poniedziałek, 30 września 2013

Przyprawy / Koreniny

Słowacja? Tatry… Śmieszny język… Wody termalne… Bryndzowe haluszki…

Do powyższej listy niektórzy potrafią pewnie dodać jeszcze ze 2-3 punkty, jak piwo czy słowacki Raj, ale chyba nie skłamię, stwierdzając, że większość Polaków kojarzy moją drugą ojczyznę jedynie z wymienionymi własnościami. Tyle że w tym małym kraju pulsuje dużo więcej kolorów. Dziś przedstawię Wam kilka (zaledwie kilka!) wybranych składników, które wyostrzyły moje podniebienie i uczyniły smak Słowacji jeszcze ciekawszym i bogatszym.

Przyprawa nr 1:
Gdy jeszcze przed ślubem usłyszałam w telewizji, jak czeski piosenkarz Michal David śpiewa „Wszystko, czego dziś chcę” Izabeli Trojanowskiej po czesku, nie zdawałam sobie sprawy, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej :). Wtedy było to po prostu miłe, bo fajnie jest usłyszeć w obcej telewizji znajomą melodię, nawet jeśli z nieznanym tekstem. Dziś już wiem, że nie było to na Słowacji nic wyjątkowego, bo mieszkając tam, usłyszałam też po słowacku taką klasykę jak „Małgośka” czy „Okularnicy”, popularny kiedyś przebój Eweliny Flinty „Żałuję” i wiele, wiele hitów zagranicznych, jak choćby „Green, green grass of home” Toma Jonesa, „Somethin’ stupid” najbardziej chyba znane w wykonaniu Franka i Nancy Sinatra czy „Angel” Kelly Family. Słowacy po prostu bardzo lubią słuchać znanych piosenek w rodzimym języku :).

Przyprawa nr 2:
Lokalny koloryt w tym – jakby nie patrzeć – wiejskim kraju tworzy radiowęzeł, szeroko rozpowszechniony w mniejszych miejscowościach. Charakterystyczne głośniki zamocowane na przydrożnych słupach to ważny element wiejskiego krajobrazu. Służą one komunikowaniu bieżących spraw dotyczących lokalnej społeczności, ale i ukulturalnianiu, bo informacje przeplatają się z muzyką. A jak to wygląda z mojej perspektywy? Do głowy przychodzą mi dwa obrazy: letnia sobota, otwarte okno i brutalne przebudzenie punkt 8:00, bo z głośnika popłynęła jakaś skoczna piosenka ludowa :); i powtarzający się rytuał w domu moich teściów – uruchamia się radiowęzeł, rzutkim krokiem przemierza pokój babcia (rzadziej mama), otwiera okno na oścież, uważnie wsłuchuje się we wszystkie informacje (z których ja prawie nic nie rozumiem ;)) i tylko komentuje pod nosem: „Co? Co? O której to będzie? Nie zrozumiałam” :).

Przyprawa nr 3:
Ręka w górę, kto wiedział, że Słowacja jako samodzielne państwo po raz pierwszy została powołana do istnienia w 1939 roku? Albo że na czele tego państwa stał ksiądz? I że Słowacy byli trzecim najeźdźcą Polski? A może wiedzieliście chociaż, że język słowacki skodyfikowano dopiero w XIX wieku? Nie? No właśnie :). Historia Słowacji jest pełna podobnych smaczków. Zwłaszcza, że tak długo była związana z dziejami Austrii czy Węgier (a jednak naród słowacki przetrwał te setki lat!). Wiemy w Polsce dużo o Rosji, uczymy się historii Niemiec, Czesi też są nam całkiem bliscy. A co wiemy o Słowacji? Ja wiem ciągle mało, więc na mojej półce stoi już „Historia Słowacji” L. Kościelaka :).

Przyprawa nr 4:
Każdy z Was pozna pewnie jakąś panią Jankę albo pana Karola z sąsiedztwa. Do mamy naszej sympatii, póki nie zostaje teściową (w moim domu zwaną Mamą bądź słowacką Mamą), też zwracamy się pewnie najczęściej „proszę pani” a przy bliższej zażyłości „pani Aniu”. Tymczasem na Słowacji wszyscy na wszystkich mówią… teta i ujo, czyli dosłownie: ciocia i wujek :). I tak pani Janka jest ciocią Janką, pan Karol wujkiem Karolem. Mama naszego chłopaka/dziewczyny też zostaje naszą ciocią ;). Nawet do opisu obcych ludzi (np. mijanych na ulicy) używa się tych określeń. Można więc powiedzieć np. o pijaku spotykanym regularnie w parku: „Ten wujek pije codziennie”; a do pani w sklepie zwrócić się słowami: „Ciociu, dostanę mleko?” Przyznam uczciwie, że do dziś nie posługuję się tymi określeniami w codziennym życiu :). Ale zawsze wywołują mój uśmiech :). Bo nagle wszyscy stają się sobie tacy sympatycznie bliscy ;).

