czwartek, 28 sierpnia 2014

Decyzje / Rozhodnutia

Ten post rodził się w bólach. Zabierałam się do niego przez kilka dni, napisałam przynajmniej pięć pierwszych akapitów. Dlaczego? Bo niedawno moje serce na chwilę stanęło, spotkało mnie w życiu doświadczenie, które już na zawsze we mnie zostanie i będzie je widać gdzieś w kąciku moich oczu. I nie potrafię się od niego oderwać, by pisać o czymś typowo słowacko-polskim, a nie chcę się też w nie zanurzyć. Dlatego ostatecznie dziś będzie o miłości. Bo w tej upatruję lekarstwa na największe nawet cierpienie.

Przenieśmy się w czasie. Nie wiedzieć czemu, wszystkie decyzje, mające kluczowy wpływ na moje życie, podejmowałam w zimie. Dlatego przypomnę Wam najpierw ten najzimniejszy poznański weekend zimy 2009/2010, ostatni styczniowy, -25 stopni (tak, tak, już raz opisany, o tu :)). Pierwsze spotkanie z M., gdy już wiedzieliśmy, że coś między nami iskrzy. Mnóstwo wątpliwości, wahanie, rozdarcie. I zaufanie uczuciu, które musiało już między nami kiełkować, choć żadne z nas nie zdawało sobie z tego w pełni sprawy. Zero kalkulacji, tylko decyzja, pod którą obydwoje się podpisaliśmy, zobowiązując się tym samym do wspólnego wysiłku na rzecz jej powodzenia.

I inny zimowy dzień, 31 grudnia tego samego roku. „-Vezmes si ma?”, „-Áno”. I znowu decyzja bez zbędnego kalkulowania. Na rozważania, w którą stronę pójść, mieliśmy czas wcześniej. Pamiętam, jak jeszcze parę miesięcy przed zaręczynami pisałam w liście do przyjaciela, że nie wiem, skąd w ludziach bierze się ta pewność, że ta to Ta, że ten to Ten. Ja tej pewności wtedy nie miałam. Ale gdy przyszedł mój czas, po prostu wiedziałam. I zaufaliśmy sobie z M. nawzajem, uwierzyliśmy, że dzięki naszej wspólnej pracy pomalutku uporządkujemy ten nasz skomplikowany polsko-słowacki świat.

Ostatnia już zima to ta pierwsza po naszym ślubie, 2011/2012. I co? I znowu decyzja :). O tym, że chcemy mieć dziecko. Gdybyśmy chcieli temat rozłożyć na czynniki pierwsze, rozważyć wszystkie za i przeciw, to pewnie powinniśmy tę decyzję odsunąć w czasie. M. miał studia doktoranckie na Słowacji, ja licencjackie w Polsce, nie wiedzieliśmy, w którym państwie chcemy spędzić resztę życia i nie mieliśmy cudownej sytuacji finansowej, dzięki której bylibyśmy zabezpieczeni na lata ;). Co wiedzieliśmy? Że kochamy się tak mocno, że chcemy, by z tej miłości powstało nowe życie, część z M., część ze mnie. I że razem znajdziemy rozwiązanie każdej trudności.

Wystarczy tych wspomnień. Mam nadzieję, że nie zachęciłam nimi nikogo do podejmowania decyzji na ślepo, bez najmniejszego zastanowienia, nie taki był mój cel :). Chciałam tylko powiedzieć jedno: warto czasem zaufać Miłości. Tymczasem wracam do teraźniejszości… A w niej czeka na mnie moja pochrapująca spokojnie córka i czytający książkę mąż.


Tento príspevok sa rodil v bolestiach. Dostávala som sa k nemu niekoľko dní, napísala som prinajmenšom päť prvých odstavcov. Prečo? Pretože nedávno moje srdce sa na chvíľu zastavilo, stretla ma v živote skúsenosť, ktorá vo mne už navždy zostane a bude viditeľná niekde v kútiku mojich očí. A nedokážem sa od nej odtrhnúť a písať o niečom typicky slovensko-poľskom, no tiež sa do nej nechcem ponoriť. Preto to dnes napokon bude o láske, pretože v nej nachádzam liek aj na tie najväčšie trápenia.

