Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podejmowanie decyzji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podejmowanie decyzji. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 maja 2022

Do usłyszenia! / Dopočutia!

Zaczęłam pisać tego bloga w marcu 2013 roku. Mieszkałam wtedy od 1,5 roku w Nitrze i miałam 5-miesięczną córkę. Na przestrzeni tych 9 lat, podczas których urodziłam jeszcze dwóch synów i przeprowadziłam się jeszcze 2 razy, podzieliłam się z Wami tym moim polsko-słowackim galimatiasem 110 razy, z wieloma z Was spotykałam się też na fanpejdżu mojego bloga na FB.

I od kilku miesięcy zastanawiam się, co dalej.

Dziękuję Wam za każdy jeden komentarz, wiadomość, lajk. Dostałam od Was mnóstwo wsparcia, poczucia, że nie jestem sama w tym moim polsko-słowackim wszechświecie, dzięki blogowi poznałam też moją cudowną londyńską przyjaciółkę. To naprawdę fantastyczne uczucie stworzyć taką społeczność w sieci.

Dziś jednak jestem w zupełnie innym miejscu. W ostatnich miesiącach rozkładam pomalutku skrzydła. Przetłumaczyłam książkę dla dzieci (pewnie nie omieszkam się nią pochwalić kiedyś na fanpejdżu, jak już zostanie wydana :)), prowadzę scholę dziecięcą, uczę śpiewu i fortepianu, pisuję do dwóch czasopism, w tym jednego ogólnopolskiego, robię masę ciekawych projektów dla uczniów Szkoły Polskiej w BA. I ciągle mam apetyt na więcej, gdy mój najmłodszy syn pójdzie do przedszkola.

W ostatnich miesiącach moje drogi skrzyżowały się też z drogami trzech przewspaniałych kobiet i po raz pierwszy zaczynam zapominać, co znaczy samotność na obczyźnie, a czuję, że wypuszczam korzenie, które mają szanse spleść się z ich korzeniami. Moje życie nabiera coraz żywszych kolorów.

Kształt mojego bloga już od jakiegoś czasu nie jest taki, jak bym chciała. Dlatego muszę sobie dać czas na przemyślenie, co dalej. Czy zamknąć go zupełnie, czy też zainwestować w niego swój czas i środki, by był taki, o jakim marzę. Dla siebie i dla Was.

Dlatego właśnie żegnam się z Wami na blogu do września. Nie mówię: „do widzenia”, to raczej: „do usłyszenia, spotkajmy się po wakacjach!” :). Fanpejdża nie zostawiam, jeśli moje dzieci wyskoczą z jakimś kwiatkiem językowym w ciągu letnich miesięcy, pewnie możecie się go tam spodziewać :). Jeśli czujecie się ze mną związani, poczekajcie na mnie, a jeśli spotkaliście się ze mną tylko na chwilę, to też fajnie, dzięki za to spotkanie. Trzymajcie za mnie kciuki!



Tento blog som začala písať v marci 2013. Bývala som vtedy už 1,5 roka v Nitre a mala som 5-mesačnú dcéru. Počas tých 9 rokov, keď som porodila ešte dvoch synov a dvakrát sa presťahovala, som sa s Vami o ten svoj poľsko-slovenský galimatiáš podelila 110-krát, s mnohými z Vás som sa stretla aj na stránke blogu na FB.

A už niekoľko mesiacov premýšľam, čo ďalej.

Ďakujem Vám za každý jeden komentár, správu, lajk. Dostala som od Vás mnoho podpory, pocit, že nie som sama v tom svojom poľsko-slovenskom svete, vďaka blogu som tiež našla svoju úžasnú londýnsku priateľku. Je to skvelý pocit, tvoriť také spoločenstvo online.

Dnes som však celkom inde. V ostatných mesiacoch pomaly rozťahujem krídla. Preložila som knižku pre deti (isto sa ňou raz pochválim na fejsbuku, keď už bude vydaná :)), vediem detský zbor, učím spev a klavír, píšem do dvoch časopisov, z toho jedného poľského, robím veľa zaujímavých projektov pre žiakov z Poľskej školy v BA. A stále mám chuť na viac, keď môj najmladší syn pôjde do škôlky.

V ostatných mesiacoch sa moje cesty skrížili s cestami troch skvelých žien a prvýkrát začínam zabúdať o samote v zahraničí, cítim, že zapúšťam korene, ktoré sa môžu spliesť s ich koreňmi. Môj život nadobúda živšie farby.

Forma môjho blogu už dlhšie nie je taká, ako by som chcela. Preto si musím dať čas na premyslenie, čo ďalej. Či s ním celkom skončiť, či doň zainvestovať svoj čas a prostriedky, aby bol taký, o akom snívam. Pre seba aj pre Vás.

Preto sa s Vami do septembra na blogu lúčim. Nevravím „dovidenia”, ale skôr „dopočutia, stretnime sa po prázdninách!” :). FB stránku neopúšťam, ak deti prídu počas letných mesiacov s nejakou jazykovou perlou, určite sa o ňu podelím :). Ak ste si na mňa zvykli, počkajte na mňa, ak ste so mnou boli iba chvíľku, tiež super, ďakujem za to stretnutie. Držte mi palce!

poniedziałek, 27 maja 2019

Przecież Słowacja to to samo, co Polska / Predsa Slovensko je to isté ako Poľsko


Przecież Słowacja to to samo, co Polska. Język właściwie ten sam, kultura też ta sama. Przecież jeździsz do Polski co chwilę. Blisko masz, to nie to samo co drugi koniec świata. Przecież masz super, bo twoi rodzice mogą regularnie przyjeżdżać do wnuków. Loty są, pociągi są. Niczego ci nie brakuje. Nie masz prawa narzekać.


Gdy słyszę kolejny raz takie słowa, w część z nich sama zaczynam wierzyć, sama zaczynam sobie wyrzucać, że grzechem jest się skarżyć. Wtedy rośnie już nie tylko moje wewnętrzne rozdarcie, poczucie osamotnienia w przeżywaniu tęsknoty, ale dochodzą jeszcze wyrzuty sumienia. Tyle że to wszystko nieprawda. To wszystko, co w kilku prostych hasłach ujęłam w pierwszym akapicie, to zwyczajne sprowadzanie emigracji do jednego wzorca, totalne spłaszczanie problemu.

Moje przeżycia są moje. I mam do nich prawo.

W ostatnich tygodniach popsuł mi się komputer. Totalnie. Dysk do wymiany. I gdy wrócił z naprawy, przez 2 tygodnie bałam się go włączyć. Trochę dlatego, że jestem totalnie niekomputerowa i wizja instalowania wszystkich potrzebnych programów mnie przeraża. Trochę dlatego, że nie zrobiłam kopii zapasowej do większości materiałów i ciągle miałam o to do siebie pretensje. A trochę dlatego, że bywam fatalistką i przeczuwałam, że jak już przytrafiło mi się coś takiego, to na pewno nic dobrego mnie teraz nie czeka.

I stało się. Komputer naprawiony na Słowacji, więc logiczne, że wszystko – cały system – zostało zainstalowane po słowacku. A ja, gdy to zobaczyłam… Po prostu wpadłam w histerię. Rozpłakałam się, dosłownie zaczęłam wyć, tak się w tamtej chwili poczułam głęboko nieszczęśliwa i samotna, i tak bardzo przytłoczona tym wszystkim, co słowackie wokół mnie. Nie mogłam dojść do siebie po tym wszystkim jeszcze przez kilka następnych dni. Bzdura? Być może. Czy łatwo mi się o tym pisze? Ani trochę, ciągle pamiętam w sobie ból tamtej chwili, zdaję sobie też sprawę, że można to ocenić w bardzo różny sposób. Ale właśnie o tym chcę dziś powiedzieć – o tym, że każdy ma prawo przeżywać swoją emigrację w odmienny sposób. O tym, że nie ma tu jednego klucza, który da się przyłożyć do każdego. O tym, że emigracja nie jest dla każdego (tak! Na dodatek w szczerej rozmowie z M., gdy mieszkaliśmy jeszcze w Polsce, stwierdziłam, że mnie na emigrację nie stać, że moje serce tego nie uniesie). O tym, że emigracja bywa trudna, nawet gdy mieszkamy stosunkowo blisko swojego kraju, gdy mieszkamy w państwie zbliżonym kulturowo, gdy jesteśmy szczęśliwi w tym, co robimy, czy jak żyjemy.

Ja nie znam odpowiedzi, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Mam jakieś swoje małe metody, ulubione miejsca, w których czuję się „u siebie”, swoje tradycje, drobiazgi typowo polskie, których się mocno trzymam w swojej codzienności. Wszystko to są sposoby, by jakoś trzymać się na powierzchni, by nie dać się porwać rozpaczy, gdy przyjdzie. Ale czasem zdarzy się coś takiego, co tak jak u mnie ten nieszczęsny komputer – przerwie gwałtownie tamę samokontroli. I co wtedy? Nie wiem. Chcę wam dziś po prostu powiedzieć, że i tak się może czasem zdarzyć. Próbuję to po prostu przyjąć, zaakceptować, przytulić własną słabość i smutek. Życie to szereg trudnych wyborów, ciągle trzymam się tych swoich.




Predsa Slovensko je to isté ako Poľsko. Jazyk viac menej taký istý, kultúra takisto. Predsa chodíš každú chvíľu do Poľska. Máš to blízko, nie je to na konci sveta. Máš sa predsa super, lebo tvoji rodičia môžu pravidelne cestovať za vnukmi. Sú letecké spojenia, aj vlaky. Nič ti nechýba. Nemáš právo sťažovať sa.