Przyprawa nr 5:
M. już oficjalnie od ponad miesiąca jest panem doktorem. I… musi wymienić dowód osobisty :). Dlaczego? Bo na Słowacji tytuł naukowy jest elementem tożsamości. I musi być podany w dowodzie osobistym. W dokumentach też często znajduje się okienko „Tytuł”, bo Mgr. (tak, tak! Po skrócie „Mgr” pisanym wielką literą kropka :)!) Ján Kovač to nie to samo, co Ján Kovač. Niektórzy ludzie do tego stopnia postrzegają siebie przez pryzmat posiadanych tytułów, że… każą je wyryć nawet na swoich nagrobkach.

Przyprawa nr 6:
I ostatnia ciekawostka, chociaż jedna związana z kulinariami, skoro mowa o przyprawach: słowacki Tokaj. Nie, to nie pomyłka. Dla wielu Tokaj to wino wyłącznie węgierskie, tymczasem region, z którego pochodzi, obejmuje nie tylko północno-wschodnie Węgry, ale i południowo-wschodnią Słowację. Właściwie to niepotrzebnie ograniczyłam się tylko do Tokaju, bo na Słowacji znaleźć można aż sześć regionów winiarskich. I spory wybór interesujących win. Zatem jeśli macie w swoim otoczeniu jakiegoś smakosza – warto wyszukać mu w sklepie słowackie wino :).

Tyle na dziś. I co? Czy potrawę o wdzięcznej nazwie „Słowacja”, którą macie właśnie na talerzu, przyprawiłam choć szczyptą ciekawości?

Slovensko? Tatry… Smiešny jazyk… Termálne pramene… Bryndzové halušky…

K tomuto zoznamu by niektorí určite vedeli pridať ešte 2-3 body ako napr. pivo alebo Slovenský Raj, ale snáď to bude pravda ak poviem, že väčšina Poliakov si dáva moju druhú vlasť do súvisu iba s uvedenými vlastnosťami. V tej malej krajine však pulzuje oveľa viac farieb. Dnes Vám predstavím zopár (sotva všetky!) vybraných prísad, ktoré pošteklili moje podnebie a kvôli ktorým sa mi chuť Slovenska stala ešte zaujímavejšou a bohatšou.


Korenina č. 1:
Keď som ešte pred svadbou počula v televízii, ako český spevák Michal David spieva „Wszystko, czego dziś chcę”od Izabeli Trojanowskej po česky, neuvedomovala som si, že to je iba vrchol ľadovca :). Vtedy to bolo jednoducho milé, lebo je príjemné počuť v cudzej televízii známu melódiu, hoci s neznámym textom. Dnes už viem, že to nie je na Slovensku nič výnimočné, lebo počas môjho pobytu tam som počula po slovensky či česky takú klasiku ako „Małgośka” či „Okularnicy”, kedysi populárny hit Eweliny Flinty „Żałuję” a veľa, veľa zahraničných hitov, ako napríklad „Green, green grass of home” Toma Jonesa, „Somethin’ stupid”, ktoré sa snáď najviac preslávilo v interpretácii Franka a Nancy Sinatra či „Angel” od Kelly Family. Slováci jednoducho veľmi radi počúvajú známe piesne v ich rodnom jazyku :).

Korenina č. 2:
Miestny kolorit v tomto – napriek všetkému – vidieckom štáte tvorí dedinský rozhlas, veľmi rozšírený v menších sídlach. Charakteristické reproduktory pripevnené na prícestných stĺpoch sú dôležitým prvkom dedinskej krajiny. Slúžia na informovanie o aktuálnych záležitostiach, týkajúcich sa miestnej komunity, ale tiež na skultúrňovanie, lebo informácie sa striedajú s hudbou. A ako to vyzerá z mojej perspektívy? Na myseľ mi prichádzajú dva obrazy: letná sobota, otvorené okno a brutálne prebudenie presne o 8:00, pretože z reproduktora vychádza akási rezká ľudová pieseň :); a opakujúci sa rituál u svokrovcov: rozozvučí sa miestny rozhlas, starká prebehne rýchlym krokom cez izbu (zriedkavejšie mama), otvára okno  dokorán a pozorne načúva všetkým informáciám (z ktorých ja temer nič nerozumiem ;)) a len si tak popod nos komentuje: „Čo? Čo? O koľkej to bude? Nerozumela som” :).