Prenesme sa v čase. Neviem prečo, ale všetky rozhodnutia, ktoré majú kľúčový vplyv na môj život, som urobila v zime. Preto Vám chcem najprv pripomenúť najchladnejší poznaňský víkend zimy 2009/2010, posledný januárový, -25 stupňov (áno, áno, už som ho raz opísala tu :)). Prvé stretnutie s M., keď sme už vedeli, že niečo medzi nami iskrí. Množstvo pochybností, váhanie, zmätok. A zrazu sme uverili pocitu, ktorý už medzi nami musel klíčiť, hoci ani jeden z nás si to v plnosti neuvedomoval. Žiadne kalkulovanie, len rozhodnutie, pod ktoré sme sa obidvaja podpísali a v tej chvíli sme sa tiež zaviazali k spoločnej námahe smerom k jeho úspechu.

A iný zimný deň, 31. december toho istého roku. „Vezmeš si ma?”, „Áno”. A opäť rozhodnutie bez zbytočných kalkulácií. Na premýšľanie ktorým smerom sa vybrať sme mali čas skôr. Pamätám, ako som ešte pár mesiacov pred zásnubami písala v liste priateľovi, že neviem, kde sa v ľuďoch berie tá istota, že to je Tá pravá, že to je Ten pravý. Ja som tú istotu vtedy nemala. Ale keď prišiel môj čas, jednoducho som vedela. A s M. sme sa na seba navzájom spoľahli, uverili sme, že vďaka našej spoločnej práci dáme pomaličky do poriadku ten náš komplikovaný poľsko-slovenský svet.

Posledná zima je tá prvá po našej svadbe, 2011/2012. A čo? A opäť rozhodnutie :). O tom, že chceme mať dieťa. Keby sme chceli ten problém rozložiť na prvotné činitele, premyslieť všetky za i proti, zrejme by sme museli to rozhodnutie odložiť. M. mal doktorandské štúdia na Slovensku, ja bakalárske v Poľsku, nevedeli sme, v ktorom štáte chceme stráviť zvyšok života a nemali sme skvelú finančnú situáciu, vďaka ktorej by sme boli zabezpečení na roky dopredu ;). Čo sme vedeli? Že sa ľúbime tak veľmi, že chceme, aby z tej lásky vznikol nový život, časť zo mňa, časť z M. A že spolu nájdeme riešenie na každú ťažkosť.

Dosť už tých spomienok. Dúfam, že som nimi nikoho nepovzbudila k rozhodovaniu sa naslepo, bez najmenšieho premyslenia, to nebolo mojim cieľom :). Chcela som povedať jedno: niekedy sa oplatí dôverovať Láske. No a teraz sa vraciam k prítomnosti... A v nej na mňa čaká pokojne driemkajúca dcérka a čítajúci manžel.

wtorek, 29 lipca 2014

Marzenie / Sen

Pisałam Wam już kiedyś, jakie jest moje największe marzenie? Znaleźć swoje miejsce na ziemi. Jasne, mam M., mam MN., są całym moim światem. Ale marzy mi się umieszczenie tego świata w jakimś konkretnym punkcie na mapie. Nie wymagam wiele, jakiś pokój do spania, jakiś pokój do spędzania czasu z przyjaciółmi i obowiązkowo duży stół. A wszystko to nareszcie na stałe, a nie na chwilę. Wszystko to na tyle nasze, byśmy mogli planować w tym miejscu nie tylko tę bliższą, ale i tę trochę dalszą przyszłość.

Tak, mamy mieszkanie na Słowacji, tak, mamy gdzie mieszkać w Polsce. Ale wszystko to są rozwiązania tymczasowe. Jedną nogą jesteśmy w kraju miłośników gór, drugą w kraju miłośników morza. Ciągle na rozdrożu. Paradoksalnie nie chcę z tego rezygnować. To funkcjonowanie w dwóch światach jest dla naszego małżeństwa czymś stałym, czymś, co przyjęliśmy w dniu naszego ślubu za naturalny element wspólnego życia. Te tysiące kilometrów, które raz za razem pokonujemy, da się polubić. Tę ciągłą tęsknotę trochę mniej, ale da się ją oswoić. Nie wyobrażam sobie, by nagle tego wszystkiego zabrakło. Żyjąc tylko w jednym miejscu, a rezygnując całkowicie z tego drugiego, stalibyśmy się niekompletni, ubożsi o to, co stanowi o największej trudności, ale i największym bogactwie naszego małżeństwa.

A jednak marzę o domu. O tym miejscu, do którego będziemy zawsze wracać. Gdzie na półkach będą stały wszystkie nasze książki, gdzie w szafkach znajdę wszystkie nasze garnki, a w szafach wszystkie ubrania. Z którego będę mogła co chwilę wyjeżdżać, ale też w ogóle się nie ruszać, jeśli przyjdzie mi taka ochota.

