niedziela, 29 czerwca 2014

Trudne pytanie / Ťažká otázka

Zanim zasiadłam do pisania tego posta, zadałam sobie trudne pytanie: co podoba mi się w Słowacji/Słowakach najbardziej? Niby odpowiedź na nie nie powinna nastręczać tak wielu kłopotów, bo przecież tych pozytywnych rzeczy umiem wymienić całkiem sporo, ale po pierwsze: trudno się zdecydować na to „naj”, a po drugie: przyznaję, jestem Polką dumną z własnej polskości, nie tak łatwo jest znaleźć coś, co przebije też moje polskie doświadczenia.
W decyzji pomógł mi ślub kuzynki M., na którym bawiliśmy się w minioną sobotę, a dokładniej jedno wydarzenie, które do dziś mam przed oczami. Otóż miałam przyjemność uczestniczyć w najpiękniejszej ceremonii oczepin, jaką dotychczas widziałam nie tylko na Słowacji, ale i w Polsce. Zanim jednak napiszę, co było w niej takiego szczególnego, wyjaśnię krótko, jak to wygląda w Polsce. Pannie młodej zdejmuje się welon, pan młody ściąga muszkę, zasłania się im oczy. Wokół niej ustawiają się w kole panny, wokół niego – kawalerzy, tańcząc w rytm muzyki. Gdy muzyka się kończy, panna młoda wręcza swój welon jednej z panien, a pan młody swoją muszkę jednemu z kawalerów. Ot, teraz ich kolej, by wyjść za mąż/ożenić się. Jest wesoło, może trochę refleksyjnie, ale nie ma tu magii.
A jak wyglądała wspomniana słowacka ceremonia? Około północy przyciemniono światła, po czym na salę wszedł osobliwy pochód. Najpierw pan młody ubrany w strój ludowy w otoczeniu dwóch ludowych akordeonistów, następnie panna młoda w zielonym wianku na głowie, ubrana w tradycyjną suknię ludową, otoczona przez orszak złożony z żon i panien, niosących w ręku zapalone świece i śpiewających smutne pieśni o pożegnaniu z rodzicami i czasem beztroski i zabawy. Potem para młoda usiadła obok siebie na krzesłach, a towarzyszący im ludzie kontynuowali śpiew. Te proste, silne głosy trafiały do serc wszystkich obecnych na sali, pozwalały się na chwilę zatrzymać, zastanowić nad swoją przeszłością, zamyślić nad przyszłością… Gdy słowa pieśni wybrzmiały do końca, nastąpił moment typowy dla słowackich oczepin – przy pannie młodej pojawił się szwarny młodzieniec z siekierką w dłoni i zapytał: „Ej dievčina, dievčina, pýtam sa ťa ja po prvýkrát: Chceš vienok sňať alebo hlávku sťať?“ (czyli: Dziewczyno, dziewczyno, pytam po raz pierwszy: Chcesz oddać wianek, czy stracić głowę?). Słowacka panna młoda oczywiście odpowiada w takiej chwili przekornie, że woli, by ją ścięto ;), ale za trzecim razem dobrowolnie godzi się na oddanie wianka. Tak było i tym razem. Po czym jedna z dwóch starszych kobiet zdjęła pannie młodej zielony wianek, a na jego miejsce nałożyła zdobny czepiec, w pasie zaś przewiązała jej wyszywany fartuch. Ponownie rozległ się dźwięk podniosłej pieśni. Obrzęd przejścia został zakończony – panna młoda z panienki stała się panią, z dziewczyny żoną. Potem jeszcze nastąpił radosny taniec młodej pary, następnie przed młodymi zatańczyły też i zaśpiewały panny z orszaku, na koniec zaś cały pochód uroczyście wyprowadził młodą parę z sali „do sypialni”, śpiewając pieśń o „małym Janku, którego oboje chcą” :)…