Keď počujem opätovne tieto slová, začínam im sčasti veriť, začínam si sama vyčítať, že je hriechom sťažovať sa. Vtedy už rastie nielen moje vnútorné rozorvanie a pocit osamelosti pri prežívaní smútku, ale začínajú sa k nim pridávať aj výčitky svedomia. Akurát, že to všetko je klam. To všetko, čo som niekoľkými jednoduchými heslami vyjadrila v prvom odseku je prosté zovšeobecňovanie emigrácie do jedného vzoru a úplné sploštenie problému.

Moje pocity sú moje. A mám na ne právo.

Nedávno sa mi pokazil počítač. Úplne. Bolo treba vymeniť disk. A keď sa vrátil z opravy, viac ako 2 týždne som sa ho bála zapnúť. Čiastočne preto, že som počítačový analfabet a perspektíva inštalovania všetkých potrebných programov ma desí. Čiastočne preto, že som si neurobila zálohu väčšiny materiálov a stále si to vyčítam. No a čiastočne preto, že som niekedy fatalistka a tušila som, že keď sa mi stalo niečo také zlé, určite ma teraz nič dobré nečaká.

Mala som pravdu. Počítač bol opravený na Slovensku, a je teda logické, že všetko – celý systém – bolo nainštalované po slovensky. A keď som to zbadala... proste ma chytila hystéria. Rozplakala som sa, doslova som začala revať, tak som sa v tej chvíli cítila hlboko nešťastná a sama, a tak veľmi zavalená tým všetkým slovenským, čo je okolo mňa. Niekoľko dní mi trvalo, kým som sa z toho dostala. Hlúposť? Možno. Pýtate sa, či sa mi o tom ľahko píše? Ani trochu. Stále sa pamätám na bolesť tej chvíle, uvedomujem si, že sa na to dá veľmi rôzne pozerať. No a práve o tom chcem dnes hovoriť – o tom, že každý má právo prežívať svoju emigráciu po svojom. O tom, že neexistuje jeden kľúč, ktorý pasuje každému. O tom, že emigrácia nie je pre každého (presne! Navyše, v úprimnom rozhovore s M., keď sme ešte bývali v Poľsku, som vyhlásila, že ja na emigráciu nemám, že moje srdce to neznesie). O tom, že emigrácia býva ťažká, aj keď bývame pomerne blízko k svojej krajine, aj keď bývame v prostredí s podobnou kultúrou, aj keď sme šťastní z toho, čo robíme či ako žijeme.

Ja nepoznám odpoveď na to, ako si s tým všetkým mám poradiť. Mám nejaké svoje malé metódy, obľúbené miesta, na ktorých sa cítim „ako doma”, svoje tradície, typicky poľské maličkosti, ktorých sa silno držím vo svojej každodennosti. Všetko sú to spôsoby na to, aby som sa nejako držala na hladine, aby som sa nedala pohltiť zúfalstvu, keď príde. Ale niekedy sa stane niečo také ako ten nešťastný počítač a násilne zbúra hrádzu sebakontroly. A čo vtedy? Neviem. Chcem vám dnes proste povedať, že aj to sa niekedy stáva. Skúšam to jednoducho prijať, akceptovať, osvojiť sa s vlastnou slabosťou a smútkom. Život je séria náročných rozhodnutí, stále sa držím tých svojich.

środa, 31 października 2018

Drugie dno / Druhé dno


Dostałam ostatnio cios. Jeden z tych bardziej bolesnych, prosto w serce. Aż zabrakło mi tchu. Przez kilka dni byłam rozsypana na tysiące małych kawałeczków i kompletnie nie mogłam się pozbierać. Uderzyła mnie moja samotność.

To nie tak, że się z tą samotnością nie znamy. Właściwie na co dzień żyjemy całkiem zgodnie. Ale zwyczajnie nie byłam przygotowana na wydarzenia, które nastąpiły w minionym miesiącu, nie zdążyłam założyć zbroi, nie zdążyłam postawić gardy.

Co się takiego stało? Niby nic, ot, powód do dumy. Moja córka chodzi do „zerówki” w przedszkolu, ale gdy poszła na zajęcia dla przedszkolaków przy Szkole Polskiej, wyróżniała się na tyle, że zaproponowano nam, by dołączyła na zajęcia do pierwszej klasy. Pierwotnie nie chcieliśmy niczego przyspieszać, mała skończy w listopadzie 6 lat, w obu naszych krajach powinna rozpocząć naukę w tym samym roku szkolnym, 2019/2020, i uznaliśmy, że tak będzie najlepiej. Ale nie da się ukryć, że MN. jest molem książkowym, typem intelektualistki. Na hasło „szkoła” zaświeciły się jej oczy. W ten sposób decyzja podjęła się sama, jakoś poza nami i naszymi planami.

Tymczasem temat rozpoczęcia przez moje najstarsze dziecko szkoły był jednym z tych, który od dawna w tym moim życiu na obczyźnie wzbudzał we mnie olbrzymi lęk. Nie, nie dlatego, że mam problem z wypuszczeniem małej MN. z rodzinnego gniazda. Po prostu w tym jednym wydarzeniu – rozpoczęciu nauki – skupia się całe mnóstwo przeróżnych moich emocji, wyobrażeń, niepokojów.

Żeby to lepiej wytłumaczyć, muszę na chwilę cofnąć się w czasie.

Moja cudowna mama poświęciła mi i mojemu bratu bardzo, bardzo dużo siebie, swojego czasu, swojej uwagi (mamo, dziękuję :*). Szkoła to była głównie jej domena, bo tata miał zdecydowanie mniej czasu i cierpliwości. Mama pomagała w lekcjach, mama pilnowała, mama organizowała i była zaangażowana w życie szkolne i klasowe. Żeby nie było – nie wyręczała nas, byliśmy z moim bratem całkiem kumatymi dziećmi ;). Ale mama była bardzo ważnym filarem tej naszej drogi edukacyjnej, zwłaszcza gdy poszłam jeszcze do szkoły muzycznej i przez kilkanaście lat ciągnęłam dwie szkoły równolegle.

Na takiej bazie powstało więc moje wyobrażenie o supermamie. Taką mamą dla moich dzieci, gdy pójdą do szkoły, zawsze chciałam być. Tymczasem związek międzynarodowy rozbija kolejne wyobrażenia – o idealnym związku z kolegą „zza rogu”, o mieszkaniu blisko domu rodzinnego, o wpadaniu do mamy na popołudniową kawę. I właśnie – o byciu mamą, która pomoże swoim dzieciom w lekcjach, która sprawdzi wypracowanie z polskiego, która przepyta z królów polskich…

Bardzo, bardzo nie chciałam, żeby ten moment nadszedł. By to moje kolejne wyobrażenie rozbiło się w drobny mak. Nie chciałam o tym w ogóle myśleć. I zostałam wzięta z zaskoczenia. Bo choć w Szkole Polskiej moja córka zaczęła naukę polskiego, to jednak poczułam, jakby wszystko wokół z prędkością światła przybliżyło mnie do momentu, w którym podejmie naukę właściwą – z największym prawdopodobieństwem w szkole słowackiej. Gdzie nie będę już w stanie pomóc tak, jakbym chciała…

Uspokajam się, że to przecież jeszcze rok, ale dobrze wiem, że nie ucieknę przed tym. I ta świadomość sprawiła, że te wszystkie październikowe wydarzenia tak bardzo bolały i kosztowały tyle łez.

Tym bardziej, że na zmierzeniu się z własnymi niemożliwymi do zrealizowania marzeniami i wyobrażeniami temat się nie kończy. Kolejna kwestia, która nieuchronnie wiąże się z podjęciem przez nasze dzieci nauki w szkole, to ograniczenia. Obecnie mamy bardzo komfortową sytuację – M. ma sporo wolnego w pracy, ja pracuję z domu, moi rodzice są zawsze otwarci, żeby nas przyjąć, na linii Gdańsk-Wiedeń latają samoloty. Nie jesteśmy w stanie pokonać tego tysiąca kilometrów raz w miesiącu, ale już raz na dwa-trzy nam się udaje. Na dodatek mamy możliwość niewpadania do Polski jak po ogień, bo przy tak dużej odległości naprawdę szkoda by było jechać tylko na weekend, więc zostajemy najczęściej na 2 tygodnie. Zdaję sobie sprawę, że szkoła stopniowo położy temu kres. A ten czas spędzany w Polsce jest dla mnie szalenie ważny i szalenie cenny. Na dodatek widzę, jak wiele dobrego daje też moim dzieciom.

Już ostatnia istotna sprawa, która nieubłaganie wiąże się ze szkołą, to wejście w grupę, przywiązanie. Mam świadomość, że to naturalne i potrzebne, więc nie mogę powiedzieć, że się tego boję – raczej tego mojej córce życzę. By była szczęśliwa, by odnalazła grono fajnych przyjaciół. Z drugiej strony wiąże się z tym nieuchronne wchodzenie w jedną z kultur i wiele wysiłku, niekoniecznie nagrodzonego sukcesem, będzie nas kosztować zachowanie w domu choć względnej równowagi między słowackością i polskością. To zresztą jest świat idealny, bo zdaję sobie sprawę, że tu nie tylko o chęci chodzi, a życie rządzi się swoimi prawami.

No właśnie, życie rządzi się swoimi prawami. I w końcu po tym wielkim uderzeniu musiałam się podnieść. Ale bardzo wiele mnie to kosztowało. Dlaczego to właśnie samotność mnie tak mocno uderzyła? Bo temat jest dla mnie tak trudny, że nie byłam w stanie go podjąć nawet z moim mężem; jedynym przejawem tej wewnętrznej walki były łzy. I uderzyła mnie świadomość, że w moim najbliższym otoczeniu nie ma nikogo, kto miałby podobne doświadczenia. Kto żyłby na obczyźnie i wychowywał tam dzieci, kto byłby w stanie dostrzec, że w pojęciu „szkoła” kryje się dla mnie coś więcej niż tylko jakiś mityczny koniec tego najbardziej beztroskiego dzieciństwa. Że dla mnie całe zagadnienie ma jeszcze drugie, o wiele głębsze dno, związane z naszą rodzinną dwukulturowością. Zabrakło mi zrozumienia. Miałam ramię, na którym mogłam się wypłakać, ale zabrakło mi serca i ucha, które by mnie cierpliwie wysłuchało, które pomogłoby mi do tych wszystkich lęków nabrać właściwego dystansu, zmierzyć się na spokojnie z tym, co musi nadejść. Bo że będę musiała się z tym w końcu zmierzyć, to pewne. Obym następnym razem była lepiej przygotowana. Muszę. Takie życie wybrałam.

