czwartek, 27 listopada 2014

Święta, święta / Sviatky, sviatky

Listopad w moim życiu od 2 lat należy przede wszystkim do mojej córki, ale to już pewnie wiecie. Tak się jednak składa, że jest to też miesiąc, w którym obchodzone są największe święta państwowe zarówno w Polsce, jak i na Słowacji – polskie Narodowe Święto Niepodległości (11 listopada) i słowacki Dzień Walki o Wolność i Demokrację (17 listopada), a w tym roku mieliśmy szczęście świętować je „na miejscu”, czyli w obu naszych ojczyznach. Pierwsze wspomniane święto upamiętnia odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 roku, po 123 latach zaborów, drugie – czechosłowackie manifestacje studenckie przeciwko władzy komunistycznej z listopada 1989 roku, które zapoczątkowały „aksamitną rewolucję” i zmianę ustroju.

Dwa ważne wydarzenia w dwóch ważnych dla mnie krajach. I zupełnie inny przebieg. Tym właśnie chcę się dziś z Wami podzielić.

Nazwijcie mnie idealistką, ale wierzę w takie rzeczy jak ojczyzna, widzę sens w wychowaniu obywatelskim i chcę, by moja córka wyrosła na odpowiedzialnego człowieka, dumnego ze swoich polskich i słowackich korzeni, kultywującego tradycje swoich narodów, świadomego, co je ukształtowało. Sama, choć nie jestem Słowaczką, odkrywam w sobie coraz większą potrzebę poznawania Słowacji. Obserwuję, opisuję, czasem krytykuję, ale przede wszystkim chcę zmieniać na lepsze, tak jak i własną ojczyznę. Nie jestem też w stanie uniknąć porównań, bo wiele te moje dwa kraje łączy, ale też całkiem sporo dzieli.

Święto Niepodległości w Polsce to Święto przez duże „Ś”. Główne ulice mniejszych i większych miejscowości są udekorowane flagami, prywatne domy również, w szkołach odbywają się uroczyste apele, w kościołach msze za ojczyznę, a miasta organizują rozliczne uroczystości. W Trójmieście od kilku lat są to parady niepodległości. Dotychczas uczestniczyłam w dwóch gdyńskich – ulicami przechodzi Orkiestra Marynarki Wojennej, przedstawiciele instytucji, stowarzyszeń, grup, szkół, mieszkańcy; niektórzy w kostiumach z epoki, niektórzy w strojach oficjalnych, inni ubrani na luzie. W tym roku nie zabrakło przedwojennych aut, kultowych samochodów jak „maluch”, głośnych samochodów rajdowych, motorów. Wzdłuż trasy parady stoi mnóstwo ludzi trzymających białe i czerwone balony, wymachujących polskimi flagami, z kokardą narodową na piersi. Jest uroczyście, jest radośnie i na pewno nie nudno  (tu można podejrzeć, jak to wygląda).

Tymczasem na Słowacji w Dniu Walki o Wolność i Demokrację przywitała mnie cisza. Postanowiliśmy uczcić jakoś ten dzień, pojechaliśmy na rodzinną wycieczkę. W promieniu 70 kilometrów znalazłam tylko kilka słowackich flag, wszystkie wywieszone na urzędach państwowych. Pytałam teściów i M. o szkoły, kościoły – nikt nic w ten dzień nie organizuje. Stwierdzam to z przykrością, ale 17 listopada na Słowacji to nie święto, to zwykły dzień wolny od pracy… Po południu uczestniczyliśmy jeszcze w uroczystości organizowanej przez miasto – zebrała się na niej garstka ludzi, burmistrz miasta rzucił parę haseł o wychowaniu młodzieży, która jest naszą przyszłością. Zapaliliśmy świeczki przy pomniku ofiar reżimów totalitarnych i po 10-15 minutach było po wszystkim. Wieczorem w telewizji obejrzeliśmy galę wręczenia Nagród Pamięci Narodowej, przeprowadzoną w Pradze.

Przeżyłam to. Autentycznie było mi smutno, że ten fajny naród, który tak pięknie umie kultywować tradycje ludowe (pisałam już o tym nie raz), nie ma w sobie dumy z własnej historii, nie docenia wydarzeń, które były kamieniami milowymi jego rozwoju, żyje teraźniejszością –  bez przeszłości i bez przyszłości. W postrzeganiu przez ludzi Dnia Walki o Wolność i Demokrację króluje relatywizm, koncentracja na sobie, niechęć, by dostrzec coś więcej niż własne podwórko.

