Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łączenie tradycji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łączenie tradycji. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 grudnia 2021

Jakby nie tak / Akoby nie celkom ok

W grudniu wszystko było jakby nie tak. Wchodziliśmy w niego chorzy na COVID, zamknięci długie tygodnie w domu. Towarzyszyło nam trochę niepokoju, nie dało się wyprawić tradycyjnych wspólnych urodzin naszym starszakom, nie dało się dokończyć niedokończonych spraw związanych z nadchodzącymi świętami, trudno było w takich warunkach pracować, nawet zwyczajnie pomyśleć. Dzieciaki były megadzielne, ale po tylu dniach zamknięcia nic dziwnego, że bawiły się na przykład w pociąg ekspresowy, który pędził od jednej ściany mieszkania do drugiej z głośnym piskiem ;).

Skoro jednak nie udało nam się wymigać od wirusa, cieszyliśmy się, że choć na przełomie listopada i grudnia nas pomęczy, do świąt zdążymy się z nim pożegnać. I rzeczywiście – udało się. Przyjechaliśmy więc na święta do Polski, by spędzić je z dziadkami i najnowszą gwiazdą rodziny, moją dwumiesięczną bratanicą :).

I… było pięknie. Było spokojnie, bez nadmiaru spotkań, przygotowań i zamętu. Bardziej polsko, ale z istotnymi słowackimi akcentami, które są dla mnie osobiście bardzo ważne. Z kolędami, choinką, polskimi ciastami i słowackimi ciastkami. Z prezentami w liczbie „tak akurat” i ogromną ilością śniegu, której moje dzieci chyba jeszcze nie doświadczyły na święta w swoim kilkuletnim życiu. Z kawami u najlepszych pod słońcem ciotek i długimi świątecznymi rozmowami z przyjaciółmi. Z odkrywaniem swoich talentów i rozumieniem swoich potrzeb. Z poczuciem tęsknoty za domem i radości z bycia w Polsce. Z wielką satysfakcją z zobaczenia efektów swojej pracy w postaci szkolnej książki kucharskiej, którą Wam zresztą serdecznie polecam (do pobrania na stronie szkoły), z małymi frustracjami związanymi z obserwacją wpływu nierealnych teorii spiskowych na realne życie.

Wszystko było jakby nie do końca tak, jak co roku, ale jednak dobrze, ale jednak w ostatecznym rozrachunku na plus. I chyba tego właśnie przede wszystkim potrzebowałam – świętego spokoju. Tego też sobie i Wam wszystkim życzę również w tym nowym, nadchodzącym już za moment roku!





V decembri bolo všetko akoby nie celkom ok. Vstúpili sme doň chorí na COVID, na dlhé týždne zavretí doma. Sprevádzal nás v tom nepokoj, nemohli sme pripraviť tradičné spoločné narodeniny našim starším deťom, nemohli sme dokončiť neukončené záležitosti súvisiace s nadchádzajúcimi sviatkami, v takých podmienkach sa ťažko pracovalo a niekedy aj nad čímkoľvek zamýšľalo. Deti boli skvelé, ale po toľkých dňoch v karanténe sme sa nemohli diviť tomu, že sa napríklad hrali na rýchlik, ktorý s hlasným piskotom uháňal z jednej strany bytu na druhú ;).

Nepodarilo sa nám vyhnúť sa vírusu. Tešili sme sa však, že hoci nás na prelome novembra a decembra potrápi, do Vianoc sa ho zbavíme. A naozaj, podarilo sa. Pricestovali sme teda na sviatky do Poľska, aby sme ich strávili so starými rodičmi a najnovšou hviezdou rodiny, mojou dvojmesačnou neterkou :).

A… bolo krásne. Sviatky sme strávili pokojne, stretnutí bolo menej, takisto príprav a sviatočného chaosu. Vianoce boli viac poľské, ale s výraznými slovenskými prvkami, ktoré sú pre mňa osobne veľmi dôležité. S koledami, stromčekom, poľskými zákuskami aj slovenskými koláčikmi. S tak akurátnym množstvom darčekov a záľahou snehu, akú moje deti ešte vo svojom krátkom živote nezažili cez Vianoce. S posedeniami pri káve u najlepších tiet na svete a dlhými sviatočnými rozhovormi s priateľmi. S odhaľovaním talentov a chápaním svojich potrieb. S pocitom clivoty za domovom aj radosťou z trávenia času v Poľsku. S veľkou spokojnosťou z výsledkov prace v podobe školskej kuchárskej knižky, ktorú Vám zároveň s radosťou ponúkam (môžete si ju stiahnuť na stránkach školy), s malými frustráciami súvisiacimi s tým, ako vplývajú neskutočné konšpiračné teórie na skutočný život.

Všetko bolo akoby nie celkom v poriadku, ale koniec koncov dobré, pozitívne. A práve to som snáď predovšetkým potrebovala – svätý pokoj. Želám ho sebe aj Vám všetkým v tom novom, už čoskoro nastávajúcom roku!


sobota, 31 sierpnia 2019

Grunt pod nogami / Pevná pôda pod nohami


Sierpień się kończy, powinnam drżeć z nerwów. MN. idzie w poniedziałek do pierwszej klasy słowackiej podstawówki, co z racji naszej dwukulturowości jeszcze niedawno przyprawiało mnie o solidny ból brzucha (dzieliłam się tym kiedyś z wami o tutaj), DJ. rozpoczyna przygodę z przedszkolem i nie wiem, co to ze sobą przyniesie, a ja na 99% zaczynam dodatkową pracę (po parę godzin w miesiącu), więc całe nasze życie rodzinne czeka solidne przemeblowanie. Krótko mówiąc, dzieje się. Ja tymczasem jestem… spokojna. Przynajmniej jak na siebie ;).

Nie, nie jest tak, że nagle znikły wszystkie moje obawy związane ze szkołą słowacką, przestałam się niepokoić o naszego prawie czterolatka, który ciągle miesza języki, i nie ma we mnie ani krzty strachu przed wyjściem z mojego bezpiecznego świata do ludzi. Wszystkie te odczucia są i mają się dobrze :). Tego lata odkryłam jednak coś ważnego, coś, co pozwoliło mi złapać trochę więcej równowagi.

Po 8 latach naszego polsko-słowackiego życia nagle dotarło do mnie, że nasze zwyczaje, tradycje okrzepły, poczułam, że mniej się miotam w życiu między krajami, a bardziej tę rzeczywistość przyjmuję i zwyczajnie lubię. Nie jest pozbawiona wad, to jasne, ale jest nasza, innej nie mamy i nie będziemy mieli.

Weźmy takie wakacje: nasz lipiec jest polski, a sierpień słowacko-węgierski. I lubię to. Lubię ten czas nad polskim morzem, lubię chwile na wsi u słowackich dziadków i wreszcie kocham nasze coroczne rodzinne wakacje na Węgrzech. Czuję, że wszystko jest na swoim miejscu, że całkiem zgrabnie poukładaliśmy ten nasz galimatias. I to dotyczy przeróżnych aspektów naszego wspólnego życia – kwestii łączenia tradycji, kwestii dwujęzycznego i dwukulturowego wychowania dzieci, kwestii szanowania własnej odmienności itp. itd.

Nie sprawia to oczywiście, że w naszym życiu nie ma żadnych znaków zapytania. Są. Ale przede wszystkim jest ten tak bardzo potrzebny spokój.

Chyba ten dzisiejszy post pozostanie taki bez zakończenia. Ale nie byłam na niego przygotowana, tak naprawdę chciałam dziś pisać zupełnie o czymś innym, chciałam napisać, jak wspaniale naładowałam baterie na Węgrzech, gdzie spędziłam ostatnie 5 dni, jak bardzo podoba mi się ten kraj, i jak ważny jest dla mnie czas spędzony z rodziną. Tymczasem w miarę przelewania kolejnych słów na papier (ok, ekran monitora) i niekończącego się przeredagowywania kolejnych akapitów doszłam do tego, co powyżej. I trwam w zadziwieniu. Ależ to kojące! Zwłaszcza ta myśl, że okrzepliśmy. Wszystkim w takich relacjach jak nasza właśnie tego życzę.





August sa končí, mala by som byť celá nervózna. MN nastupuje v pondelok do prvého ročníka slovenskej základnej školy, čo mi z dôvodu našej dvojakej kultúry spôsobovalo ešte nedávno poriadne bolesti brucha (raz som sa s vami o to podelila na tomto mieste), DJ začína dobrodružstvo v škôlke a neviem, čo to so sebou prinesie a ja na 99% začínam s prácou na čiastočný úväzok (pár hodín v mesiaci), nuž celý náš rodinný život čaká zásadná prestavba. Skrátka, dejú sa veci. A ja som... pokojná. Prinajmenšom na svoje pomery ;).

Nie, nie je to tak, že náhle zmizli všetky moje obavy spojené so slovenskou školou, že som sa prestala znepokojovať naším temer štvorročným chlapcom, ktorý stále mieša jazyky, a že v sebe nemám ani odrobinu strachu pred vychádzaním z môjho bezpečného sveta medzi ľudí. Všetky tie pocity žijú a majú sa dobre :). Počas tohto leta som však odhalila niečo dôležité, čo mi umožnilo získať trochu viac stability.

Po 8 rokoch nášho poľsko-slovenského života mi náhle svitlo, že naše zvyky a tradície sa stabilizovali, pocítila som, že sa menej tackám v živote medzi našimi krajinami a viac tú každodennosť akceptujem a proste mám rada. Nie je bezchybná, to je jasné, ale je naša, inú nemáme a nebudeme mať.

Zoberme si napríklad prázdniny: náš júl je poľský a august slovensko-maďarský. A mám to tak rada. Mám rada ten čas pri poľskom mori, mám rada chvíle na dedine u slovenských starých rodičov a napokon mám veľmi rada našu každoročnú rodinnú dovolenku v Maďarsku. Cítim, že všetko je na svojom mieste, že sme si celkom šikovne uložili ten náš galimatiáš. A to sa týka najrôznejších aspektov nášho spoločného života – otázky spájania tradícií, otázky dvojjazyčnosti a dvojkultúrneho vychovávania detí, otázky rešpektu voči našim odlišnostiam atď.

Neznamená to samozrejme, že v našom živote už nie sú otázniky. Sú. Ale predovšetkým prišiel ten tak veľmi potrebný pokoj.

Ten dnešný post asi nechám takto bez ukončenia. Nebola som naň pripravená, v skutočnosti som chcela písať o niečom úplne inom, chcela som napísať, ako skvelo som si nabila baterky v Maďarsku, kde som strávila ostatných päť dní, ako veľmi sa mi páči tá krajina a aký dôležitý je pre mňa čas strávený s rodinou. Avšak pri sťahovaní ďalších myšlienok na papier (ok, obrazovku počítača) a nekonečnom prepisovaní ďalších a ďalších odsekov som prišla na to, čo som napísala vyššie. A stále som z toho prekvapená. Aké to je upokojujúce! Najmä tá myšlienka o stabilite. Všetkým, ktorí sú v takých zväzkoch ako je ten náš, práve niečo podobné želám!