Korenina č. 3:
Ruku hore, kto vedel, že Slovensko vzniklo ako samostatný štát po prvý raz v roku 1939? Alebo že na jeho čele vtedy stál kňaz? A že Slováci boli v poradí tretím útočníkom na Poľsko? Alebo viete aspoň, že slovenčina bola kodifikovaná až v 19. storočí? Nie? No práve :). Dejiny Slovenska sú plné podobných zaujímavostí. Zvlášť preto, že boli tak dlho spojené s dejinami Rakúska či Uhorska (a predsa ten slovenský národ pretrval tie stovky rokov!). V Poľsku vieme veľa o Rusku, učíme sa o histórii Nemecka, Česi sú nám tiež celkom blízki. A čo vieme o Slovensku? Ja viem stále málo, preto už na mojej poličke leží „Historia Słowacji” od L. Kościelaka :).

Korenina č. 4:
Každý z Vás určite pozná nejakú pani Janku alebo pána Karola z okolia. Mamu našej známosti, kým sa nestane svokrou (u nás je to Mama alebo slovenská Mama) tiež snáď najčastejšie oslovujeme „pani” a keď sme už zžitejší „pani Anna”. Na Slovensku sa však všetci oslovujú... teta a ujo, doslova :). A tak pani Janka je tetou Jankou, pán Karol ujom Karolom. Mama nášho chlapca/dievčaťa sa tiež stáva našou tetou ;). Dokonca aj pri opise cudzích ľudí (napr. okoloidúcich) sa používa tento zvrat. Napr. o opitkovi, ktorého pravidelne stretávame v parku môžeme povedať: „Ten ujo každý deň pije”, pani v obchode môžeme osloviť takto: „Teta, máte mlieko?”. Úprimne sa priznávam, že dodnes takéto oslovenia v každodennom živote nepoužívam :). Ale vždy to vyvolá môj úsmev :). Lebo náhle sa všetci stávajú navzájom takí sympaticky blízki ;).

Korenina č. 5:
M. je už viac ako mesiac oficiálne pán doktor. A... mal by si vymeniť občiansky preukaz :). Prečo? Pretože na Slovensku je akademický titul prvkom identity. A mal by byť uvedený v občianskom preukaze. V dokumentoch sa tiež často objavuje kolónka „titul”, pretože Mgr. Ján Kováč nie je to isté ako Ján Kováč. Niektorí ľudia sami seba vidia cez prizmu svojich titulov natoľko, že...si ich dokonca dávajú vyryť na náhrobný kameň.

Korenina č. 6:
A poslednou zaujímavosťou, aspoň jednou kulinárnou, keď už hovoríme o koreninách, je: slovenský Tokaj. Nie, to nie je omyl. Pre mnohých je Tokaj výlučne maďarským vínom, avšak región, z ktorého pochádza, sa nenachádza len v severovýchodnom Maďarsku, ale tiež na juhovýchodnom Slovensku. Koniec koncov, netreba sa obmedzovať iba Tokajom, pretože na Slovensku môžete nájsť až šesť vinohradníckych regiónov. A veľký výber zaujímavých vín. A tak ak máte vo svojom okolí nejakého labužníka, oplatí sa preňho vyhľadať v obchode slovenské víno :).

Toľko na dnes. Čo vravíte? Okorenila som jedlo s vďačným názvom „Slovensko”, ktoré máte práve pred sebou na tanieri tak, aby bolo aspoň štipku zaujímavejšie?