I co? I nic… Przez moment wydawało mi się, że mam na to wszystko jakąś cudowną receptę, że znam idealne rozwiązanie, ale tak nie jest. Słowackie społeczeństwo cały czas dojrzewa. Każdy sam musi sobie pewne kwestie wypracować, poukładać w głowie, co chce, a czego nie chce. A ja? A ja się z M. zajmę wychowaniem naszej córki. Żeby wiedziała, co świętujemy w domu 11, a co 17 listopada.


November patrí v mojom živote už dva roky predovšetkým mojej dcérke, ale to už určite viete. Tak to však vyšlo, že je to tiež mesiac, v ktorom sa oslavujú veľké štátne sviatky tak v Poľsku, ako aj na Slovensku – poľský Národný sviatok nezávislosti (11.11.) a slovenský Deň boja za slobodu a demokraciu (17.11.), no a v tomto roku sme mali to šťastie, že sme ich oba mohli sláviť „na mieste”, čiže v oboch našich štátoch. Prvý z týchto sviatkov pripomína znovuzískanie nezávislosti Poľska v roku 1918 po 123 rokoch rozdelenia medzi mocnosti. Druhý pripomína československé študentské manifestácie proti komunistickej vláde v novembri 1989, ktorými začala „zamatová revolúcia” a zmena zriadenia. 

Dve dôležité udalosti v dvoch pre mňa dôležitých krajiných. A úplne odlišný priebeh. Práve tým sa chcem dnes s Vami podeliť.

Môžete ma nazvať idealistkou, ale verím v také veci ako vlasť, vidím zmysel v občianskom vychovávaní a chcem, aby z mojej dcéry vyrástol zodpovedný človek, hrdý na svoje poľské i slovenské korene, kultivujúci tradície svojich národov, spolu s vedomím, čo ich formovalo. Hoci nie som Slovenka, sama v sebe odkrývam čoraz väčšiu potrebu poznávania Slovenska. Pozorujem, opisujem, občas kritizujem, ale predovšetkým ho chcem meniť k lepšiemu tak, ako aj svoju vlasť. Nedokážem sa pri tom vyhnúť porovnávaniu, pretože tie moje dve krajiny veľa spája, ale celkom dosť tiež rozdeľuje.

Sviatok nezávislosti je v Poľsku Sviatkom s veľkým „S”. Hlavné ulice menších i väčších miest sú ozdobené vlajkami, rodinné domy tiež, v školách sú slávnostné akadémie, v kostoloch omše za vlasť a mestá organizujú rôzne oslavy. V Trojmeste sú už niekoľko rokov sprievody nezávislosti. Doposiaľ som sa zúčastnila dvoch v Gdyni – ulicami prechádza Orchester vojenského námorníctva, predstavitelia inštitúcií, organizácií, skupín, škôl, obyvatelia; niektorí v dobových kostýmoch, niektorí v oficiálnych odevoch, iní úplne normálne oblečení. Tento rok nechýbali automobily z medzivojnového obdobia, kultové autá ako „maluch”, hlasné pretekárske autá, motorky. Pozdĺž trasy pochodu stojí množstvo ľudí s bielymi a červenými balónmi v rukách, mávajúcich poľskými vlajkami, so stuhami v národných farbách na hrudi. Je to slávnostné, radostné a určite nie nudné (tu možno pozrieť, ako to vyzerá).

Oproti tomu ma na Slovensku v Deň boja za slobodu a demokraciu privítalo ticho. Rozhodli sme sa nejako ten deň osláviť, vyšli sme si na rodinný výlet. Vo vzdialenosti 70 kilometrov som našla iba niekoľko slovenských vlajok, všetky vyvesené na štátnych úradoch. Pýtala som sa svokrovcov na školy, kostoly – nik v ten deň nič neorganizuje. Ťažko sa mi to priznáva, ale 17. november na Slovensku nie je sviatok, ale obyčajný deň pracovného voľna... Popoludní sme sa ešte zúčastnili na slávnosti organizovanej mestom – zišla sa na nej hŕstka ľudí, primátor povedal pár hesiel o výchove mládeže, ktorá je našou budúcnosťou. Zapálili sme sviečky na pomníku obetí totalitných režimov a po 10-15 minútach bolo po všetkom. Večer sme si v televízii pozreli galaprogram pri príležitosti odovzdania Cien pamäti národa, ktorý sa uskutočnil v Prahe.