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Zrozumieć Mickiewicza / Pochopiť Mickiewicza


Nie, to nie będzie wpis o moim bracie. Ale tak się składa, że przez długie lata darliśmy koty (serdeczne pozdrowienia dla niego, ogarnęliśmy się trochę z wiekiem :D) i mam takie jedno wspomnienie z czasów studiów, które znakomicie zilustruje temat, który chcę dziś poruszyć.

Otóż te 10 lat temu (sic!) mieszkałam i studiowałam w Poznaniu, a mój brat mieszkał w domu rodzinnym i uczył się w Gdańsku. Odwiedzałam dom mniej więcej raz w miesiącu. Łatwo się domyślić, że moje uczestnictwo w życiu rodzinnym było mocno ograniczone. Tymczasem moja mama to ten typ cudownej strażniczki ogniska domowego chcącej nam wszystkim nieba uchylić, która swoją zosio-samosiowatością potrafi być też cudownie wkurzająca (mamuś, moja wierna czytelniczko :*), tzn. wszystko zrobi za wszystkich i słowem nie piśnie, żeby jej w czymś pomóc. Tak też było ze sprzątaniem domu. Widziałam wyraźnie, że się zwyczajnie przemęcza, więc poszłam do mojego brata i powiedziałam, że mógłby jej trochę pomoc, bo to nie jest ok. W odpowiedzi na to usłyszałam chłodne i twarde (ach, te lata młodzieńcze :P) „Ty – tu – nie – mieszkasz”.

Ja – tu – nie – mieszkam. Przyznaję, to było mocne uderzenie. Oczywiście to było lata temu, jesteśmy z moim bratem baaaardzo różni, więc i nasza komunikacja długo nie stała na mistrzowskim poziomie, zresztą jego odpowiedź wcale nie wykluczała, że on mamie jednak pomagał, temat dawno zamknięty :). Ale w jakimś sensie te słowa są szalenie aktualne w kontekście mojego obecnego życia. Bo ja nie – mieszkam – w – Polsce. I o tym będzie ten post.

Spędziłam poza Polską już prawie 5 lat mojego życia. To oczywiście niewiele z perspektywy mojej sąsiadki z czasów Nitry, która żyła na Słowacji już od 40 lat (to był dopiero przypadek, mieszkała w mieszkaniu tuż pod naszym :)), ale to już całkiem sporo, aby się od kraju oddalić na różnych płaszczyznach. Jak skonstatowałyśmy kiedyś z moją ukochaną B., mieszkającą poza krajem jeszcze dłużej ode mnie – polskie życie nas w pewnym sensie omija, mamy je gdzieś w głowie, w sercu, we wspomnieniach, w wyobrażeniach, ale nie w rzeczywistości, nie w tej zwykłej codzienności. Nasz obraz Polski jest inny – w pewnych wymiarach niekompletny, w pewnych wymiarach nieaktualny, a w jeszcze innych poszerzony o doświadczenie polonusa. Jesteśmy i jednocześnie nie jesteśmy częścią polskiej wspólnoty. Mogę i staram się aktywnie kultywować polskie tradycje we własnym domu, dbam o swój język ojczysty, zaszczepiam miłość do Polski moim dzieciom, w miarę możliwości kupuję polskie produkty (książki, dużo książek :)), prowadzę tego bloga, interesuję się polską polityką, biorę udział w wyborach, staram się być na bieżąco i wiedzieć, co się dzieje w kraju. Tak tworzę tę moją podstawową komórkę polskiej wspólnoty – chociaż ze Słowakiem. Jednocześnie widzę, jak coraz trudniej zachować mi czystość własnego języka, gdy na usta pchają się słowackie wyrazy, widzę, że w wielu kwestiach dotyczących funkcjonowania państwa stoję z boku (jak choćby wprowadzona w moim odczuciu w katastrofalny sposób reforma edukacji, która – gdybym żyła w Polsce – byłaby dla mnie bardzo istotna), widzę, że coraz mniej orientuję się w trendach w kulturze, zaskakują mnie zmiany zachodzące w polskich miastach, które fantastycznie się rozwijają (ostatnio kolejny raz zachwycił mnie mój kochany Poznań :)), nie jestem w stanie w ciągu tych paru odwiedzin w roku wszystkiego nadrobić, ze wszystkim nadążyć. Co najtrudniejsze – nie mogę aktywnie uczestniczyć w życiu wspólnoty lokalnej (mojej ukochanej salezjańskiej parafii, mojego małego miasta, które też zmienia się bardzo na korzyść). A chciałabym. Chciałabym bardziej być – ciałem, nie tylko sercem. B. zażartowała w jednej z naszych rozlicznych rozmów, że gadamy jak Mickiewicz, ale wiecie co? Ja serio tę tęsknotę XIX-wiecznych romantyków zrozumiałam (nie było z tym tak dobrze w czasach liceum :D).

Jedno jednak wiem na pewno: może i nie mieszkam w Polsce, ale Polska żyje we mnie. I głęboko wierzę, że mam pełne prawo do czucia się częścią tej wspólnoty, tak jak te 10 lat temu czułam się częścią mojej rodziny i chciałam uczestniczyć w jej codzienności, choć była moim udziałem tylko przez kilka dni w miesiącu. Mimo że ja – w – Polsce – nie – mieszkam, nie przestałam być jednym z ogniw, które ją tworzą. Wysunięcie takiego zarzutu przeciw jakiemukolwiek emigrantowi jest najzwyczajniej w świecie wykluczające i niesprawiedliwe. Mam świadomość, że to jest inny rodzaj uczestnictwa, wchodzę na tę imprezę na innym bilecie niż większość Polaków. Ale mój bilet jest tak samo ważny, chociaż zajmuję miejsce w dalszym sektorze. Nie pozwala mi to widzieć wyraźnie wszystkich szczegółów, za to daje szerszą perspektywę, czasem większy dystans do wielu spraw, a to wartość, którą mogę wnieść w życie mojego kraju, choćby poprzez dyskusje z przyjaciółmi. Mam w rękach inne narzędzia, ale mogę z nich robić tak samo dobry użytek. Nie uciekłam tylnymi drzwiami, nie zgubiłam biletu. Nie zamierzam nigdzie wychodzić. Zostaję.





Nie, to nebude post o mojom bratovi. Ale dlhé roky sme si skákali do vlasov (srdečne ho pozdravujem, postupom času sa to medzi nami zlepšilo :D) a mám takú jednu spomienku zo študentských čias, ktorá výborne ilustruje tému, ktorej sa chcem dnes dotknúť.

Nuž teda, pred 10 rokmi (!) som bývala a študovala v Poznani a môj brat býval s rodičmi a študoval v Gdańsku. Vracala som sa domov viac menej raz za mesiac. Nie je ťažké si predstaviť, že moja účasť na rodinnom živote teda bola veľmi obmedzená. No a moja mama je ten typ čarovnej strážkyne rodinného krbu, ktorá by nám zniesla aj modré z neba, ktorá nás svojim „ja sama, ja sama” niekedy aj čarovne nahnevá (mama, moja verná čitateľka :*), t.j. robí všetko za všetkých a ani nenaznačí, aby sme jej v čomkoľvek pomohli. Tak to bolo aj s upratovaním. Jasne som videla, že má toho veľa na pleciach, tak som šla za svojim bratom a povedala mu, že by jej mohol trochu pomôcť, lebo to nie je ok. Ako odpoveď som si vypočula chladné a tvrdé (ach, tie mladé letá :P) „Ty – tu – nebývaš”.

Ja – tu – nebývam. Priznám sa, bol to silný úder. Samozrejme, bolo to pred mnohými rokmi a s mojim bratom sme veľmi rozdielni, a preto ani naša komunikácia nebola na majstrovskej úrovni, koniec koncov, jeho odpoveď neznamenala, že mame nepomáhal, koniec, stačí :). Ale v istom zmysle sú tie slová veľmi aktuálne v kontexte môjho dnešného života. Lebo ja – nebývam – v – Poľsku. A o tom budem písať.

Strávila som mimo Poľska už takmer 5 rokov môjho života. To je samozrejme máličko z perspektívy mojej susedky z Nitry, ktorá žila na Slovensku už 40 rokov (to bol teda prípad, bývala v byte pod nami :)), ale aj to je už dosť na to, aby som sa od svojej krajiny vo viacerých oblastiach vzdialila. Ako sme kedysi skonštatovali s mojou milovanou B., ktorá býva v zahraničí ešte dlhšie ako ja, poľský život nás v istom zmysle obchádza, máme ho kdesi v hlave, v srdci, v spomienkach, v predstavách, ale nie v každodennosti. Náš obraz o Poľsku je iný, v istom zmysle nekompletný, v mnohých veciach neaktuálny, a ešte v iných obohatený o skúsenosť zahraničného Poliaka. Môžem a aj sa snažím aktívne kultivovať poľské tradície u nás doma, dbám na svoj materinský jazyk, vštepujem deťom lásku k Poľsku, nakoľko je to možné kupujem poľské produkty (knižky, veľa knižiek :)), píšem tento blog, zaujímam sa o poľskú politiku, zúčastňujem sa volieb, snažím sa nezaostávať a vedieť, čo sa v Poľsku deje. Tak budujem tú svoju základnú jednotku poľského spoločenstva – hoci aj so Slovákom. Zároveň však vidím, ako je čoraz ťažšie uchovať čistotu vlastného jazyka, keď sa na jazyk tlačia výrazy v slovenčine, vidím, že v mnohých záležitostiach týkajúcich sa fungovania štátu stojím na boku (napr. vo veci reformy systému vzdelávania, ktorá je podľa mňa zavádzaná katastrofálne a ktorá by pre mňa bola veľmi dôležitá, keby som žila v Poľsku), vidím, že čoraz menej sa orientujem v kultúrnych trendoch, prekvapujú ma zmeny, ktoré prichádzajú do poľských miest, fantasticky sa rozvíjajúcich (naposledy ma opäť raz očarovala moja milovaná Poznań :)), nie som schopná počas tých niekoľkých návštev počas roka všetko nadrobiť a dobehnúť. Čo je však najťažšie, nemôžem sa aktívne zúčastňovať života v mojej poľskej miestnej komunite (v mojej milovanej saleziánskej farnosti, v mojom malom meste, ktoré sa tiež pozitívne mení). A chcela by som. Chcela by som byť viac – telom, nielen srdcom. B. v jednom z našich rozličných rozhovorov zažartovala, že rozprávame ako Mickiewicz, ale viete čo? Ja som naozaj pochopila ten smútok romantikov z 19. storočia (na rozdiel od gymnaziálnych rokov :D).