Podejmując decyzję o ślubie, daliśmy sobie czas na podjęcie decyzji o tej dalszej przyszłości. Stworzyliśmy sobie taką możliwość, by móc pomieszkać i tu, i tu, by poznać i jeden, i drugi kraj od środka, by lepiej się zrozumieć. Tyle że w małżeństwie takim jak nasze, w końcu trzeba się na coś zdecydować. I choćbyśmy nie wiem, jak bardzo chcieli, wybór jednej opcji musi odbyć się kosztem tej drugiej.

Trzymajcie kciuki, żebym umiała spełnić swoje marzenie.

Už som Vám niekedy písala o tom, aký je môj najväčší sen? Nájsť svoje miesto na zemi. Jasné, mám M., mám MN., znamenajú pre mňa celý svet. Ale snívam o tom, že ten svoj svet umiestnim v nejakom konkrétnom mieste na mape. Nechcem veľa, nejakú izbu na spanie, nejakú izbu na trávenie času s priateľmi, veľký stôl musí byť. A všetko to už konečne natrvalo, nielen na chvíľu. Všetko to natoľko naše, aby sme mohli plánovať strávenie nielen blízkej, ale aj vzdialenej budúcnosti na tom mieste.

Áno, máme byt na Slovensku, áno, máme kde bývať v Poľsku. Ale všetky tie riešenia sú dočasné. Jednou nohou sme v krajine milovníkov hôr, v druhom v krajine milovníkov mora. Stále na pomedzí. Paradoxne, nechcem sa toho vzdať. To fungovanie v dvoch svetoch je pre naše manželstvo niečím stálym, niečím, čo sme prijali v deň našej svadby za prirodzený prvok spoločného života. Tie tisícky kilometrov, ktoré neustále prekonávame, si možno obľúbiť. Tú stálu clivotu trochu menej, ale dá sa s ňou osvojiť. Neviem si predstaviť, že by to všetko náhle zmizlo. Život na jednom mieste a úplné opustenie toho druhého by nás učinilo nekompletnými, chudobnejšími o to, čo je našou najväčšou ťažkosťou, ale tiež najväčším bohatstvom nášho manželstva.

Jednako však snívam o dome. O tom mieste, na ktoré sa vždy budeme vracať. Kde budú na poličkách všetky naše knižky, kde budú v skrinkách všetky naše hrnce a v skriniach všetky šaty. Z ktorého budem môcť často vycestovať, ale z ktorého sa nebudem musieť pohnúť, ak nebudem mať na to chuť.

Pri rozhodovaní sa o svadbe sme si dali čas na rozhodnutie o našej budúcnosti. Vytvorili sme si takú možnosť, aby sme mohli chvíľu bývať tu aj tam, spoznať jeden i druhý štát zvnútra, aby si lepšie porozumieť. Akurát, že v manželstve ako je naše sa treba nakoniec nejako rozhodnúť.  A akokoľvek by sme sa snažili, výber jednej možnosti musí byť na úkor tej druhej.

Držte teda palce, aby som si dokázala splniť svoj sen.