Rozpisałam się. Szkoda, że nie mogliście w tym uczestniczyć. Ale jak zatem brzmi odpowiedź na to trudne pytanie, które sobie postawiłam? Najbardziej zachwyca mnie na Słowacji życie tradycją. Ze względu na historię słowackiego narodu, bardzo wyraźnie jest tu zarysowane zróżnicowanie regionalne, a każdy region ma odrębny strój ludowy, muzykę, tańce. Ludzie nie odcinają się od tych tradycji, lecz przeciwnie – kultywują je. Można tu spotkać mnóstwo festiwali folklorystycznych, na śluby chętnie zaprasza się kapele ludowe, oczepiny są organizowane w opisany przeze mnie, tradycyjny sposób. W jednym ze starszych postów wspominałam też o pieśniach ludowych – są tu żywe, znane, śpiewane. Ludzie chętnie się przy nich bawią, opowiadają przez nie stare prawdy, aktualne w czasach naszych dziadów i pradziadów, aktualne i dzisiaj. Powrót do korzeni, do źródeł nie jest tu czymś zabawnym, przebrzmiałym czy lekko egzotycznym, jak może nieraz postrzega się to w wielkich polskich miastach. Nie jest też wyłącznie domeną ludzi starych. Jest łącznikiem z przeszłością, symbolem ciągłości historii, zaakceptowaniem swojej słowackiej tożsamości, wywodzącej się z ziemi. Piękne.

I my mieliśmy przyjemność przymierzyć tradycyjny strój ludowy. Tu w kroju z Detvy.
Aj my sme mali to šťastie a vyskúšali sme si tradičný ľudový kroj.
Tu sme v detvianskom kroji.

Pred tým, ako som si sadla a začala písať tento príspevok, položila som si ťažkú otázku: čo sa mi najviac páči na Slovensku/Slovákoch? Odpoveď na ňu by možno nemala spôsobiť veľa problémov, veď tých pozitívnych vecí dokážem vymenovať dosť veľa, ale po prvé: je ťažké vybrať si to „naj”, a po druhé: priznám sa, že som Poľka hrdá na svoju vlastnú poľskosť a nie je pre mňa ľahké nájsť niečo, čo by predčilo moje poľské skúsenosti. Pri rozhodovaní mi pomohla svadba sesternice M. na ktorej sme sa zabávali minulú sobotu, a konkrétne jeden zážitok, ktorý mám dodnes pred očami. Mala som totiž to potešenie zúčastniť sa najkrajšieho obradu začepčenia, aký som doteraz videla, a to nielen na Slovensku, ale i v Poľsku. Kým však prejdem k tomu, čo na ňom bolo také výnimočné, v krátkosti objasním, ako to vyzerá v Poľsku. Neveste sa odníme závoj, ženíchovi motýlik, zakryjú sa im oči. Okolo nevesty sa postavia slečny, okolo ženícha mládenci a tancujú do rytmu hudby. Keď hudba utíchne, nevesta dáva svoj závoj do rúk jednej slečny a ženích svoj motýlik jednému z mládencov. Nuž a teraz sú oni na rade, aby sa vydali a oženili. Je to veselé, možno trochu hĺbavé, ale mágia v tom nie je.