Jedno je však isté: síce nebývam v Poľsku, Poľsko však žije vo mne. A hlboko verím, že mám plné právo cítiť sa ako súčasť toho spoločenstva, tak ako som sa pred desiatimi rokmi cítila ako súčasť mojej rodiny a chcela som sa zúčastňovať jej každodennosti, hoci som s ňou bola iba niekoľko dní za mesiac. Aj keď ja – v – Poľsku – nežijem, neprestala som byť jedným z ohniviek, ktoré ho tvoria. Takáto výčitka voči akémukoľvek emigrantovi je jednoducho vylučujúca a nespravodlivá. Som si vedomá toho, že ide o iný druh účasti, prichádzam na to predstavenie s iným lístkom ako väčšina Poliakov, je však takisto platný, hoci možno do vzdialenejšieho sektoru :). Neumožňuje mi to vidieť jasne všetky podrobnosti, dáva mi však širšiu perspektívu a niekedy väčší nadhľad nad mnohými záležitosťami. To je hodnota, ktorú môžem priniesť do života v mojej krajine, napr. prostredníctvom diskusie s priateľmi. Mám v rukách iné nástroje, ale môžem nimi spraviť takisto veľa dobrého. Neušla som zadnými dverami, nestratila som lístok. Neplánujem nikam ísť. Zostávam.

niedziela, 31 grudnia 2017

Gwiazdkowe Vianoce - Vianočná Gwiazdka

To już moje siódme święta z M., dacie wiarę? Siódme polsko-słowackie święta, z czego 4 razy byliśmy na Słowacji, 3 razy w Polsce, 3 razy obchodziliśmy święta trochę bardziej słowackie, 4 razy trochę bardziej polskie (tak, tak, to nie pomyłka, pamiętacie? :)). Na obchodzenie świąt w Polsce czekałam aż 4 lata, od 2013 roku. Długo. Tegoroczne święta były dla mnie prawdziwie magiczne. Wszystko odkrywałam jakby na nowo, wszystko budziło mój zachwyt, nawet koszmarny, ulewny deszcz, siekący na wszystkie strony w towarzystwie dzikiego sztormowego wiatru, gdy szłam z rodziną na Pasterkę, nie zdołał mnie zniechęcić. Nie spodziewałam się, że tak te święta przeżyję. Nawet pisząc te słowa, czuję, że moje oczy robią się podejrzanie szkliste.

Kto z Was zagląda czasem na fejsbukową stronę Słowackiego Galimatiasu, ten wie, że przyjazd do Polski stanął w pewnym momencie pod znakiem zapytania. Nagle w połowie grudnia MN. złapała anginę. A 3 dni później ospę. Wiedzieliśmy, że prawie na 100% ospa czeka też DJ. A jakie żniwo zbierze angina, pozostawało pytaniem otwartym. Mieliśmy 1,5 tygodnia, żeby pierwsza fala chorób minęła. Udało się nam trochę podleczyć i 21 grudnia przyjechaliśmy do Polski.

Poczułam ulgę, szczęście, ale… nie tylko. Bo te wszystkie zawirowania zdrowotne przypomniały mi o niepokoju, który budzi we mnie przyszłość. Niepokoju, związanym z godzeniem polskiej i słowackiej rzeczywistości. Niepokoju, jak będzie z naszymi podróżami, jak je pogodzić ze szkołą, jak je pogodzić z jakimkolwiek zapuszczaniem korzeni w jakimkolwiek miejscu.

Im dłużej jesteśmy z M. małżeństwem, tym bardziej dociera do mnie, jak trudne jest nasze wspólne życie.

Przeżywanie takich wydarzeń, jak święta Bożego Narodzenia, w innej tradycji i kulturze dla mnie wcale nie jest proste. Wiecie, mój dziadek w ostatnich latach życia ciężko chorował, jego pamięć niszczył Alzheimer. I w czasie, gdy już nawet nie poznawał swoich bliskich, 2 rzeczy pamiętał doskonale – słowa modlitwy Ojcze nasz i teksty kolęd. Mocno tkwi mi w głowie obraz kolędującego z nami resztkami sił dziadka, gdy zasiadam raz do polskiego, a raz do słowackiego wigilijnego stołu. Wszystkie te symbole świąteczne, które tak dobrze znam z mojego dzieciństwa, a których nie ma na Słowacji, nabierają zupełnie innego znaczenia, nabierają większej głębi. Czuję, jak mocno jestem wrośnięta w polską tradycję.

Ale żeby nie było tak pesymistycznie :)...

Te święta pokazały mi też, jak wyjątkowe jest nasze wspólne życie. Każdego dnia pracujemy na to, żeby tworzyć z dwóch różnych rzeczywistości jedną wspólną. Każdego dnia pracujemy na to, żeby nasze dzieci wychowywały się w spójnym otoczeniu, przekonane, że to wszystko, w czym żyją, jest absolutnie normalne i fajne, choć trochę inne od tego, co zna większość ich kolegów. Widzę, ile już razem wypracowaliśmy wspólnych tradycji, jak sama swobodnie odnajduję się w tym polsko-słowackim sosie. Urzeka mnie, jak cudowni są nasi bliscy, którzy sami z siebie domagają się np. śpiewania kolęd w innym języku i próbują je śpiewać z nami (za rok muszę w końcu przygotować porządny polsko-słowacki śpiewnik! :)), i pytają, pytają, pytają. Chcą zrozumieć, chcą poznać, chcą jakoś zbliżyć się do naszej rzeczywistości. Mamy ogromne szczęście, mając tak wielkie wsparcie. I mamy ogromne szczęście, mając siebie. Z naszą Vianočną Gwiazdką i z Gwiazdkowymi Vianocami, z karpiem z warzywami i pstrągiem w galarecie albo smażonym dorszem z sałatką ziemniaczaną, z barszczem albo kapuśniakiem na śmietanie, z Gwiazdorem czy Jezuskiem przynoszącymi prezenty, z opłatkiem do składania życzeń i tym opłatkowym sandwichem z miodem i czosnkiem :)… Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać.

I gdy tak o tym wszystkim myślę, odczuwam jakoś mniej tego niepokoju :). Co z tego, że DJ. ma ospę, co z tego, że ja mam anginę, co z tego, że M. ledwo mówi i jedna MN. jest w miarę zdrowa. Przecież dalej mamy siebie. 2018 rok pewnie nie przyniesie mniej kłopotów i zmartwień, ale to nie ma znaczenia. Bo i tak będzie cudowny. Bo w naszym domu dalej będą rozbrzmiewały polskie i słowackie rozmowy, polskie i słowackie piski dzieci. Będziemy czytać polskie i słowackie książki, oglądać polskie i słowackie filmy. W oknie niejeden raz zawiśnie polska i słowacka flaga, przy stole będzie toczył się niejeden polski i słowacki spór. Przed oczami kilka razy mignie polski i słowacki słupek graniczny, a licznik samochodu przekręci się o kilka kolejnych tysięcy kilometrów. To jest nasze bogactwo. To jest nasze polsko-słowackie życie.




To sú už moje siedme sviatky s M., je to vôbec možné? Siedme poľsko-slovenské sviatky z čoho štyrikrát sme boli na Slovensku, trikrát v Poľsku, trikrát sme slávili viac slovenské sviatky a štyrikrát viac poľské (áno, áno, to nie je chyba, pamätáte sa? :)). Na slávenie sviatkov v Poľsku som čakala až 4 roky, od roku 2013. Dlho. Tohoročné sviatky boli pre mňa skutočne zázračné. Všetko som akoby nanovo odkrývala, všetko vo mne vyvolávalo úžas, dokonca ani otrasný lejak šibúci v spoločnosti búrkového vetra na všetky strany počas cesty s rodinou na polnočnú ma neznechutil. Nečakala som, že tie sviatky budem tak prežívať. Dokonca aj pri písaní týchto slov cítim, ako sa mi oči podozrivo zahmlievajú.

Tí z Vás, ktorí sa občas dostanú na fejsbukovú stránku blogu vedia, že vo veci nášho príjazdu do Poľska sa v istom momente objavili otázniky. MN. náhle v polovici decembra dostala angínu. A o tri dni nato kiahne. Vedeli sme skoro na 100%, že kiahne čakajú aj DJ. A čo prinesie angína, to bolo otázne. Mali sme 1,5 týždňa na to, aby sa prvá vlna chorôb prevalila. Podarilo sa nám trochu zlepšiť zdravotný stav a 21.12. sme prišli do Poľska.

Uľavilo mi, pocítila som šťastie, ale nielen to. Pretože tie všetky kotrmelce so zdravím mi opäť priviedli na myseľ nepokoj, ktorý vo mne vzbudzuje budúcnosť. Nepokoj spojený s ladením poľskej a slovenskej reality. Nepokoj súvisiaci s našim cestovaním, ako to s ním bude v spojení so školou detí, so zapúšťaním koreňov kdekoľvek.

Čím dlhšie sme s M. spolu, tým viac si uvedomujem, aký náročný je náš spoločný život.

Prežívanie takých udalostí ako sú Vianoce v súlade s inou tradíciou a kultúrou pre mňa vôbec nie je také ľahké. Viete, môj starý otec bol v posledných rokoch života veľmi chorý, jeho pamäť zničila Alzheimerova choroba. A keď už nepoznal ani svojich najbližších, pamätal si veľmi dobre ešte dve veci: slová modlitby Otče náš a texty poľských kolied. Mám v pamäti ukotvený obraz starého otca ako s nami z posledných síl spieva koledy vždy, keď si sadám k poľskému či slovenskému vianočnému stolu. Všetky tie sviatočné symboly, ktoré tak dobre poznám z detstva a ktoré na Slovensku nemáme, naberajú celkom iný význam a väčšiu hĺbku. Cítim, ako som silno zakorenená v poľskej tradícii. 

Ale aby to nebolo také pesimistické :)...

Tie sviatky mi tiež ukázali, aký výnimočný je náš spoločný život. Každý deň pracujeme na tom, aby sme z dvoch realít vytvorili jednu spoločnú. Každý deň pracujeme na tom, aby sme naše deti vychovávali v celistvom prostredí, aby boli presvedčené o tom, že to všetko, v čom žijú, je úplne normálne a dobré, hoci možno trochu iné od toho, čo pozná väčšina ich kamarátov. Vidím, koľko sme už spolu vytvorili spoločných tradícií, ako sa sama dobre cítim v tej poľsko-slovenskej omáčke. Je úžasné, akí sú naši blízki, ktorí sami od seba chcú spievať koledy v tom druhom jazyku (o rok musím konečne pripraviť poriadny poľsko-slovenský spevník! :)), a pýtajú sa, pýtajú a pýtajú. Chcú pochopiť, chcú spoznať, chcú sa priblížiť nášmu prežívaniu. Máme veľké šťastie, že dostávame takú podporu. A máme veľké šťastie, že máme seba. S našou Vianočnou Gwiazdkou a Gwiazdkovymi Vianocami, s kaprom v zelenine a pstruhom v aspiku alebo smaženou treskou so zemiakovým šalátom, s barščom alebo kapustnicou na smotane, s Gwiazdorom či Ježiškom, ktorí prinášajú darčeky, s oplátkou na vzájomné vinšovanie alebo oplátkou s medom a cesnakom :)... Mohla by som toho ešte viac napísať...