Ławka szkolna MN.

Nedávno ma zasiahol úder. Jeden z tých bolestivejších, priamo do srdca. Až som stratila dych. Niekoľko dní som bola rozbitá na tisícky malých kúsočkov a vôbec som sa z toho nemohla dostať. Zasiahla ma moja osamelosť.

Nie, že by sme s mojou osamelosťou neboli staré známe. V skutočnosti spolu žijeme viac-menej bez nezhôd. Jednoducho som nebola pripravená na udalosti, ktoré sa stali tento mesiac, nestihla som sa obrniť a postaviť hradby.

Čo také sa stalo? Zdalo by sa, že nič, práve naopak, niečo, na čo by som mala byť hrdá. Moja dcéra chodí do poslednej triedy v škôlke, ale keď šla na krúžok pre predškolákov pri poľskej škole, natoľko sa vynímala, že nám navrhli, aby sa pripojila k prvákom. Spočiatku sme nechceli nič uponáhľať, malá bude mať v novembri 6 rokov, v oboch našich štátoch by teda mala začať chodiť do školy v školskom roku 2019/2020 a povedali sme si, že tak to bude najlepšie. Nedá sa však prehliadnuť, že MN je malý knihomoľ, intelektuálny typ. Pri slove „škola” sa jej zablyšťalo v očiach. Takto padlo rozhodnutie samo, akosi mimo nás a našich plánov.

Otázka začiatku školskej dochádzky môjho najstaršieho dieťaťa je však jednou z tých, ktoré vo mne pri mojom živote v inom štáte vzbudzujú obrovský strach. Nie, nie preto, že by som mala problém s vypustením malej MN z rodičovského hniezda. Jednoducho v tej jednej udalosti – začiatku školy – sa sústreďuje celá paleta najrôznejších emócií, predstáv a starostí.

Ak to mám lepšie vysvetliť, musím sa na moment vrátiť späť v čase.

Moja úžasná mama venovala mne i môjmu bratovi veľa zo seba, svoj čas, svoju pozornosť (mama, ďakujem :*). Škola bola hlavne jej doménou, pretože tato mal rozhodne menej času aj trpezlivosti. Mama mi pomáhala pri učení, dávala pozor, organizovala a bola zapojená do života mojej školy i triedy. Nemyslite si, že by robila niečo za nás, to nie, boli sme aj s bratom pomerne šikovní ;). Mama však bola veľmi dôležitým pilierom na tej našej ceste vzdelávaním, zvlášť, keď som ešte začala chodiť do hudobnej školy a dlhé roky som ťahala obe školy súčasne.

Na takomto základe teda vznikla moja predstava o supermame. Takou mamou mojich detí, keď pôjdu do školy, som vždy chcela byť. Avšak medzinárodný vzťah rozbíja stále ďalšie predstavy – o ideálnom vzťahu s kamarátom z vedľajšej ulice, o bývaní v blízkosti rodičov, o poobedňajšej káve s mamou, keď sa nám zachce. A tiež – o bytí mamou, ktorá pomôže deťom pri učení, ktorá skontroluje úlohu z poľštiny a preskúša z poľských kráľov...

Veľmi, veľmi som nechcela, aby tá chvíľa prišla. Aby sa ďalšia moja predstava rozbila na márne kúsky. Nechcela som na to myslieť. A prišlo to úplne nečakane. Hoci sa moja dcéra začala v poľskej škole učiť poľštinu, aj tak som pocítila, akoby sa začal s rýchlosťou svetla približovať moment, keď sa začne to hlavné vzdelávanie – s najväčšou pravdepodobnosťou v slovenskej škole. Kde už nebudem môcť pomáhať tak veľmi, ako by som chcela...

Upokojujem sa, že mám ešte rok, ale dobre viem, že pred tým neutečiem. A to vedomie spôsobilo, že všetky tie októbrové udalosti tak veľmi boleli a stáli toľko sĺz.

To všetko o to viac, že sa to celé nekončí pri konfrontácii skutočnosti s vlastnými, neuskutočniteľnými snami a predstavami. Ďalšou otázkou, ktorá sa nevyhnutne spája so začiatkom školskej dochádzky detí, sú rôzne obmedzenia. Teraz sme vo veľmi pohodlnej situácii – M. má veľa voľna v prácy, ja pracujem z domu, moji rodičia nás vždy radi prijmú, medzi Gdaňskom a Viedňou je letecké spojenie. Nie je možné prekonať tých tisíc kilometrov raz za mesiac, ale raz na dva až tri sa nám darí. Navyše, nemusíme do Poľska prichádzať len na krátky moment, lebo pri takej vzdialenosti by bola skutočne škoda chodiť len na víkend, preto väčšinou zostávame 2 týždne. Uvedomujem si, že so začiatkom školy táto výhoda postupne končí. Avšak ten čas trávený v Poľsku je pre mňa strašne dôležitý a cenný. Vidím tiež, koľko dobra to dáva mojim deťom.

Poslednou významnou záležitosťou, ktorá sa nevyhnutne spája so školou, je bytie súčasťou skupiny, prináležitosť. Je mi jasné, že je to prirodzené a potrebné, nedá sa povedať, že sa toho bojím – skôr to dcérke prajem. Aby bola šťastná, našla si dobrých priateľov. Na druhej strane sa s tým spája ponorenie sa do jednej kultúry – my zas budeme musieť vynaložiť množstvo námahy, nie nevyhnutne odmenenej úspechom, aby sa zachovala aspoň aká-taká rovnováha medzi slovenskosťou a poľskosťou u nás doma. Hovorím tu o ideálnom stave, pretože si uvedomujem, že nie vždy je to otázka vôle. Život má svoje vlastné pravidlá.

Tak je to, život má svoje pravidlá. Napokon som sa aj po tomto údere musela postaviť na nohy. Veľa ma to však stálo. Prečo ma tak veľmi zasiahla práve osamelosť? Lebo táto téma je pre mňa natoľko náročná, že som nebola schopná prebrať ju ani s vlastným mužom. Jediným prejavom toho vnútorného boja boli slzy. Zasiahlo ma vedomie, že v mojom najbližšom okolí nie je nik, kto by mal podobné skúsenosti. Kto žije v inej krajine, vychováva tam deti, kto by bol schopný pochopiť, že v pojme „škola” sa v mojej hlave skrýva aj niečo viac ako len mýtický koniec toho najviac bezstarostného detstva. Že pre mňa má celá táto záležitosť ešte druhé, oveľa hlbšie dno, spojené s dvomi kultúrami v našej rodine. Chýbalo mi pochopenie iného. Mala som rameno, na ktorom som sa mohla vyplakať, ale chýbalo mi srdce a ucho, ktoré by ma trpezlivo vypočulo, ktoré by mi pomohlo získať odstup od tých všetkých strachov, v pokoji sa konfrontovať s tým čo musí prísť. Lebo k tej konfrontácii musí prísť, to je jasné. Kiežby som nabudúce bola lepšie pripravená. Musím byť. Taký život som si zvolila. 


piątek, 30 czerwca 2017

Robić swoje / Robiť si svoje

Mała MN. idzie od września do przedszkola. Wielkie wydarzenie w życiu naszej rodziny. 3, 2, 1, 0… start!, edukacja naszej córki oficjalnie wystartowała. I to na Słowacji. To jeden z moich największych lęków związanych z wychowywaniem dzieci dwunarodowych. Bo właśnie, jak ostatnio w rozmowie ze mną odkryła jedna dobra znajoma, tu nie chodzi tylko o to, że moje dzieci są dwujęzyczne. Tu chodzi o to, że są dwunarodowe. Są zarówno Słowakami, jak i Polakami. I przede mną i M. stoi trudne zadanie, by ich w tym duchu wychować, by pomóc im odnaleźć się w takim mniej typowym układzie, którego żadne z ich rodziców nie zna od strony praktycznej. Ja nie wiem, co znaczy mieć 2 narodowości, przynajmniej nie w tak dosłownym wymiarze, jak doświadczają tego moje dzieci. Ja mogę tylko słuchać, co do powiedzenia na ten temat mają inni znajdujący się w podobnej sytuacji i wypracować z M. jakąś spójną, wspólną wizję, w której moje dzieci będą się czuły bezpiecznie i normalnie. Szkoła zdecydowanie będzie miała wyraźny wpływ na rozwój w jednym z kierunków, w tym wypadku słowackim. A tu zarysowuje się kolejny mój wielki lęk, który wprawdzie póki co znajduje się w sferze czystej teorii, ale kiedyś może się urzeczywistnić – moje dzieci w przyszłości będą miały prawo wyboru, z jaką narodowością bardziej się utożsamiają i będą mogły zdecydować, czy jednej ze swoich dwóch narodowości nie odrzucić, nie zrezygnować z niej. Brzmi oburzająco? Że jak to? Że dlaczego? Że po co? Ok, ale w końcu każdy decyduje sam za siebie. I może do czegoś takiego dojść, chociaż cholernie bym tego nie chciała. Spotkałam już dorosłe dzieci z polsko-słowackich rodzin, których język i zachowanie świadczyły o tym, że wybrały bycie Słowakami. Bolało. I może stąd ten mój strach. Bo już gdzieś to kiedyś widziałam…

Szkoła przeraża mnie dlatego, że nie umiem poprawnie pisać po słowacku, że słowacki alfabet jest inny, że litery pisane są inne (!), że nie znam historii Słowacji, że nie znam nazw różnych pojęć w języku słowackim… Przeraża mnie, że nie będę umiała pomóc własnym dzieciom tak, jak bym chciała, że nie będę dla nich wystarczającym wsparciem. Poza tym w szkole nikt nie będzie przejmował się tym, że nie świętujemy słowackiego dnia mamy, ale polski i moje dziecko pewnie łatwo zapomni w ferworze przygotowań przeróżnych laurek i pod wpływem innych dzieci, że mama tego dnia nie świętuje… Niby drobiazg, ale dla mnie urasta do ogromnych rozmiarów. Najgorsze, że M. oczywiście mógłby to samo powiedzieć o polskiej szkole. Ja przedstawiam wam tylko moją perspektywę.