A ako vyzeral spomínaný slovenský obrad? Okolo polnoci sa spravilo v sále prítmie a doň vošiel výnimočný sprievod. Najprv ženích, oblečený do ľudového kroja, sprevádzaný dvomi ľudovými harmonikármi, po ňom nevesta so zeleným vienkom na hlave, oblečená do tradičných ľudových šiat, obkolesená zástupom vydatých žien a dievčat so zapálenými sviečkami v rukách, ktoré spievali smutné piesne o rozlúčke s rodičmi a s obdobím bezstarostnosti a zábavy. Potom mladý pár zasadol vedľa seba na stoličkách a sprevádzajúci pokračovali v speve. Tie prosté, mocné hlasy smerovali do sŕdc všetkých prítomných v miestnosti, dovolili na chvíľu sa zastaviť, premýšľať nad svojou minulosťou, zamyslieť sa nad budúcnosťou... Keď slová piesní dozneli do konca, nadišiel typický moment slovenského začepčenia – pri neveste sa objavil švárny mládenec so sekerkou v ruke a spýtal sa: „Ej dievčina, dievčina, pýtam sa ťa ja po prvýkrát: Chceš vienok sňať alebo hlávku sťať?“. Slovenská nevesta samozrejme v tomto momente nesúhlasí a odpovedá, že chce, aby ju sťali ;), ale po treťom zopakovaní dobrovoľne odovzdáva vienok. Tak to bolo i tentokrát. Následne jedna z dvoch starších žien odňala neveste zelený vienok a na jeho miesto dala ozdobný čepiec, na pás jej uviazala vyšívanú zásteru. Opäť sa rozľahol zvuk vznešenej piesne. Obrad prechodu sa skončil – nevesta sa stala zo slečny paňou, z dievčaťa ženou. Potom ešte nasledoval radostný tanec mladomanželov, po ňom pred nimi zatancovali a zaspievali dievčatá zo sprievodu a na koniec celý zástup vyprevadil mladých zo sály do „spálne”, spievajúc pieseň o „malom Jankovi, ktorého obaja chcú” :)...
Rozpísala som sa. Škoda, že ste sa toho nemohli zúčastniť. Ale ako teda znie odpoveď na tú ťažkú otázku, ktorú som si položila? Najviac na Slovensku žasnem nad životom s tradíciou. Vzhľadom na históriu slovenského národa sú tu veľmi výrazne zreteľné regionálne rozdiely a každý región má svoj vlastný ľudový kroj, hudbu, tance. Ľudia sa neodťahujú od tých tradícií, skôr naopak – kultivujú ich. Môžete sa tu stretnúť s množstvom folklórnych festivalov, na svadby sú často pozývané ľudové kapely, začepčenie sa organizuje tak, ako som to opísala, tradične. V jednom zo starších príspevkov som tiež písala o ľudových piesňach – sú tu živé, známe, spievané. Ľudia sa pri nich radi zabávajú, rozprávajú v nich staré pravdy, aktuálne v časoch našich dedov i pradedov, aktuálne aj dnes. Návrat ku koreňom, k prameňom nie je niečim zábavným, zastaraným či mierne exotickým, ako je to možno neraz vnímané vo veľkých poľských mestách. Nie je tiež výlučne doménou starých ľudí. Spája s minulosťou, je symbolom kontinuity histórie, prijímaním svojej slovenskej identity, pochádzajúcej zo zeme. Krásne.



sobota, 31 maja 2014

Cztery miliony dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć / Štyrimiliónydeväťstodeväťdesiatdeväťtisícdeväťstodeväťdesiatdeväť

Jesteście ze mną od roku, trochę już mnie znacie. Dziś poznacie mnie odrobinę lepiej, bo w końcu nie da się tego bloga oddzielić od mojego życia. A w tym życiu właśnie kończę drugie studia. Dla tych, co nie wiedzą, studiuję wokalistykę jazzową. Wczoraj złożyłam w dziekanacie pracę licencjacką, za 2 tygodnie mam recital dyplomowy. Trudno mi myśleć o czymś innym niż akademia, skupić się na czymkolwiek niezwiązanym z moim dyplomem. I może powinnam powiedzieć: „całe szczęście, że tak jest”, bo właśnie to zainspirowało mnie do napisania dzisiejszego posta :).
Wiecie, jaki jest temat mojej pracy licencjackiej? „Izolacja polityczna Czechosłowacji a rozwój słowackiego jazzu”. Większość pewnie pomyśli: „O zgrozo!”, ale spokojnie, nie będę wdawać się w szczegóły :). Chcę napisać co innego. Chcę napisać, za co jestem wdzięczna mojemu mężowi, mojemu Słowakowi. Sami spójrzcie, nawet temat pracy licencjackiej mu zawdzięczam :).