Zasiahlo ma to. Bolo mi skutočne smutno z toho, že ten fajn národ, ktorý dokáže tak krásne kultivovať ľudové tradície (neraz som už o tom písala), v sebe nemá hrdosť na vlastnú históriu, neváži si udalosti, ktoré boli míľovými kameňmi jeho rozvoja, žije prítomnosťou – bez minulosti a bez budúcnosti. V pocitoch ľudí týkajúcich sa Dňa boja o slobodu a demokraciu vládne relativizmus, koncentrácia na sebe, nechuť vidieť poza vlastný dvor.

A čo? A nič... Chvíľu sa mi zdalo, že mám na to všetko nejaký zázračný recept, že poznám ideálne riešenie, ale také neexistuje. Slovenská spoločnosť celý čas dozrieva. Každý si musí niektoré veci premyslieť, rozvážiť, čo chce a čo nie. A ja? Ja budem s M. vychovávať našu dcérku. Aby vedela, čo doma oslavujeme 11. a čo 17. novembra.

środa, 29 października 2014

Eksperci / Experti

Jak często zdarza Wam się poznać jakąś parę i dwa tygodnie później bawić u niej na weselu? Nam się właśnie zdarzyło :). On – Polak, ona… – Azerka. Z Baku. Tak, tego Baku nad Morzem Kaspijskim. Oddalonego od polskiego wybrzeża o 3500 km. Nasz niecały tysiąc kilometrów wypada na tym tle dość skromnie :). Ale i tak właśnie to podobieństwo życiowych wyborów przyciągnęło nas ku sobie na tyle, że mogliśmy z M. uczestniczyć w ich ślubie. Sama historia naszego spotkania aż skrzy się od rozmaitych zbiegów okoliczności, jednak to nie o niej chcę dziś napisać.
Dzisiaj, 29 października, obchodzimy z M. trzecią rocznicę ślubu. Ciągle daleko nam do specjalistów od małżeństwa międzynarodowego, szkoła, do której zapisaliśmy się trzy lata temu, jest dożywotnia, ale na ślubie naszych nowych przyjaciół występowaliśmy poniekąd w roli ekspertów od tego zagadnienia :). Liczne rozmowy z rodziną pana młodego kolejny raz przypomniały mi, jakie są fundamenty naszego dwukulturowego związku, ale też skłoniły do refleksji nad rolą, jaką w czasie jego tworzenia odegrało nasze otoczenie.
Związek z obcokrajowcem do najpowszechniejszych nie należy, więc z założenia budzi nadprogramowe emocje. Spotykaliśmy się z M. z różnym przyjęciem i choć żadne nie było wrogie, nie wszystkie były pomocne i sprzyjały zacieśnianiu więzi. Na szczęście ze strony najbliższych otrzymaliśmy mnóstwo wsparcia. Jeśli ktoś z Waszych znajomych spotyka się z nie-Polakiem czy nie-Słowakiem, to potraktujcie dalszą część tego wpisu jako radę, jak możecie mu pomóc, by poczuł się z Wami naprawdę dobrze. Chcę Wam bowiem przedstawić, jak wygląda nasza lista najbardziej wspierających zachowań :). A wygląda o tak:
  1. cierpliwe wsłuchiwanie się Słowaków w mój język polski, a Polaków w słowacki M. i próba zrozumienia nas, mimo że posługiwaliśmy się obcym językiem – w przypadku naszej polsko-słowackiej kombinacji (w odróżnieniu od kombinacji polsko-włoskich czy słowacko-niemieckich) można się było choć odrobinę porozumieć we własnym języku (choć uważam przekonanie o tym, że każdy Polak dogada się z każdym Słowakiem bez znajomości języka słowackiego, za bzdurę). Wierzcie mi jednak, że nie każdy miał dość cierpliwości i dość chęci, by chociaż próbować. Dziękuję tym, którzy się starali, nawet jeśli nie zawsze kończyło się to zrozumieniem :) (vide: mój cudowny teść :))
