz i nie dwa uczyła swoje koleżanki polskich słówek czy hymnu, ale klub? Wow, ciekawe! Tylko skąd taki pomysł? I co z nim?

Wyjaśniłyśmy sobie, że z tą nauką języka to może być trudno, ale jak MN. chce, to może pogadać ze swoją wychowawczynią o Klubie Miłośników Polski. I tyle. Przystanek, wysiadka z tramwaju, poszłyśmy na lekcje. Myślałam, że na tej krótkiej rozmowie się skończy, ale nie doceniłam własnej córki.

Parę dni później po powrocie ze słowackiej szkoły MN. oznajmiła, że rozmawiała z panią opiekunką ze świetlicy o swoim pomyśle (dla jasności – MN. ma panią wychowawczynię, która ją uczy i panią opiekunkę, która prowadzi zajęcia po lekcjach) i pani opiekunka obiecała porozmawiać z opiekunkami innych klas. Gdybyście widzieli ekscytację, z jaką moja córka o tym opowiadała, wiedzielibyście, że to jest temat, który na pewno nie pozostanie bez rozwinięcia. MN. dosłownie promieniała, wymyślając kolejne zagadnienia na spotkania swojego klubu. Alfabet, mapa, legendy…

„Bardzo bym chciała mieć własny klub i bardzo bym chciała, żeby inne dzieci wiedziały więcej o Polsce! Bo to jest mój kraj. W tym kraju urodziła się moja babcia i urodziłaś się ty!” – podobnych zdań z ust mojej córki słyszałam kilka. Za każdym razem czułam wzruszenie. Bo to jest coś, co się dzieje poza mną, poza moim wpływem. To jest jakiś owoc wychowania, ale już niezależny ode mnie i od M., wypływający bezpośrednio z naszej córki, z jej widzenia świata, z jej polskości i słowackości. Jasne, że sprawia jej też przyjemność samo organizowanie, zakładanie klubu, pewnie nie bez znaczenia jest tu poczucie, że robi coś ważnego. Ale wybór tematyki mówi o MN. bardzo, bardzo dużo. W niej nie ma żadnego wstydu, żadnego chowania się z polskością po kątach, żadnego poczucia, że to jest coś niewłaściwego. W niej jest radość, duma, chęć dzielenia się. Tak po prostu, bez żadnego zadęcia, poczucia wyższości czy grama sztuczności. Ma coś wyjątkowego, do czego nie każdy ma dostęp, i chce to dać innym. Według mnie to absolutnie niezwykłe.

I tak Dziecięcy Klub „Poznaj Polskę” ma już swoją nazwę, cele, wstępnie ustaloną formę i tematy pierwszych pięciu spotkań. Myślałam, że pokażę wam też plakat, ale pani opiekunka się rozchorowała i MN. jeszcze go nie przygotowała. Nasza rola jako rodziców ogranicza się w tym wszystkim właściwie tylko do towarzyszenia MN. Staramy się ją chronić przed rozczarowaniem, jednocześnie wspierając w realizowaniu własnych pomysłów, które wykraczają poza naszą wyobraźnię.

Na koniec jeszcze taki króciutki dialog, który najlepiej oddaje to wszystko, co się u nas dzieje:
Gdy spisywaliśmy plan, by móc go wysłać pani opiekunce i MN. rzucała kolejne pomysły, nagle zwróciła się do mnie ze słowami: „Mamo, poradź mi, ja jeszcze nigdy nie zakładałam klubu!”. No właśnie :). „Córeczko, ja też nie, ja też nie!”




„Mami, ja chcem v škole [slovenskej] tak oficiálne založiť Klub výučby poľského jazyka!”
Chvíľu mi trvalo, kým tieto slová mojej dcérky vyrieknuté na ceste do poľskej školy rozkrútili kolieska v mojej hlave. Poznám MN, viem, že už niekoľkokrát učila svoje kamarátky poľské slovíčka či dokonca poľskú hymnu, ale klub? Wau, zaujímavé! Kde však prišla na niečo také? A čo s tým?

Vysvetlili sme si, že s tou výučbou jazyka to môže byť ťažšie, ale ak MN chce, môže sa porozprávať so svojou triednou pani učiteľkou o Klube milovníkov Poľska. To bolo všetko. Zastávka, vyšli sme z električky, začali sa vyučovacie hodiny. Myslela som si, že tým krátkym rozhovorom sa všetko skončilo, ale podcenila som vlastnú dcéru.

O niekoľko dní nato mi po príchode domov zo slovenskej školy MN oznámila, že hovorila s pani vychovávateľkou zo školského klubu detí o svojom nápade a pani vychovávateľka jej sľúbila, že sa o tom porozpráva s inými vychovávateľkami. Keby ste videli to vzrušenie, s akým mi o tom dcérka rozprávala, vedeli by ste, že je to téma, ktorá sa ešte určite rozvinie. MN doslova žiarila, keď vymýšľala ďalšie a ďalšie témy na stretnutia svojho klubu. Abeceda, mapa, legendy...

„Veľmi by som chcela mať svoj vlastný klub a veľmi by som chcela, aby iné deti vedeli viac o Poľsku! Lebo to je moja krajina. V tej krajine sa narodila moja starká a narodila si sa v nej aj ty!” – podobných viet som z úst mojej dcérky počula niekoľko. Vždy som sa po nich rozcítila. Lebo to je niečo, čo sa deje mimo mňa, mimo môjho vplyvu. Je to ovocie výchovy, ale už nezávislé odo mňa a od M, pochádzajúce priamo od našej dcéry, od jej videnia sveta, od jej poľskosti i slovenskosti. Jasné, že je pre ňu príjemné aj samotné organizovanie, zakladanie klubu, určite má tiež význam ten pocit, že robí niečo dôležité. Ale voľba tematiky hovorí o MN veľmi, veľmi veľa. Nemá v sebe totiž žiadnu hanbu, žiadne schovávanie svojej poľskosti, nemá pocit, že by šlo o niečo nevhodné. Je v nej radosť, hrdosť, chuť deliť sa. Len tak, bez nejakej pózy, pocitu nadradenosti či gramu afektu. Má niečo výnimočné, čo nemá každý, a chce to dať iným. Podľa mňa je to niečo absolútne neobyčajné.