A keď tak o tom všetkom premýšľam, cítim akosi menej toho nepokoja :). Čo z toho, že DJ. má kiahne, čo z toho, že ja mám angínu, čo z toho, že M. ledva hovorí a iba MN. je viac-menej zdravá. Stále máme jeden druhého. Rok 2018 iste neprinesie menej problémov a starostí, ale to nie jen dôležité. Lebo aj tak bude skvelý. Lebo u nás doma budú aj naďalej znieť poľské aj slovenské rozhovory, poľské i slovenské pišťanie detí. Budeme čítať poľské i slovenské knižky, pozerať poľské aj slovenské filmy. Na balkóne bude neraz visieť poľská aj slovenská vlajka, pri stole budeme rozoberať nejeden poľský a slovenský spor. Pred očami sa nám niekoľkokrát mihne poľský aj slovenský hraničný stĺp a na tachometre auta bude o niekoľko tisíc kilometrov viac. To je naše bohatstvo. To je náš poľsko-slovenský život. 

czwartek, 31 grudnia 2015

Rodzina / Rodina

Kiedy przed 4 laty pobraliśmy się z M., jasne było dla nas, że Boże Narodzenie i Wielkanoc będziemy spędzać raz w Polsce, raz na Słowacji, raz z jedną rodziną, raz z drugą. Nie, nie dlatego, że tak jest „sprawiedliwie”. Dlatego, że kochamy jednych i drugich, dlatego, że bliska i ważna jest dla nas zarówno polska, jak i słowacka tradycja i wreszcie dlatego, że zwyczajnie tęsknimy – ja za Polską, M. za Słowacją.

W tym roku święta Bożego Narodzenia „wypadały” w Polsce. I od kiedy zaszłam w ciążę, było wiadomo, że po raz pierwszy będziemy musieli odstąpić od naszych pierwotnych małżeńskich ustaleń, bo termin porodu został wyznaczony na 19 grudnia. Nie było to dla mnie łatwe, zwłaszcza że z racji ciąży miałam w perspektywie spędzenie na Słowacji kilku długich miesięcy bez odwiedzin w domu rodzinnym.

Tymczasem dostałam od moich rodziców najpiękniejszy prezent świąteczny, jaki mogłam sobie wymarzyć. Powiedzieli, że przyjadą na święta do Bratysławy. Mama miała się też zająć ich organizacją. Ktoś z boku może powiedzieć: „fajnie”. Ale dla mnie to nie było po prostu fajne, dla mnie to było wyjątkowe. Bo moi rodzice są tradycjonalistami. Bo nigdy w życiu nie spędzali Bożego Narodzenia poza domem, a już tym bardziej za granicą. Bo w Trójmieście są dwie moje babcie, z którymi spotykają się w święta, jest mój brat, jest ich rodzeństwo. A podjęli decyzję, że zrezygnują z tego wszystkiego, by spotkać się z nami. Żebyśmy mieli nasze „polskie święta”, skoro takie miały być w tym roku. Żeby pomóc nam z dziećmi, gdy urodzi się nasz syn. Żeby po prostu z nami być.

Nasz syn, mały DJ., przyszedł na świat 15 grudnia. 20 grudnia, po 3 tygodniach pobytu u teściów (bo bliżej szpitala) i prawie tygodniu w szpitalu nareszcie wróciliśmy do domu. Te 4 tygodnie poza domem dłużyły mi się niemiłosiernie. Tym wspanialszy był powrót; zwłaszcza, że w domu czekali już na nas moi rodzice.

A święta? Na naszym bratysławskim stole nie było wprawdzie ulubionych ryb taty (ale „zamówił” je sobie po powrocie do domu u swojej siostry, więc nie mam nadmiernych wyrzutów sumienia ;)), był za to barszcz z knyszami, pieczony łosoś (specjalnie dla matki karmiącej :)), klopsy rybne, kluski z makiem… Był opłatek, sianko pod obrusem i wolne miejsce przy stole. Spokojnie, nie zabrakło też słowackich tradycji :). Jednakże w większej mierze były to polskie święta, choć nie w Polsce, bo w końcu słowackie spędziliśmy przed rokiem u teściów :).

To jednak nie był koniec wyjątkowych wydarzeń. Bo dzięki decyzji moich rodziców o przyjeździe do nas otworzyła się przed nami jeszcze jedna niesamowita szansa – by choć raz w życiu (bo trudno sobie wyobrazić, że taka okazja może się jeszcze kiedyś powtórzyć :)) spędzić święta Bożego Narodzenia zarówno z jednymi, jak i drugimi rodzicami. Kto z was żyje w międzynarodowym związku, ten wie, jak to jest :). Zawsze zazdrościłam znajomym, którzy mają rodziców i teściów w zasięgu godziny drogi samochodem. My byśmy musieli się diabelnie postarać, by pierwszy dzień świąt spędzić na Wybrzeżu, a drugi w województwie trenczyńskim ;). A w tym roku? W drugi dzień świąt moi rodzice, moi teściowie, rodzeństwo M. i my stworzyliśmy zespół najwspanialszych kolędników, jakich świat słyszał, śpiewając na przemian polskie i słowackie kolędy :). A wcześniej zjedliśmy razem świąteczny obiad i spałaszowaliśmy polskie i słowackie ciasta :). Wyjątkowe i niezapomniane chwile. Jak całe tegoroczne święta.

Gdy byłam w ciąży, najgorsze, co mogłam usłyszeć, to: „będziecie mieli super prezent na święta” (tak, powtarzano mi to bardzo często ;)). Nie lubiłam tego, bo nikt nie mógł przewidzieć, kiedy nasz syn zdecyduje się na wyjście. Jednakże kiedy 14 grudnia wieczorem podjął decyzję, że na niego pora, te słowa zaczęły nabierać znaczenia. Tym najwspanialszym prezentem świątecznym nie okazał się jednak on sam, ale cała nasza rodzina (oczywiście z synem włącznie :)) – razem.




Keď sme sa pred štyrmi rokmi s M. vzali, bolo nám jasné, že Vianoce a Veľkú Noc budeme tráviť raz v Poľsku a raz na Slovensku, raz s jednou rodinou, raz s tou druhou. Nie, nie preto, že je to tak „spravodlivé”. Preto, že ľúbime jedných aj druhých, preto, že je nám blízka a je pre nás dôležitá tak poľská, ako aj slovenská tradícia a napokon preto, že jednoducho nám chýbajú naše krajiny.

Tento rok sme mali Vianoce oslavovať v Poľsku. Odkedy som však otehotnela, bolo jasné, že po prvýkrát budeme musieť ustúpiť od našich prvotných manželských dohôd, pretože termín pôrodu bol určený na 19.12. Nebolo to pre mňa ľahké, keďže kvôli tehotenstvu sa predo mnou črtala perspektíva trávenia niekoľkých dlhých mesiacov na Slovensku bez možnosti navštíviť môj rodný kraj.

Od svojich rodičov som však dostala ten najkrajší vianočný darček, po akom som mohla túžiť. Povedali, že prídu na sviatky do Bratislavy. Mama ich tiež mala organizovať. Niekto nezainteresovaný môže povedať: „okej”. Ale pre mňa to nebolo jednoducho „okej”, pre mňa to bolo výnimočné. Pretože moji rodičia sú tradicionalisti. Lebo nikdy netrávili Vianoce mimo domu a už vôbec nie v zahraničí. Lebo v Trojmeste sú dve moje staré mamy, s ktorými sa cez Vianoce stretávajú, je tam môj brat, sú tam ich súrodenci. A predsa sa rozhodli, že sa toho všetkého vzdajú, aby sa mohli stretnúť s nami. Aby sme mali naše „poľské Vianoce”, keď už na tento rok pripadli. Aby nám pomohli s deťmi, keď sa nám narodí syn. Jednoducho, aby s nami boli.

Náš syn, malý DJ sa narodil 15.12. 20.12., po troch týždňoch pobytu u svokrovcov (lebo bývajú bližšie nemocnice) a takmer týždni v nemocnici sme sa konečne vrátili domov. Tie 4 týždne mimo domu boli pre mňa neuveriteľne dlhé. O to krajší bol návrat, zvlášť, že doma už na nás čakali moji rodičia.

A sviatky? Na našom bratislavskom stole síce chýbali tatove obľúbené ryby (ale „zajednal” si ich po návrate domov u svojej sestry, takže nemám veľké výčitky svedomia ;)), ale bol na ňom baršč s pirôžkami, pečený losos (špeciálne jedlo pre dojčiacu matku :)), rybacie fašírky, makové pupáky... Bola oplátka, seno pod obrusom aj voľné miesto pri stole. Nebojte sa, nechýbali ani slovenské tradície :). Vo väčšej miere to však boli poľské sviatky, hoc aj nie v Poľsku, pretože slovenské sviatky sme koniec koncov strávili minulý rok u svokrovcov :).

To však nebol koniec výnimočných udalostí. Lebo vďaka rozhodnutiu mojich rodičov o príchode k nám sa pred nami otvorila ešte jedna úžasná príležitosť – aspoň raz v živote (lebo ťažko si predstaviť, že by sa taká príležitosť ešte mohla zopakovať :)) stráviť Vianoce aj s jednými, aj s druhými rodičmi. Kto z Vás žije v medzinárodnom vzťahu, vie, ako to býva :). Vždy som závidela známym, ktorí majú rodičov a svokrovcov v okruhu do hodiny cesty autom. My by sme sa museli čertovsky posnažiť, aby sme prvý sviatok vianočný strávili na Pobreží a druhý v Trenčianskom kraji ;). A tento rok? Na druhý sviatok vianočný sme s mojimi rodičmi, svokrovcami a súrodencami M. vytvorili skupinu najúžasnejších koledníkov, akých kedy svet počul, pričom sme spievali striedavo poľské a slovenské koledy :). No a predtým sme spolu zjedli sviatočný obed a maškrtili na poľských aj slovenských koláčikoch :). Výnimočné a nezabudnuteľné chvíle. Ako celé tohtoročné sviatky.

