wtorek, 11 czerwca 2013

Teoria „jedynkowa” / „Jednotková” teória

Kołdra – przedmiot codziennego użytku, któremu nie poświęcam na co dzień specjalnej uwagi, chyba że dzień jest ponury i z każdą godziną coraz bardziej marzę o tym, by znaleźć się już w łóżku. Przyznaję – naszą pierwszą kołdrę małżeńską wybrałam starannie – aby była jak największa (cudowne 200x200 cm :)), grzała, kiedy trzeba, nie uczulała i w ogóle była miła, ale nie ślęczałam jakoś szczególnie nad tym wyborem. Są jednak takie chwile, kiedy tę poczciwą kołdrę doceniam, mianowicie wtedy, kiedy… wyjeżdżamy do teściów.
Jednym z tych słowackich zwyczajów, którym przez całe moje życie będę mówić kategoryczne „nie” w moim domu, jest spanie pod kołdrami „jedynkami” :) (gwoli wyjaśnienia: jeszcze nie spotkałam się z takim słowackim małżeństwem, które by spało pod wspólną kołdrą – tutaj po prostu każdy ma pojedynczą, węższą kołdrę). Mój mąż, czytając to zdanie, uśmiechnie się zapewne z przekąsem, ale cóż, życie składa się z drobiazgów, a to taki drobiazg, który w moich oczach przyjmuje ogromne rozmiary za każdym razem, gdy śpimy u rodziców męża. Dlaczego? Mam na to swoją teorię: otóż wyobraźcie sobie chłodną zimową noc, wygodne łóżko, ciepłego męża u boku, do którego – aby się rozgrzać – starczy się tylko przytulić. Tyle że na Słowacji słowo „starczy” nie wystarczy, bo żeby się przytulić do męża, trzeba się wydostać spod jednej kołdry, narazić na chłód rzeczonej nocy, wsunąć stopy pod drugą kołdrę, znaleźć stopy męża, w tym czasie marzną już kolana, bo przecież ta pierwsza kołdra się zsuwa i nagle z prostej pod podwójną kołdrą czynności robi się złożona operacja zakończona jedynie połowicznym sukcesem :). Śmieszne? Owszem, ale dopóki człowiek tego nie doświadczy, nie zrozumie mojej tęsknoty za kołdrą podwójną :). Tyle że na Słowacji, gdy ktoś słyszy moją teorię, patrzy tylko na mnie z niedowierzaniem, bo jak mogę w ogóle narzekać na to doskonałe i praktyczne rozwiązanie. Doskonałe i praktyczne – być może, ale dla Słowaków :).
Piszę o tym wszystkim nieco żartobliwie, ale oddaje to i pewną głębszą myśl – są takie sytuacje, w których w pierwszej chwili nie zrozumiemy się z M – bo zwyczajnie mamy inne doświadczenia i każde z nich uznajemy za to naturalne i „właściwe”. Wzajemne zrozumienie wymaga od nas większego wysiłku, wymaga od nas otwarcia się na drugą stronę, wyjścia poza własne wyobrażenie tego, co normalne i zrezygnowania z pozycji wyjściowej „moje jest lepsze”. Jako Polka wśród Słowaków nieraz już byłam stroną niezrozumianą, ale i widzę, że sama często nie rozumiem. Wprawdzie całe to rozumienie ma dużo więcej wymiarów niż tylko „Polacy-Słowacy”, ale nie o tym chcę tu pisać. Chcę powiedzieć, że ta trudna sztuka wymaga chęci, ale i odrobiny wyrozumiałości. Chęci, bo bez tego nic się nie osiągnie, to jasne, a wyrozumiałości, bo czasem naprawdę trudno powstrzymać tę pierwszą reakcję, że inne=dziwne, a szkoda przekreślać całą komunikację z powodu tego jednego potknięcia na samym jej początku, które przecież można naprawić. Ale tu już znowu wracamy do chęci… :)