czwartek, 8 sierpnia 2013

Wyładowania elektryczne / Elektrické výboje

Sierpień. To w tym miesiącu 4 lata temu poznałam mężczyznę mojego życia. Choć wtedy było mu do tego określenia bardzo, baaardzo daleko :). Pomyślałam, że skoro spotykamy się na tym blogu już od paru miesięcy, ja i wy, warto się bliżej przedstawić. Poza tym historia mojej miłości to taka historia, która nie zdarza się codziennie (choć kto tak nie myśli o snutej przez siebie opowieści? :)). Lubię do niej wracać. Wciąż jeszcze od czasu do czasu łudzę się myślą, że znajdę w niej coś, co da się jakoś logicznie wytłumaczyć, że wyciągnę z niej jakąś sensowną nitkę, która doprowadziła mnie i M. od tego pierwszego spotkania do miejsca, w którym znajdujemy się teraz, ale nic z tego. Ciągle jest tak samo nieprawdopodobnie, ciągle jest tak samo nieklasycznie, ciągle widzę tu po prostu palec Boży.
Ale od początku. Sierpień 2009 roku, Colle don Bosco, Włochy. Radość, przygoda, poznawanie – Confronto, czyli międzynarodowe spotkanie animatorów salezjańskich. Ponad 300 fantastycznych osób, których łączyło jedno – święty Jan Bosko. I wśród tej kolorowej chmary ja, wyróżniona, bo jako jedna z kilkunastu osób z całej Europy wybrana do prowadzenia grupy. A w tej grupie Kanadyjka, Hiszpanie, Słoweńcy i Słowacy. Pierwsze spotkanie? Gdzieś na placu, w jakimś kącie, sprawdzałam obecność swoich uczestników. M. H.? Jest. Chłopiec :). Zupełnie zwyczajny, niewyróżniający się chłopak, początkowo myślałam, że młodszy ode mnie. Pasował do moich stereotypowych wyobrażeń o Słowakach :). Czy wywarł na mnie jakieś szczególne wrażenie? Najmniejsze :). Zwłaszcza, że nagle… pojawił się ten drugi, wygadany, zabójczo przystojny, z bardziej tajemniczego kraju niż Słowacja, na której byłam już wcześniej tyle razy :). M. wtopił się w tłum. Żadnych szans na miłość od pierwszego wejrzenia. Żadnego płomyka, iskierki, absolutnie nic w czasie trwania Confronto. Parę wyjątkowych momentów, szczerych rozmów, wspólna nieplanowana modlitwa, ale wtedy jeszcze nie przypisywałam im nic, czego nie można by zmieścić w pojęciu „sympatyczne koleżeństwo”. I tak, w duchu tego „sympatycznego koleżeństwa”, wymieniliśmy się adresami i wróciliśmy każde do swojego świata. Zaraz po tym M. wyjeżdżał na wakacje z rodziną, a ja… kontynuowałam przyjaźń z konkurencją ;). Byłam dziewczyną, otwartą na przygody, chętną do podróżowania, poznawania ludzi i świata i kompletnie nieprzygotowaną na to, co miało nadejść :). A tu nagle M. po powrocie z wakacji się odezwał. No ok, odezwał się, to się odezwał, możemy pogadać, czemu nie. I znów napisał. W końcu nie wypada zostawić go bez odpowiedzi, odpisałam i ja. Skype? Proszę bardzo, poćwiczę angielski. W międzyczasie jednak zdążyłam odwiedzić innego znajomego za granicą, przeżyć mały zawód, być na paru randkach. Za to z M. od słowa do słowa zaprzyjaźniliśmy się. Nasz kontakt stał się codziennością. Ani nie wyjątkową, ani nie powszednią – M. przestał już być kimś przypadkowym w moim