Keď som bola tehotná, to najhoršie, čo som mohla počuť, bolo: „budete mať super darček pod stromček” (áno, počula som to veľmi často ;)). Nepáčilo sa mi to, lebo nikto nemohol predpokladať, kedy sa náš syn rozhodne prísť na svet. Keď sa však 14.12. v noci rozhodol, že už prišiel jeho čas, tie slová začali dávať zmysel. Tým najúžasnejším vianočným darčekom však nebol on sám, ale celá naša rodina (samozrejme, vrátane synka) – spolu.


czwartek, 27 listopada 2014

Święta, święta / Sviatky, sviatky

Listopad w moim życiu od 2 lat należy przede wszystkim do mojej córki, ale to już pewnie wiecie. Tak się jednak składa, że jest to też miesiąc, w którym obchodzone są największe święta państwowe zarówno w Polsce, jak i na Słowacji – polskie Narodowe Święto Niepodległości (11 listopada) i słowacki Dzień Walki o Wolność i Demokrację (17 listopada), a w tym roku mieliśmy szczęście świętować je „na miejscu”, czyli w obu naszych ojczyznach. Pierwsze wspomniane święto upamiętnia odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 roku, po 123 latach zaborów, drugie – czechosłowackie manifestacje studenckie przeciwko władzy komunistycznej z listopada 1989 roku, które zapoczątkowały „aksamitną rewolucję” i zmianę ustroju.

Dwa ważne wydarzenia w dwóch ważnych dla mnie krajach. I zupełnie inny przebieg. Tym właśnie chcę się dziś z Wami podzielić.

Nazwijcie mnie idealistką, ale wierzę w takie rzeczy jak ojczyzna, widzę sens w wychowaniu obywatelskim i chcę, by moja córka wyrosła na odpowiedzialnego człowieka, dumnego ze swoich polskich i słowackich korzeni, kultywującego tradycje swoich narodów, świadomego, co je ukształtowało. Sama, choć nie jestem Słowaczką, odkrywam w sobie coraz większą potrzebę poznawania Słowacji. Obserwuję, opisuję, czasem krytykuję, ale przede wszystkim chcę zmieniać na lepsze, tak jak i własną ojczyznę. Nie jestem też w stanie uniknąć porównań, bo wiele te moje dwa kraje łączy, ale też całkiem sporo dzieli.

Święto Niepodległości w Polsce to Święto przez duże „Ś”. Główne ulice mniejszych i większych miejscowości są udekorowane flagami, prywatne domy również, w szkołach odbywają się uroczyste apele, w kościołach msze za ojczyznę, a miasta organizują rozliczne uroczystości. W Trójmieście od kilku lat są to parady niepodległości. Dotychczas uczestniczyłam w dwóch gdyńskich – ulicami przechodzi Orkiestra Marynarki Wojennej, przedstawiciele instytucji, stowarzyszeń, grup, szkół, mieszkańcy; niektórzy w kostiumach z epoki, niektórzy w strojach oficjalnych, inni ubrani na luzie. W tym roku nie zabrakło przedwojennych aut, kultowych samochodów jak „maluch”, głośnych samochodów rajdowych, motorów. Wzdłuż trasy parady stoi mnóstwo ludzi trzymających białe i czerwone balony, wymachujących polskimi flagami, z kokardą narodową na piersi. Jest uroczyście, jest radośnie i na pewno nie nudno  (tu można podejrzeć, jak to wygląda).

Tymczasem na Słowacji w Dniu Walki o Wolność i Demokrację przywitała mnie cisza. Postanowiliśmy uczcić jakoś ten dzień, pojechaliśmy na rodzinną wycieczkę. W promieniu 70 kilometrów znalazłam tylko kilka słowackich flag, wszystkie wywieszone na urzędach państwowych. Pytałam teściów i M. o szkoły, kościoły – nikt nic w ten dzień nie organizuje. Stwierdzam to z przykrością, ale 17 listopada na Słowacji to nie święto, to zwykły dzień wolny od pracy… Po południu uczestniczyliśmy jeszcze w uroczystości organizowanej przez miasto – zebrała się na niej garstka ludzi, burmistrz miasta rzucił parę haseł o wychowaniu młodzieży, która jest naszą przyszłością. Zapaliliśmy świeczki przy pomniku ofiar reżimów totalitarnych i po 10-15 minutach było po wszystkim. Wieczorem w telewizji obejrzeliśmy galę wręczenia Nagród Pamięci Narodowej, przeprowadzoną w Pradze.

Przeżyłam to. Autentycznie było mi smutno, że ten fajny naród, który tak pięknie umie kultywować tradycje ludowe (pisałam już o tym nie raz), nie ma w sobie dumy z własnej historii, nie docenia wydarzeń, które były kamieniami milowymi jego rozwoju, żyje teraźniejszością –  bez przeszłości i bez przyszłości. W postrzeganiu przez ludzi Dnia Walki o Wolność i Demokrację króluje relatywizm, koncentracja na sobie, niechęć, by dostrzec coś więcej niż własne podwórko.

I co? I nic… Przez moment wydawało mi się, że mam na to wszystko jakąś cudowną receptę, że znam idealne rozwiązanie, ale tak nie jest. Słowackie społeczeństwo cały czas dojrzewa. Każdy sam musi sobie pewne kwestie wypracować, poukładać w głowie, co chce, a czego nie chce. A ja? A ja się z M. zajmę wychowaniem naszej córki. Żeby wiedziała, co świętujemy w domu 11, a co 17 listopada.


November patrí v mojom živote už dva roky predovšetkým mojej dcérke, ale to už určite viete. Tak to však vyšlo, že je to tiež mesiac, v ktorom sa oslavujú veľké štátne sviatky tak v Poľsku, ako aj na Slovensku – poľský Národný sviatok nezávislosti (11.11.) a slovenský Deň boja za slobodu a demokraciu (17.11.), no a v tomto roku sme mali to šťastie, že sme ich oba mohli sláviť „na mieste”, čiže v oboch našich štátoch. Prvý z týchto sviatkov pripomína znovuzískanie nezávislosti Poľska v roku 1918 po 123 rokoch rozdelenia medzi mocnosti. Druhý pripomína československé študentské manifestácie proti komunistickej vláde v novembri 1989, ktorými začala „zamatová revolúcia” a zmena zriadenia. 

Dve dôležité udalosti v dvoch pre mňa dôležitých krajiných. A úplne odlišný priebeh. Práve tým sa chcem dnes s Vami podeliť.

Môžete ma nazvať idealistkou, ale verím v také veci ako vlasť, vidím zmysel v občianskom vychovávaní a chcem, aby z mojej dcéry vyrástol zodpovedný človek, hrdý na svoje poľské i slovenské korene, kultivujúci tradície svojich národov, spolu s vedomím, čo ich formovalo. Hoci nie som Slovenka, sama v sebe odkrývam čoraz väčšiu potrebu poznávania Slovenska. Pozorujem, opisujem, občas kritizujem, ale predovšetkým ho chcem meniť k lepšiemu tak, ako aj svoju vlasť. Nedokážem sa pri tom vyhnúť porovnávaniu, pretože tie moje dve krajiny veľa spája, ale celkom dosť tiež rozdeľuje.

Sviatok nezávislosti je v Poľsku Sviatkom s veľkým „S”. Hlavné ulice menších i väčších miest sú ozdobené vlajkami, rodinné domy tiež, v školách sú slávnostné akadémie, v kostoloch omše za vlasť a mestá organizujú rôzne oslavy. V Trojmeste sú už niekoľko rokov sprievody nezávislosti. Doposiaľ som sa zúčastnila dvoch v Gdyni – ulicami prechádza Orchester vojenského námorníctva, predstavitelia inštitúcií, organizácií, skupín, škôl, obyvatelia; niektorí v dobových kostýmoch, niektorí v oficiálnych odevoch, iní úplne normálne oblečení. Tento rok nechýbali automobily z medzivojnového obdobia, kultové autá ako „maluch”, hlasné pretekárske autá, motorky. Pozdĺž trasy pochodu stojí množstvo ľudí s bielymi a červenými balónmi v rukách, mávajúcich poľskými vlajkami, so stuhami v národných farbách na hrudi. Je to slávnostné, radostné a určite nie nudné (tu možno pozrieť, ako to vyzerá).

Oproti tomu ma na Slovensku v Deň boja za slobodu a demokraciu privítalo ticho. Rozhodli sme sa nejako ten deň osláviť, vyšli sme si na rodinný výlet. Vo vzdialenosti 70 kilometrov som našla iba niekoľko slovenských vlajok, všetky vyvesené na štátnych úradoch. Pýtala som sa svokrovcov na školy, kostoly – nik v ten deň nič neorganizuje. Ťažko sa mi to priznáva, ale 17. november na Slovensku nie je sviatok, ale obyčajný deň pracovného voľna... Popoludní sme sa ešte zúčastnili na slávnosti organizovanej mestom – zišla sa na nej hŕstka ľudí, primátor povedal pár hesiel o výchove mládeže, ktorá je našou budúcnosťou. Zapálili sme sviečky na pomníku obetí totalitných režimov a po 10-15 minútach bolo po všetkom. Večer sme si v televízii pozreli galaprogram pri príležitosti odovzdania Cien pamäti národa, ktorý sa uskutočnil v Prahe.

Zasiahlo ma to. Bolo mi skutočne smutno z toho, že ten fajn národ, ktorý dokáže tak krásne kultivovať ľudové tradície (neraz som už o tom písala), v sebe nemá hrdosť na vlastnú históriu, neváži si udalosti, ktoré boli míľovými kameňmi jeho rozvoja, žije prítomnosťou – bez minulosti a bez budúcnosti. V pocitoch ľudí týkajúcich sa Dňa boja o slobodu a demokraciu vládne relativizmus, koncentrácia na sebe, nechuť vidieť poza vlastný dvor.