  2. cierpliwe wsłuchiwanie się Słowaków w mój język słowacki, a Polaków w polski M. :) – cóż, powiedzmy sobie szczerze, nie od razu Rzym zbudowano i nie od razu wszystko, co wygadywaliśmy z M. w tym drugim języku, było zrozumiałe, choćby ze względu na naszą wymowę :) (do dziś pamiętam wielkie oczy słowackiej koleżanki, gdy powiedziałam, że byliśmy na chacie, ale wymówiłam to słowo przez „h” zamiast „ch”, co w języku słowackim ma wielkie znaczenie, i ona kompletnie nie wiedziała, co to jest „hata” :)). Byli tacy, którzy się z nas śmiali i żartowali z naszych nowo nabytych umiejętności, podcinając nam skrzydła. Byli też tacy (szczęśliwie znakomita większość :)), którzy doceniali trud włożony w naukę języka i chęć porozumienia się z nimi
  3. ciekawość świata, z którego pochodzimy – nie oczekuję, że Polska będzie interesująca dla każdego Słowaka, a Słowacja dla Polaka, ale na pewno łatwiej nam było, zwłaszcza na początku, wejść w rozmowę, gdy nasze pochodzenie i rzeczywistość, która nas ukształtowała, nie były naszemu rozmówcy obojętne, ale dostrzegał różnice między nami i był ich ciekawy
  4. ciekawość nas jako ludzi, a nie traktowanie nas wyłącznie jako ciekawostki przyrodniczej – to już kolejny stopień wtajemniczenia :); ten miły moment, gdy nasze nowe otoczenie dostrzegało w nas kogoś więcej niż tylko obcokrajowca i chciało nas też poznać jako ludzi, z naszymi zainteresowaniami, talentami, marzeniami
  5. chęć poznania tego drugiego świata, czyli Polski przez Słowaków i Słowacji przez Polaków – zarezerwowane tylko dla najbliższych znajomych; niesamowicie doceniam tych naszych przyjaciół, którym chciało się dla nas przejechać ten tysiąc kilometrów i zobaczyć, jak żyjemy, skąd pochodzimy, poznać trochę nasz kraj
  6. otwartość na inną kulturę – ten punkt zostawiłam sobie na koniec, bo dotyczy przede wszystkim naszych rodzin, zwłaszcza rodziców. Nasi rodzice musieli się wykazać niesamowitą otwartością, by nas przyjąć, by pokochać nową kulturę, której sobie nie wybrali, by dostrzec przede wszystkim bogactwo płynące z międzynarodowego związku ich dziecka, a nie trudności, które taki związek ze sobą niesie. Podziwiam ich za odwagę i brak uprzedzeń, bo przecież na pewno się bali, co tak mocno uświadomiła mi sobotnia rozmowa z mamą pana młodego. Byli jednak ponad tym.
Ako často sa Vám podarí spoznať nejaký pár a o dva týždne neskôr sa zabávať na jeho svadbe? Nám sa to vlastne stalo :). On – Poliak, ona ... – Azerka. Z Baku. Áno, toho Baku nad Kaspickým morom. Vzdialeného od poľského pobrežia 3500 km. Naša necelá tisícka popri tom vyzerá dosť skromne :). Ale práve tá podoba životných volieb nás k sebe pritiahla natoľko, že sme sa s M. mohli zúčastniť ich svadby. Samotný príbeh nášho stretnutia je nabitý všakovakými hrami náhody, nie o tom však chcem dnes písať.
Dnes, 29. októbra oslavujeme s M. tretie výročie našej svadby. Stále máme ďaleko k tomu, aby sme boli špecialistami na medzinárodné manželstvá, škola, do ktorej sme sa pred tromi rokmi zapísali, je doživotná, ale na svadbe našich nových priateľov sme tak trochu vystupovali v úlohe expertov na tieto záležitosti :). Početné rozhovory s rodinou ženícha mi opäť raz pripomenuli, aké sú základy nášho dvojkultúrového vzťahu, ale tiež ma priviedli k úvahe nad úlohou, akú v čase jeho zrodu zohralo naše okolie.