życiu, ale też nie był kimś, bez kogo nie mogłabym się obejść. Tyle że te nasze rozmowy były takie… fajne :). Przez okienko skype’a poznałam całą rodzinę M., widziałam go w takich codziennych sytuacjach, słyszałam odgłosy życia rodzinnego; było prawie tak, jakbym tam była. I nagle, podstępnie i nieplanowanie, przeskoczyła iskra… Dziś śmieję się, że M. uwiódł mnie słowem. Tym swoim cierpliwym podtrzymywaniem ze mną kontaktu sprawił, że już nie mogłam się bez tego obejść. Do tego stopnia, że gdy w święta Bożego Narodzenia wysiadł mi internet, zadzwoniłam z życzeniami. Gdy raz się pokłóciliśmy i był moment, że nie chciałam M. znać, jeden znajomy powiedział: „Zastanów się, czy nie będziesz żałować”. Kurczę. Żałowałabym. Tylko co teraz? Spotkać się. Spotkać się?! Ale jak? Co powiem w domu? „Mamo, jadę na Słowację sprawdzić, czy podoba mi się jeden kolega?” ;) I z mojej strony twardy warunek: nie przyjadę do niego pierwsza. To on musi zrobić pierwszy krok. Tyle że jak tu zrobić ten pierwszy krok, jak się nie ma zielonego pojęcia, co czeka za zakrętem? Jak się nie wie, czego chce, a jedyne, co się wie na pewno, to że żaden międzynarodowy związek na odległość nie wchodzi w grę? Ten nasz „taniec” wątpliwości trwał aż do stycznia. I decyzja. M. ją podjął. Przyjechał. W najzimniejszy weekend tamtej zimy, -25 stopni. Przyjaciele odradzali, rodzina przeżywała daleką, niebezpieczną podróż, a ja nie wiedziałam, co mam myśleć. O 2 w nocy stanął przed moim blokiem; chwilę wcześniej pomylił drogę i stanął pod blokiem na sąsiednim osiedlu. Jak go zobaczyłam, to nie mogłam uwierzyć własnym oczom. A potem strasznie długo się śmiałam, nie panując nad własnym zakłopotaniem :). Przede wszystkim było mi… dziwnie. Bo słowo przybrało namacalną postać, a po pół roku samych słów niełatwo oswoić się z tak odmienną rzeczywistością. Ale gdy w końcu przełamaliśmy barierę tej pierwszej chwili i przytuliłam się do M. na przywitanie… już w tych ramionach zostałam. Po dzień dzisiejszy :). Choć tamten weekend był pełen sprzecznych uczuć. Zaszliśmy za daleko, nie umieliśmy zawrócić, a tak bardzo chcieliśmy zmienić kierunek. Słowak??? Niech mi wszystkie Słowaczki wybaczą, ale nie, to nie było w ogóle wymarzone i wyczekane :). Wyobrażałam sobie moje życie zupełnie inaczej. Tyle że człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Walczyliśmy dzielnie, przegraliśmy :). Jeszcze na chwilę przed powrotem M. do domu nie mieliśmy pojęcia, co dalej, ale już na drugi dzień po jego powrocie do domu sprawa była przesądzona. Zostałam zaproszona na bal, na który już od paru tygodni nie było biletów. I 2 tygodnie później pojechałam na Słowację. Wprawdzie przy tym kolejnym spotkaniu po długiej stresującej podróży pierwsze, co pomyślałam na widok M., to: „O rety, co za brzydal! Co ja tu robię!” ;) Ale to już historia… :) Jak się to skończyło, każdy widzi. Spotkałam najcudowniejszego, najmądrzejszego i najpiękniejszego mężczyznę na ziemi, i nie przegapiłam okazji.