A ta wspomniana kwestia tożsamości? Kolejna znajoma, sama będąca w dwunarodowym związku, gdy usłyszała moje wątpliwości odnośnie dzieci i ich wyborów, zareagowała stanowczym: „Nie! Niech moje dzieci wybiją to sobie z głowy”. Nie powiem, zwykłe zabronienie moim dzieciom czegokolwiek jest bardzo kuszącym rozwiązaniem, tylko że rzadko odnosi pożądany skutek ;). Na chwilę obecną wydaje mi się, że przede wszystkim muszę utrwalać w nich to naturalne przekonanie, że to, w czym żyją, jest zupełnie normalne. Musimy z M. konsekwentnie podkreślać bogactwo wynikające z tego, że dzieciaki są dwunarodowe, a nie trudności z tym związane. No i to my tworzymy nasze domowe tradycje, budujemy równowagę między polskością a słowackością, stawiamy pomiędzy nimi mosty. Uczymy kochać Polskę i Słowację, uczymy je szanować i traktować na równi. Do nas należy niewzmacnianie podziałów, nieprzedstawianie pewnych rzeczy jako wyraźnie lepszych lub gorszych, zaszczepianie ciekawości i chęci poznania jednej i drugiej ojczyzny. Fiuuu, wszystko to na ekranie komputera wygląda jeszcze poważniej niż w mojej głowie…

Tak naprawdę jednak najtrudniejsze zadanie ciągle przed nami. Bo schody zaczną się dopiero wtedy, gdy dzieci pójdą do szkoły. Przedszkole MN. to zaledwie preludium do tego, co nas jeszcze czeka, jeśli chodzi o grupę rówieśniczą albo szerzej – całe otoczenie zdominowane przez jedną kulturę i język. Chwilowo czuję się trochę jak Dawid stający do walki z Goliatem ;). Niby wiem, że nie tędy droga, podchodzenie do tematu niczym do pojedynku nie prowadzi do znalezienia spokojnego rozwiązania. Jednocześnie jednak już teraz muszę być czasami jak lwica, by bronić mojej rodziny – wierzcie mi, komentarze pełne ignorancji lub zwyczajnie pozbawione odrobiny empatii na temat naszych krajów czy języków zdarzają się regularnie. A może zamiast pokazywania pazurów lepiej byłoby uzbroić się w naprawdę, naprawdę gruby pancerz? Która opcja będzie bardziej pomocna dla moich dzieci? I pomoże im samym nie zgubić własnej tożsamości? Mam jeszcze czas na dokładniejsze rozważenie tych możliwości. Pewnie niektóre rzeczy wyklarują się „w praniu”, z czasem, będą dojrzewać wraz z nami i naszymi dziećmi. Ale zegar tyka…




Malá MN ide od septembra do škôlky. Veľká udalosť v živote našej rodiny. 3, 2, 1, 0… štart!, vzdelávanie našej dcérky sa oficiálne začalo. A to na Slovensku. Je to jedna z mojich najväčších obáv spojených s vychovávaním dvojnárodových detí. Ide práve o to, ako na to nedávno v rozhovore so mnou prišla jedna dobrá známa, že naše deti nie sú len dvojjazyčné. Oni sú totiž dvojnárodové. Sú takisto Slovákmi ako aj Poliakmi. A predo mnou a M. stojí ťažká úloha, aby sme ich v tomto duchu vychovali, aby sme im pomohli nájsť si miesto v takomto menej štandardnom formáte, ktorý ani jeden z ich rodičov nepozná z praktickej stránky. Ja neviem, čo to znamená, mať 2 národnosti, aspoň nie tak doslovne, ako to zakúšajú moje deti. Môžem len počúvať, čo na to hovoria iní ľudia, ktorí sa nachádzajú v podobnej situácii, a pripraviť s M. nejakú kompaktnú, spoločnú víziu, v ktorej sa deti budú cítiť bezpečne a normálne. Škola bude mať rozhodne významný vplyv na rozvoj v jednom smere, v tomto prípade v tom slovenskom. No a tu stojím pred ďalšou veľkou obavou, ktorá sa síce zatiaľ nachádza v sfére čistej teórie, ale raz sa môže zreálniť – moje deti budú mať v budúcnosti právo voľby, s ktorou národnosťou sa viac identifikujú, a budú sa môcť rozhodnúť, že jednu z nich odmietnu a vzdajú sa jej. Znie to šokujúco? Pýtate sa ako to, prečo, načo? Ok, ale v konečnom prípade každý rozhoduje sám za seba. A aj k takémuto niečomu môže dôjsť, hoci by som to absolútne nechcela. Stretla som už dospelé deti z poľsko-slovenských rodín, ktorých jazyk aj správanie svedčili o tom, že si vybrali Slovensko. Bolelo. A možno odtiaľ pochádza ten môj strach. Lebo som to už niekedy niekde videla...

Škola ma straší preto, že neviem správne písať po slovensky, že slovenská abeceda je iná, že písané písmená sú iné (!), že nepoznám históriu Slovenska, že nepoznám názvy rôznych pojmov v slovenčine... Bojím sa toho, že nebudem môcť pomôcť vlastným deťom tak, ako by som chcela, že im dostatočne nebudem oporou. Okrem toho, v škole nebude nikoho zaujímať, že neoslavujeme slovenský, ale poľský deň matiek, a moje dieťa iste pri príprave rôznych darčekov pre maminy pod vplyvom iných detí ľahko zabudne, že jeho mama oslavuje inokedy... Možno je to maličkosť, ale pre mňa narastá do obrovských rozmerov. Najhoršie je, že M. by, samozrejme, mohol povedať to isté o poľskej škole. Ja sa s vami delím iba svojou perspektívou.

A tá spomínaná otázka identity? Ďalšia známa, ktorá je tiež v dvojnárodovom vzťahu, keď počula o mojich pochybnostiach súvisiacich s deťmi a ich voľbami, zareagovala rozhodne: „Nie! Nech si to moje deti vytlčú z hlavy”. Pravda je taká, že dať jednoduchý zákaz mojim deťom na čokoľvek je veľmi lákavé, avšak zriedkavo prináša želaný výsledok ;). Momentálne sa mi zdá, že v nich predovšetkým musím posilňovať  prirodzené presvedčenie, že to, v čom žijú, je úplne normálne. Musíme spolu s M. vytrvalo zdôrazňovať bohatstvo vyplývajúce z toho, že deti sú z dvoch národov, a nie ťažkosti, ktoré sú s tým spojené. No a práve my tvoríme naše domáce tradície, budujeme rovnováhu medzi poľskosťou a slovenskosťou, staviame medzi nimi mosty. Učíme, ako milovať Poľsko aj Slovensko, učíme ich rešpektovať ich a správať sa k nim rovnako. My sme tí, ktorých úlohou je neposilňovať rozdiely, neukazovať niektoré veci ako výrazne lepšie či horšie, vštepovať deťom zvedavosť a chuť spoznávať jednu aj druhú vlasť. Fúúú, všetko to na obrazovke vyzerá ešte vážnejšie ako v mojej hlave...

To najťažšie je v skutočnosti stále pred nami. Lebo tá najväčšia námaha nás bude čakať vtedy, keď pôjdu deti do školy. Škôlka MN je iba predohra pred tým, čo je tam niekde ďalej a čo sa týka celej skupiny rovesníkov, alebo v širšom zmysle, celého prostredia s jedným dominantným jazykom a jendou kultúrou. Chvíľami sa cítim trochu ako Dávid, ktorý sa postavil do boja proti Goliášovi ;). Viem síce, že tadiaľ cesta nevedie, že vnímať celú situáciu ako súboj nás neprivedie k rozvážnemu riešeniu. Jednako sa však už teraz musím niekedy správať ako levica, ktorá bráni svoju rodinu – verte mi, že sa pravidelne objavujú komentáre plné ignorancie alebo jednoducho bez akejkoľvek empatie týkajúcej sa našich krajín či jazykov. Mala by som sa snáď namiesto vystrkovania pazúrov vyzbrojiť skutočne, skutočne hrubým pancierom? Ktorá možnosť viac pomôže mojim deťom? Ktorá im pomôže nestratiť sa v ich vlastnej identite? Ešte mám čas na dôkladnejšie uvažovanie o týchto možnostiach. Niektoré veci sa určite ukážu časom, budú dozrievať spolu s nami a našimi deťmi. Ale hodiny tikajú...

sobota, 31 grudnia 2016

Życzę sobie… / Želám si…

Ostatni dzień grudnia, ostatni dzień roku, a ja siedzę sobie w żółtym fotelu uszaku mojego męża (tak, tak! To jego fotel – dostał go na 30-tkę od swojej najcudowniejszej żony pod słońcem ;)), patrzę na błyszczącą w świetle dnia choinkę i myślę sobie, że… jest mi dobrze. Tak po prostu. Bez fajerwerków i bez dramatów. Takie spokojne, miłe uczucie :).