Nie chcę tu pisać o rzeczach oczywistych, bo te widać jak na dłoni – kochający mąż, cudowna córka, znajomość ciekawego języka, dzięki temu nietypowa praca. Ale poślubienie Słowaka przyniosło jeszcze mnóstwo innych fajnych rzeczy, których przybywa z każdym dniem wspólnego życia. Z tych codziennych drobiazgów – dzięki M. mój świat poszerzył się o mnóstwo nowych książek (przykład: na 14 pozycji, które znalazły się w bibliografii do mojego licencjatu, 12 było po słowacku lub po angielsku, ale słowackiego autorstwa). Poznałam kilku świetnych muzyków słowackich (w tym jazzmani, o których pisałam – Peter Lipa, Laco Déczi, warto posłuchać :)). W naszej kuchni zdarzają się czasem typowo słowackie potrawy (pyszny makaron z twarogiem albo Bożonarodzeniowa kapustnica), dostajemy też od słowackich rodziców ichnie przysmaki (pikant, czyli taki sos paprykowy, kwaśna kapusta z kiełbasą). Na olimpiadach zdobywamy więcej medali (bo polsko-słowackie), mamy razem świetnych hokeistów (słowackich) i świetnych siatkarzy (polskich), a osobno każde z nas mogłoby kibicować tylko jednej z tych drużyn. Mamy w naszej polsko-słowackiej ojczyźnie i morze, i wysokie góry, i jeziora polodowcowe i gorące źródła.
Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać, ale to ciągle nie wszystko. Są też rzeczy zupełnie niewidoczne z zewnątrz, które jednak sama bardzo wyraźnie dostrzegam. Dzięki M. wiem, że świat nie kończy się na Polsce. Wiem, co dzieje się w polityce słowackiej, wiem co nieco o czeskiej. Mam w sobie taką ciekawość tego, co za miedzą. Mam w sobie też więcej empatii w stosunku do ludzi, którzy są nowi w moim środowisku, bo wiem z własnego doświadczenia, jak bardzo taki człowiek potrzebuje wsparcia i ciepłego przyjęcia. Staram się w mniejszym stopniu ulegać stereotypom, bo przecież większość tego, co mówi się na Słowacji o Polakach, a w Polsce o Słowakach, to nieprawda. Moja rodzina uczy się otwartości na nową kulturę, inny język (żebyście wiedzieli, jak moja mama dobrze rozumie język słowacki!). W głowie mam mnóstwo pomysłów, jak przybliżyć Polakom słowacką kulturę. Cieszę się, że polska tradycja staje się dla mnie bardziej zrozumiała, gdy opowiadam o niej na Słowacji. Łatwiej mi zdefiniować własną polskość. Może to ostatnie jest zresztą najciekawsze, bo spotkanie ze Słowakiem uczy mnie… bycia Polką. Szacunku dla mojego kraju, docenienia tego, co dobre, rozsądnego stosunku do tego, co jeszcze wymaga poprawy, świadomego istnienia – znajomości historii, tradycji…

Uff! Kto by pomyślał, że taki jeden Słowak w życiu Polki tyle może :). Gdyby ktoś chciał się przekonać na własnej skórze – niech się pospieszy! Jeśli Słowaków jest 5 milionów, to zostało już tylko 4 999 999! 


Ste so mnou už rok, trochu ma poznáte. Dnes ma spoznáte o trošku viac, lebo koniec koncov, tento blog nemožno oddeliť od môjho života. A v tom živote práve končím druhé štúdium. Pre tých, ktorí nevedia: študujem džezový spev. Včera som na dekanáte odovzdala bakalársku prácu, o dva týždne mám diplomový recitál. Ťažko sa mi premýšľa o niečom inom ako o akadémii, ťažko sa koncentruje na čokoľvek, čo nie je spojené s mojim štúdiom. A možno by som mala povedať: „našťastie to tak je”, lebo práve to ma inšpirovalo k dnešnému príspevku :).