niedziela, 29 czerwca 2014

Trudne pytanie / Ťažká otázka

Zanim zasiadłam do pisania tego posta, zadałam sobie trudne pytanie: co podoba mi się w Słowacji/Słowakach najbardziej? Niby odpowiedź na nie nie powinna nastręczać tak wielu kłopotów, bo przecież tych pozytywnych rzeczy umiem wymienić całkiem sporo, ale po pierwsze: trudno się zdecydować na to „naj”, a po drugie: przyznaję, jestem Polką dumną z własnej polskości, nie tak łatwo jest znaleźć coś, co przebije też moje polskie doświadczenia.
W decyzji pomógł mi ślub kuzynki M., na którym bawiliśmy się w minioną sobotę, a dokładniej jedno wydarzenie, które do dziś mam przed oczami. Otóż miałam przyjemność uczestniczyć w najpiękniejszej ceremonii oczepin, jaką dotychczas widziałam nie tylko na Słowacji, ale i w Polsce. Zanim jednak napiszę, co było w niej takiego szczególnego, wyjaśnię krótko, jak to wygląda w Polsce. Pannie młodej zdejmuje się welon, pan młody ściąga muszkę, zasłania się im oczy. Wokół niej ustawiają się w kole panny, wokół niego – kawalerzy, tańcząc w rytm muzyki. Gdy muzyka się kończy, panna młoda wręcza swój welon jednej z panien, a pan młody swoją muszkę jednemu z kawalerów. Ot, teraz ich kolej, by wyjść za mąż/ożenić się. Jest wesoło, może trochę refleksyjnie, ale nie ma tu magii.
A jak wyglądała wspomniana słowacka ceremonia? Około północy przyciemniono światła, po czym na salę wszedł osobliwy pochód. Najpierw pan młody ubrany w strój ludowy w otoczeniu dwóch ludowych akordeonistów, następnie panna młoda w zielonym wianku na głowie, ubrana w tradycyjną suknię ludową, otoczona przez orszak złożony z żon i panien, niosących w ręku zapalone świece i śpiewających smutne pieśni o pożegnaniu z rodzicami i czasem beztroski i zabawy. Potem para młoda usiadła obok siebie na krzesłach, a towarzyszący im ludzie kontynuowali śpiew. Te proste, silne głosy trafiały do serc wszystkich obecnych na sali, pozwalały się na chwilę zatrzymać, zastanowić nad swoją przeszłością, zamyślić nad przyszłością… Gdy słowa pieśni wybrzmiały do końca, nastąpił moment typowy dla słowackich oczepin – przy pannie młodej pojawił się szwarny młodzieniec z siekierką w dłoni i zapytał: „Ej dievčina, dievčina, pýtam sa ťa ja po prvýkrát: Chceš vienok sňať alebo hlávku sťať?“ (czyli: Dziewczyno, dziewczyno, pytam po raz pierwszy: Chcesz oddać wianek, czy stracić głowę?). Słowacka panna młoda oczywiście odpowiada w takiej chwili przekornie, że woli, by ją ścięto ;), ale za trzecim razem dobrowolnie godzi się na oddanie wianka. Tak było i tym razem. Po czym jedna z dwóch starszych kobiet zdjęła pannie młodej zielony wianek, a na jego miejsce nałożyła zdobny czepiec, w pasie zaś przewiązała jej wyszywany fartuch. Ponownie rozległ się dźwięk podniosłej pieśni. Obrzęd przejścia został zakończony – panna młoda z panienki stała się panią, z dziewczyny żoną. Potem jeszcze nastąpił radosny taniec młodej pary, następnie przed młodymi zatańczyły też i zaśpiewały panny z orszaku, na koniec zaś cały pochód uroczyście wyprowadził młodą parę z sali „do sypialni”, śpiewając pieśń o „małym Janku, którego oboje chcą” :)…
Rozpisałam się. Szkoda, że nie mogliście w tym uczestniczyć. Ale jak zatem brzmi odpowiedź na to trudne pytanie, które sobie postawiłam? Najbardziej zachwyca mnie na Słowacji życie tradycją. Ze względu na historię słowackiego narodu, bardzo wyraźnie jest tu zarysowane zróżnicowanie regionalne, a każdy region ma odrębny strój ludowy, muzykę, tańce. Ludzie nie odcinają się od tych tradycji, lecz przeciwnie – kultywują je. Można tu spotkać mnóstwo festiwali folklorystycznych, na śluby chętnie zaprasza się kapele ludowe, oczepiny są organizowane w opisany przeze mnie, tradycyjny sposób. W jednym ze starszych postów wspominałam też o pieśniach ludowych – są tu żywe, znane, śpiewane. Ludzie chętnie się przy nich bawią, opowiadają przez nie stare prawdy, aktualne w czasach naszych dziadów i pradziadów, aktualne i dzisiaj. Powrót do korzeni, do źródeł nie jest tu czymś zabawnym, przebrzmiałym czy lekko egzotycznym, jak może nieraz postrzega się to w wielkich polskich miastach. Nie jest też wyłącznie domeną ludzi starych. Jest łącznikiem z przeszłością, symbolem ciągłości historii, zaakceptowaniem swojej słowackiej tożsamości, wywodzącej się z ziemi. Piękne.

I my mieliśmy przyjemność przymierzyć tradycyjny strój ludowy. Tu w kroju z Detvy.
Aj my sme mali to šťastie a vyskúšali sme si tradičný ľudový kroj.
Tu sme v detvianskom kroji.