Perina – predmet každodenného používania, ktorému nevenujem zvláštnu pozornosť, jedine že by bol pochmúrny deň a s každou hodinou by som viac a viac snívala o tom, že sa ocitnem v posteli. Priznávam, našu prvú manželskú perinu som vyberala starostlivo – aby bola čím väčšia (skvelých 200x200 cm :)), hriala, kedy treba, nevzbudzovala alergiu a aby bola tak celkovo príjemná – ale nelámala som si špeciálne hlavu nad tým vyberaním. Sú však chvíle, kedy tú poctivú perinu doceňujem, a menovite vtedy, keď...ideme k svokrovcom.
Jedným z tých slovenských zvykov, ktorým budem po celý život hovoriť kategorické „nie” vo svojom dome, je spánok pod perinami „jednotkami” :) (pre objasnenie: ešte som sa nestretla so slovenskými manželmi, ktorí by spali pod jednou perinou – tu má jednoducho každý svoju vlastnú, užšiu perinu). Môj manžel sa pri čítaní tejto vety zaiste ironicky pousmeje, ale čo už, život sa skladá z maličkostí, a toto je maličkosť, ktorá v mojich očiach nadobúda veľký rozmer vždy, keď spíme u jeho rodičov. Prečo? Mám na to svoju teóriu: nuž, predstavte si chladnú, zimnú noc, pohodlnú posteľ, teplého manžela po svojom boku, ku ktorému sa stačí iba pritúliť, aby ste sa zohriali. Akurát, že na Slovensku slovo „stačí” nevystačí, pretože ak sa chcete pritúliť k mužovi, treba sa dostať spod jednej periny, vystaviť sa chladu spomínanej noci, vsunúť nohy pod druhú perinu, nájsť nohy muža, zatiaľ vám už mrznú kolená, pretože tá prvá perina sa zosúva, a tak sa náhle z činnosti, ktorá je jednoduchá pod dvojitou perinou stáva zložitá operácia ukončená iba polovičatým úspechom :). Smiešne? Pravdaže, ale kým to človek neprežije, neporozumie mojej clivote za dvojitou perinou :). Lenže keď niekto na Slovensku počúva moju teóriu, pozerá na mňa nedôverčivo, lebo veď ako sa môžem sťažovať na to dokonalé a praktické riešenie. Dokonalé a praktické – možno áno, ale pre Slovákov :).
Píšem o tom všetkom trochu nevážne, ale obsahuje to i určitú hlbšiu myšlienku – sú také situácie, v ktorých sa spočiatku s M nerozumieme, lebo jednoducho máme iné skúsenosti a obaja považujeme tie svoje za samozrejmé a „správne”. Vzájomné porozumenie od nás vyžaduje väčšiu námahu, vyžaduje od nás otvorenosť smerom k tomu druhému, vybočenie z vlastnej predstavy o tom, čo je normálne a zrieknutie sa východiskovej pozície „moje je lepšie”. Ako Poľka medzi Slovákmi som už neraz bola tou nepochopenou stranou, ale vidím, že tiež často nerozumiem. Celé to porozumenie má v skutočnosti viac rozmerov než iba „Poliaci-Slováci”, ale nie o tom tu chcem písať. Chcem povedať, že to náročné umenie vyžaduje snahu, ale tiež kúsok zhovievavosti. Snahu, lebo bez nej sa nedá nič dosiahnuť, to je jasné, a zhovievavosť, lebo niekedy je naozaj ťažké zadržať tú prvú reakciu, že iné = divné, a bolo by na škodu zničiť celú komunikáciu kvôli tomu jednému potknutiu celkom na začiatku, ktoré predsa možno napraviť. Ale to sa už znovu vraciame k tej snahe... :)