August. To v tomto mesiaci pred 4 rokmi som spoznala muža svojho života. Hoci vtedy som mala veľmi, preveľmi ďaleko od toho, aby som ho tak označila :). Pomyslela som si, že keď sa už na tomto blogu zopár mesiacov spolu stretávame, stálo by za to sa bližšie predstaviť. Okrem toho, príbeh mojej lásky je príbehom, ktorý sa nestáva každodenne (hoci, kto si niečo také nemyslí o príbehu, ktorý rozpráva? :)). Rada sa k nemu vraciam. Ešte vždy sa občas klamem myšlienkou, že v ňom nájdem niečo, čo sa dá akosi logicky vysvetliť, nejakú rozumnú niť, ktorá mňa a M. nasmerovala od toho prvého stretnutia k miestu, kde sa teraz nachádzame, ale nič. Stále je to tak isto nepravdepodobné, stále tak isto neklasické, stále tu proste vidím prst Boží.
Ale od začiatku. August 2009, Colle don Bosco, Taliansko. Radosť, dobrodružstvo, poznávanie – Confronto, čiže medzinárodné stretnutie saleziánskych animátorov. Viac ako 300 fantastických osôb, ktoré spájalo jedno – sv. Ján Bosco. A v tej farebnej mase ja, poctená, lebo ako jednu z niekoľkých osôb z celej Európy ma vybrali za vedúcu skupiny. A v tej skupine bola Kanaďanka, Španieli, Slovinci a Slováci. Prvé stretnutie? Kdesi na nádvorí, v akomsi kútiku som kontrolovala prítomnosť členov svojej skupiny. M. H.? Je. Chlapec :). Úplne obyčajný, ničím zvláštny chlapec, najprv som si myslela, že mladší odo mňa. Sedeli naňho moje stereotypné predstavy o Slovákoch :). Či na mňa spravil nejaký dojem? Ani najmenší :). Zvlášť, že náhle... sa objavil ten druhý, ukecaný, šialene krásny, zo štátu tajomnejšieho ako Slovensko, na ktorom som už predtým bola toľkokrát :). M. sa utopil v dave. Žiadna šanca na lásku na prvý pohľad. Žiadny plamienok, iskrička, absolútne nič počas Confronta. Pár výnimočných momentov, úprimných rozhovorov, spoločná neplánovaná modlitba, ale vtedy som tomu ešte nepripisovala nič, čo by sa nezmestil pod priečinok „sympatického kamarátstva”. A tak, v duchu toho „sympatického priateľstva”, sme si vymenili adresy a vrátili sa do svojich svetov. Hneď po tom M. vycestoval na dovolenku s rodinou, a ja... som pokračovala v priateľstve s konkurenciou ;). Bola som dievčaťom, otvoreným k dobrodružstvu, s chuťou cestovať, poznávať ľudí a svet a totálne nepripraveným na to, čo sa malo stať :). A tu sa náhle ozval M. po návrate z dovolenky. No ok, tak sa ozval, môžeme pokecať, prečo nie? A napísal znova. Odpísala som, predsa sa nesluší nechať ho bez odpovede. Skype? Prosím, precvičím si angličtinu. Medzičasom som však stihla navštíviť iného známeho v zahraničí, prežiť malé sklamanie, byť na niekoľkých rande. Zato s M. sme sa doslova spriatelili. Náš kontakt sa stal každodenným. Ani výnimočným, ani všedným – M. už prestal byť v mojom živote niekým náhodným, ale nebol tiež niekým, bez koho by som sa nezaobišla. Akurát, že tie naše rozhovory boli také... fajn :). Cez skype som spoznala celú rodinu M., videla som ho v takých každodenných situáciách, počula som zvuky rodinného života; takmer akoby som tam bola. A náhle, potmehúdsky a nečakane, preskočila iskra... Dnes sa smejem, že M. ma zviedol slovami. Tým svojim trpezlivým udržiavaním kontaktu so mnou spôsobil, že som sa už bez toho nemohla obísť. Až natoľko, že keď nám na Vianoce vypadol internet, zatelefonovala som s vinšom. Keď sme sa raz pohádali a stalo sa, že som už M. nechcela vidieť, jeden známy mi povedal: „Zamysli sa, či to nebudeš ľutovať”. Dokelu, fakt by som ľutovala. No, ale čo teraz? Stretnúť sa. Stretnúť sa?! Ale ako? Čo poviem doma? „Mama, idem na Slovensko zistiť, či sa mi páči jeden kamarát”?! ;) Z mojej strany tvrdá podmienka: neprídem k nemu prvá. To on musí urobiť prvý krok. Lenže ako robiť prvý krok, keď človek nemá poňatie, čo čaká za rohom? Keď nevie, čo chce, a vie jedine to, že žiadny medzinárodný vzťah na diaľku neprichádza do úvahy? Ten tanec našich „pochybností” trval až do januára. A potom rozhodnutie. Spravil ho M. Prišiel. Bol najchladnejší víkend tej zimy, -25 stupňov. Priatelia ho odrádzali, rodina ťažko prežívala ďalekú, nebezpečnú cestu, a ja som nevedela, čo si mám myslieť. O druhej v noci stál pred mojim vchodom; chvíľu predtým si pomýlil cestu a zastal pred domom na susednom sídlisku. Keď som ho zbadala, nemohla som uveriť vlastným očiam. A potom som sa strašne dlho smiala, nedokázala som ovládnuť svoje rozpaky :). Predovšetkým mi bolo... divne. Pretože slovo na seba vzalo hmatateľnú podobu a po polroku samých slov nebolo ľahké osvojiť si tak odlišnú skutočnosť. Ale keď sme napokon prelomili bariéru tej prvej chvíle a pritúlila som sa k M. na privítanie... už som v tých ramenách zostala. Dodnes :). Hoci ten víkend bol plný protichodných pocitov. Zašli sme priďaleko, nedokázali sme sa vrátiť, hoci sme tak veľmi chceli zmeniť smer. Slovák??? Nech mi všetky Slovenky odpustia, ale nie, to vôbec nesedelo s mojimi snami a očakávaniami :). Svoj život som si predstavovala úplne inak. Akurát že človek mieni, Pán Boh mení. Bojovali sme statočne, no prehrali sme :). Ešte chvíľu pred návratom M. domov sme nemali poňatie, čo bude ďalej, ale už na druhý deň po jeho návrate bolo vo veci jasno. Bola som pozvaná na ples, na ktorý už niekoľko týždňov neboli lístky. A o 2 týždne neskôr som prišla na Slovensko. V skutočnosti som si pri tom ďalšom stretnutí po dlhej a stresujúcej ceste ako prvé pri pohľade naňho pomyslela: „Ach nie, aký je škaredý! Čo tu robím!” ;) Ale to je už história... :) Každý môže vidieť, ako sa to skončilo. Stretla som najúžasnejšieho, najmúdrejšieho a najkrajšieho muža na svete, a neprepásla som priležitosť. 