A čo? A nič... Chvíľu sa mi zdalo, že mám na to všetko nejaký zázračný recept, že poznám ideálne riešenie, ale také neexistuje. Slovenská spoločnosť celý čas dozrieva. Každý si musí niektoré veci premyslieť, rozvážiť, čo chce a čo nie. A ja? Ja budem s M. vychovávať našu dcérku. Aby vedela, čo doma oslavujeme 11. a čo 17. novembra.

sobota, 31 maja 2014

Cztery miliony dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć / Štyrimiliónydeväťstodeväťdesiatdeväťtisícdeväťstodeväťdesiatdeväť

Jesteście ze mną od roku, trochę już mnie znacie. Dziś poznacie mnie odrobinę lepiej, bo w końcu nie da się tego bloga oddzielić od mojego życia. A w tym życiu właśnie kończę drugie studia. Dla tych, co nie wiedzą, studiuję wokalistykę jazzową. Wczoraj złożyłam w dziekanacie pracę licencjacką, za 2 tygodnie mam recital dyplomowy. Trudno mi myśleć o czymś innym niż akademia, skupić się na czymkolwiek niezwiązanym z moim dyplomem. I może powinnam powiedzieć: „całe szczęście, że tak jest”, bo właśnie to zainspirowało mnie do napisania dzisiejszego posta :).
Wiecie, jaki jest temat mojej pracy licencjackiej? „Izolacja polityczna Czechosłowacji a rozwój słowackiego jazzu”. Większość pewnie pomyśli: „O zgrozo!”, ale spokojnie, nie będę wdawać się w szczegóły :). Chcę napisać co innego. Chcę napisać, za co jestem wdzięczna mojemu mężowi, mojemu Słowakowi. Sami spójrzcie, nawet temat pracy licencjackiej mu zawdzięczam :).
Nie chcę tu pisać o rzeczach oczywistych, bo te widać jak na dłoni – kochający mąż, cudowna córka, znajomość ciekawego języka, dzięki temu nietypowa praca. Ale poślubienie Słowaka przyniosło jeszcze mnóstwo innych fajnych rzeczy, których przybywa z każdym dniem wspólnego życia. Z tych codziennych drobiazgów – dzięki M. mój świat poszerzył się o mnóstwo nowych książek (przykład: na 14 pozycji, które znalazły się w bibliografii do mojego licencjatu, 12 było po słowacku lub po angielsku, ale słowackiego autorstwa). Poznałam kilku świetnych muzyków słowackich (w tym jazzmani, o których pisałam – Peter Lipa, Laco Déczi, warto posłuchać :)). W naszej kuchni zdarzają się czasem typowo słowackie potrawy (pyszny makaron z twarogiem albo Bożonarodzeniowa kapustnica), dostajemy też od słowackich rodziców ichnie przysmaki (pikant, czyli taki sos paprykowy, kwaśna kapusta z kiełbasą). Na olimpiadach zdobywamy więcej medali (bo polsko-słowackie), mamy razem świetnych hokeistów (słowackich) i świetnych siatkarzy (polskich), a osobno każde z nas mogłoby kibicować tylko jednej z tych drużyn. Mamy w naszej polsko-słowackiej ojczyźnie i morze, i wysokie góry, i jeziora polodowcowe i gorące źródła.
Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać, ale to ciągle nie wszystko. Są też rzeczy zupełnie niewidoczne z zewnątrz, które jednak sama bardzo wyraźnie dostrzegam. Dzięki M. wiem, że świat nie kończy się na Polsce. Wiem, co dzieje się w polityce słowackiej, wiem co nieco o czeskiej. Mam w sobie taką ciekawość tego, co za miedzą. Mam w sobie też więcej empatii w stosunku do ludzi, którzy są nowi w moim środowisku, bo wiem z własnego doświadczenia, jak bardzo taki człowiek potrzebuje wsparcia i ciepłego przyjęcia. Staram się w mniejszym stopniu ulegać stereotypom, bo przecież większość tego, co mówi się na Słowacji o Polakach, a w Polsce o Słowakach, to nieprawda. Moja rodzina uczy się otwartości na nową kulturę, inny język (żebyście wiedzieli, jak moja mama dobrze rozumie język słowacki!). W głowie mam mnóstwo pomysłów, jak przybliżyć Polakom słowacką kulturę. Cieszę się, że polska tradycja staje się dla mnie bardziej zrozumiała, gdy opowiadam o niej na Słowacji. Łatwiej mi zdefiniować własną polskość. Może to ostatnie jest zresztą najciekawsze, bo spotkanie ze Słowakiem uczy mnie… bycia Polką. Szacunku dla mojego kraju, docenienia tego, co dobre, rozsądnego stosunku do tego, co jeszcze wymaga poprawy, świadomego istnienia – znajomości historii, tradycji…

Uff! Kto by pomyślał, że taki jeden Słowak w życiu Polki tyle może :). Gdyby ktoś chciał się przekonać na własnej skórze – niech się pospieszy! Jeśli Słowaków jest 5 milionów, to zostało już tylko 4 999 999! 


Ste so mnou už rok, trochu ma poznáte. Dnes ma spoznáte o trošku viac, lebo koniec koncov, tento blog nemožno oddeliť od môjho života. A v tom živote práve končím druhé štúdium. Pre tých, ktorí nevedia: študujem džezový spev. Včera som na dekanáte odovzdala bakalársku prácu, o dva týždne mám diplomový recitál. Ťažko sa mi premýšľa o niečom inom ako o akadémii, ťažko sa koncentruje na čokoľvek, čo nie je spojené s mojim štúdiom. A možno by som mala povedať: „našťastie to tak je”, lebo práve to ma inšpirovalo k dnešnému príspevku :).
Viete, aká je téma mojej bakalárskej práce? „Politická izolácia Československa a rozvoj slovenského džezu”. Väčšina si iste pomyslí: „Hrôza!”, ale nebojte sa, nebudem zachádzať do detailov :). Chcem napísať niečo iné. Chcem napísať, za čo som vďačná môjmu mužovi, môjmu Slovákovi. Sami vidíte, že mu vďačím ešte aj za tému svojej bakalárskej práce :).
Nechcem písať o samozrejmostiach, lebo tie sú viditeľné ako na dlani – milujúci manžel, čarovná dcérka, poznanie zaujímavého jazyka spojené s netypickou prácou. Ale manželstvo so Slovákom prinieslo ešte množstvo iných fajn vecí, ktoré pribúdajú každým dňom nášho spoločného života. K tým každodenným drobnostiam – vďaka M. sa môj svet rozšíril o množstvo nových knižiek (príklad: zo 14 titulov, ktoré sú uvedené v bibliografii mojej bakalárky, bolo 12 po slovensky alebo po anglicky, ale od slovenského autora). Spoznala som niekoľko vynikajúcich slovenských hudobníkov (v tom džezmenov, o ktorých som písala – Peter Lipa, Laco Déczi, treba si vypočuť :)). V našej kuchyni sa občas pritrafia typické slovenské jedlá (výborné slíže s tvarohom alebo vianočná kapustnica), dostávame tiež od slovenských rodičov ich chuťovky (pikant, čiže taká papriková omáčka, kyslá kapusta s klobásou). Na olympiádach získavame viac medailí (veď poľsko-slovenské), máme spolu skvelých hokejistov (slovenských) aj skvelých volejbalistov (poľských), pričom sami by sme mohli fandiť iba jednému tímu. Máme v našej poľsko-slovenskej vlasti aj more, aj vysoké hory, aj ľadovcové jazerá, aj horúce pramene.
Mohla by som takto ešte dlho vymenúvať, ale to stále nie je všetko. Sú tiež veci, ktoré zvonku vôbec nevidieť, ale ja sama ich veľmi výrazne vnímam. Vďaka M. viem, že svet sa nekončí v Poľsku. Viem, čo sa deje v slovenskej politike, aj čo-to o českej. Mám v sebe takú zvedavosť na to, čo je za hraničným kameňom. Mám v sebe tiež viac empatie vo vzťahu k ľuďom, ktorí sú noví v mojom prostredí, pretože viem z vlastnej skúsenosti, ako veľmi taký človek potrebuje podporu a srdečné prijatie. Snažím sa menej podliehať stereotypom, pretože väčšina toho, čo sa hovorí na Slovensku o Poliakoch a v Poľsku o Slovákoch je nepravda. Moja rodina sa učí otvorenosti voči novej kultúre, inému jazyku (keby ste vedeli, ako moja mama dobre rozumie slovenčine!). V hlave mám mnoho nápadov, ako priblížiť Poliakom slovenskú kultúru. Teším sa, že hlbšie rozumiem poľským tradíciam, keď o nich rozprávam na Slovensku. Je pre mňa ľahšie zadefinovať moju poľskosť. Tá ostatná vec je možno najzaujímavejšia, pretože stretnutie so Slovákom ma učí... byť Poľkou. Rešpektu voči mojej krajine, uznania pre to, čo je dobré, rozumného vzťahu voči tomu, čo ešte potrebuje vylepšiť, uvedomelosti – poznania dejín, tradície...

Uff! Kto by si bol pomyslel, čo dokáže taký jeden Slovák v živote Poľky :). Keby sa o tom chcel niekto presvedčiť na vlastnej koži, nech sa poponáhľa! Ak je Slovákov 5 miliónov, zostalo už len 4 999 999!

wtorek, 24 grudnia 2013

Szczodrak / Štedrák

Štedrák to takie szczególne ciasto, pieczone na Słowacji tylko raz w roku, na Štedrý Večer, czyli w Wigilię Bożego Narodzenia. Spolszczyłam jego nazwę na „szczodrak”, bo to nic innego, jak szczodry wypiek – kilkuwarstwowy, bogaty w różne smaki, pachnący hojnością wigilijnej nocy – nocy, gdy otrzymujemy mnóstwo darów, tak materialnych, jak i duchowych.
Święta Bożego Narodzenia na Słowacji są dla mnie stale jeszcze na wpół znajome, a na wpół nieodkryte, ale chciałabym dzisiaj – gdy spędzam ten czas w Polsce – razem z Wami zajrzeć przez dziurkę od klucza do domu moich słowackich rodziców, by przypomnieć sobie grudniowe dni 2012 roku i to pomieszanie różnych wrażeń i uczuć, którego wtedy doświadczyłam – po raz pierwszy spędzając święta nie tylko bez moich rodziców, ale i w innym kraju.
Słowacka wieczerza wigilijna zaczyna się znajomo – przeczytaniem Ewangelii i wspólną modlitwą. Potem następuje jednak pierwszy nieznany mi kiedyś akcent (który dziś jest już stałym elementem naszych rodzinnych Wigilii niezależnie od kraju, w którym je spędzamy) – specjalne życzenia, wygłaszane przez najstarszego członka rodziny. W domu mojego męża to zaszczytne zadanie przypada w udziale babci. Co roku padają te same słowa: „Vinšujem Vám tieto slávne sviatky, Adama a Evy, Krista Pána narodenie, aby Vám dal Pán Boh zdravie, šťastie, hojné Božské požehnanie a po smrti kráľovstvo nebeské obsiahnuť” (Życzę Wam w te uroczyste święta: Adama i Ewy, Narodzenia Chrystusa Pana, aby Pan Bóg dał Wam zdrowie, szczęście, hojne błogosławieństwo, a po śmierci Królestwo Niebieskie). Jest to wyjątkowo podniosła chwila.
Skoro zaczynają się życzenia, można by spodziewać się rozdania między obecnych opłatka… I faktycznie, głowa rodziny (to już słowacki tata :)) zaczyna rozdawać obecnym opłatki, ale… takie brązowe, z czosnkiem i miodem :). Na Słowacji (przynajmniej w regionie, z którego pochodzi mój mąż) nie ma tradycji składania sobie nawzajem życzeń i dzielenia się przy tym opłatkiem. Jest za to tradycja jedzenia takich dużych, okrągłych opłatków posypanych kawałkami czosnku i polanych miodem :). Brzmi być może odrobinę ekstremalnie, ale powiem Wam, że chociaż nie lubię miodu, tak przygotowanymi opłatkami zajadam się z wielkim smakiem :) (w tym miejscu muszę jednak dodać, że nie mogłabym przeżyć świąt bez tego naszego białego, dobrze znanego opłatka… Zatem w ubiegłym roku przynajmniej w jednym domu na Słowacji dzielenie się białym opłatkiem również miało miejsce :)).
Po rozdaniu opłatków następuje dzielenie się owocami – ponownie pierwsze skrzypce gra tu głowa rodziny. Kroi owoce na kawałki i rozdaje pozostałym członkom rodziny. To taki bardzo czytelny i piękny symbol dawania i dzielenia się tym, co mamy. Również i ten zwyczaj powtórzymy w tym roku w Polsce :).
Potem przychodzi wreszcie pora na wigilijną kolację. Wprawdzie w ubiegłym roku jako świeżo upieczona mama pozostawałam jeszcze na specjalnej diecie (nie dla mnie były grzybki, kapusta i ciężkie smażone jedzenie), ale zapewnienia mojego męża o tym, jak obfita jest na Słowacji wieczerza wigilijna, sprawiały, że aż mi ślinka ciekła. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że w wigilijnym menu jest tylko kapuśniak z grzybami i śmietaną na pierwsze danie i smażony karp z sałatką cebulowo-ziemniaczaną na drugie :). Przyznajcie sami, że przy polskich tradycyjnych dwunastu potrawach, rybach pod każdą postacią, pierogach z kapustą i grzybami, kluskach z makiem etc. etc., wyglądało to naprawdę skromnie :). Do dziś wspominam ową „obfitość” z rozbawieniem (choć z drugiej strony przyznaję – odeszłam od stołu najedzona, więc skoro na Słowacji było obficie, to jak jest przy polskim stole? ;)), ale wszystko było bardzo pyszne (choć jako mama karmiąca zamiast smażonej ryby dostałam zdrowszą pieczoną, a zamiast sałatki cebulowo-ziemniaczanej – zwykłe purée ;)).
Cóż, skoro odeszliśmy już najedzeni od stołu, pozostało tylko jedno :)… No, w moim rodzinnym domu jest jeszcze dłuuuuugie kolędowanie, ale ponieważ w mojej słowackiej rodzinie 24 grudnia tradycyjnie kolęduje się po południu w szpitalu, w domu się już nie śpiewa. Zatem zostały nam… prezenty :). Tu na szczęście wszystko znajome :). Chociaż… nie do końca, bo choć prezenty tak jak i u nas można znaleźć pod migocącą choinką, to nie przynosi ich Gwiazdor (jak w moim polskim domu), ale… sam Jezusek :). Wczoraj dowiedziałam się zresztą, że Jezusek tradycyjnie też ubiera w domach choinki, bo dzieci widzą je przyozdobione dopiero 24 grudnia rano :). Ot, taki ciekawy zwyczaj :). Nie pytajcie jednak, kto w naszym polsko-słowackim domu przynosi prezenty :).
Ponieważ jednak cały opisany powyżej wieczór to Wigilia, musi po nim nastąpić coś jeszcze. Musi nastąpić Boże Narodzenie. I ma miejsce, naprawdę, już od północy, na mszy nazywanej właśnie „północną” (Polnočná).