wtorek, 7 maja 2013

Skarpetka / Ponožka

Dawno, dawno temu w dalekiej krainie… A właściwie ani nie tak dawno, ani nie tak daleko wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Co mam na myśli? Parę dni temu pod moim komentarzem do zdjęcia szwagierki, zamieszczonym 7 marca 2010 roku, znalazłam takie oto zdanie „Fryta pisze do Martinki po angielsku, ale zabawnie” (gwoli wyjaśnienia – „Fryta” to taka staruteńka ksywa z czasów dawniejszych niż dawne, którą posługiwały się tylko 2 osoby o równie wdzięcznych przezwiskach, mianowicie Olej i Musztarda :)). Ano właśnie. Pisze po angielsku. Bo chociaż z trudem sobie ten czas przypominam, tak mi się wydaje odległy, to jednak nie od razu umiałam mówić po słowacku i nie od razu byłam w stanie dogadać się z rodziną i przyjaciółmi mojego męża. Mało tego – pierwsze próby można uznać co najmniej za nieudane :). Tak, tak, tyle razy już słyszałam, jak to każdy Polak dogada się ze Słowakiem. Tylko że w tych opowieściach nikt nigdy nie wspomina, ile wpadek można po drodze zaliczyć :). Przykład? Proszę bardzo, jedno z moich wdzięczniejszych faux pas, a zarazem wzorcowy przykład, jak nie zjednać sobie przyszłych teściów ;): moi teściowie wyśmienicie pieką i gotują. W czasie jednego z moich pobytów w domu rodzinnym M., jeszcze przed zaręczynami, zeszłam nieśmiało do kuchni i chcąc wyrazić uznanie dla ich pracy, powiedziałam: „Mmm, ale pachnie!” I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że tym samym powiedziałam „Mmm, ale śmierdzi”, bo po słowacku „zapach” to „smród” :). Całe szczęście, że teściów mam kochanych i bardzo otwartych, ale co się najadłam wstydu, to moje :). Krótko mówiąc, jeśli ktoś mówi, że rozmowa ze Słowakiem po polsku to bułka z masłem – nie wierzcie :).
Ale nie taki diabeł straszny… Przez pół roku od poznania M. i drugie pół roku, gdy już byliśmy parą, rozmawialiśmy wyłącznie po angielsku, ale nie każdy z jego otoczenia posługiwał się tym językiem i trzeba sobie było jakoś radzić. Moje metody? Po pierwsze ręce :). Tymi da się całkiem sporo pokazać ;). Po drugie, mimo wszystko, język polski. W połączeniu z rękami i ślimaczym tempem mówienia przynosił nie najgorsze efekty :). Po trzecie – metoda chyba najefektywniejsza, a na pewno najłatwiejsza – znaleźć sobie kogoś, kto jednak mówi po angielsku, żeby wszystko tłumaczył :D. I jakoś to szło :).
Nie mogło to jednak trwać wiecznie. Bardzo dobrze pamiętam moją pierwszą lekcję słowackiego, której oczywiście udzielił mi mój mąż. Były to wakacje 2010, pół roku od naszych początków, jechaliśmy z Gdańska przez Niemcy i Czechy na Słowację. Podróż długa, jakoś trzeba sobie ten czas wypełnić, a ile można rozmawiać po angielsku :).
I się zaczęło… Najpierw trajkotałam w nieskończoność o wszystkim możliwym (jak to ja :)) i jakoś tak przełączałam się co chwila na język polski, co 5 minut zadając pytanie: „Ale na pewno rozumiesz? Mogę mówić po polsku?”. Gdy M. za każdym razem kiwał twierdząco głową (co biedny miał robić, prowadził w tym czasie samochód ;)), padło w końcu to niezapomniane pytanie: „M., a jak się powie po słowacku >skarpetka<?” :) Ponožka. To od tego słówka zaczęła się moja przygoda z językiem słowackim, która trwa nieprzerwanie do dziś i przynosi owoce, których bym sobie nie wyśniła. Gdyby ktoś powiedział mi jeszcze parę lat temu, że będę kiedyś tłumaczyć z języka słowackiego, potraktowałabym go gromkim śmiechem, a tymczasem tym się teraz w wolnych chwilach zajmuję :). Życie naprawdę potrafi zaskoczyć. Albo prekvapiť, jak by powiedział mój mąż.
Na koniec wróćmy jeszcze raz do tej wymiany komentarzy pod zdjęciem, pod którym 3 lata temu napisałam do mojej szwagierki „You look marvelous in this pic”.

O: Fryta pisze do Martinki po angielsku, ale zabawnie
Ja: Stare dzieje, ale i tak bywało :).
O: właśnie próbuję otrząsnąć się z szoku jaki był stan rzeczy 3 lata temu
Ja: Inny.