Vzťah s cudzincom nepatrí k najbežnejším, nuž zo svojej podstaty vzbudzuje špeciálne emócie. Stretávali sme sa s M. s rôznym prijatím, a hoci žiadne nebolo nepriateľské, nie všetky boli nápomocné a priali zintenzívneniu vzťahu. Našťastie, od strany našich najbližších sme dostali množstvo podpory. Ak sa niekto z Vašich známych stretáva z ne-Poliakom či ne-Slovákom, považujte ďalšiu časť textu za radu, ako mu môžete pomôcť, aby sa s Vami cítil skutočne dobre. Chcem Vám totiž predstaviť náš zoznam najlepších podporných reakcií :). Vyzerá nasledovne:
  1. trpezlivé načúvanie mojej poľštine zo strany Slovákov a slovenčine M. zo strany Poliakov a snaha o porozumenie nas, napriek tomu, že sme používali cudzí jazyk – v prípade našej poľsko-slovenskej kombinácie (na rozdiel od kombinácií poľsko-talianskych či slovensko-nemeckých) sa možno aspoň trochu dorozumieť vo vlastnom jazyku (hoci považujem za nezmysel presvedčenie o tom, že každý Slovák sa dorozumie s každým Poliakom bez znalosti poľštiny). Verte mi však, že nie každý má dosť trpezlivosti či prinajmenšom snahy skúšať to. Vďaka patrí tým, ktorý sa snažili, hoci nie vždy sa to skončilo pochopením :) (viď môj úžasný svokor :))
  2. trpezlivé načúvanie mojej slovenčine zo strany Slovákov a poľštine M. zo strany Poliakov :) – nuž, povedzme si úprimne, Rím tiež nepostavili za jeden deň, a nie všetko, čo sme s M. rozprávali v tom druhom jazyku bolo zrozumiteľné, už len s ohľadom na našu výslovnosť :) (do dnes si pamätám na veľké oči slovenskej kamarátky, keď som jej povedala, že sme boli na chate, ale vyslovila som to slovo s „h” namiesto „ch”, čo má v slovenčine veľký význam, a ona vôbec netušila, čo je to „hata” :)). Boli takí, ktorí sa z nás smiali a žartovali z našich nových zručností, čím nám neraz brali vietor z plachiet. Boli tiež takí (našťastie, významná väčšina :)), ktorí si cenili námahu vloženú do učenia sa jazyka a snahu o dorozumievanie sa s nimi
  3. zaujímanie sa o svet, z ktorého pochádzame – neočakávam, že Poľsko bude zaujímavé pre každého Slováka a Slovensko pre Poliakov, ale určite nám bolo ľahšie, zvlášť na začiatku, nadviazať rozhovor, keď náš pôvod a svet, ktorý nás vyformoval, neboli našim spoločníkom ľahostajné, keď si všímali rozdiely medzi nami a boli na ne zvedaví
  4. záujem o nás ako o ľudí, a nie zaobchádzanie s nami ako s prírodnými zaujímavosťami – to je už ďalšia úroveň prijatia :); ten milý moment, keď v nás naše nové okolie videlo viac ako len cudzinca a chcelo nás tiež spoznať ako ľudí, s našimi záujmami, talentmi, snami
  5. snaha spoznať ten druhý svet, čiže Poľsko Slovákmi a Slovensko Poliakmi – zarezervovaná len pre najbližších priateľov; neuveriteľne si vážim tých našich priateľov, ktorým sa kvôli nám zachcelo precestovať tú tisícku kilometrov a vidieť ako žijeme, odkiaľ pochádzame, trochu spoznať naše krajiny
  6. otvorenosť na inú kultúru – tento bod som si nechala na koniec, lebo sa týka predovšetkým našich rodín, zvlášť rodičov. Naši rodičia museli ukázať úžasnú otvorenosť, aby nás prijali, aby si obľúbili tú novú kultúru, ktorú si sami nevybrali, aby hľadeli predovšetkým na bohatstvo plynúce z medzinárodného vzťahu ich dieťaťa, a nie ťažkosti, ktoré taký vzťah so sebou nesie. Obdivujem ich za odvahu a nezaujatosť, pretože isto sa báli, čo som si tak silno uvedomila počas sobotného rozhovoru s mamou ženícha. Boli však nad tým. 