Viete, aká je téma mojej bakalárskej práce? „Politická izolácia Československa a rozvoj slovenského džezu”. Väčšina si iste pomyslí: „Hrôza!”, ale nebojte sa, nebudem zachádzať do detailov :). Chcem napísať niečo iné. Chcem napísať, za čo som vďačná môjmu mužovi, môjmu Slovákovi. Sami vidíte, že mu vďačím ešte aj za tému svojej bakalárskej práce :).
Nechcem písať o samozrejmostiach, lebo tie sú viditeľné ako na dlani – milujúci manžel, čarovná dcérka, poznanie zaujímavého jazyka spojené s netypickou prácou. Ale manželstvo so Slovákom prinieslo ešte množstvo iných fajn vecí, ktoré pribúdajú každým dňom nášho spoločného života. K tým každodenným drobnostiam – vďaka M. sa môj svet rozšíril o množstvo nových knižiek (príklad: zo 14 titulov, ktoré sú uvedené v bibliografii mojej bakalárky, bolo 12 po slovensky alebo po anglicky, ale od slovenského autora). Spoznala som niekoľko vynikajúcich slovenských hudobníkov (v tom džezmenov, o ktorých som písala – Peter Lipa, Laco Déczi, treba si vypočuť :)). V našej kuchyni sa občas pritrafia typické slovenské jedlá (výborné slíže s tvarohom alebo vianočná kapustnica), dostávame tiež od slovenských rodičov ich chuťovky (pikant, čiže taká papriková omáčka, kyslá kapusta s klobásou). Na olympiádach získavame viac medailí (veď poľsko-slovenské), máme spolu skvelých hokejistov (slovenských) aj skvelých volejbalistov (poľských), pričom sami by sme mohli fandiť iba jednému tímu. Máme v našej poľsko-slovenskej vlasti aj more, aj vysoké hory, aj ľadovcové jazerá, aj horúce pramene.
Mohla by som takto ešte dlho vymenúvať, ale to stále nie je všetko. Sú tiež veci, ktoré zvonku vôbec nevidieť, ale ja sama ich veľmi výrazne vnímam. Vďaka M. viem, že svet sa nekončí v Poľsku. Viem, čo sa deje v slovenskej politike, aj čo-to o českej. Mám v sebe takú zvedavosť na to, čo je za hraničným kameňom. Mám v sebe tiež viac empatie vo vzťahu k ľuďom, ktorí sú noví v mojom prostredí, pretože viem z vlastnej skúsenosti, ako veľmi taký človek potrebuje podporu a srdečné prijatie. Snažím sa menej podliehať stereotypom, pretože väčšina toho, čo sa hovorí na Slovensku o Poliakoch a v Poľsku o Slovákoch je nepravda. Moja rodina sa učí otvorenosti voči novej kultúre, inému jazyku (keby ste vedeli, ako moja mama dobre rozumie slovenčine!). V hlave mám mnoho nápadov, ako priblížiť Poliakom slovenskú kultúru. Teším sa, že hlbšie rozumiem poľským tradíciam, keď o nich rozprávam na Slovensku. Je pre mňa ľahšie zadefinovať moju poľskosť. Tá ostatná vec je možno najzaujímavejšia, pretože stretnutie so Slovákom ma učí... byť Poľkou. Rešpektu voči mojej krajine, uznania pre to, čo je dobré, rozumného vzťahu voči tomu, čo ešte potrebuje vylepšiť, uvedomelosti – poznania dejín, tradície...