…



Kedysi dávno, pradávno, v ďalekej krajine... A vlastne ani nie tak dávno, ani nie tak ďaleko vyzeralo všetko celkom inak. Čo mám na mysli? Pred pár dňami som pod svojim komentárom do fotky mojej švagrinej, pridaným 7.3.2010, našla takúto vetu: „Fryta píše Martinke po anglicky, to je zábavné” (kvôli ozrejmeniu – „Fryta” je taká stará prezývka z čias dávno minulých, ktorú používali iba dve osoby s rovnako vďačnými prezývkami, a to Olej a Musztarda :) [Frytka = hranolka, Musztarda = horčica, pozn. prekl.]). No presne. Píše po anglicky. Lebo hoci si ten čas pripomínam iba s ťažkosťami, tak sa mi zdá vzdialený, nevedela som hneď rozprávať po slovensky a nebola som hneď schopná dohovoriť sa s rodinou a priateľmi môjho muža. Ba čo viac, prvé pokusy môžem uznať prinajmenšom za neúspešné :). Áno, áno, toľko ráz som už počula, ako sa každý Poliak dohovorí so Slovákom. Akurát, že v tých rozprávaniach sa už nespomína, koľko omylov možno na tej ceste spôsobiť :). Príklad? Nech sa páči, jedno z mojich najvďačnejších faux pas a zároveň modelový príklad,ako si nenakláňať budúcich svokrovcov ;): moji svokrovci výborne varia i pečú. Počas jedného z mojich pobytov u nich, ešte pred zásnubami, som prišla nesmelo do kuchyne a chcela vyjadriť uznanie ich práci, nuž som povedala: „Mmm, ale pachnie!” [pachňe, pozn. prekl.] A všetko by bolo v poriadku, keby som tými slovami nepovedala „Mmm, ale smrdí”, lebo po slovensky „zapach” znamená „smrad” :)[v poľštine zapach = vôňa bez odtieňa, či už negatívneho alebo pozitívneho, ale výraz „ale pachnie“ = ale to PEKNE vonia, pre ilustráciu, slávny román Patricka Süskinda „Parfém“ sa po poľsky volá „Pachnidło“, pozn. prekl.]. Našťastie mám veľmi milých a otvorených svokrovcov, ale tá hanba sa už neodstane :). Skrátka, ak niekto vraví, že rozhovor so Slovákom po poľsky sa dá zvládnuť ľavou zadnou, neverte :).
Nie je to však tiež také strašné... Pol roka od trvania našej známosti s M. i ďalšieho pol roka, keď sme už tvorili pár, sme sa rozprávali výlučne po anglicky, ale nie každý z jeho okolia ovládal ten jazyk, nuž bolo si treba nejako poradiť. Moje metódy? Po prvé, ruky :). Tými sa dá celkom veľa ukázať ;). Po druhé, napriek všetkému, poľština. V spojení s rukami a slimačím tempom reči som ňou dosahovala nie najhoršie výsledky :). Po tretie – metóda snáď najefektívnejšia a určite najľahšia – nájsť niekoho, kto hovorí po anglicky, aby všetko prekladal :D. A nejako som si poradila :).
Nemohlo to však trvať večne. Veľmi dobre si pamätám moju prvú lekciu slovenčiny, ktorú mi, samozrejme, dal môj manžel. Bolo to počas prázdnin 2010, pol roka od našich začiatkov, šli sme z Gdańska cez Nemecko a Česko na Slovensko. Cesta dlhá, nejako treba ten čas vyplniť, a ako dlho možno rozprávať po anglicky :). A začalo sa... Najprv som donekonečna rapotala o všetkom možnom (ako zvyčajne :)) a akosi som každú chvíľu prepínala na poľštinu, každých 5 minút s otázkou: „Ale určite mi rozumieš? Môžem hovoriť po poľsky?”. Keď M. vždy súhlasne pokýval hlavou (čo mal chudák robiť, keď vtedy šoféroval ;)), padla napokon tá nezabudnuteľná otázka: „M., a ako sa povie po slovensky >skarpetka<?” :) Ponožka. Takže od toho slovíčka sa začalo moje dobrodružstvo so slovenčinou, ktoré trvá nepretržite doteraz a prináša ovocie, o ktorom sa mi nikdy nesnívalo. Keby mi niekto ešte pred pár rokmi povedal, že raz budem prekladať zo slovenčiny, dostalo by sa mu hlasného smiechu, a vlastne tým sa teraz vo voľných chvíľach zaoberám :). Život dokáže naozaj zaskoczyć. Alebo prekvapiť, ako by povedal môj manžel.
Na koniec sa ešte raz vráťme k tej výmene komentárov pod obrázkom, kde som pred 3 rokmi švagrinej napísala „You look marvelous in this pic”.

O: Fryta píše Martinke po anglicky, to je zábavné
Ja: Staré časy, ale aj také bývali :).
O: Práve sa snažím otriasť z šoku, ako to vyzeralo pred 3 rokmi
Ja: Inak .