wtorek, 30 września 2014

Zakręty językowe / Jazykové zákruty

Gdyby mojego polskiego tatę poznał jakiś mój kolega, który ma podobne zainteresowania sportowe, wyobrażam sobie, że dialog między nimi wyglądałby następująco:

Kolega: Dzień dobry panu.
Tata: Cześć Kolego [oczywiście tu padłoby rzeczywiste imię Kolegi].
…
K: Pana ulubiony sport to pływanie? Ja też uwielbiam pływać! Często Pan chodzi na basen, panie Marku?
T: Wiesz co, co niedzielę przepływam 80 długości, 2000 metrów.

Ok, ok, wiem, że kompletnie nie rozumiecie, do czego zmierzam, ale za chwilę wszystko się wyjaśni. Przeczytajcie teraz analogiczny dialog (rzeczywisty) mojego znajomego z tatą słowackim (tylko dyscyplina sportowa inna, bo słowacki tata lubi co innego niż polski :) ).

Kolega: Dzień dobry.
Tata: Dzień dobry.
…
K: Biegasz maratony? Na którym byłeś ostatnio?
T: Ostatnio brałem udział w bratysławskim. Byłeś tam? Jaki miałeś czas?

Te dwa krótkie dialogi to esencja tego, co było dla mnie na Słowacji jedną z najtrudniejszych rzeczy i do dzisiaj sprawia mi kłopot ;) – kwestia zwrotów grzecznościowych i bezpośredniości w rozmowie z ludźmi obcymi/starszymi/wymagającymi większego szacunku itd. Otóż na Słowacji istnieją tylko dwie formy zwracania się do kogoś – tzw. „vykanie” i „tykanie”, czyli mówienie per „wy” (odpowiednik naszego Pan/Pani, tyle że Słowacy posługują się tu po prostu liczbą mnogą w drugiej osobie) i per „ty” (czyli po imieniu w liczbie pojedynczej). Ktoś może powiedzieć, że czego tu niby brakuje, ale uwierzcie mi –brakuje i to bardzo! Brakuje mi formy pośredniej, czyli tego pięknego zwrotu: „Pani Aniu…”, „Panie Krzysztofie…”, „Pani Kasiu…”, który można zastosować w połowie drogi – gdy już kogoś lepiej znamy, ale z różnych względów (np. ze względu na wiek) nie wypada mówić do niego po imieniu. Tymczasem na Słowacji mam do wyboru albo bardzo oficjalne „proszę Pani/proszę Pana” albo mówienie na „ty”. W jakiej sytuacji przydałaby się taka „pani Ania”? Otóż jak wspomniałam, „wykanie” ma wyraźnie formalny charakter. Gdy zaręczyłam się z M., oczywiste stało się też zbliżenie do całej jego rodziny. Moi kochani przyszli teściowie zaproponowali mi przejście na „ty” (co nie zawsze musi mieć miejsce w rodzinie – zwłaszcza w starszym pokoleniu; moi teściowie do dziś mówią per „wy” do swoich teściów). Pojawił się jednak kłopot – wiadomo, że po ślubie nie mówiłabym do nich po imieniu, więc szkoda to wprowadzać na te kilka miesięcy. Rozwiązanie? Rodzice M. wymyślili, żebym od razu zwracała się do nich per „mama”, „tata” (na 10 miesięcy przed oficjalnym wejściem do rodziny!). Ach, jak ja wtedy marzyłam, żebym mogła się do nich zwracać: „pani Aniu”, „panie Marianie”!!! Z jednej strony był to dla mnie zaszczyt i wyróżnienie, z drugiej – prawdziwa udręka :). Bo ja z natury zwracam się do innych raczej oficjalnie, zachowuję taki dystans słowny (jak to do licha nazwać? :)) i nie przychodzi mi łatwo zbliżenie w formie przejścia na „ty”. A tu nie dość, że na „ty”, to jeszcze na „mama”, „tata” przed ślubem! Oczywiście stałam się po tym wydarzeniu mistrzem formy bezosobowej ;), ale też zrozumiałam, że prędzej czy później będę się musiała nauczyć tego, co narzuca język słowacki, czyli bardziej bezpośredniego kontaktu. Po tych 3 latach przyznaję, moje umiejętności rosną, ale… do dziś pytam dyskretnie M. przy nowo poznanych ludziach, czy mam im „tykać” czy „wykać” ;).

PS.
  M. po przeczytaniu tego posta stwierdził, że zacytowana we wstępie rozmowa (ta rzeczywista) nawet jak na słowackie warunki stanowiła pewne ekstremum ;) (jeśli chodzi o tempo przejścia na „ty”). Ale nie zmieniłam tego przykładu, bo i tak – takie ekstrema zdarzają się znacznie częściej właśnie na Słowacji :).