Mam mojego M., kochamy się i kłócimy tak akurat, jak przystało na małżeństwo z 5-letnim stażem :), mamy MN., która jest mądra jak radio, mamy DJ., który w grudniu skończył rok i jest znanym w rodzinie kombinatorem. Jesteśmy zdrowi, a chwilowo omijają nas nawet katary i kaszle. Spędziliśmy nasze słowackie (ze szczyptą polskości) święta u moich teściów, szykujemy się do Sylwestra w domu z dzieciakami i moimi rodzicami. W okresie świątecznym odbyliśmy kilka wspaniałych spotkań z przyjaciółmi, na najbliższy tydzień mamy zaplanowane następne. W mijającym roku poznaliśmy parę fajnych osób, zacieśniliśmy kilka cennych przyjaźni, odbudowaliśmy relacje, które wydawały się nie do uratowania. Dowiedzieliśmy się o sobie trochę nowych rzeczy, sprecyzowaliśmy lepiej niektóre plany, nadaliśmy wyraźniejszy kształt pomysłom. Odkryliśmy nowe miejsca, posmakowaliśmy nieznane potrawy, przeczytaliśmy wciągające książki. Zatrzymaliśmy się na dłużej nad niektórymi życiowymi pytaniami, pochyliliśmy nad wątpliwościami, daliśmy sobie czas na znalezienie nawet naglących odpowiedzi. Popełniliśmy kilka błędów, zmierzyliśmy się z wyzwaniami, przegraliśmy parę bitew. Przeżyliśmy chwile wypełnione przytłaczającym smutkiem i chwile radości, której nie da się wyrazić słowami. Po prostu żyliśmy i staraliśmy się żyć najlepiej, jak umiemy.

Mamy w naszym życiu bardzo, bardzo dużo. I coraz wyraźniej widzę, jak ważne jest, by się tym dzielić, by dawać coś z siebie drugiemu człowiekowi. Czas, pieniądze, modlitwę, umiejętności, talenty, uwagę, dobry przykład. Cokolwiek. To, na co można sobie w danej chwili pozwolić (jasne jest dla mnie, że nie zawsze i nie wszystko możemy, a dodatkowo uczę się w tym roku, żeby umieć sobie odpuścić i pozwolić na niedoskonałość, choć nie wiem, czy uwierzą w to ci, którzy mnie znają ;)). Zawsze jednak można coś ofiarować, choćby to było wysłuchanie przyjaciela lub przelanie kilku złotych na konto jakiejś fundacji. Tego sobie życzę w nowym roku. Bym umiała dać z siebie jeszcze więcej, bym szukała sposobów, jak móc działać, a nie jak usprawiedliwić brak jakichkolwiek starań. Bym umiała zatroszczyć się o swoją rodzinę, bym umiała zadbać o siebie, ale też była dla innych. By moje życie nie było próżne. By miało te najpiękniejsze kolory, których może mu dodać tylko drugi człowiek.


Na zakończenie coś niezwiązanego z tematem posta, ale ze słowackim galimatiasem już tak – 2 małe zaskoczenia z tych świąt, które pokazują mi, ile jeszcze nie wiem o Słowacji i ile powodów do śmiechu, konsternacji lub zmarszczenia czoła przede mną ;).

1. Słowacy w okresie świątecznym (po 26 grudnia a przed Sylwestrem) życzą sobie ciągle „pięknych świąt” ;). Za trzecim czy czwartym razem, gdy to usłyszałam, już mi to nawet przeszło przez gardło w odpowiedzi. Ale bardzo cicho :P.
2. Groby bliskich w okresie świątecznym ozdabia się tu… choinkami :). Z bombkami, ze światełkami… I tak światło zniczy miesza się na cmentarzu z blaskiem lampek choinkowych. Osobliwy widok :)…


Posledný decembrový deň, posledný deň v roku, a ja si tak sedím v žltom kresle – ušiaku môjho manžela (áno, áno! Je to jeho kreslo, dostal ho na 30-tku od svojej najúžasnejšej ženy pod slnkom ;)), pozerám sa na stromček ligotajúci sa v dennom svetle a myslím si, že... mi je dobre. Len tak. Bez nadšenia aj bez drám. Taký pokojný, milý pocit :).

Mám svojho M., ľúbime i vadíme sa tak akurátne, ako sa patrí na manželstvo s 5-ročným trvaním :), máme MN., ktorá je múdra ako rádio, máme DJ., ktorý v decembri oslávil prvý rok a rodina ho už pozná ako poriadneho šibala. Sme zdraví a momentálne sa nám vyhýbajú nádchy i kašle. Strávili sme naše slovenské (s troškou poľskosti) sviatky u mojich svokrovcov, chystáme sa na Silvestra doma s deťmi a mojimi rodičmi. Počas sviatočného obdobia sa nám podarilo pár skvelých stretnutí s priateľmi, na najbližší týždeň máme naplánované ďalšie. V končiacom sa roku sme stretli pár milých osôb, zosilnili sme niekoľko cenných priateľstiev, znovu sme vybudovali vzťahy, ktoré sa zdali byť v ruinách. Dozvedeli sme sa o sebe zopár nových vecí, upresnili sme niektoré plány, dali sme konkrétnejší tvar nápadom. Odhalili sme nové miesta, ochutnali neznáme jedlá, prečítali sme knižky, od ktorých sa nedalo odtrhnúť. Dlhšie sme sa pristavili pri niektorých životných otázkach, pozastavili sme sa nad pochybnosťami, dopriali sme si čas aj pri hľadaní odpovedí na urgentné otázky. Urobili sme niekoľko chýb, bojovali sme s výzvami, prehrali sme zopár bitiek. Prežili sme chvíle naplnené dusivým smútkom i chvíle radosti, ktorá sa nedá vyjadriť slovami. Jednoducho sme žili a snažili sme sa žiť najlepšie ako vieme.

Máme v našom živote veľmi, veľmi veľa. A čoraz výraznejšie vidím, aké je dôležité deliť sa s tým, dávať niečo zo seba druhému človeku. Čas, peniaze, modlitbu, schopnosti, talenty, pozornosť, dobrý príklad. Čokoľvek. To, čo si môžeme v danej chvíli dovoliť (je mi jasné, že nie vždy a nie všetko môžeme, a navyše sa v tomto roku učím dávať veciam pokoj a dopriať si aj nedokonalosť, hoci neviem, či tomu uveria tí, ktorí ma poznajú ;)). Vždy však možno niečo ponúknuť, či už je to vypočutie priateľa alebo poslanie pár drobných na účet nejakej nadácie. To si želám do nového roku. Aby som dokázala vydať zo seba ešte viac, aby som hľadala cesty, ako môcť byť aktívna, a neospravedlňovať si nedostatok akejkoľvek snahy. Aby som sa vedela postarať o svoju rodinu, aby som dbala o seba a bola zároveň aj pre iných. Aby môj život nebol prázdny. Aby mal tie najkrajšie farby, ktoré mu môže dať len druhý človek.


Na koniec niečo, čo nesúvisí s témou príspevku, ale so slovenským galimatiášom určite – 2 malé prekvapenia z týchto sviatkov, ktoré mi ukázali, čo ešte neviem o Slovensku a koľko dôvodov na úsmev, zmätok či zvraštenie čela je ešte predo mnou ;).

1. Slováci si v sviatočnom období (po 26.12. a pred Silvestrom) stále želajú „krásne sviatky” ;). Po treťom alebo štvrtom prípade, keď som to počula, sa mi to už predralo na jazyk. Ale veľmi ticho :P.
2. Hroby blízkych sú v sviatočnom období ozdobené... vianočnými stromčekmi :). S vianočnými ozdobami, svetielkami... I tak sa svetlo kahancov mieša s ligotavými svetielkami zo stromčeka. Paradoxný pohľad...

piątek, 29 lipca 2016

Hovorím po polsku, mówię po slovensky

Wakacje w pełni. Na całego. Wycieczki, lody, kąpiel w morzu, basen w ogrodzie i spotkania z rodziną. Nie jestem przekonana, czy miesiąc z dzieciakami u moich rodziców a ich dziadków mogę nazwać prawdziwym wypoczynkiem, ale jedno jest pewne – dzieci są szczęśliwe, a ja, patrząc na ich szczęście, jeszcze bardziej (poza tym gdzie będzie mi lepiej niż u mamy ;)). Ten miesiąc w Polsce jest bardzo ciekawy jeszcze z jednego powodu – znów dowiedziałam się czegoś nowego o rozwoju dwujęzyczności u mojej córki. I uznałam, że przyszła pora, by podzielić się z Wami pokrótce doświadczeniami językowymi z tych kilku lat jej życia.

Najpierw zwięźle o MN. – to typ intelektualistki i wnikliwego obserwatora rzeczywistości. W sytuacji dla niej nowej najczęściej przygląda się, nie angażuje, analizuje. I zapamiętuje. Mała odziedziczyła po nas talent muzyczny – niewątpliwie właśnie słuch i pamięć muzyczna pomogły jej w dość wczesnym rozpoczęciu mówienia. Nie pamiętam dokładnych dat, ale nie miała półtora roku, gdy posługiwała się już prostymi zdaniami („auto jedzie”, „taty nie ma” itp.). I się zaczęło :).

Ani ja, ani M. nie mieliśmy licencji na wychowanie dwujęzycznego dziecka :). Ale wiedzieliśmy jedno – trzeba się na coś zdecydować i konsekwentnie tego trzymać. Zwłaszcza, że chcieliśmy, by dla naszej córki polska i słowacka kultura oraz języki były równoważne. Ponieważ sami między sobą rozmawiamy prawie wyłącznie w swoich językach ojczystych, w naturalny sposób przenieśliśmy to też na MN. I tak w naszym domu mama mówi zawsze po polsku, tata zawsze po słowacku. Nie znaczy to jednak, że na naszej drodze do dwujęzyczności nie stanęły żadne znaki zapytania.