…

niedziela, 21 kwietnia 2013

Makutra / Makutra

Nie mam na co dzień poczucia, że jesteśmy z M. jakąś szczególnie nieszablonową parą. Przeciwnie – wydaje mi się, że jesteśmy całkiem typowi, żyjemy niesamowicie zwyczajnie. O pewnym naszym odstępstwie od normy przypominają mi najczęściej zdziwione miny znajomych, gdy słyszą nasze polsko-słowackie rozmowy i to nieśmiertelne pytanie: „A wy po jakiemu ze sobą rozmawiacie???”  Mimo że słyszałam je już tyle razy, zawsze mnie zaskakuje, no bo jak to – przecież to normalne, że rozmawiamy każde w swoim języku! Jest to dla mnie tak oczywiste, że kompletnie nie uświadamiam sobie niestandardowości takiego rozwiązania :). Jednakże gdy wgłębić się trochę w temat, w naszym życiu jest dużo więcej nietuzinkowości. Chociaż kultura polska i kultura słowacka mają ze sobą wiele wspólnego, to jednak są dwie, i o to właśnie bogatsze jest nasze codzienne życie.  Niemniej tym razem nie chcę pisać o tym, co powszednie, ale o tym, co wyjątkowe w naszym kalendarzu – o tym, jak spędzamy święta Wielkanocy.
Tych wspólnych świąt nie było jeszcze tak wiele, bo zaledwie dwukrotnie spędziliśmy je razem – raz na Słowacji, a raz w Polsce. Mimo to i jedne, i drugie były pięknym przeżyciem i stały się początkiem budowania naszej własnej tradycji rodzinnej.
Pierwsza sprawa – palma. Stara dobra Niedziela Palmowa na Słowacji nazywana jest Kvetną Nedeľą, czyli Niedzielą Kwietną.  Co ciekawe tak jak u nas występuje niekiedy nazwa „Kwietna”, tak i u nich „Palmová”, tyle że to są właśnie te nazwy rzadziej używane. Ale nie o nazewnictwie chcę tu pisać :). Gdy przywiozłam 2 klasyczne palmy (zdobne, kolorowe, z suszonych kwiatów) na Słowację, by podarować jedną z nich w prezencie teściom, to owszem, podziękowali grzecznie za podarunek, ale miny mieli co najmniej pytające :). Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało się, że tak dobrze znana mi palma jest im całkowicie obca. Na Słowacji zwyczajowo przychodzi się do kościoła z baziami. Owszem, znam ten zwyczaj i z Polski, jednak pierwszy obraz, jaki powstaje w mojej głowie na hasło „Niedziela Palmowa”, to wielka, wielobarwna, kwiecista palma :). Zatem od roku i na Słowacji znajdują się przynajmniej 2 takie okazy :).
Po Niedzieli przyszła pora na Wielką Sobotę i święconkę. Tylko że i ten mały koszyczek, bez którego absolutnie nie wyobrażam sobie świąt wielkanocnych, okazał się nieznany w regionie, z którego pochodzi mój mąż. Jest on jednak znany we wschodniej Słowacji (swoją drogą nawet gwara z tego obszaru ma najwięcej wspólnego z językiem polskim), w naszej parafii znalazł się ksiądz z Prešova i tak oto zawartość naszego pierwszego koszyczka została poświęcona :).