niedziela, 28 lipca 2013

No to fajnie :) / Je to fajn :)

Niedawno przyśniło mi się spotkanie „po latach” mojej klasy z liceum. Wprawdzie żadne takie wydarzenie nie miało nigdy miejsca, niemniej jednak wiadomo, jak to jest ze snami, rządzą się swoimi prawami. I tak oto w moim śnie pojawiły się obrazy kilkorga z moich dawnych znajomych, parę zwariowanych rozmów miało miejsce, na koniec wreszcie – jak przystało na porządny sen – wystąpił element fantastyczny (coś w stylu ciemnych opuszczonych korytarzy pełnych nietoperzy, strug deszczu, wielogodzinnego powrotu do domu etc. ;)). Ktoś może powiedzieć: sen jak sen; ale nie sen jest tu kluczowy, a myśl, z którą się obudziłam.
Otworzyłam oczy z myślą „jejku, jak bardzo by mnie ci ludzie nie poznali!” Ja zresztą też wielu z nich bym nie poznała. I bynajmniej nie chodzi mi tu o inny kolor włosów :). Te kilka lat od czasu ukończenia szkoły jest dla mnie jak wieczność.  Mogłabym się tu rozpisywać o dorastaniu, przeprowadzkach, studiach itd. itp. To wszystko miało na mnie wpływ, z pewnością. Ale prawdziwym przełomem okazało się spotkanie M. A może nawet nie tyle sam początek naszej znajomości, co małżeństwo. Drugim takim momentem było urodzenie córki.
Ale po kolei. Nie chcę posługiwać się w tym poście banałami typu: człowiek uczy się przez całe życie. Nie chcę powtarzać wyświechtanych frazesów, nie chcę sprowokować czytelnika do ziewania ;).
Chcę napisać o sobie, chcę podzielić się własnym doświadczeniem, chcę dać w jakiś sposób wyraz wdzięczności i zadziwieniu, które towarzyszy mi, gdy patrzę na swoje obecne życie.
…Bo to życie mam fajne :). Mam fajnego męża, fajną córkę i ja też już bywam fajna, co nie zawsze było dla mnie takie oczywiste :). Bycie kochanym nie jest warunkiem do szczęścia niezbędnym, ale w moim przypadku okazało się kołem napędowym zmian. M. popchnął mnie ku ścieżce prowadzącej do polubienia siebie. Co dobre, nie ciągnie mnie jednak po niej za rękę. Idę sama. I tak odkrywam nagle, ile rzeczy robię naprawdę dobrze, nad iloma rzeczami mogę pracować, by je w sobie poprawić, a z iloma mniej udanymi mogę żyć zamiast widzieć w nich koniec świata. Uśmiecham się. Bo lubię siebie. Bo wiem, że można mnie lubić. Zajęło mi to trochę czasu, ale ta praca nad sobą, którą musiałam wykonać i stale wykonuję, to przyjemna sprawa, bo przynosi fantastyczny rezultat. I chociaż, jak wspomniałam, mam fajnego męża i fajną córkę, można mnie lubić dla mnie samej :). Dobrze jest nie stać w miejscu, dobrze jest nie iść wstecz. „Dokopałam” się w sobie do fajnej kobiety; nie idealnej, ale z potencjałem :). I ten potencjał rozwijam. Czasem z lepszym, czasem z gorszym skutkiem, ale idę do przodu. Sięgam po swoje talenty, rozwijam umiejętności, odkrywam nowe zdolności. Staram się „ogon” przeszłości zostawić za sobą. To ja wybieram, to ja decyduję. I czuję się szczęśliwa. To nie jest stan permanentnego uśmiechu na gębie, bez przesady. Czasem się smucę, czasem płaczę, czasem wściekam. Ale dobrze mi ze sobą, z moim życiem. Mam w sobie tyle pozytywnych rzeczy. I dziś widzę to już nie tylko w oczach M., w oczach mojej córki, ale i we własnych.