Wątpliwości były różne – co będzie z językiem słowackim, gdy M. chodzi do pracy, co będzie z językiem polskim, gdy mieszkamy na Słowacji, jak MN. będzie postrzegać nas, swoich rodziców, gdy będziemy posługiwać się przy niej nie swoim językiem, jak rozmawiać z małą na placu zabaw…

Chyba nie sposób opisać wszystko ze szczegółami, ale chociaż w skrócie przedstawię wam, jak te trudności rozwiązywaliśmy i rozwiązujemy. Przede wszystkim chociaż zmienialiśmy kraj zamieszkania, nie zmienialiśmy naszej podstawowej zasady (mama mówi po polsku, tata po słowacku). Gdy M. miał obawy odnośnie natężenia języka słowackiego, w ciągu dnia puszczałam córce słowackie płyty (piosenki, audiobooki). Obydwoje do dziś czytamy małej mnóstwo książek. Stałym punktem, zwłaszcza gdy MN. była mniejsza, było skajpowanie z dziadkami (teraz widzimy się regularniej).

Problem z mówieniem przy MN. w obcym języku miałam przede wszystkim ja. Panicznie bałam się posługiwania słowackim, zwłaszcza gdy mieszkaliśmy na Słowacji. Oczywiście nie dało się bez tego żyć, ale opanowałam chyba do perfekcji przełączanie się ze słowackiego na polski, gdy zwracałam się do córki. W pewnym momencie zaczęło tu jednak czegoś brakować. Gdy szłyśmy na słowacki plac zabaw i MN. chciała zagadać do dzieci, a brakowało jej słów, pomagałam jej po polsku, a ona nie rozumiała, że musi to powtórzyć po słowacku. I tak zwracała się do dzieci w języku polskim, narażając na ryzyko bycia niezrozumianą. Miałam ogromny dylemat, jak to rozwiązać. W końcu przełamałam się i zaczęłam mówić: „Kochanie, jeśli chcesz, możesz spytać dziewczynkę: << ako sa voláš?>>”. Czyli komunikowałam po polsku, ale zwroty do innych ludzi podpowiadałam w języku słowackim. I to był strzał w dziesiątkę. MN. zwracała się do dzieci po słowacku, ale ze mną dalej rozmawiała po polsku. Umiała nawiązać kontakt ze Słowakami, jednocześnie nie gubiąc właściwego języka w rozmowie ze mną. Wierzcie lub nie, ale mała tak bardzo łączy mnie z językiem polskim, że gdy niedawno zareagowałam na coś, co powiedziała do mnie po słowacku, pełna zdziwienia stwierdziła: „Mama! Ty mówisz po słowacku!” ;)

I znów wrócę do tego, jak ja i M. rozmawiamy z naszą córką. Długo, dłuuuugo nie zwracaliśmy uwagi na to, czy mała mówi do nas po polsku, czy po słowacku, tylko odpowiadaliśmy, powtarzając jej pytanie w swoim języku. Naprowadzaliśmy ją na dany język bez poprawiania. Dopiero w późniejszym czasie, gdy zauważyliśmy, że coraz lepiej radzi sobie z rozróżnianiem polskiego i słowackiego, prosiliśmy, by zwracała się do nas w naszych językach lub poprawialiśmy końcówki (np. typowe dla MN. jest spolszczanie słowackich czasowników: chcem, śpim, możem, dawam). Czasem jednak zniechęcała się, ponieważ nie umiała sobie przypomnieć polskiego/słowackiego odpowiednika. Przełom nastąpił po naszej kwietniowej wizycie w Polsce. Po powrocie do domu dotknął nas mały kryzys – wydawało się, że MN. zupełnie nie pamięta słowackiego. M. był załamany, jednak po kilku dniach wszystko wróciło do normy i nagle okazało się, że MN. już na dobre uporządkowała sobie polski i słowacki i zaczęła płynnie zmieniać język w rozmowie z nami czy dziadkami. Odkryliśmy wtedy,  że „zapomnienie” języka spowodowane brakiem intensywnego kontaktu z nim jest przejściowe i chyba na dobre utwierdziliśmy się w swoich wcześniejszych decyzjach. Zaufaliśmy też mądrości naszej córki.

A czego dowiedziałam się w trakcie obecnego pobytu w Polsce? Nauczona kwietniowym doświadczeniem nie wystraszyłam się, słysząc jak MN. po dłuższym czasie bez taty nie chce mu nic powiedzieć przez telefon. Zamiast się od razu rozłączać lub strofować małą, zaczęłam robić to samo, co na słowackim placu zabaw – podpowiadać słowackie słówka :). I faktycznie okazało się, że to właśnie zapominanie słowackich zwrotów jest dla małej największym problemem. Blokowała się, wpadała w zły nastrój, bo nie umiała ukochanemu tacie powiedzieć tego, co chciała. Gdy zaczęłam jej pomagać, wyraźnie się uspokoiła i zaczęła sobie lepiej radzić. Pewnego razu przyszła nawet do mnie i babci i bardzo zmartwiona stwierdziła, że nic nie pamięta po słowacku. Ale zabawa w wymienianie najbardziej znanych jej słówek („Przecież wiesz, jak powiedzieć <<cześć>> po słowacku” –„Ahoj!”; „A do tatusia przecież nigdy nie mówisz <<tatusiu>>, tylko…” –„Tatino!”…) znów pomogła. Wyrozumiałość, cierpliwość i wsparcie z naszej strony – to wszystko czego mała w tej chwili potrzebuje. Teraz już wiemy na pewno, że jak tylko wrócę z dziećmi do domu, wszystko wróci do normy.

A czy to znaczy, że wiemy już wszystko i to koniec naszej językowej przygody? Na pewno nie :). Ciągle zdarzają się małej przeróżne kwiatki – spolszczanie słowackich słówek („Babcia, ścigniesz!” = słow. stihneš = pol. zdążysz), nadawanie słowackiego brzmienia polskim, mylenie końcówek. Robi się też coraz lepsza w obchodzeniu nieznajomości danego słówka („Mama! Zejdź na dół! Jest już to, co tata nazywa raňajky! [=śniadanie]). Ale po prawie 4 latach życia MN. i prawie 3 latach z językiem polskim i słowackim w jej wykonaniu coraz lepiej widzimy kierunek, w którym zmierzamy i możemy się cieszyć coraz fajniejszymi owocami naszych wyborów. Jest moc :).

Dzieci i ryby głosu nie mają???

Prázdniny sú v plnom prúde. Výlety, zmrzlina, kúpanie v mori, bazén v záhrade a stretnutia s rodinou. Nie som presvedčená o tom, či môžem nazvať mesiac s deťmi u mojich rodičov a ich starých rodičov skutočným oddychom, ale jedna vec je istá – deti sú šťastné, a ja, vnímajúc ich šťastie, som ešte šťastnejšia (okrem toho, kde mi môže byť lepšie ako u mamy ;)). Ten mesiac v Poľsku je veľmi zaujímavý ešte z jedného dôvodu – znovu som sa dozvedela niečo nové o rozvoji dvojjazyčnosti mojej dcérky. A povedala som si, že prišiel čas, aby som sa s Vami podelila s jazykovými skúsenosťami z tých pár rokov jej života.

Najprv krátko o MN. – je to typ intelektuálky a pozorného pozorovateľa skutočnosti. V situácii, ktorá je pre ňu nová, sa najčastejšie prizerá, neangažuje sa, analyzuje. A pamätá si. Malá po nás zdedila hudobný talent – bez pochýb jej práve hudobný sluch a pamäť pomohli, aby dosť skoro začala rozprávať. Nepamätám si presné dátumy, ale nemala ani 1,5 roka, keď začala používať jednoduché vety („auto ide”, „tato tu nie je” atď.). To bol len začiatok :).

Ani ja, ani M. sme nemali licenciu na výchovu dvojjazyčného dieťaťa :). Vedeli sme však jedno – treba sa pre niečo rozhodnúť a vytrvalo sa toho držať. Zvlášť pre to, že sme chceli, aby boli pre našu dcérku poľská a slovenská kultúra a jazyky rovnocenné. Keďže sami sa rozprávame takmer výlučne vo svojich rodných jazykoch, prirodzeným spôsobom sme to preniesli aj na MN. A tak u nás doma mama hovorí vždy po poľsky, tato vždy po slovensky. Neznamená to však, že by sme sa na našej ceste k dvojjazyčnosti nestretli so žiadnymi otáznikmi.

Pochyby boli rôzne – čo bude so slovenčinou keď M. chodí do práce, čo bude s poľštinou, keď bývame na Slovensku, ako nás bude MN. vnímať, keď pri nej budeme rozprávať cudzím jazykom, ako sa s malou rozprávať na detskom ihrisku...

Nie je snáď možné všetko detailne opísať, ale aspoň v skratke Vám chcem ukázať, ako sme tieto ťažkosti riešili a stále riešime. Predovšetkým, aj keď sme menili krajinu pobytu, nemenili sme našu základnú zásadu (mama hovorí po poľsky, tato po slovensky). Keď mal M. obavu kvôli frekvencii slovenčiny, púšťala som dcére cez deň slovenské cédečká (pesničky, audioknižky). Obidvaja dodnes malej čítame mnoho knižiek. Stálym bodom, najmä keď bola MN. menšia, bolo skajpovanie so starými rodičmi (teraz sa vidíme častejšie).