A tak má Detský klub Poznaj Poľsko svoj názov, ciele, predbežne navrhnutú formu a témy prvých piatich stretnutí. Myslela som si, že vám tiež ukážem plagát, ale pani vychovávateľka ochorela a MN ho ešte nepripravila. Naša rola ako rodičov vlastne spočíva iba v tom, aby sme MN sprevádzali. Snažíme sa uchrániť ju pred sklamaním a zároveň ju podporovať pri realizácii jej vlastných cieľov, ktoré presahujú našu predstavivosť.

Napokon ešte kratučký dialóg, ktorý najlepšie vyjadruje to všetko, čo sa u nás deje:
Keď sme zapisovali plán pre pani vychovávateľku a MN prichádzala stále s novými nápadmi, zrazu sa na mňa obrátila so slovami: „Mami, poraď mi, ja som ešte nikdy nezakladala klub!”. No presne :). „Ani ja, dcérka, ani ja!”

sobota, 31 sierpnia 2019

Grunt pod nogami / Pevná pôda pod nohami


Sierpień się kończy, powinnam drżeć z nerwów. MN. idzie w poniedziałek do pierwszej klasy słowackiej podstawówki, co z racji naszej dwukulturowości jeszcze niedawno przyprawiało mnie o solidny ból brzucha (dzieliłam się tym kiedyś z wami o tutaj), DJ. rozpoczyna przygodę z przedszkolem i nie wiem, co to ze sobą przyniesie, a ja na 99% zaczynam dodatkową pracę (po parę godzin w miesiącu), więc całe nasze życie rodzinne czeka solidne przemeblowanie. Krótko mówiąc, dzieje się. Ja tymczasem jestem… spokojna. Przynajmniej jak na siebie ;).

Nie, nie jest tak, że nagle znikły wszystkie moje obawy związane ze szkołą słowacką, przestałam się niepokoić o naszego prawie czterolatka, który ciągle miesza języki, i nie ma we mnie ani krzty strachu przed wyjściem z mojego bezpiecznego świata do ludzi. Wszystkie te odczucia są i mają się dobrze :). Tego lata odkryłam jednak coś ważnego, coś, co pozwoliło mi złapać trochę więcej równowagi.

Po 8 latach naszego polsko-słowackiego życia nagle dotarło do mnie, że nasze zwyczaje, tradycje okrzepły, poczułam, że mniej się miotam w życiu między krajami, a bardziej tę rzeczywistość przyjmuję i zwyczajnie lubię. Nie jest pozbawiona wad, to jasne, ale jest nasza, innej nie mamy i nie będziemy mieli.

Weźmy takie wakacje: nasz lipiec jest polski, a sierpień słowacko-węgierski. I lubię to. Lubię ten czas nad polskim morzem, lubię chwile na wsi u słowackich dziadków i wreszcie kocham nasze coroczne rodzinne wakacje na Węgrzech. Czuję, że wszystko jest na swoim miejscu, że całkiem zgrabnie poukładaliśmy ten nasz galimatias. I to dotyczy przeróżnych aspektów naszego wspólnego życia – kwestii łączenia tradycji, kwestii dwujęzycznego i dwukulturowego wychowania dzieci, kwestii szanowania własnej odmienności itp. itd.

Nie sprawia to oczywiście, że w naszym życiu nie ma żadnych znaków zapytania. Są. Ale przede wszystkim jest ten tak bardzo potrzebny spokój.

Chyba ten dzisiejszy post pozostanie taki bez zakończenia. Ale nie byłam na niego przygotowana, tak naprawdę chciałam dziś pisać zupełnie o czymś innym, chciałam napisać, jak wspaniale naładowałam baterie na Węgrzech, gdzie spędziłam ostatnie 5 dni, jak bardzo podoba mi się ten kraj, i jak ważny jest dla mnie czas spędzony z rodziną. Tymczasem w miarę przelewania kolejnych słów na papier (ok, ekran monitora) i niekończącego się przeredagowywania kolejnych akapitów doszłam do tego, co powyżej. I trwam w zadziwieniu. Ależ to kojące! Zwłaszcza ta myśl, że okrzepliśmy. Wszystkim w takich relacjach jak nasza właśnie tego życzę.





August sa končí, mala by som byť celá nervózna. MN nastupuje v pondelok do prvého ročníka slovenskej základnej školy, čo mi z dôvodu našej dvojakej kultúry spôsobovalo ešte nedávno poriadne bolesti brucha (raz som sa s vami o to podelila na tomto mieste), DJ začína dobrodružstvo v škôlke a neviem, čo to so sebou prinesie a ja na 99% začínam s prácou na čiastočný úväzok (pár hodín v mesiaci), nuž celý náš rodinný život čaká zásadná prestavba. Skrátka, dejú sa veci. A ja som... pokojná. Prinajmenšom na svoje pomery ;).

Nie, nie je to tak, že náhle zmizli všetky moje obavy spojené so slovenskou školou, že som sa prestala znepokojovať naším temer štvorročným chlapcom, ktorý stále mieša jazyky, a že v sebe nemám ani odrobinu strachu pred vychádzaním z môjho bezpečného sveta medzi ľudí. Všetky tie pocity žijú a majú sa dobre :). Počas tohto leta som však odhalila niečo dôležité, čo mi umožnilo získať trochu viac stability.

Po 8 rokoch nášho poľsko-slovenského života mi náhle svitlo, že naše zvyky a tradície sa stabilizovali, pocítila som, že sa menej tackám v živote medzi našimi krajinami a viac tú každodennosť akceptujem a proste mám rada. Nie je bezchybná, to je jasné, ale je naša, inú nemáme a nebudeme mať.

Zoberme si napríklad prázdniny: náš júl je poľský a august slovensko-maďarský. A mám to tak rada. Mám rada ten čas pri poľskom mori, mám rada chvíle na dedine u slovenských starých rodičov a napokon mám veľmi rada našu každoročnú rodinnú dovolenku v Maďarsku. Cítim, že všetko je na svojom mieste, že sme si celkom šikovne uložili ten náš galimatiáš. A to sa týka najrôznejších aspektov nášho spoločného života – otázky spájania tradícií, otázky dvojjazyčnosti a dvojkultúrneho vychovávania detí, otázky rešpektu voči našim odlišnostiam atď.