A ten opisany na wstępie szczodrak? Jest dla mnie pewnym symbolem. Jego bogactwo oddaje różnorodność, jaka stała się naszym udziałem, gdy połączyliśmy z M. polską i słowacką tradycję. Jest on też dowodem na to, jak te tradycje doskonale mogą się przenikać, bo… polska rodzina po poznaniu szczodraka przed dwoma laty, nie mogła się w tym roku doczekać, kiedy M. przywiezie ze Słowacji kolejną blachę :).


Štedrák je taký výnimočný koláč, pečený na Slovensku iba raz v roku, na Štedrý večer. Je skutočne štedrý – niekoľkovrstvový, bohatý na rôzne chute, voňajúci hojnosťou svätej noci – noci, v ktorej dostávame množstvo darov, tak materiálnych, ako aj duchovných.
Vianoce na Slovensku sú pre mňa ešte stále napoly známe, napoly neodkryté, ale dnes – keď trávim tento čas v Poľsku – by som chcela spolu s Vami nazrieť cez kľúčovú dierku do domu mojich slovenských rodičov a pripomenúť si tak decembrové dni v roku 2012 a tú zmes rôznych dojmov a pocitov, ktoré som vtedy prežila, tráviac prvýkrát sviatky nielen bez mojich rodičov, ale aj v inom štáte.
Slovenská Štedrá večera sa začína známym spôsobom – prečítaním evanjelia a spoločnou modlitbou. Potom však prichádza prvý element, ktorý mi bol kedysi neznámy (a ktorý je dnes už stálym prvkom našich rodinných Vianoc, bez ohľadu na krajinu, kde ich trávime) – špeciálny vinš, odriekaný najstarším členom rodiny. V domácnosti môjho manžela tá čestná úloha pripadá starkej. Každý rok znejú tie isté slová: „Vinšujem Vám tieto slávne sviatky, Adama a Evy, Krista Pána narodenie, aby Vám dal Pán Boh zdravie, šťastie, hojné Božské požehnanie a po smrti kráľovstvo nebeské obsiahnuť” Je to výnimočne vznešená chvíľa.
Keďže sme už pri vinšoch, mohli by sme predpokladať lámanie oplátok medzi prítomnými... A fakticky, hlava rodiny (tu je to už slovenský tato :)) začína rozdávať prítomným oplátky, ale... také hnedé, s cesnakom a medom :). Na Slovensku (či prinajmenšom v regióne, odkiaľ pochádza môj manžel) neexistuje tradícia vzájomného vinšovania pri lámaní oplátky. Je však tradícia jedenia takých veľkých, okrúhlych oplátiek, posypaných kúskami cesnaku a poliatych medom :). Znie to možno trošku extrémne, ale poviem Vám, že hoci nemám rada med, takto pripravenými oplátkami sa napchávam s veľkou chuťou :) (tu však musím dodať, že by som nemohla prežiť sviatky bez tej našej bielej, dobre známej oplátky... a tak sa minulý rok lámanie oplátky odohralo prinajmenšom v jednom dome na Slovensku :)).
Po rozdaní oplátiek prichádza delenie sa ovocím – opäť tu prvé husle hrá hlava rodiny. Krája ovocie na kúsky a rozdáva ostatným členom rodiny. To je taký veľmi zreteľný a krásny symbol dávania a delenia sa tým, čo máme. Rovnako tak i tento zvyk uskutočníme tento rok v Poľsku :).
Potom prichádza konečne čas na večeru. Pravdupovediac, minulý rok som ako čerstvá mama bola ešte na špeciálnej strave (hríby, kapusta a ťažké vyprážané jedlá neboli nič pre mňa), ale ubezpečenia môjho manžela o tom, aká bohatá je Štedrá večera na Slovensku zapríčinili, že sa mi až slinky zbiehali. Aké bolo moje prekvapenie, keď sa ukázalo, že na večernom menu je iba kapustnica s hríbami a so smotanou ako prvé jedlo a vyprážaný kapor s cibuľovo-zemiakovým šalátom ako druhé jedlo :). Sami uznajte, že pri poľských tradičných dvanástich jedlách, rybách na každý spôsob, pirohách s kapustou a hríbmi, makovými pupákami, atď, atď, to vyzeralo skutočne skromne :). Dodnes spomínam na tú „bohatú večeru” s úsmevom (hoci na druhej strane priznávam, že od stola som odišla najedená, nuž ak na Slovensku je bohato, ako je potom pri poľskom stole? ;)), ale všetko bolo veľmi chutné (hoci ako dojčiaca mama som namiesto vyprážanej ryby dostala zdravšiu, pečenú, a namiesto cibuľovo-zemiakového šalátu obyčajné pyré ;)).
Nuž, a keďže sme už odišli najedení od stola, zostalo iba jedno :)... No, u mojich rodičov je ešte dĺĺĺĺĺĺĺĺhé koledovanie, ale keďže v mojej slovenskej rodine sa 24.12. tradične koleduje popoludní v nemocnici, doma sa už nespieva. Zostali nám teda... darčeky :). V tomto bode je našťastie všetko známe :). Hoci... nie tak celkom, lebo aj keď darčeky, rovnako ako u nás, možno nájsť pod rozsvieteným stromčekom, neprináša ich Gwiazdor (ako u mňa doma v Poľsku), ale... sám Ježiško :). Včera som sa mimochodom dozvedela, že Ježiško tiež podľa tradície zdobí stromček, lebo  deti ho vidia ozdobený až 24-tého ráno :). Nuž, taký zaujímavý zvyk :). Nepýtajte sa však, kto prináša darčeky v našom poľsko-slovenskom dome :).
Keďže je celý večer opísaný vyššie Vigíliou, musí po ňom prísť ešte niečo. Musí prísť Božie narodenie. A naozaj prichádza, už od polnoci, na omši, nazývanej práve Polnočná.

A ten štedrák opísaný na úvod? Je to pre mňa určitý symbol. Jeho bohatstvo pripomína rôznorodosť, ktorá sa stala našim údelom, keď sme spojili s M. poľskú a slovenskú tradíciu. Je tiež dôkazom, že tie tradície sa môžu dokonale prelínať, lebo... po tom, ako poľská rodina spoznala štedrák pred dvomi rokmi, nemohla sa dočkať, kedy M. privezie zo Slovenska ďalší plech :).