Pred tým, ako som si sadla a začala písať tento príspevok, položila som si ťažkú otázku: čo sa mi najviac páči na Slovensku/Slovákoch? Odpoveď na ňu by možno nemala spôsobiť veľa problémov, veď tých pozitívnych vecí dokážem vymenovať dosť veľa, ale po prvé: je ťažké vybrať si to „naj”, a po druhé: priznám sa, že som Poľka hrdá na svoju vlastnú poľskosť a nie je pre mňa ľahké nájsť niečo, čo by predčilo moje poľské skúsenosti. Pri rozhodovaní mi pomohla svadba sesternice M. na ktorej sme sa zabávali minulú sobotu, a konkrétne jeden zážitok, ktorý mám dodnes pred očami. Mala som totiž to potešenie zúčastniť sa najkrajšieho obradu začepčenia, aký som doteraz videla, a to nielen na Slovensku, ale i v Poľsku. Kým však prejdem k tomu, čo na ňom bolo také výnimočné, v krátkosti objasním, ako to vyzerá v Poľsku. Neveste sa odníme závoj, ženíchovi motýlik, zakryjú sa im oči. Okolo nevesty sa postavia slečny, okolo ženícha mládenci a tancujú do rytmu hudby. Keď hudba utíchne, nevesta dáva svoj závoj do rúk jednej slečny a ženích svoj motýlik jednému z mládencov. Nuž a teraz sú oni na rade, aby sa vydali a oženili. Je to veselé, možno trochu hĺbavé, ale mágia v tom nie je.
A ako vyzeral spomínaný slovenský obrad? Okolo polnoci sa spravilo v sále prítmie a doň vošiel výnimočný sprievod. Najprv ženích, oblečený do ľudového kroja, sprevádzaný dvomi ľudovými harmonikármi, po ňom nevesta so zeleným vienkom na hlave, oblečená do tradičných ľudových šiat, obkolesená zástupom vydatých žien a dievčat so zapálenými sviečkami v rukách, ktoré spievali smutné piesne o rozlúčke s rodičmi a s obdobím bezstarostnosti a zábavy. Potom mladý pár zasadol vedľa seba na stoličkách a sprevádzajúci pokračovali v speve. Tie prosté, mocné hlasy smerovali do sŕdc všetkých prítomných v miestnosti, dovolili na chvíľu sa zastaviť, premýšľať nad svojou minulosťou, zamyslieť sa nad budúcnosťou... Keď slová piesní dozneli do konca, nadišiel typický moment slovenského začepčenia – pri neveste sa objavil švárny mládenec so sekerkou v ruke a spýtal sa: „Ej dievčina, dievčina, pýtam sa ťa ja po prvýkrát: Chceš vienok sňať alebo hlávku sťať?“. Slovenská nevesta samozrejme v tomto momente nesúhlasí a odpovedá, že chce, aby ju sťali ;), ale po treťom zopakovaní dobrovoľne odovzdáva vienok. Tak to bolo i tentokrát. Následne jedna z dvoch starších žien odňala neveste zelený vienok a na jeho miesto dala ozdobný čepiec, na pás jej uviazala vyšívanú zásteru. Opäť sa rozľahol zvuk vznešenej piesne. Obrad prechodu sa skončil – nevesta sa stala zo slečny paňou, z dievčaťa ženou. Potom ešte nasledoval radostný tanec mladomanželov, po ňom pred nimi zatancovali a zaspievali dievčatá zo sprievodu a na koniec celý zástup vyprevadil mladých zo sály do „spálne”, spievajúc pieseň o „malom Jankovi, ktorého obaja chcú” :)...
Rozpísala som sa. Škoda, že ste sa toho nemohli zúčastniť. Ale ako teda znie odpoveď na tú ťažkú otázku, ktorú som si položila? Najviac na Slovensku žasnem nad životom s tradíciou. Vzhľadom na históriu slovenského národa sú tu veľmi výrazne zreteľné regionálne rozdiely a každý región má svoj vlastný ľudový kroj, hudbu, tance. Ľudia sa neodťahujú od tých tradícií, skôr naopak – kultivujú ich. Môžete sa tu stretnúť s množstvom folklórnych festivalov, na svadby sú často pozývané ľudové kapely, začepčenie sa organizuje tak, ako som to opísala, tradične. V jednom zo starších príspevkov som tiež písala o ľudových piesňach – sú tu živé, známe, spievané. Ľudia sa pri nich radi zabávajú, rozprávajú v nich staré pravdy, aktuálne v časoch našich dedov i pradedov, aktuálne aj dnes. Návrat ku koreňom, k prameňom nie je niečim zábavným, zastaraným či mierne exotickým, ako je to možno neraz vnímané vo veľkých poľských mestách. Nie je tiež výlučne doménou starých ľudí. Spája s minulosťou, je symbolom kontinuity histórie, prijímaním svojej slovenskej identity, pochádzajúcej zo zeme. Krásne.