Neznamená to samozrejme, že v našom živote už nie sú otázniky. Sú. Ale predovšetkým prišiel ten tak veľmi potrebný pokoj.

Ten dnešný post asi nechám takto bez ukončenia. Nebola som naň pripravená, v skutočnosti som chcela písať o niečom úplne inom, chcela som napísať, ako skvelo som si nabila baterky v Maďarsku, kde som strávila ostatných päť dní, ako veľmi sa mi páči tá krajina a aký dôležitý je pre mňa čas strávený s rodinou. Avšak pri sťahovaní ďalších myšlienok na papier (ok, obrazovku počítača) a nekonečnom prepisovaní ďalších a ďalších odsekov som prišla na to, čo som napísala vyššie. A stále som z toho prekvapená. Aké to je upokojujúce! Najmä tá myšlienka o stabilite. Všetkým, ktorí sú v takých zväzkoch ako je ten náš, práve niečo podobné želám!

czwartek, 27 grudnia 2018

Čo viac dať / Czego więcej dać


Takto koncom roka zvyknú noviny a rôzne iné internety bilancovať. Osobnosti a antiosobnosti roka, najlepšie knižky, filmy, albumy, najsmutnejšie udalosti, kto známy umrel a komu sa narodilo dieťa a podobne. Ja nie som veľmi typ ani na bilancie a už vôbec nie na nejaké predsavzatia, ale uvedomujem si, že v tomto roku sa mi v živote zopakovalo, hoci v menšom rozsahu, obdobie, ktoré zvyknem radiť medzi najvýznamnejšie. Takto pred piatimi rokmi sme začínali žiť v Poľsku, ja som opustil prácu a zostal som doma. Ja, N., MN. a občas nejaká príležitostná práca. Dvojročná materská dovolenka.

Myslím si, že ten čas bol veľmi dôležitý vo formovaní môjho vzťahu s dcérkou. Bol som pri všetkých jej “prvýchkrátoch”. Na vlastné oči som videl, ako rastie, ako vie čoraz viac, ako chytá prvé knižky, najprv do úst, neskôr aj do rúk, ako robí prvý krok a ako formuje prvé slová. Prešiel som nespočetnekrát mestom, kde sme bývali, s kočiarikom, prečítal pri tom iks knižiek. Nebol som a už som ani nezostal otcom pomáhačom, čo vypomáha v domácnosti podobne ako pani, ktorá príde raz za čas umyť okná. Odvtedy dobre viem, kde je moje miesto a že ho mám veľmi rád.

No a v súvislosti s tým celým poľsko-slovenským svetom to bol tiež čas, keď sme malú obdarovávali rovnocenne oboma jazykmi. Mal som to šťastie, že som nemusel odchádzať každý deň do práce a sledovať ju ráno pri odchode, ako sa prebúdza, a večer po príchode, ako pozerá večerníček a pomaličky smeruje do postieľky. Myslím si, že aj vďaka tomu a našej domácej jazykovej politike (každý vo svojom jazyku) je MN. výborná v oboch jazykoch a malý DJ. sa k tomu veľkými krokmi približuje. Klobúk dolu pred všetkými, ktorí niečo podobné dosiahnu aj bez toho komfortu, ktorý sme mali my.

V tomto roku mal DJ. tretie narodeniny a asi niekde na prelome augusta a septembra som čítal vo svojom obľúbenom poľskom týždenníku o otcovských dovolenkách, takých naozajstných, platených, zo zamestnania (lebo pred tými piatimi rokmi som bol zamestnaný sám u seba a nie na oficiálnej materskej). S malou dušičkou som sa spýtal svojho šéfa, čo by na niečo také povedal. No a podarilo sa! Hoci iba na dva mesiace, počas ktorých som sa zaviazal čo-to v práci potiahnuť, ale mohol som byť doma! Tentokrát s malým DJ.

Priznávam, opäť to bol krásny čas. Najprv som N. liezol doma dosť na nervy, lebo som nabúral všetky rutinné postupy, kde má čo byť, čo sa má kedy odohrať, kto čo spraví a podobne. Ale postupne sa to vyrovnalo. Chodili sme na detské ihriská, do fantastického materského centra, kde sa DJ. zaľúbil do tety Lenky, boli sme vláčikom u tety Anky, chodili sme na prechádzky a v zásade všetko sme robili spolu. Okrem toho sme chodili všelikade aj s MN. a N. mala pokoj v príprave na príchod maličkého. Ako to ja zvyknem zhodnotiť, bol to oveľa intenzívnejší čas ako predtým. Nestihol som si počas celej svojej “dovolenky” pozrieť ani jeden seriál na Netflixe, s životopisom Pilsudského sa borím už od začiatku materskej, ale prežil som krásny, intenzívny čas so svojimi deťmi, a to je celkom na nezaplatenie. Teším sa na tretiu edíciu :).

Želám všetkým priateľom a čitateľom, aby sme v Novom roku, ktorý vítame, vedeli dať našim blízkym to najvzácnejšie - náš čas a našu pozornosť. Aj na jednu, aj na druhú stranu Tatier nech zavíta duch radosti a pokoja, vďaka ktorému môžeme byť ešte kúsok lepší nielen cez sviatočné obdobie, ale po celý rok. No a my sa Vám ozveme najbližšie už v rozšírenej zostave :).




Pod koniec roku w gazetach i różnych innych internetach można znaleźć mnóstwo podsumowań. Osobowość i antyosobowość roku, najlepsze książki, filmy, albumy, najsmutniejsze wydarzenia, kto ze znanych ludzi umarł, a komu narodziło się dziecko itp. Podsumowania to niespecjalnie moja działka, podobnie zresztą jak jakieś postanowienia, ale mam świadomość, że w tym roku w moim życiu powtórzył się – chociaż w mniejszym wymiarze – okres, który uważam za jeden z najbardziej znaczących. Pięć lat temu o tej porze zaczynaliśmy żyć w Polsce, zrezygnowałem z pracy i zostałem w domu. Ja, N., MN. i od czasu do czasu jakieś zlecenia. Dwuletni urlop wychowawczy.