Uff! Kto by si bol pomyslel, čo dokáže taký jeden Slovák v živote Poľky :). Keby sa o tom chcel niekto presvedčiť na vlastnej koži, nech sa poponáhľa! Ak je Slovákov 5 miliónov, zostalo už len 4 999 999!

środa, 30 kwietnia 2014

Stan duszy / Stav duše

Nasza córka pytana po słowacku, jak się czuje, odpowiada: „Hamada!” Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego (w końcu niespełna półtoraroczne dzieci mówią przeróżne rzeczy), gdyby nie fakt, że „Hamada” to jej nazwisko. Śmiejemy się, że w przypadku małej „Hamada” to stan duszy, choć tak naprawdę całe zamieszanie wynika z tego, że po słowacku zwroty „jak się nazywasz” i „jak się masz” brzmią podobnie (ako sa voláš, ako sa máš).
Dlaczego o tym piszę? Bo MN. ma tak naprawdę bardzo niesłowackie nazwisko. Polak, przeczytawszy pierwszy akapit tego posta, pewnie niczego nie zauważy, Słowak może się zdziwić. Nasza córka przyszła na świat na Słowacji.  W kraju pań Kováčových, Novákových, Balážových, w kraju, w którym na lekcji historii młodzież uczy się o Margaret Thatcherovej, w gazecie można przeczytać o kolejnym medalu zdobytym przez Justynę Kowalczykovą, a po godzinach ludzie zaczytują się w książkach J.K. Rowlingovej. Tak, (prawie) wszystkie nazwiska żeńskie mają końcówkę „-ová”.
Początkowo brzmiało to dla mnie dość archaicznie :). W Polsce podobne sformułowania przestały być aktualne w drugiej połowie XX wieku, ale nawet w czasach, gdy obowiązywały, pozostawały raczej w sferze tradycji mówionej niż pisanej (poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że nie pisano tych końcówek w oficjalnych dokumentach). Co ciekawe kiedyś mieliśmy nawet rozróżnienie na „Nowakowa” (gdy kobieta zamężna) i „Nowakówna” (gdy panna). Dziś jednak taką odmianę nazwiska słyszę tylko z ust mojej babci, gdy mówi o swoich koleżankach (np. pani Duszakowa).
Gdy już oswoiłam się z brzmieniem nazwisk moich słowackich znajomych, przeszłam etap buntu ;) – do dziś zupełnie nie rozumiem i złości mnie, że w oficjalnym języku (w prasie, w telewizji) należy dodawać „-ová” do nazwiska każdej kobiety, niezależnie od jej narodowości. Najśmieszniejsze było to dla mnie, gdy oglądałam olimpiadę letnią i nie było szans rozróżnić (na słuch) narodowości danej zawodniczki, bo przykładowo w takim finale biegu na 100 m startowały: Shelly-Ann Fraserová-Pryceová, Carmelita Jeterová, Veronica Campbellová-Brownová, Tianna Madisonová, Allyson Felixová, Kelly-Ann Baptisteová, Murielle Ahouréová i Blessing Okagbareová ;) (dla jasności – reprezentantki kolejno: Jamajki, USA, Jamajki, USA, USA, Trynidadu i Tobago, Wybrzeża Kości Słoniowej, Nigerii ; Słowacji, mimo słowackich nazwisk, brak ;)).
Chciałabym, żebyśmy się dobrze zrozumieli – szanuję i lubię to, że Słowaczki mają takie, a nie inne nazwiska. Nie lubię tylko zmieniania nazwisk paniom, które ze Słowacją mają niewiele wspólnego :). Niemniej jednak po okresie buntu przyszedł czas coraz większej akceptacji i sympatii dla nazwisk z końcówką „-ová” :). Nie jest to dla mnie w najmniejszym stopniu powód do żartów, ale – zachwytu, zachwytu słowacką tradycją i przynależnością do mężczyzny, którą takie nazwisko w swej wymowie niesie (przyznaję, jestem w tym temacie kompletnie nienowoczesna, lubię być kobietą mojego mężczyzny :)). Długo zastanawiałam się, jakie nazwisko przyjąć po ślubie. Nie przyjęłam końcówki „-ová” ze względów pragmatycznych i pewnej potrzeby zaakcentowania mojej polskości, skoro miałam zamieszkać na Słowacji, ale wbrew pozorom decyzja ta nie była aż tak oczywista :).