Problém s rozprávaním v cudzom jazyku pri MN. som mala predovšetkým ja. Panicky som sa bála používania slovenčiny, zvlášť, keď sme bývali na Slovensku. Samozrejme, nedalo sa bez toho žiť, ale dokonale som zvládla prepínanie zo slovenčiny do poľštiny, keď som oslovovala dcérku. V istom momente nám však začalo niečo chýbať. Keď sme išli na detské ihrisko na Slovensku a MN. chcela osloviť deti, chýbali jej slovíčka. Ja som jej pomohla po poľsky, ale ona nerozumela, že to musí zopakovať po slovensky. Preto sa obracala na deti po poľsky, avšak s rizikom, že ju nebudú rozumieť. Mala som veľkú dilemu ako to vyriešiť. Napokon som ju prekonala a začala som hovoriť: „Kochanie, jeśli chcesz, możesz spytać dziewczynkę: << ako sa voláš?>>”. Čiže komunikovala som po poľsky, ale s vetami určenými iným ľuďom som jej pomohla po slovensky. To bol správny krok. MN. oslovovala deti po slovensky, ale so mnou aj naďalej hovorila po poľsky. Dokázala nadviazať kontakt so Slovákmi a zároveň neprestala hovoriť správnym jazykom so mnou. Uverte či nie, ale malá ma tak veľmi pripútava k poľskému jazyku, že keď som nedávno zareagovala na niečo, čo mi povedala po slovensky, veľmi prekvapená skonštatovala: „Mama! Ty hovoríš po slovensky!”

Znovu sa vrátim k tomu, ako ja a M. rozprávame s našou dcérkou. Dlho predlho sme neprikladali dôležitosť tomu, či nás oslovuje po poľsky či po slovensky, len sme odpovedali, opakujúc pritom jej otázku v svojom jazyku. Smerovali sme ju na ten-ktorý jazyk bez opravovania. Až neskôr, keď sme si všimli, že jej čoraz lepšie ide odlišovanie poľštiny a slovenčiny, sme ju poprosili, aby na nás hovorila v našich jazykoch a opravovali sme jej koncovky (typická pre ňu napr. je zmena v slovesách: chcem/chcę, dávam/daję, spím/śpię). Niekedy ju to však znechutilo, pretože si nevedela spomenúť na poľské/slovenské slovko. Prelom nadišiel po našom aprílovom pobyte v Poľsku. Po návrate domov sme zažili malú krízu – zdalo sa, že MN. celkom zabudla slovenčinu. M. bol v šoku, avšak po niekoľkých dňoch sa všetko vrátilo do normálu a zrazu sa ukázalo, že MN. si už definitívne upratala poľštinu a slovenčinu a začala plynulo meniť jazyk pri rozhovore s nami či starými rodičmi. Vtedy sme zistili, že „zabudnutie” jazyka spôsobené nedostatkom intenzívneho kontaktu s ním je prechodné, vďaka čomu sme sa definitívne utvrdili vo svojich starších rozhodnutiach. Začali sme tiež dôverovať múdrosti našej dcérky.

A čo som sa naučila počas nášho aktuálneho pobytu v Poľsku? Po aprílovej skúsenosti som sa už nevystrašila, keď som počula, že MN. po dlhšom čase bez tatina s ním nechce telefonovať. Namiesto ukončenia hovoru alebo hrešenia malej som začala robiť to isté, čo na slovenskom detskom ihrisku – pomáhať jej slovenskými slovíčkami :). A naozaj sa ukázalo, že práve zabúdanie slovenských zvratov spôsobuje malej najväčší problém. Blokovalo ju to, zhoršila sa jej nálada, lebo nedokázala milovanému ockovi povedať, čo chcela. Keď som jej začala pomáhať, veľmi sa upokojila a dokázala si sama poradiť. Raz dokonca prišla za mnou a za starou mamou a veľmi znepokojená skonštatovala, že si nič nepamätá po slovensky. Ale hra na najznámejšie slovíčka (– „Predsa vieš, ako sa povie Cześć po slovensky” – „Ahoj!”; – „A tatovi predsa nikdy nehovoríš tatusiu, ale...”-„Tatino!”..) znovu pomohla. Porozumenie, trpezlivosť a podpora z našej strany – to je všetko, čo malá teraz potrebuje. Teraz už vieme, že keď sa vrátim s deťmi domov, všetko sa vráti do normálu.

Znamená to, že už vieme všetko a nastal koniec nášho jazykového dobrodružstva? Určite nie :). Malej sa stále pritrafia všelijaké perličky – spoľšťovanie slovenských slov („Babcia, ścigniesz!” = po poľsky zdążysz), slovenské znenie poľských slov, chyby v koncovkách. Je tiež čoraz lepšia pri obchádzaní neznámych slovíčiek („Mama! Zejdź na dół! Jest już to, co tata nazywa raňajky! = Mama, poď dole! Už je to, čo tato volá raňajky – má byť śniadanie). Ale po takmer 4 rokoch života MN. a takmer 3 rokoch s poľštinou a slovenčinou v jej prevedení vidíme čoraz lepšie smer, ktorým sa uberáme a môžeme sa tešiť čoraz lepším ovocím našich rozhodnutí. Je to super :). 

poniedziałek, 29 lutego 2016

Rok temu o tej porze / Pred rokom o tomto čase

Rok temu o tej porze pisałam na moim blogu o tym, jak się polubić z przeprowadzkami (o tu). A wiecie, ile razy w życiu już się przeprowadzałam? Sześć. I to pewnie nie koniec. Choć czuję w kościach, że najbliższa przeprowadzka nie jest wcale tak blisko.

Przeprowadzka przeprowadzce nierówna. Inaczej było, gdy miałam lat 8 (to przeprowadzka nr 1 i błoga nieświadomość), inaczej, gdy wyjeżdżałam na studia (to nr 2, pierwsze koty za płoty), a inaczej, gdy musiałam szykować do wyjazdu całą swoją rodzinę (numery 5 i 6, zabawa na całego). W trakcie tej ostatniej przeprowadzki podtrzymywano mnie na duchu, powtarzając pytanie: „ile wy macie tych rzeczy?!” (może przydałoby się więcej wykrzykników ;)). Najczęściej powtarzała to zdanie… moja mama (przesyłam buziak dla szanownej rodzicielki, w której mam wierną czytelniczkę :*). W pewnym momencie podchwycił je mój mąż, przerażony liczbą kartonów do przewiezienia. Było ich sporo, przyznaję. Ale przeprowadzaliśmy się z całym dobytkiem. Czy było ich za dużo?

Jestem tradycjonalistką, kto z was zagląda tu regularnie, zdążył się już pewnie zorientować. Rodzina to ostoja. Dom ma być przytulny, emanujący ciepłem i otwarty na przyjaciół (powtarzam się, ale cóż… :)). Kanapa w dużym pokoju musi być wygodna, w szafie musi się znaleźć zapasowa kołdra i ręcznik dla gościa. Stół obowiązkowo duży, w kuchni dość talerzy, by podjąć całą (sporą) rodzinę. Jak w lodówce nie ma już naprawdę niczego, to chleb dla zgłodniałego wędrowca musi się znaleźć, do tego gorąca kawa czy herbata. Aaa, i na półkach musi stać duuuużo książek. Przeczytanych, do przeczytania, pożyczonych, do pożyczenia, takich do długich dyskusji i takich, o których gadać się nie chce. Tak być musi i kropka. Taką mam wizję świata ;). A przynajmniej taką mam wizję własnego domu i szeroko pojętej rodziny, obejmującej nie tylko rodziców czy rodzeństwo, ale i przyjaciół.

I tu znowu wracam do postawionego wcześniej pytania – czy tych kartonów przeprowadzkowych było za dużo? Nie. Na mojego męża działał najlepiej taki obrazowy argument: „Kochanie, wyobraź sobie, że przeprowadzają się nasze mamy – ze swoimi wielkimi domami, pełnymi strychami/piwnicami i ponad trzydziestoma latami życia rodzinnego” ;). A tak zupełnie poważnie - z jednej strony każdy kolejny karton silniej wiąże z miejscem jego rozpakowywania. To taki wbity w nowy dom gwóźdź,  przy którego wyciąganiu trzeba się potem nieźle napocić. Z drugiej strony – mój dom, gdziekolwiek by nie był, musi pozostać domem. Miejscem, do którego będę chciała wracać, do którego przyjaciele będą chcieli przyjeżdżać, w którym moje dzieci będą się czuły bezpiecznie. Nie jest łatwo pogodzić tę tymczasowość naszych decyzji z pragnieniem stałości życia rodzinnego. Ale ja nie umiem i nie chcę umieć spakować jedną walizkę i zostawić wszystko za sobą, wędrując w kolejne miejsce. Ja nie chcę się odcinać, odrzucać, opuszczać. Ja chcę nadbudowywać, dostawiać, łączyć. Bo taka po prostu jestem.

Przeprowadzka nr 5 / Stahovanie c. 5

Pred rokom o tomto čase som písala na svojom blogu o tom, ako sa skamarátiť so sťahovaním (presne tu). A viete, koľkokrát som sa už v živote sťahovala? Šesť. A to ešte zrejme nie som na konci. Hoci cítim v kostiach, že najbližšie sťahovanie vôbec nie je blízko.

Nie je sťahovanie ako sťahovanie. Iné to bolo, keď som mala 8 rokov (sťahovanie č. 1 a šťastná nevedomosť), iné, keď som odišla študovať (č. 2, prvá vedomá skúsenosť) a iné, keď som musela chystať na výjazd celú svoju rodinu (č. 5 a 6, poriadna zábava). Počas toho posledného sťahovania ma podporovali pomocou opakujúcej sa otázky: „koľko vy máte tých vecí?!” (možno by sa zišlo viac výkričníkov ;)). Najčastejšie tú vetu opakovala... moja mama (posielam pusu drahej rodičke, v ktorej mám vernú čitateľku :*). V istom momente sa jej chytil aj môj manžel, zaskočený množstvom krabíc, ktoré bolo treba previezť. Bolo ich veľa, priznávam. Ale sťahovali sme sa so všetkými našimi vecami. Bolo ich priveľa?