Uważam ten czas za bardzo ważny z perspektywy kształtowania mojej relacji z córką. Byłem przy jej wszystkich „pierwszych razach”. Na własne oczy widziałem, jak rośnie, jak odkrywa coraz więcej, jak sięga po pierwsze książki, najpierw by trzymać je w buzi, potem w ręku, jak stawia pierwsze kroki i jak wymawia pierwsze słowa. Niezliczoną ilość razy przespacerowałem się z wózkiem po okolicy, w której mieszkaliśmy, przeczytałem podczas tych wędrówek milion książek. Nie byłem i nigdy nie stałem się ojcem pomocnikiem, który pomaga w domu niczym pani, która przyjdzie od czasu do czasu umyć okna. Od tamtego czasu dobrze wiem, gdzie jest moje miejsce i jak bardzo je sobie cenię.

W związku z tym całym polsko-słowackim światem był to też czas, w którym obdarowaliśmy małą po równo obydwoma językami. Miałem to szczęście, że nie musiałem wychodzić codziennie do pracy i obserwować przed wyjściem, jak mała się budzi, a wieczorem po powrocie, jak ogląda dobranockę i zmierza pomalutku do spania. Myślę, że również dzięki temu i naszej domowej polityce językowej (każde posługuje się swoim językiem) MN. radzi sobie wspaniale z obydwoma językami, a mały DJ. zmierza w tym samym kierunku wielkimi krokami. Czapki z głów przed wszystkimi, którzy osiągają podobny efekt bez tego komfortu, który mieliśmy w naszych początkach my.

W tym roku DJ. obchodził trzecie urodziny i jakoś na przełomie sierpnia i września czytałem w moim ulubionym polskim tygodniku o urlopach ojcowskich, takich prawdziwych, płatnych, załatwionych w miejscu pracy (ponieważ 5 lat temu byłem zatrudniony sam u siebie, nie miałem oficjalnego urlopu wychowawczego). Z duszą na ramieniu spytałem swojego szefa, co by na coś takiego powiedział. I udało się! Chociaż tylko na dwa miesiące, podczas których zobowiązałem się do kontynuowania niektórych projektów w pracy, jednak mogłem być w domu! Tym razem z małym DJ.

Przyznaję, ponownie był to piękny czas. Najpierw działałem N. na nerwy, ponieważ zburzyłem całą rutynę dnia codziennego; gdzie co ma leżeć, kiedy co ma mieć miejsce, kto co robi itp. Ale stopniowo wszystko się poukładało. Chodziliśmy z DJ. na place zabaw, do fantastycznego centrum rodzinnego, gdzie DJ. zakochał się w cioci Lence, pojechaliśmy pociągiem do cioci Anki, chodziliśmy na spacery i właściwie wszystko robiliśmy razem. Poza tym zabieraliśmy w różne w miejsca też MN., dzięki czemu N. mogła w spokoju przygotować wszystko na narodziny kolejnego członka rodziny. Jak to oceniam? Był to znacznie intensywniejszy czas niż przedtem. Podczas całego „urlopu” nie zdążyłem obejrzeć na Netfliksie ani jednego serialu, z biografią Piłsudskiego męczę się już od początku mojej przerwy w pracy, ale przeżyłem piękny, intensywny czas ze swoimi dziećmi, co jest absolutnie bezcenne. Cieszę się na trzecią edycję! :)

Życzę wszystkim przyjaciołom i czytelnikom, abyśmy w Nowym Roku, który niedługo przywitamy, umieli dać naszym bliskim to najcenniejsze – nasz czas i uwagę. Zarówno na jedną, jak i na drugą stronę Tatr niech zawita duch radości i pokoju, dzięki któremu możemy być odrobinę lepsi nie tylko w czasie świąt, ale przez cały rok. My tymczasem odezwiemy się do Was ponownie już w powiększonym składzie :).

piątek, 31 sierpnia 2018

Co powie tata / Na to je tato


Jest w sierpniu coś takiego, co sprawia, że nie lubię tego miesiąca. Nadchodzi to pomalutku, rośnie, rośnie, rośnie, by osiągnąć swoje apogeum ostatniego dnia. Czyli dzisiaj. Koniec wakacji i powrót do natłoku codziennych obowiązków? Nadchodząca jesień? Zmęczenie powyjazdowe? Nieutulona jeszcze w pełni tęsknota za domem? Pewnie wszystko po trochu. Tak czy siak siedzę właśnie sama na kanapie i posyłam temu sierpniowemu potworowi bardzo krzywy uśmiech.

A przecież sam miesiąc przyniósł tyle pięknych rzeczy. Stało się, po kilku (za długich) latach doczekałam się wreszcie porządnego instrumentu klawiszowego. Wymieniliśmy dla niego kanapę, przemeblowaliśmy cały salon, pozbyliśmy się całkiem ładnej sumki pieniędzy jak na nasze możliwości, ale jest, stoi, cieszy oko i ucho (tylko czy to wszystko nie oznacza, że zostaniemy w Bratysławie jeszcze dłużej?). Pojechaliśmy też na wspaniałe rodzinne wakacje na Węgry (to mój ulubiony kierunek, za rok też jedziemy :)). 4 cudowne dni spędzone tylko z dzieciakami i M. na zwiedzaniu, kąpielach w basenie i obżeraniu się wakacyjnymi przysmakami. Oprócz tego M. zabrał mnie dość niespodziewanie na weekend do Holandii. Eindhoven było dla mnie totalnym odkryciem. Nie mogę powiedzieć, żeby powrót do petržalskiej architektury i komunikacji był potem łatwym przeżyciem ;).

A wszystkie te dni spędzone u słowackich dziadków? Radość dzieciaków, wieczne zabawy w ogrodzie, komfort niegotowania obiadów, gdy gotuje teściowa lub szwagierka ;). I 2 wspólne wyjazdy, do Trenczyńskich Cieplic i Nowej Wsi Spiskiej. Lubię patrzeć, gdy moje dzieci są szczęśliwe, a one są najszczęśliwsze, gdy są otoczone miłością – rodziców, dziadków, wujostwa…

Jedno, czego (kogo) miały mało, to… tata. I właściwie to o nim chciałabym dziś najwięcej napisać, choć nie wiem, czy będzie tym faktem uszczęśliwiony ;).