niedziela, 21 kwietnia 2013

Makutra / Makutra

Nie mam na co dzień poczucia, że jesteśmy z M. jakąś szczególnie nieszablonową parą. Przeciwnie – wydaje mi się, że jesteśmy całkiem typowi, żyjemy niesamowicie zwyczajnie. O pewnym naszym odstępstwie od normy przypominają mi najczęściej zdziwione miny znajomych, gdy słyszą nasze polsko-słowackie rozmowy i to nieśmiertelne pytanie: „A wy po jakiemu ze sobą rozmawiacie???”  Mimo że słyszałam je już tyle razy, zawsze mnie zaskakuje, no bo jak to – przecież to normalne, że rozmawiamy każde w swoim języku! Jest to dla mnie tak oczywiste, że kompletnie nie uświadamiam sobie niestandardowości takiego rozwiązania :). Jednakże gdy wgłębić się trochę w temat, w naszym życiu jest dużo więcej nietuzinkowości. Chociaż kultura polska i kultura słowacka mają ze sobą wiele wspólnego, to jednak są dwie, i o to właśnie bogatsze jest nasze codzienne życie.  Niemniej tym razem nie chcę pisać o tym, co powszednie, ale o tym, co wyjątkowe w naszym kalendarzu – o tym, jak spędzamy święta Wielkanocy.
Tych wspólnych świąt nie było jeszcze tak wiele, bo zaledwie dwukrotnie spędziliśmy je razem – raz na Słowacji, a raz w Polsce. Mimo to i jedne, i drugie były pięknym przeżyciem i stały się początkiem budowania naszej własnej tradycji rodzinnej.
Pierwsza sprawa – palma. Stara dobra Niedziela Palmowa na Słowacji nazywana jest Kvetną Nedeľą, czyli Niedzielą Kwietną.  Co ciekawe tak jak u nas występuje niekiedy nazwa „Kwietna”, tak i u nich „Palmová”, tyle że to są właśnie te nazwy rzadziej używane. Ale nie o nazewnictwie chcę tu pisać :). Gdy przywiozłam 2 klasyczne palmy (zdobne, kolorowe, z suszonych kwiatów) na Słowację, by podarować jedną z nich w prezencie teściom, to owszem, podziękowali grzecznie za podarunek, ale miny mieli co najmniej pytające :). Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało się, że tak dobrze znana mi palma jest im całkowicie obca. Na Słowacji zwyczajowo przychodzi się do kościoła z baziami. Owszem, znam ten zwyczaj i z Polski, jednak pierwszy obraz, jaki powstaje w mojej głowie na hasło „Niedziela Palmowa”, to wielka, wielobarwna, kwiecista palma :). Zatem od roku i na Słowacji znajdują się przynajmniej 2 takie okazy :).
Po Niedzieli przyszła pora na Wielką Sobotę i święconkę. Tylko że i ten mały koszyczek, bez którego absolutnie nie wyobrażam sobie świąt wielkanocnych, okazał się nieznany w regionie, z którego pochodzi mój mąż. Jest on jednak znany we wschodniej Słowacji (swoją drogą nawet gwara z tego obszaru ma najwięcej wspólnego z językiem polskim), w naszej parafii znalazł się ksiądz z Prešova i tak oto zawartość naszego pierwszego koszyczka została poświęcona :).
A kiedy ją skonsumowaliśmy? W czasie… kolacji wielkanocnej :). Tak, wiem, że i u nas bywają kolacje, ale ja z mojego domu wyniosłam tradycję śniadań wielkanocnych. Usiąść do świątecznego stołu krótko przed północą – to chyba było dla mnie najdziwniejsze doświadczenie, choć pewnie to samo może powiedzieć mój mąż o tegorocznym śniadaniu o 8 rano, zaraz po powrocie z rezurekcji, która zaczynała się już o 6:00. Akurat tej tradycji nie da się nijak pogodzić, więc zostaje nam w jednym roku świętować po zmierzchu, a w drugim o świcie :).
Co jednak jest możliwe, to pogodzenie odmiennych tradycji kulinarnych. Nie chcę się tu rozpisywać na temat różnych świątecznych potraw, ale wspomnę krótko o dwóch najbardziej charakterystycznych – w ubiegłym roku na stole słowackim obok tradycyjnej pieczonej szynki pojawił się żurek (ok, przyznaję, z półproduktów, ale jednak ;)). Co prawda w tym roku na stole polskim nie pokazał się kawał słowackiej szynki, ale pomału dopracujemy się i tego :). Co najważniejsze – nikt się na te inne smaki nie skarżył.
Natomiast słowacki zwyczaj, który zawitał w tym roku do polskiej rodziny, to korbacz. Wprawdzie chyba wszyscy wiemy, że na śmigus-dyngus polewa się wodą i smaga witkami po nogach, ale jakoś ta druga tradycja u nas zanika. Tymczasem na Słowacji jest jak najbardziej żywa, więc tradycyjnie w Poniedziałek Wielkanocny mój mąż wysmagał wszystkie panie (włącznie z naszą wtedy 4-miesięczną córką :)) z wierszem na ustach, a każda ofiarnie (dziękczynnie? ;)) zawiesiła na jego korbaczu kolorową wstążkę :). Polewania wodą też jednak nie zabrakło :).
Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o Zajączku. Wprawdzie gdy mój mąż usłyszał
o tradycji wręczania prezentów na Wielkanoc, pierwsze co pomyślał, to że mamy jakiś amerykański zwyczaj, jednakże Zajączek chował u mnie w domu upominki w Niedzielę Wielkanocną, odkąd pamiętam i skoro pojawiło się następne pokolenie – tradycję tę jak najbardziej podtrzymamy :). A zwyczaj z Ameryką ma niewiele wspólnego, ale ponoć wziął się na Pomorzu z Niemiec, co w gruncie rzeczy jest całkiem logiczne, gdy zastanowić się nad historią tego regionu.
Tyle tradycji.  Pozostaje jeszcze wyjaśnić zagadkę makutry z tematu tego posta. Otóż makutra to taka gliniana misa, w której uciera się za pomocą pałki składniki na ciasto. Do dzisiaj mam w głowie obraz z dzieciństwa, gdy babcia trzymała makutrę, by ta się nie obracała, a dziadek ucierał, bo miał więcej siły :). I tak jest po trochu i z nami, ze mną i z M. – że nasze życie jest jak ta makutra, w której łączymy razem różne składniki. I żeby ta praca miała sens, żeby masa miała jak najmniej grudek, musimy to robić wspólnie, bo w pojedynkę nie dalibyśmy rady :).

Nemám každý deň pocit, že sme s M. nejakým nezvyčajne nekonvenčným párom. Naopak – zdá sa mi, že sme celkom normálni, žijeme úplne obyčajne. O istej našej odchýlke od normy mi najčastejšie pripomínajú udivené tváre známych, keď počujú naše poľsko-slovenské rozhovory a tá nesmrteľná otázka: „A vy po ako so sebou rozprávate???” Hoci som ju už počula toľko krát, vždy ma prekvapí, lebo však ako to – predsa je normálne, že každý rozpráva vo svojom jazyku! Pre mňa je to také samozrejmé, že si vôbec neuvedomujem neštandardnosť takého správania :). Keď sa však mám hlbšie ponoriť do tejto témy, v našom živote je o dosť viac nevšednosti. Hoci slovenská a poľská kultúra majú veľa spoločného, predsa sú dve, a práve o to je bohatší náš každodenný život. Tentokrát však nechcem písať o tom, čo je všedné, ale o tom, čo je v našom kalendári výnimočné – o tom, ako trávime Veľkonočné sviatky. 
Tých spoločných sviatkov ešte nebolo tak veľa, lebo iba dvakrát sme ich trávili spolu, raz na Slovensku a raz v Poľsku. Napriek tomu, aj jedny, aj druhé boli krásnym zážitkom a stali sa počiatkom budovania našej vlastnej rodinnej tradície.
Prvá vec – palma. Stará dobrá Niedziela Palmowa sa na Slovensku nazýva Kvetná Nedeľa. Zaujímavé je, že tak, ako sa u nás niekedy používa názov „Kwietna”, tak aj u nich „Palmová”, akurát že sú to názvy menej používané. Ale nie o názvoch chcem písať :). Keď som priviezla na Slovensko dve klasické palmy (ozdobené, farebné, zo sušených kvetov), aby som jednu darovala svokrovcom, samozrejme, že slušne za dar poďakovali, ale výrazy tvárí mali prinajmenšom spýtavé :). Na moje veľké prekvapenie sa ukázalo, že tá dobre známa palma je pre nich celkom cudzia. Na Slovensku sa zvyčajne chodí do kostola s baburiatkami. Samozrejme, poznám ten zvyk z Poľska, ale prvý obraz, ktorý mi v hlave vyskočí keď sa povie „Kvetná Nedeľa” je veľká, mnohofarebná, kvetnatá palma :). No a na Slovensku sa už vyše roka nachádzajú prinajmenšom dva také úkazy :).
Po Nedeli prišla na rad Biela Sobota a święconka [poznamka M.: čítaj švienconka = ozdobený košíček s jedlom nesený na posvätenie]. Akurát že i ten malý košíček, bez ktorého si vôbec neviem predstaviť Veľkú Noc bol v regióne, z ktorého pochádza manžel neznámou. Je však známy na východnom Slovensku (mimochodom, dokonca aj tamojšie nárečie má najviac spoločného s poľštinou), v našej farnosti sme našli kňaza z Prešova a takbol i obsah nášho košíka posvätený :).
A kedy sme ho zjedli? Počas... veľkonočnej večere :). Áno, viem, že aj u nás bývajú večere, ale z rodičovského domu som si odniesla tradíciu Veľkonočných raňajok. Sadnúť si k sviatočnému stolu krátko pred polnocou – to bol pre mňa snáď najzvláštnejší zážitok, hoci zrejme to isté môže povedať môj manžel o tohotočných raňajkách o 8 ráno, hneď po návrate zo Vzkriesenia, ktoré sa začínalo už o 6:00. Tá tradícia sa akurát zladiť nedá, nuž nám zostáva iba oslavovať jeden rok po západe Slnka a druhý rok za svitu :).
Čo sa však dá je zosúladenie rôznych kulinárskych tradícií. Nechcem sa rozpisovať na tému rôznych sviatočných jedál, ale spomeniem krátko o dvoch najcharakteristickejších – minulý rok sa na slovenskom stole okrem tradičnej pečenej šunky objavil żurek (ok, priznávam, že z polotovaru, ale predsa ;)). Pravdou je, že na poľskom stale sa neobjavil kus slovenskej šunky, ale i k tomu sa pomaly dopracujeme :). Čo je najdôležitejšie – nikto sa na iné chute nesťažoval. [p. M.: Btw, żurek je výborná biela kyslá poľská polievka, hustá, s varenými vajíčkami, slaninou a hlavne bielou klobáskou.]
Na druhej strane, slovenský zvyk, ktorý do poľskej rodiny tento rok zavítal, je korbáč. V skutočnosti všetci vieme, že na śmigus-dyngus (poľská obdoba...) sa polieva vodou a šibe prútikmi po nohách, ale tá druhá tradícia u nás akosi zaniká. Na Slovensku je však stále živá, nuž môj manžel na Veľkonočný pondelok vyšibal všetky panie (spolu s našou vtedy 4-mesačnou dcérkou :)) s veršom na perách, a každá mu oddane (vďačne? ;)) zavesila na korbáč farebnú stužku :). Polievanie vodou tiež nechýbalo :).
Na koniec ešte musím spomenúť Zajačika. Keď môj muž počul o tradícii obdarovávania sa na Veľkú Noc, pomyslel si najprv, že máme nejaký americký zvyk, ale Zajačik u nás doma schovával darčeky na Veľkonočnú Nedeľu odkedy si pamätám, a keďže prišlo nové pokolenie, tú tradíciu určite udržíme :). Ale ten zvyk nemá s Amerikou veľa spoločného, vraj sa vzal na Pomorí z Nemecka, čo je v zásade celkom logické, keď sa zamyslíme nad históriou tohto regiónu.
Toľko z tradícií. Zostáva ešte vysvetliť záhadu makutry z názvu postu. A teda makutra je taká hlinená miska, v ktorej sa hnetú pomocou paličky prísady do cesta. Dodnes mám v hlave obraz z detstva, keď stará mama držala makutru, aby sa neotáčala, a starý otec hnietol cesto, lebo mal viac sily :). A tak je to trochu aj so mnou a s M. - že náš život je ako tá makutra, v ktorej spájame rôzne prísady. A aby tá práca mala zmysel, aby tá masa mala čo najmenej hrudiek, musíme to robiť spoločne, lebo sami by sme si neporadili :).