Keby môjho poľského tatu spoznal nejaký môj kamarát, ktorý má podobné športové záujmy, predstavujem si, že dialóg medzi nimi by vyzeral nasledovne:

Kamarát: Dobrý deň.
Tata: Ahoj Kamarát [tu by, samozrejme, padlo meno Kamaráta].
…
K: Plávanie je Váš obľúbený šport? Ja mám tiež veľmi rád plávanie! Pán Marek, chodíte často na bazén?
T: Vieš čo, každú nedeľu preplávam 80 dĺžok, 2000 metrov.


Ok, ok, viem, že kompletne nerozumiete kam mierim, ale o chvíľu sa všetko vysvetlí. Prečítajte si teraz analogický dialóg (skutočný) môjho známeho so slovenským tatom (iba športová disciplína bude iná, lebo slovenský tato má rád niečo iné ako poľský :) ).

Kamarát: Dobrý deň.
Tata: Dobrý deň.
…

K: Behávaš maratóny? Na akom si naposledy bol?
T: Naposledy som bol na bratislavskom. Bol si tam? Aký si mal čas?

Tie dva krátke dialógy sú podstatou toho, čo bolo pre mňa na Slovensku jednou z najťažších vecí a dodnes mi spôsobuje problemy ;) – otázka zdvorilostných oslovení a bezprostrednosti v rozhovoroch s ľuďmi cudzími/staršími/vyžadujúcimi väčšiu úctu a pod. Na Slovensku totiž existujú iba dve formy oslovenia – tzv. vykanie, čiže oslovenie v druhej osobe množného čísla (zodpovedá poľskému Pan/Pani, ktoré sa používa v tretej osobe jednotného čísla) a tykanie (čiže oslovenie v jednotnom čísle). Niekto sa môže spýtať, čo mi tu chýba, ale uverte mi – chýba, a to veľmi! Chýba mi tá stredná forma, čiže ten veľmi pekný zvrat: „Pani Aňa…”, „Pán Krištof…”, „Pani Katka…”, ktorý možno použiť v polovici cesty – keď niekoho už poznáme lepšie, ale z rôznych dôvodov (napr. s ohľadom na vek) sa nepatrí mu tykať. Avšak na Slovensku mám na výber iba veľmi oficiálne vykanie alebo tykanie. V akej situácii by sa mi zišla taká „pani Aňa”? Ako som už spomínala, vykanie má veľmi formálny charakter. Keď sme sa s M. zasnúbili, bolo samozrejmé, že som sa zblížila takisto s celou jeho rodinou. Moji milí budúci svokrovci mi navrhli tykanie (čo sa vždy v rodine stať nemusí – zvlášť keď ide o staršie pokolenie; moji svokrovci svojim svokrovcom vykajú). Objavil sa však problém – jasné, že po svadbe by som ich neoslovovala po mene, nuž bola by škoda zaužiť to na dobu niekoľkých mesiacov. Riešenie? Rodičia M. vymysleli, aby som ich hneď začala oslovovať „mama” a „tata” (10 mesiacov pred oficiálnym vstupom do rodiny!). Ach, ako som vtedy snívala o tom, aby som ich mohla oslovovať „pani Anička”, „pán Marián”!!! Na jednej strane to bola pre mňa pocta a vyznamenanie, na druhej – skutočné utrpenie :). Lebo ja druhých ľudí prirodzene oslovujem skôr oficiálne, zachovávam si taký slovný odstup (ako to dokelu inak nazvať? :)) a nie je pre mňa ľahké priblíženie vo forme tykania. A tu ešte nestačí tykanie, ale prechod na „mama”, „tata” pred svadbou! Samozrejme, stala som sa po tejto udalosti majstrom neosobnej formy ;), ale tiež som pochopila, že skôr či neskôr sa budem musieť naučiť tomu, čo odo mňa vyžaduje slovenčina, čiže bezprostrednejšiemu kontaktu. Po tých troch rokoch priznávam, že moje schopnosti rastú, ale... dodnes sa diskrétne pýtam M. pri čerstvo spoznaných ľuďoch, či im mám tykať alebo vykať ;).

P.S. M. po prečítaní postu skonštatoval, že ten rozhovor citovaný na začiatku (ten skutočný) je istým extrémom aj na slovenské podmienky ;) (pokiaľ chodí o rýchlosť prechodu na tykanie). Nezmenila som však ten príklad, lebo aj tak – také extrémy sa oveľa častejšie pritrafia práve na Slovensku :).