Z naszego domowego doświadczenia wynika, że – aby wychowanie dwukulturowe się udało – potrzebni są oboje rodzice. Po równo. I nie chodzi tu o po równo od linijki, po równo w znaczeniu lustrzanego odbicia. Chodzi o po równo w sensie zaangażowania, dania siebie dzieciom w takim zakresie, w jakim jest to możliwe. Jedną z cudownych cech M. jest absolutne przekonanie, że on jako ojciec nie jest w niczym gorszy niż ja jako matka, niczego mu nie brakuje i ze wszystkim sobie poradzi (i nie ma tu najmniejszego znaczenia fakt, że np. nie umie z pamięci powiedzieć, w której szufladzie DJ. ma skarpetki i nie wie, że MN. woli jogurt w osobnej miseczce, a nie wymieszany z owocami – bez tego też można sobie doskonale poradzić). Może dla niektórych z was brzmi to jak oczywista oczywistość, ale wierzcie mi, znam tatusiów, którzy sami przyznają, zostając z dziećmi, że „jednak mama to mama”. M. nie tylko by sobie na taki komentarz nie pozwolił, ale przede wszystkim – on by tak w ogóle nie pomyślał. I dzieciaki to czują, dzieciaki to wiedzą. Podobnie jest z jego nieobecnością – naszym dzieciom nie jest ona obojętna, pytają, chcą z tatą rozmawiać przez telefon, gdy wracają do taty, prawie zapominają o moim istnieniu, tak ważny jest dla nich tata. Pewnie już to pisałam, ale 2 lata, które M. spędził, pracując z domu, były dla MN. (która miała wtedy od 1 do 3 lat) absolutnie najlepszym prezentem, jaki mogła od niego otrzymać. Bo sama mama (gdy można inaczej) to za mało. Ja nie nauczę dzieci mówić poprawnie po słowacku (ani nie chcę posługiwać się z nimi tym językiem), nie przeczytam im bajki po słowacku, nie opowiem o słowackich tradycjach, nie zaserwuję wspomnień ze słowackiej szkolnej ławki. Nie, bo nie mogę, nie, bo nie potrafię, nie, bo nie chcę. Od tego jest moja słowacka połowa, od tego jest tata.

A jak to wszystko pomaga mi samej? Pomijając fakt, że uczy mnie, że nie muszę być „supermamą”, nie muszę wszystkiego robić, umieć, potrafić, pokazuje, jak zachować normalną, zdrową równowagę w domu, między mamą, tatą i dziećmi. Poza tym mi na obczyźnie zwyczajnie zaoszczędza trochę stresu w takich zwyczajnych codziennych sytuacjach, jak wizyta z dziećmi u lekarza (bo nasza pani doktor jest kochana, ale mówi strasznie szybko i czasem mam problem, żeby ją zrozumieć :D; dlatego fajnie gdy to M. chodzi tam z dziećmi) czy rozmowa z wychowawczynią w przedszkolu.

Podsumowując – tata w domu to wspaniała sprawa, i dla dzieci, i dla mamy ;). I jak tak o tym pomyślałam, to ten sierpień stał się odrobinę przyjemniejszy :D. Na koniec dla Was mały smaczek z dzisiejszego dnia, który mnie niesamowicie zachwycił – moja córka dla swojej pani z przedszkola napisała bajkę, zobaczcie zdjęcie. I jak tu nie być dumnymi rodzicami małej Słowianki? :)


"Raz v jednom kralovstve bivala krasna princezna ktora lubila luku. Pri kralovskom muzeum raz kedi princezna Ivka sia hrala na luke a trhala kveti... Dialšja rozpravka"


Na auguste je niečo také, čo spôsobuje, že ho nemám rada. Prichádza to pomaličky, rastie, rastie, rastie, a dosiahne vrchol v posledný augustový deň. Čiže dnes. Koniec prázdnin a návrat k pretlaku každodenných povinností? Prichádzajúca jeseň? Únava po všetkých výjazdoch? Ešte celkom neuspokojený smútok za domovom? Asi zo všetkého trošku. Tak či onak, práve sedím sama na gauči a posielam tej augustovej potvore krivý úsmev.

Tento mesiac však priniesol toľko pekných vecí. Podarilo sa, po niekoľkých (dlhých) rokoch som sa konečne dočkala poriadneho klávesového nástroja. Vymenili sme kvôli nemu sedačku, zmenili usporiadanie celej obývačky, zbavili sme sa na naše pomery celkom peknej sumy peňazí, ale je tu, stojí, teší oči aj uši (neznamená to však, že zostaneme v Bratislave ešte dlhšie?). Strávili sme tiež skvelé rodinné prázdniny v Maďarsku (je to moja obľúbená destinácia, o rok tiež pôjdeme :)). 4 nádherné dni strávené len s deťmi a M. poznávaním, kúpaním sa v bazéne a napchávaním sa prázdninovými pochúťkami. Okrem toho ma M. vzal dosť prekvapujúco na víkend do Holandska. Eindhoven pre mňa znamenal úplne nové odhalenie. Nemôžem povedať, že by bol pre mňa následný návrat do petržalskej architektúry a komunikácií ľahký ;).

A všetky tie dni strávené u slovenských starých rodičov? Radosť detí, večné zábavy v záhrade, to, že nebolo treba variť, keď to robila svokra alebo švagriná ;). A 2 spoločné výlety, do Trenčianskych Teplíc a Spišskej Novej Vsi. Rada sa dívam, keď sú moje deti šťastné, a ony sú najšťastnejšie, keď sú obklopené láskou – rodičov, starých rodičov, ujov a tiet...

To, čoho (koho) však mali málo, bol... tato. A práve o ňom by som dnes chcela najviac napísať, hoci neviem, či mu to urobí radosť ;).