A co z naszą córką? Przyjęła nasze nazwisko, bo poza krajami słowiańskimi raczej trudno byłoby zrozumieć, dlaczego nazywa się inaczej niż mama i tata. M., choć ze smutkiem, zgodził się natychmiast, bo nasz świat nie ogranicza się tylko do jednego państwa, o czym obydwoje bardzo dobrze wiemy. Ale nie obyło się bez trudności :). Bo chociaż ślub wzięliśmy w Polsce i w akcie ślubu w rubryce „Nazwisko dzieci” wyraźnie napisano: „Hamada”, słowacki urząd wydał nam potwierdzenie zawarcia za granicą małżeństwa w wersji „ulepszonej” – z nazwiskami dzieci: dla chłopca – Hamada, dla dziewczynki – Hamadová. Skończyło się na tym, że podczas gdy ja w szpitalu dochodziłam do siebie po porodzie, M. musiał wykonać rundkę po urzędach i zaliczyć kilka rozmów telefonicznych, żeby jednak postawić na swoim (naszym). Sprawę można było rozwiązać na dwa sposoby, jeden w moim odczuciu dziwny (w akcie urodzenia byłoby napisane „Hamadová”, ale we wszystkich innych dokumentach widniałoby „Hamada”), a jeden prostszy, choć w naszym przypadku nie do końca prawdziwy – nasza córka nie miałaby w dokumentach narodowości słowackiej. I tak oto MN. stała się dla słowackiego urzędu Polką bez „-ová”, mając 50% słowackiej krwi :). Na szczęście my wiemy, jak to z tą naszą małą Słowianką naprawdę jest. W końcu „Hamada” to stan duszy… ;)



Keď sa našej dcérky po slovensky pýtame ako sa má, odpovedá: „Hamada!” Nebolo by to vôbec nezvyčajné (koniec koncov, jedenapolročné deti hovoria prerôzne veci), keby nie to, že „Hamada” je jej priezvisko. Smejeme sa, že v prípade malej je „Hamada” stav duše, hoci v skutočnosti celá situácia vzniká preto, lebo slovenské zvraty „ako sa voláš” a „ako sa máš” znejú podobne.
Prečo o tom píšem? Lebo MN. má v skutočnosti veľmi neslovenské priezvisko. Poliak si po prečítaní prvého odstavca tohto postu zrejme nič nevšimne, Slováka môže prekvapiť. Naša dcérka prišla na svet na Slovensku. V krajine paní Kováčových, Novákových, Balážových, v krajine, v ktorej sa na hodine dejepisu mládež učí o Margaret Thatcherovej, v novinách si môžete prečítať o ďalšej medaile Justyny Kowalczykovej a ľudia sa vo voľnom čase ponárajú do knižiek J.K. Rowlingovej. Áno, (skoro) všetky ženské priezviská majú koncovku „-ová”.
Na začiatku mi to znelo dosť archaicky :). V Poľsku prestali byť podobné tvary aktuálne v druhej polovice 20. storočia, ale aj v časoch, keď boli používané, zostávali skôr v sfére hovoreného jazyka a nie v písanej forme (opravte ma, ak sa mýlim, ale zdá sa mi, že tie koncovky sa nepísali do oficiálnych dokumentov). Zaujímavé je, že kedysi sme mali tiež rozdiel medzi formami „Nowakowa” (vydatá žena) a „Nowakówna” (čítaj Novakuvna, keď išlo o slečnu). Dnes však túto koncovku počúvam iba z úst mojej starkej, keď hovorí o svojich kamarátkach (napr. pani Duszakowa).