A kiedy ją skonsumowaliśmy? W czasie… kolacji wielkanocnej :). Tak, wiem, że i u nas bywają kolacje, ale ja z mojego domu wyniosłam tradycję śniadań wielkanocnych. Usiąść do świątecznego stołu krótko przed północą – to chyba było dla mnie najdziwniejsze doświadczenie, choć pewnie to samo może powiedzieć mój mąż o tegorocznym śniadaniu o 8 rano, zaraz po powrocie z rezurekcji, która zaczynała się już o 6:00. Akurat tej tradycji nie da się nijak pogodzić, więc zostaje nam w jednym roku świętować po zmierzchu, a w drugim o świcie :).
Co jednak jest możliwe, to pogodzenie odmiennych tradycji kulinarnych. Nie chcę się tu rozpisywać na temat różnych świątecznych potraw, ale wspomnę krótko o dwóch najbardziej charakterystycznych – w ubiegłym roku na stole słowackim obok tradycyjnej pieczonej szynki pojawił się żurek (ok, przyznaję, z półproduktów, ale jednak ;)). Co prawda w tym roku na stole polskim nie pokazał się kawał słowackiej szynki, ale pomału dopracujemy się i tego :). Co najważniejsze – nikt się na te inne smaki nie skarżył.
Natomiast słowacki zwyczaj, który zawitał w tym roku do polskiej rodziny, to korbacz. Wprawdzie chyba wszyscy wiemy, że na śmigus-dyngus polewa się wodą i smaga witkami po nogach, ale jakoś ta druga tradycja u nas zanika. Tymczasem na Słowacji jest jak najbardziej żywa, więc tradycyjnie w Poniedziałek Wielkanocny mój mąż wysmagał wszystkie panie (włącznie z naszą wtedy 4-miesięczną córką :)) z wierszem na ustach, a każda ofiarnie (dziękczynnie? ;)) zawiesiła na jego korbaczu kolorową wstążkę :). Polewania wodą też jednak nie zabrakło :).
Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o Zajączku. Wprawdzie gdy mój mąż usłyszał
o tradycji wręczania prezentów na Wielkanoc, pierwsze co pomyślał, to że mamy jakiś amerykański zwyczaj, jednakże Zajączek chował u mnie w domu upominki w Niedzielę Wielkanocną, odkąd pamiętam i skoro pojawiło się następne pokolenie – tradycję tę jak najbardziej podtrzymamy :). A zwyczaj z Ameryką ma niewiele wspólnego, ale ponoć wziął się na Pomorzu z Niemiec, co w gruncie rzeczy jest całkiem logiczne, gdy zastanowić się nad historią tego regionu.
Tyle tradycji.  Pozostaje jeszcze wyjaśnić zagadkę makutry z tematu tego posta. Otóż makutra to taka gliniana misa, w której uciera się za pomocą pałki składniki na ciasto. Do dzisiaj mam w głowie obraz z dzieciństwa, gdy babcia trzymała makutrę, by ta się nie obracała, a dziadek ucierał, bo miał więcej siły :). I tak jest po trochu i z nami, ze mną i z M. – że nasze życie jest jak ta makutra, w której łączymy razem różne składniki. I żeby ta praca miała sens, żeby masa miała jak najmniej grudek, musimy to robić wspólnie, bo w pojedynkę nie dalibyśmy rady :).