Z našej vlastnej skúsenosti vyplýva, že ak chceme, aby sa dvojkultúrová výchova podarila, sú potrební obaja rodičia. Rovnako. Nejde o rovnosť v zmysle pravítka či zrkadlového obrazu. Ide o rovnosť v zmysle zapojenia sa, darovania sa deťom natoľko, nakoľko je to možné. Jednou z úžasných vlastností M. je totálne presvedčenie, že on ako otec nie je o nič horší odo mňa ako matky, nič mu nechýba a so všetkým si poradí (a nehrá pri tom ani najmenšiu rolu skutočnosť, že nevie napr. spamäti povedať, v ktorej zásuvke ma DJ. ponožky a nevie, že MN. má radšej jogurt v samostatnej mištičke a nie zmiešaný s ovocím – bez takýchto znalostí je možné si tiež dokonale poradiť). Možno je to pre mnohých z Vás absolútne samozrejmé, ale verte mi, poznám tatov, ktorí sami priznávajú, že „mama je predsa len mama”. M. by si nikdy taký komentár nedovolil, ale predovšetkým, v živote by si také niečo nepomyslel. A deti to cítia, deti to vedia. Podobné je to vtedy, keď s nimi nie je – jeho neprítomnosť im nie je ľahostajná, pýtajú sa naňho, chcú s ním hovoriť cez telefón, keď sa k nemu vracajú, takmer zabúdajú o mojej existencii, taký je pre nich dôležitý. Asi som to už písala, ale 2 roky, ktoré M. strávil prácou z domu boli pre MN. (ktorá mala vtedy 1-3 roky) absolútne najlepší darček, aký od neho mohla dostať. Lebo mama samotná (pokiaľ to nie je nevyhnutnosť) nestačí. Ja nenaučím deti hovoriť správne po slovensky (ani pred nimi slovenčinu nechcem používať), neprečítam im rozprávku po slovensky, neporozprávam o slovenských tradíciách, nepospomínam si na príbehy zo slovenskej školskej lavice. Nie, lebo nemôžem, lebo nedokážem, lebo nechcem. Na to je moja slovenská polovička, na to je tato.

A ako to pomáha mne samej? Okrem toho, že ma učí, že nemusím byť „supermama”, nemusím všetko robiť, všetko dokázať či vedieť, ukazuje aj to, ako zachovať normálnu, zdravú rovnováhu v domácnosti, medzi mamou, tatom a deťmi. Takisto mi v cudzine šetrí trochu stresu pri takých obyčajných každodenných situáciách ako je napr. návšteva s deťmi u lekára (lebo naša pani doktorka je zlatá, ale hovorí strašne rýchlo a niekedy mám problém jej rozumieť :D; preto je fajn, keď tam chodí M.) či rozhovor s učiteľkou v škôlke.

Keď si to všetko zrátam, tato doma je super vec, i pre deti, i pre mamu ;). A keď si tak na to pomyslím, hneď je ten august trošičku príjemnejší :D. Na koniec ešte malá chuťovka z dnešného dňa, ktorá ma neuveriteľne dostala – moja dcérka napísala rozprávku pre pani učiteľku zo škôlky, pozrite si obrázok. No nedá sa nebyť hrdým rodičom tejto malej Slovanky :).

wtorek, 31 lipca 2018

Odcienie lipca / Júlové odtiene

Lipiec, no!... :) Ci z was, którzy towarzyszą mi już od dłuższego czasu, wiedzą, że to mój ukochany polski miesiąc. Ten jeden w roku, który spędzam prawie w całości w domu – Polsce. Tegoroczny był dobry, wiecie? Słoneczny, kolorowy, pełen wrażeń. Był w nim czas na nudę, na pracę, na odkrycia i zabawę. Nie jestem w stanie zebrać wszystkiego w jedną spójną całość, więc tegoroczny lipiec zamykam w kilku punktach.

1.      Pogoda

To ten element, który zawsze spędza mi sen z powiek przed przyjazdem do Polski :). Nie tylko dlatego, że pakując ubrania na miesiąc dla małych dzieci, muszę spakować absolutnie wszystko – cieniutkie bluzeczki, krótkie spodenki, dresy i płaszcze przeciwdeszczowe :). Ale też dlatego, że moje dzieciaki po prostu marzą o morzu – MN. praktycznie od chwili przekroczenia progu domu dziadków wypytywała, kiedy pojedziemy na plażę :). W tym roku oczekiwania naszych pociech zostały zaspokojone z nawiązką, a kąpieli w morzu było naprawdę sporo (tak, od razu uprzedzę nieśmiertelne pytanie Słowaków – w polskim morzu naprawdę DA się kąpać, woda w zatoce miała ponad 20 stopni ;)). Poza tym dom wolnostojący ma tę wielką przewagę nad mieszkaniem w bloku, że ma ogród, a ogród jak łatwo się domyślić, to taki mały raj i to nie tylko dla najmłodszych, ale i dla dorosłych :). Stąd basen (dzieci) i kawa (ja, moja mama i moja babcia) w ogrodzie były na porządku dziennym :). A do tego lody, jagodzianki (uwielbiam!), gofry, sok z domowych jabłek i własne porzeczki… Nie pytajcie, ile przytyłam ;).

2.      Rozłąka

Nie lubię rozstawać się z M. na dłużej. Nie, żebyśmy byli takim małżeństwem idealnym (chociaż… ;)), ale lubimy swoje towarzystwo, dobrze nam razem i śmieję się zawsze, że limit rozłąki wyczerpaliśmy już przed ślubem (wolę nie myśleć, co by na to powiedziała moja babcia – pani marynarzowa – która potrafiła być 9 miesięcy bez dziadka :D). Nasze wakacje stoją jednak w dużej mierze właśnie pod znakiem rozstań. Pracując zdalnie i na własny rachunek, mogę sobie pozwolić na liczne wyjazdy, M. jest za to ograniczony liczbą dni urlopu. A jedni i drudzy dziadkowie czekają z utęsknieniem na wnuki. Ot, taki nasz chleb powszedni. Mam wrażenie, że im dłużej jesteśmy razem, tym bardziej nie lubię tych momentów „osobno”. Co na to pomaga? Teoretycznie rozmowy, praktycznie chyba nic :D. Ciągle nie znalazłam na ten problem sposobu :).