Keď som si už zvykla na znenie priezvisk mojich slovenských známych, prešla som obdobím vzdoru ;) – dodnes celkom nerozumiem a zlostí ma fakt, že v oficiálnom jazyku (v novinách, v televízii) sa musí dodávať „-ová” k priezvisku každej ženy, bez ohľadu na jej národnosť. Najsmiešnejšie to pre mňa bolo, keď som pozerala letnú olympiádu a nebolo možné (sluchom) odlíšiť pôvod jednotlivých športovkýň, lebo napríklad  v takom finále behu na 100 m štartovali: Shelly-Ann Fraserová-Pryceová, Carmelita Jeterová, Veronica Campbellová-Brownová, Tianna Madisonová, Allyson Felixová, Kelly-Ann Baptisteová, Murielle Ahouréová i Blessing Okagbareová ;) (pre vysvetlenie, ide po poradí o reprezentantky Jamajky, USA, Jamajky, USA, USA, Trinidadu a Tobaga, Pobrežia Slonoviny a Nigérie; Slovensko chýbalo, slovenské priezviská nie ;)).
Chcela by som, aby sme sa správne pochopili – rešpektujem a mám rada to, že Slovenky majú také a nie iné priezviská. Nemám však rada, keď sa menia priezviská paniam, ktoré nemajú so Slovenskom veľa spoločného :). Jednako však, po období vzdoru prišiel čas čoraz väčšieho akceptovania a sympatie voči priezivskám s koncovkou „-ová”. Nie je to pre mňa ani v najmenšom dôvod k žartom, ale k obdivu voči slovenskej tradícii a príslušnosti k mužovi, čo v sebe takéto priezvisko nesie (priznám sa, som v tejto veci úplne nemoderná, som totiž rada ženou svojho muža :)). Dlho som premýšľala nad tým, aké priezvisko prijať po svadbe. Neprijala som koncovku „-ová” z pragmatických dôvodov a kvôli potrebe akéhosi zdôraznenia svojej poľskosti, keďže som mala začať bývať na Slovensku, ale napriek všetkému toto rozhodnutie nebolo až také samozrejmé :).
A čo s našou dcérkou? Prijala naše priezvisko, pretože mimo slovanských krajín by bolo asi ťažké pochopiť, prečo sa nazýva inak ako mama a tato. M. s tým súhlasil, hoci so smútkom, ale okamžite, pretože náš svet nie je ohraničený jedným štátom, o čom obidvaja veľmi dobre vieme. Ale neobišlo sa to bez problémov :). Lebo napriek tomu, že sme sa vzali v Poľsku a v sobášnom liste máme v rubrike „Priezvisko detí” jasne napísané „Hamada”, slovenský úrad nám vydal potvrdenie o uzavretí manželstva v zahraničí vo „vylepšenej” verzii – s priezviskami detí Hamada pre chlapca a Hamadová pre dievča. Skončilo sa to tak, že kým ja som prichádzala k sebe po pôrode v nemocnici, M. musel urobiť okruh po úradoch a niekoľko telefonátov, aby sme predsa dosiahli svoje. Dalo sa to vybaviť dvomi spôsobmi: jedným podľa mňa zvláštnym (v rodnom liste by bolo napísané „Hamadová”, ale vo všetkých ostatných dokumentoch by bolo „Hamada”) a jedným jednoduchším, hoci v našom prípade nie celkom pravdivým – naša dcérka by nemala v dokumentoch slovenskú národnosť. A tak sa z MN. stala v očiach slovenského úradu Poľka bez „-ová”, s 50% slovenskej krvi :). Našťastie, my vieme, ako to s našou malou Slovankou v skutočnosti je. Koniec koncov, „Hamada” je stav duše... ;)