A jeśli teraz jest już tak fajnie, to co będzie, gdy poprawię to, co jeszcze jest do poprawienia? ;)


Nedávno sa mi snívalo o stretnutí mojej gymnaziálnej triedy „po rokoch”. V skutočnosti sa nikdy nič také nestalo, tak či tak je však jasné, ako to býva so snami, že sa riadia svojimi vlastnými zákonmi. No a tak sa v tom mojom sne objavilo niekoľko mojich starých známych, odohralo sa niekoľko šibnutých rozhovorov a nakoniec, ako sa na poriadny sen patrí, dostavil sa aj prvok fantastiky (niečo na štýl temných opustených chodieb plných netopierov, prívalov dažďa, niekoľkohodinového návratu domov atď. ;)). Niekto by mohol povedať: sen ako sen; nejde mi však o sen, ale o myšlienku, s ktorou som sa zobudila.
Otvorila som oči s myšlienkou „ajaj, ako by ma teraz tí ľudia nespoznali!” Ja by som koniec koncov tiež veľa z nich nespoznala. A v žiadnom prípade mi nejde o inú farbu vlasov :). Tých niekoľko rokov odo dňa ukončenia školy je pre mňa ako večnosť. Mohla by som sa tu rozpísať o dorastaní, sťahovaniach, štúdiach a pod. To všetko malo na mňa bezpochyby vplyv. Ale skutočným prelomom sa ukázalo stretnutie s M. A možno nie natoľko samotný začiatok našej známosti ako manželstvo. Druhým takým momentom bolo narodenie dcérky.
Ale po poradí. Nechcem si v tomto príspevku pomáhať banalitami typu: človek sa učí po celý život. Nechcem opakovať  ošúchané frázy, nechcem čitateľa vyprovokovať k zívaniu ;).
Chcem napísať o sebe, chcem sa podeliť o vlastnú skúsenosť, chcem nejakým spôsobom vyjadriť vďačnosť i údiv, ktoré sprevádzajú môj pohľad na terajší život.
…Lebo ten život je fajn :). Mám fajn manžela, fajn dcérku, a ja už tiež bývam fajn, čo nebolo pre mňa vždy také samozrejmé :). Byť milovaný nie je nevyhnutnou podmienkou šťastia, ale v mojom prípade sa to ukázalo byť hnacím motorom zmien. M. ma nasmeroval na cestu k tomu, aby som sa mala rada. Je tiež dobré, že ma po nej nevodí za ruku. Idem sama. A v tom náhle odkrývam, koľko vecí robím skutočne dobre, na koľkých veciach môžem pracovať, aby som sa v nich zlepšila a s koľkými menej vydarenými môžem žiť a nevidieť v nich koniec sveta. Usmievam sa. Pretože sa mám rada. Pretože viem, že ma aj iní môžu mať radi. Chvíľu mi to trvalo, ale tá práca na sebe, ktorú som musela vykonať a stále ju vykonávam, je príjemná, lebo prináša fantastický výsledok. A hoci, ako som už spomenula, mám fajn manžela a fajn dcérku, je možné mať ma rád kvôli mne samotnej :). Je dobré nestáť na mieste, je dobré neísť dozadu. „Narazila” som v sebe na fajn ženu; nie ideálnu, ale s potenciálom :). A ten potenciál rozvíjam. Niekedy s lepším a niekedy s horším výsledkom, ale idem vpred. Siaham po svojich talentoch, rozvíjam svoje schopnosti, odkrývam nové danosti. Snažím sa nechať tiene svojej minulosti za sebou. To ja si vyberám, ja rozhodujem. A cítim sa šťastne. Nie je to stav permanentného úsmevu na perách, to zas nie. Niekedy je mi smutno, niekedy plačem, niekedy zúrim. Ale je mi dobre so sebou, so svojim životom. Mám v sebe toľko pozitívnych vecí. A dnes to už nevidím iba v očiach M. a v očiach mojej dcérky, ale aj vo vlastných.

A ak sa už teraz cítim tak fajn, čo to bude, keď napravím to, čo ešte treba zlepšiť? ;)