3.      Szwajcaria Kaszubska

Dla niewtajemniczonych – Szwajcaria Kaszubska to przepiękny, niezwykle malowniczy region w północnej Polsce. W tym roku lipiec stał pod znakiem zwiedzania właśnie tej krainy. I tak odwiedziliśmy fascynujący Kaszubski Park Etnograficzny im. Teodory i Izydora Gulgowskich we Wdzydzach Kiszewskich, pełen starych domostw i sprzętów, a przede wszystkim świadectwa życia ludzi żyjących dawniej na Kaszubach; wdrapaliśmy się na wieżę widokową nad morzem kaszubskim, czyli jeziorem Wdzydze; zwiedziliśmy niewielki, ale bardzo ciekawy zamek krzyżacki w Bytowie, w którego murach odkryliśmy fantastyczną restaurację (do dziś wspominam smak rozpływającej się na języku kaczki z opiekanymi kopytkami, mniam!); zaliczyliśmy Muzeum Volkswagena w Pępowie, które – choć niewielkie – było świetnie zorganizowane, prowadzone przez przemiłych ludzi z pomysłem i zachwyciło nas swoimi eksponatami; a na ostatek zajrzeliśmy do Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie, położonego niezwykle malowniczo i świetnie przybliżającego historię i znaczenie polskiego hymnu nawet tak małym turystom, jak moje dzieci. Wszystkie te miejsca z ręką na sercu gorąco polecam. Myślę, że warto poznawać nie tylko to, co daleko, ale też to, co blisko.

4.      Mundial

Mundial, Mundial i po Mundialu. Dużo oczekiwań, dużo szumu i już dawno po wszystkim. Niemniej jednak z dużą przyjemnością oglądaliśmy kolejne mecze, ciekawie też było w trakcie mundialu zamienić słowackich komentatorów na polskich :). Ale w tym miejscu chcę napisać o czymś innym. O tym, co poruszyło mnie szczególnie po ostatnim gwizdku – o krytyce, która pojawiła się w polskich i słowackich mediach (zwykłych i społecznościowych) w stosunku do Francuzów, a konkretnie ich rzekomego nieprawdziwego (nie w pełni wartościowego?) obywatelstwa. Aż sama sprawdzałam, gdzie się francuscy zawodnicy urodzili – znalazłam może dwóch, którzy urodzili się poza francuską ziemią. TYLKO dwóch. Pamiętam katarską drużynę w piłce ręcznej, która zajęła drugie miejsce na Mistrzostwach Świata w 2015 roku – kilku zawodników światowej klasy dosłownie kupionych do drużyny za niemałe pieniądze, rozdawanie obywatelstwa obliczone na zwycięstwo w zawodach. Taka polityka jest według mnie słusznie krytykowana. Ale podważanie francuskiego pochodzenia, gdy ktoś całe życie spędził we Francji? Według mnie – totalna głupota i niesamowite ograniczenie horyzontów. Poruszyło mnie to tak bardzo chyba właśnie dlatego, że przecież i moje dzieciaki nie są takie „jednorodne”. Są dwukulturowe, dwunarodowe, urodziły się w jednym kraju, ale przecież przynależą też do drugiego. Nie wydaje mi się, by ktokolwiek miał prawo krytykować czy komentować ich przynależność, być władnym, by oceniać ich pochodzenie jako lepsze lub gorsze. Nie, po prostu nie.

5.      Kłótnie o… język

Na koniec zostawiłam taki mały smaczek z naszego podwórka, który niezwykle mnie bawi :). Otóż w tym miesiącu nasz syn niesamowicie rozkręcił się językowo. Cały czas ma bardzo „swój” język, wielu zbitek nie jest w stanie wymówić, niesłychanie zniekształca wyrazy. Jednocześnie bardzo, bardzo dużo powtarza, naśladuje dźwięki, komunikuje się całkowicie świadomie, posługuje się prostymi zdaniami i faktycznie, coraz częściej jesteśmy w stanie się z nim dogadać. I tu pojawia się pewna trudność, z którą DJ. musi się zmierzyć – mianowicie mama i tata posługują się dwoma różnymi językami :D. DJ. jest dość uparty w swoim doborze słownictwa, ma słówka, które wymawia tylko po polsku i takie, które czerpie tylko z języka słowackiego. W momencie gdy w odpowiedzi słyszy od nas odpowiednik danego wyrazu w tym drugim języku, zaczyna się… kłócić :D. Mówi stanowcze „nie!” i nas poprawia swoim słówkiem. Gdy próbujemy mu tłumaczyć, że tak, tatuś mówi w ten sposób, ale mamusia inaczej, DJ. dalej uparcie trwa przy swoim, ewentualnie powie czasami zdziwionym głosem: „taaaaaaak?” i… nic z tego nie wynika, bo za jakiś czas dochodzi do kolejnej „dyskusji” ;). Nie ma co, jest wesoło ;).

No, sami widzicie – jak to wszystko zamknąć w jednej notce? :) A to i tak pewnie nawet nie połowa naszych przeżyć :). Nie wszystko jest różowe, nie wszystko wspaniałe, ale dobrze nam było w Polsce i dobrze nam na Słowacji. A wakacje jeszcze się nie kończą :).





Júl, no!... :) Tí z vás, ktorí ma už dlhšie sprevádzajú vedia, že je to môj obľúbený poľský mesiac. Ten jeden v roku, ktorý trávim takmer celý doma – v Poľsku. Tohoročný bol dobrý, viete? Slnečný, farebný, plný dojmov. Bol v ňom čas na nudu, na prácu, na objavy aj zábavu. Nedokážem všetko zhrnúť, a preto chcem tento júl rozdeliť do niekoľkých bodov.

1.      Počasie

To je ten prvok, ktorý mi pred príjazdom do Poľska kazí spánok :). Nielen preto, že pri balení oblečenia na mesiac pre malé deti musím zbaliť úplne všetko – tenké tričká, krátke nohavice, tepláky aj pršiplášte :). Tiež preto, že moje deti doslova snívajú o mori – MN. sa prakticky od momentu, keď prekročí prah domu starých rodičov vypytuje, kedy pôjdeme na pláž :). V tomto roku boli očakávania našich detí naplnené až po okraj a kúpania sa v mori bolo skutočne veľa (áno, už dopredu odpoviem na nesmrteľnú otázku Slovákov – v poľskom mori sa naozaj DÁ kúpať, voda v zátoke mala viac ako 20 stupňov ;)). Navyše, rodinný dom má voči bytu tú výhodu, že má záhradu a záhrada, ako si môžete ľahko domyslieť, to je taký malý raj, a to nielen pre najmenších, ale tiež pre dospelých :). Preto bol bazén (deti) a káva (ja, moja mama a stará mama) na záhrade na dennom poriadku :). A k tomu zmrzlina, čučoriedkové koláče (milujem!), gofry, domáca jablková šťava a vlastné ríbezle... Nepýtajte sa, koľko kilov som pribrala ;).