Nemám každý deň pocit, že sme s M. nejakým nezvyčajne nekonvenčným párom. Naopak – zdá sa mi, že sme celkom normálni, žijeme úplne obyčajne. O istej našej odchýlke od normy mi najčastejšie pripomínajú udivené tváre známych, keď počujú naše poľsko-slovenské rozhovory a tá nesmrteľná otázka: „A vy po ako so sebou rozprávate???” Hoci som ju už počula toľko krát, vždy ma prekvapí, lebo však ako to – predsa je normálne, že každý rozpráva vo svojom jazyku! Pre mňa je to také samozrejmé, že si vôbec neuvedomujem neštandardnosť takého správania :). Keď sa však mám hlbšie ponoriť do tejto témy, v našom živote je o dosť viac nevšednosti. Hoci slovenská a poľská kultúra majú veľa spoločného, predsa sú dve, a práve o to je bohatší náš každodenný život. Tentokrát však nechcem písať o tom, čo je všedné, ale o tom, čo je v našom kalendári výnimočné – o tom, ako trávime Veľkonočné sviatky. 
Tých spoločných sviatkov ešte nebolo tak veľa, lebo iba dvakrát sme ich trávili spolu, raz na Slovensku a raz v Poľsku. Napriek tomu, aj jedny, aj druhé boli krásnym zážitkom a stali sa počiatkom budovania našej vlastnej rodinnej tradície.
Prvá vec – palma. Stará dobrá Niedziela Palmowa sa na Slovensku nazýva Kvetná Nedeľa. Zaujímavé je, že tak, ako sa u nás niekedy používa názov „Kwietna”, tak aj u nich „Palmová”, akurát že sú to názvy menej používané. Ale nie o názvoch chcem písať :). Keď som priviezla na Slovensko dve klasické palmy (ozdobené, farebné, zo sušených kvetov), aby som jednu darovala svokrovcom, samozrejme, že slušne za dar poďakovali, ale výrazy tvárí mali prinajmenšom spýtavé :). Na moje veľké prekvapenie sa ukázalo, že tá dobre známa palma je pre nich celkom cudzia. Na Slovensku sa zvyčajne chodí do kostola s baburiatkami. Samozrejme, poznám ten zvyk z Poľska, ale prvý obraz, ktorý mi v hlave vyskočí keď sa povie „Kvetná Nedeľa” je veľká, mnohofarebná, kvetnatá palma :). No a na Slovensku sa už vyše roka nachádzajú prinajmenšom dva také úkazy :).
Po Nedeli prišla na rad Biela Sobota a święconka [poznamka M.: čítaj švienconka = ozdobený košíček s jedlom nesený na posvätenie]. Akurát že i ten malý košíček, bez ktorého si vôbec neviem predstaviť Veľkú Noc bol v regióne, z ktorého pochádza manžel neznámou. Je však známy na východnom Slovensku (mimochodom, dokonca aj tamojšie nárečie má najviac spoločného s poľštinou), v našej farnosti sme našli kňaza z Prešova a takbol i obsah nášho košíka posvätený :).
A kedy sme ho zjedli? Počas... veľkonočnej večere :). Áno, viem, že aj u nás bývajú večere, ale z rodičovského domu som si odniesla tradíciu Veľkonočných raňajok. Sadnúť si k sviatočnému stolu krátko pred polnocou – to bol pre mňa snáď najzvláštnejší zážitok, hoci zrejme to isté môže povedať môj manžel o tohotočných raňajkách o 8 ráno, hneď po návrate zo Vzkriesenia, ktoré sa začínalo už o 6:00. Tá tradícia sa akurát zladiť nedá, nuž nám zostáva iba oslavovať jeden rok po západe Slnka a druhý rok za svitu :).
Čo sa však dá je zosúladenie rôznych kulinárskych tradícií. Nechcem sa rozpisovať na tému rôznych sviatočných jedál, ale spomeniem krátko o dvoch najcharakteristickejších – minulý rok sa na slovenskom stole okrem tradičnej pečenej šunky objavil żurek (ok, priznávam, že z polotovaru, ale predsa ;)). Pravdou je, že na poľskom stale sa neobjavil kus slovenskej šunky, ale i k tomu sa pomaly dopracujeme :). Čo je najdôležitejšie – nikto sa na iné chute nesťažoval. [p. M.: Btw, żurek je výborná biela kyslá poľská polievka, hustá, s varenými vajíčkami, slaninou a hlavne bielou klobáskou.]
Na druhej strane, slovenský zvyk, ktorý do poľskej rodiny tento rok zavítal, je korbáč. V skutočnosti všetci vieme, že na śmigus-dyngus (poľská obdoba...) sa polieva vodou a šibe prútikmi po nohách, ale tá druhá tradícia u nás akosi zaniká. Na Slovensku je však stále živá, nuž môj manžel na Veľkonočný pondelok vyšibal všetky panie (spolu s našou vtedy 4-mesačnou dcérkou :)) s veršom na perách, a každá mu oddane (vďačne? ;)) zavesila na korbáč farebnú stužku :). Polievanie vodou tiež nechýbalo :).
Na koniec ešte musím spomenúť Zajačika. Keď môj muž počul o tradícii obdarovávania sa na Veľkú Noc, pomyslel si najprv, že máme nejaký americký zvyk, ale Zajačik u nás doma schovával darčeky na Veľkonočnú Nedeľu odkedy si pamätám, a keďže prišlo nové pokolenie, tú tradíciu určite udržíme :). Ale ten zvyk nemá s Amerikou veľa spoločného, vraj sa vzal na Pomorí z Nemecka, čo je v zásade celkom logické, keď sa zamyslíme nad históriou tohto regiónu.
Toľko z tradícií. Zostáva ešte vysvetliť záhadu makutry z názvu postu. A teda makutra je taká hlinená miska, v ktorej sa hnetú pomocou paličky prísady do cesta. Dodnes mám v hlave obraz z detstva, keď stará mama držala makutru, aby sa neotáčala, a starý otec hnietol cesto, lebo mal viac sily :). A tak je to trochu aj so mnou a s M. - že náš život je ako tá makutra, v ktorej spájame rôzne prísady. A aby tá práca mala zmysel, aby tá masa mala čo najmenej hrudiek, musíme to robiť spoločne, lebo sami by sme si neporadili :).