Som tradicionalistka, kto číta moje príspevky pravidelne, určite už o tom vie. Rodina je útočisko. Domov má byť prítulný, vyžarujúci teplo a otvorený pre priateľov (opakujem sa, ale čo už... :)). Pohovka v obývačke musí byť pohodlná, v skrini musí byť ďalšia prikrývka a uterák pre hosťa. Stôl má byť veľký, v kuchyni dosť tanierov, aby som mohla prijať celú (veľkú) rodinu. Keď v chladničke už skutočne nič nie je, musí sa nájsť aspoň kúsok chleba pre vyhladnutého pocestného, a k nemu aspoň horúca káva či čaj. Ááá, na poličkách musí byť mnoho kníh. Prečítaných, čakajúcich na prečítanie, požičaných, určených na požičanie, takých na dlhé diskusie i takých, o ktorých radšej nehovoriť. Tak to musí byť a bodka. Taká je vízia môjho sveta ;). Alebo prinajmenšom takú mám víziu svojho domova a široko chápanej rodiny, zahŕňajúcej nielen rodičov a súrodencov, ale tiež priateľov.

A tak sa opäť vraciam k otázke položenej pred chvíľou – bolo tých krabíc pri sťahovaní priveľa? Nie. Na môjho manžela najlepšie fungoval takýto obrazový argument: „Miláčik, predstav si, že by sa sťahovali naše mamy – so svojimi veľkými domami, plnými povalami/pivnicami a viac ako tridsiatimi rokmi rodinného života” ;). A teraz úplne vážne – na jednej strane, každá ďalšia krabica čoraz viac púta k miestu, kde je vybalená. Je to taký klinec zatlčený do nového domova, pri ktorom sa človek riadne zapotí, keď ho chce opäť vytiahnuť. Na druhej strane – môj domov, kdekoľvek by mal byť, musí zostať domovom. Miestom, kam sa budem chcieť vracať, kam budú chcieť prichádzať priatelia, v ktorom sa moje deti budú cítiť bezpečne. Nie je ľahké zosúladiť dočasnosť našich rozhodnutí s túžbou po stálosti rodinného života. Ale ja neviem a nechcem vedieť zbaliť svoje veci do jedného kufra a nechať  všetko za sebou, putujúc na ďalšie miesto. Nechcem sa odpútavať, uvoľňovať, opúšťať. Chcem pristavovať, nadstavovať, spájať. Taká jednoducho som. 

wtorek, 30 czerwca 2015

Egzamin / Skúška

W Polsce dziś wyniki egzaminów maturalnych, a u mnie w życiu egzamin z małżeństwa. Kilka etapów mam już za sobą, coś zaliczone na ocenę celującą, coś na dobrą, ale ciągle jeszcze mogę oblać całość.

Pisałam Wam o podejmowaniu decyzji, pisałam Wam o nadchodzących zmianach, a dziś trochę więcej konkretów. Pod koniec ubiegłego roku, po trzech latach rozważań i smakowania obydwu ojczyzn, dwóch latach życia na Słowacji i roku spędzonym Polsce podjęliśmy z M. decyzję, że chcemy osiąść na stałe właśnie w Polsce. To nie była decyzja tylko i wyłącznie racjonalna, tak się jej chyba nie da podjąć, a przynajmniej nie w naszym przypadku. To była decyzja głowy i serca. Tymczasem miesiąc później pojawiła się w życiu M. propozycja pracy z kategorii „nie do odrzucenia”. Na Słowacji. I on ją początkowo odrzucił. W tym właśnie momencie podeszłam do mojego egzaminu.

Nie było mi wcale łatwo przekonać jego (i siebie) do otwarcia tematu na nowo. A jednak udała mi się ta sztuka. Dziś żartuję, że wspięłam się na wyżyny bycia dobrą żoną. Ale wcale nie jest to takie dalekie od prawdy. Temat wrócił, zdecydowaliśmy się na tę pracę (tak, cała nasza rodzina) i pozostało czekać, czy dojdzie ona do skutku. Minął styczeń, luty, marzec i nic. Cisza. Życie w zawieszeniu między planowaniem przyszłości a czekaniem. Aż tu nagle w kwietniu – bum! Stanowisko będzie, konkurs na nie za 3 tygodnie, rozpoczęcie pracy, jeśli się uda, za 4 tygodnie. Ponad 900 kilometrów od naszego dotychczasowego domu.

I M. pojechał. Pracę dostał. Przeprowadził się do Bratysławy. A ja zostałam z naszą córką sama. Szukamy mieszkania i żyjemy na 3 domy, mój, jego i naszych teściów (bo tam mamy pokój, gdzie zmieścimy się wszyscy, nie jak u niego). Czy jest mi łatwo? Nie jest, w ogóle. Czy żałuję? Czasami chciałabym, żeby wróciło to, co było. Czy w którymś momencie zachowałabym się inaczej? Nie. Bo mój mąż dostał szansę, żeby się fantastycznie rozwinąć, zyskać nowe doświadczenie, pełniej realizować się zawodowo i chcę go w tym wesprzeć. A że oznacza to, że muszę zostawić wszystko, co robiłam w ciągu ostatniego roku? Po prostu taką decyzję podjęliśmy, muszę być konsekwentna, muszę umieć się pożegnać, nawet jeśli czasem mam wrażenie, że kończy się „pół świata”.

Jak patrzą na nas inni? Jedni się cieszą, że będziemy w Bratysławie (to Słowacy), jedni się smucą, że nie będziemy na Wybrzeżu (to Polacy), innym jest to obojętne. Mało kto chce zajrzeć do środka tego wszystkiego, spytać, jak my się z tym wszystkim czujemy. A obojgu nam jest trudno. I żadne z nas ani się tak do końca nie cieszy, ani tak do końca nie smuci. Najbardziej budujący komentarz? Mojego przyjaciela. Który napisał mi bardzo króciutko: „Podziwiam cię”. Dodał mi tym skrzydeł, gdy akurat nurkowałam w dół.

Przeprowadzka dopiero przede mną. Życie na takie odległości, spotkania co 2 tygodnie i bycie z małą, która była przyzwyczajona do bycia z tatą na co dzień – in progress. Daję radę. Nie mam wyjścia. Nigdy w życiu nie oblałam egzaminu, nigdy w życiu nie dostałam chyba nawet jedynki ze sprawdzianu  – to co, teraz ma mi się nie udać? Co to to nie. Trzymajcie kciuki.


V Poľsku sú dnes zverejňované výsledky maturitných skúšok, no a v mojom živote prebiehajú skúšky z manželstva. Niekoľko etáp mám už za sebou, niečo s vynikajúcim výsledkom, niečo len s dobrým, ale ešte stále ich nemusím spraviť.

Písala som Vám o rozhodovaní sa, písala som Vám o nadchádzajúcich zmenách, dnes bude viac faktov. Počas minulého leta, po troch rokoch premýšľania a ochutnávania oboch krajín, dvoch rokoch života na Slovensku a roku v Poľsku, sme sa s M. rozhodli, že sa chceme definitívne usadiť práve v Poľsku. To nebolo iba racionálne rozhodnutie, tak sa to snáď ani nedá, prinajmenšom nie v našom prípade. Bolo to rozhodnutie hlavy a srdca. Avšak o mesiac sa v živote M. objavila pracovná ponuka, „aká sa neodmieta”. Na Slovensku. No a on ju najprv odmietol. Práve v tom momente sa začala moja skúška.

Vôbec nebolo ľahké presvedčiť ho (ani seba samu), aby sme tému opäť otvorili. Napriek tomu sa mi to však podarilo. Dnes žartujem, že som dosiahla vrchol v umení manželstva. Vôbec to však nie je tak ďaleko od pravdy. Téma sa vrátila, rozhodli sme sa pre tú prácu (áno, celá naša rodina), a zostalo nám už len čakať, či sa to stane realitou. Prešiel január, február, marec, a stále nič. Ticho. Život vo vákuu medzi plánovaním budúcnosti a čakaním. Až tu náhle v apríli – bum! Pracovné miesto bude vytvorené, výber bude za tri týždne, začiatok, ak sa podarí, za štyri týždne. Viac ako 900 kilometrov od nášho doterajšieho domova.

A M. šiel. Prácu dostal. Presťahoval sa do Bratislavy. A ja som zostala s našou dcérkou sama. Hľadáme byt a žijeme na tri domovy, môj, jeho a mojich svokrovcov (lebo tam máme izbu, kde sa všetci zmestíme, nie ako uňho). Či je mi ľahko? Nie je, vôbec nie. Či ľutujem? Niekedy by som chcela, aby sa vrátilo to, čo bolo. Či by som sa v niektorej chvíli správala inak? Nie. Lebo môj manžel dostal príležitosť, aby sa úžasne rozvinul, získal nové skúsenosti, viac profesionálne realizoval a chcem ho v tom podporiť. A že to znamená, že musím zanechať všetko to, čo som robila počas minulého roka? Tak sme sa proste rozhodli, musím byť vytrvalá, musím sa vedieť rozlúčiť, hoci niekedy mám pocit, že sa mi stráca "pol sveta".

Ako sa na nás pozerajú iní? Niektoré sa tešia, že budeme v Bratislave (Slováci), iní smútia, že nebudeme na pobreží (Poliaci), iným je to jedno. Málokto chce nazrieť dnu, spýtať sa, ako to všetko prežívame. A obom nám je ťažko. Ale ani jeden z nás neprežíva čistú radosť či čistý žiaľ. Najpovzbudzujúcejší komentár? Môjho priateľa. Napísal mi veľmi krátko: „Obdivujem ťa”. Dal mi tým krídla, keď som sa akurát rýchlo približovala k zemi.

Sťahovanie je ešte len predo mnou. Život na také vzdialenosti, stretnutia každé dva týždne a bytie s malou, ktorá bola zvyknutá na tatuša každodenne – in progress. Poradím si. Nemám iné východisko. Vždy som urobila všetky skúšky, nikdy v živote som snáď nedostala päťku ani len z písomky. Takže čo? Teraz mám zlyhať? Tak to nie. Držte palce.