2.      Odlúčenie

Nerada sa na dlhšie lúčim s M. Nie, že by sme boli taký ideálny pár (hoci... ;)), ale máme radi svoju spoločnosť a vždy sa smejem, že limit odlúčení sme si vyčerpali už pre svadbou (radšej nemyslím na to, čo by na to povedala moja stará mama – manželka námorníka – ktorá bola bez starého otca aj 9 mesiacov :D). Naše prázdniny sú však silne poznačené práve rozlúčkami. Keďže pracujem z domu a sama na seba, môžem si dovoliť početné výjazdy, M. má však obmedzený počet voľných dní. A všetci starí rodičia clivo čakajú na vnúčatá. Nuž, taký je náš každodenný chlieb. Mám pocit, že čím dlhšie sme spolu, tým viac nemám rada také momenty, keď je každý sám. Čo na to pomáha? Teoreticky rozhovory, prakticky asi nič :D. Stále som na to nenašla liek :).

3.      Kašubské Švajčiarsko

Pre tých, ktorí nevedia, o čo ide – Kašubské Švajčiarsko je krásny, neobyčajne malebný región v severnom Poľsku. V tomto roku bol júl práve v znamení objavovania tejto oblasti. A tak sme navštívili fascinujúci Kaszubski Park Etnograficzny im.Teodory i Izydora Gulgowskich vo Wdzydzach Kiszewskich, plný starých domov a nástrojov, ale predovšetkým svedectva o živote ľudí žijúcich kedysi na Kašubách; vyštverali sme sa na vyhliadkovú vežu nad kašubským morom, čiže nad jazerom Wdzydze; navštívili sme neveľký, ale veľmi zaujímavý križiacky hrad v Bytowe, v ktorého múroch sme našli fantastickú reštauráciu (dodnes spomínam na chuť kačky s opekanými „kopytkami” /malé zemiakové halušky/, ktorá sa rozplývala na jazyku, mňam!); stihli sme aj múzeum Volkswagen v Pępowe, ktoré – hoci neveľké – bolo skvelo zorganizované, vedené veľmi milými ľuďmi s dobrými nápadmi a očarilo nás svojimi exponátmi; a napokon sme si prezreli aj Múzeum hymny v Będomine, veľmi pekne položené a výborne približujúce dejiny a význam poľskej hymny dokonca aj takým malým turistom ako sú moje deti. Všetky tie miesta úprimne a srdečne odporúčam. Myslím, že treba poznávať nielen to, čo je ďaleko, ale aj to, čo je blízko.

4.      Majstrovstvá sveta

Majstrovstvá sveta tu boli dlho, ale už je po nich. Dlho sa na ne čakalo, veľa sa o nich hovorilo, a už sú dávno za nami. Veľmi sme si však užívali jednotlivé zápasy, bolo tiež zaujímavé vymeniť počas šampionátu slovenských komentátorov za poľských :). Avšak na tomto mieste chcem napísať o niečom inom. O tom, čo ma zasiahlo najmä po poslednom zápase – o kritike, ktorá sa objavila v poľských aj slovenských médiách (tradičných aj sociálnych) voči Francúzom, a konkrétne voči ich vraj nepravdivému (nie celkom plnohodnotnému?) občianstvu. Až som si sama overila, kde sa francúzski športovci narodili – našla som najviac dvoch, ktorí sa narodili mimo Francúzska. LEN dvoch. Pamätám si na katarský tím v hádzanej, ktorý získal druhé miesto na majstrovstvách sveta v roku 2015 – niekoľko športovcov svetovej triedy si doslova kúpili do tímu za obrovské peniaze, rozdávali občianstvo za víťazstvo v súťažiach. Taká politika je podľa mňa oprávnene predmetom kritiky. Avšak spochybňovať francúzsky pôvod niekoho, kto celý život strávil vo Francúzsku? Podľa mňa je to úplná hlúposť  a neuveriteľné obmedzenie horizontu. Zasiahlo ma to však najmä preto, že predsa ani moje deti nie sú také „homogénne”. Sú z dvoch kultúr, dvoch národov, narodili sa síce v jednej krajine, ale predsa patria i tomu druhému. Nezdá sa mi, že by mal niekto právo kritizovať či komentovať ich príslušnosť alebo hodnotiť ich pôvod ako lepší či horší. Nie, skrátka nie.

5.      Hádky o… jazyk

Na koniec som si nechala takú malú chuťovku z našej vlastnej domácnosti, ktorá ma veľmi baví :). Tento mesiac sa náš syn neuveriteľne jazykovo rozvinul. Stále má ten „svoj” jazyk, veľa hlások nedokáže vysloviť, hrozne deformuje výrazy. Zároveň však veľa opakuje, imituje zvuky, komunikuje úplne vedome, používa jednoduché vety a naozaj, čoraz lepšie sa s ním dá dohodnúť. Objavila sa však jedna ťažkosť, s ktorou sa DJ musí vyrovnať – totiž to, že mama a tata používajú dva rôzne jazyky :D. DJ je dosť tvrdohlavý vo svojej voľbe výrazov, má slová, ktoré hovorí iba po poľsky a tiež tie, ktoré si obľúbil v slovenčine. Keď od nás počuje adekvátne slovo v tom druhom jazyku, začína sa hádka :D. Odpovedá jednoznačným „nie!” a opravuje nás svojim výrazom. Keď mu skúšame vysvetliť, že tato hovorí takto a mama inak, DJ si stojí za svojim, eventuálne povie prekvapeným hlasom: „taaaaaak?”, ale k ničomu to nevedie, pretože zakrátko dôjde k ďalšej diskusii ;), No nič, aspoň je veselo ;).

Sami vidíte, že sa to nedalo spojiť do jedného hesla :). A aj tak to snáď nie je ani polovica našich zážitkov :). Nie všetko je ružové, nie všetko je skvelé, ale bolo nám dobre v Poľsku a dobre je nám aj na Slovensku. A prázdniny sa ešte nekončia :).