środa, 31 sierpnia 2016

Cytryny i grejpfruty / Citróny a grapefruity

Sierpień dobiega końca. Niby z dwójką małych dzieci w domu trudno mówić o klasycznych „wakacjach”, ale wycisnęliśmy te letnie miesiące jak cytrynę. Polska, Słowacja, Austria, Węgry. Rodzina, przyjaciele, nowe znajomości. Upały i deszczowe dni. Zbite kolano, pierwszy ząb, czerwone mokasyny, nowy kolor włosów (każde należy oczywiście przypisać innemu członkowi rodziny :)). Dobry czas.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym do tej beczki miodu nie dodała łyżki dziegciu.

Powrót na Słowację po miesiącu bycia w Polsce był… trudny. Irytował mnie wszechobecny język słowacki, drażniło plątanie się własnego języka, denerwowało zapominanie słówek. I znowu czułam się obco. Trwało to tylko krótką chwilę, ale dało się we znaki. Byłam rozdarta. Nie mogłam już doczekać się, kiedy wrócę do domu, do męża, do uwielbianego kawowego zwyczaju z B., do wysłuchiwania zwariowanych historii szwagierki. A jednocześnie tak bardzo chciałam móc to wszystko połączyć jakoś z Polską. Trudna sprawa. Niewykonalna.

A potem? A potem znowu było dobrze. Nie mogę powiedzieć, ani że lubię Bratysławę, ani że jej nie lubię. Szczerze powiedziawszy wciąż jest to dla mnie nie do końca poznane miasto, wciąż jest tu pełno drzemiących, niewykorzystanych jeszcze możliwości. Bo ciąża, bo małe dzieci, bo karmienie piersią, bo przemieszczanie się z wózkiem. Chcąc, nie chcąc, jestem przede wszystkim mamą, na bliższe spotkanie z Bratysławą przyjdzie jeszcze czas. Ale… doceniam jej położenie. To niesamowite móc w ciągu 5 minut znaleźć się w Austrii, a po 10 przekroczyć granicę z Węgrami. Fajnie jest móc korzystać nie tylko z piękna słowackiego krajobrazu, ale też wyskoczyć do jednych czy drugich sąsiadów (tylko czemu akurat do tych najbliższych sercu mamy najdalej? :)). Moje ukochane Wybrzeże nie stwarzało takich możliwości :).

Cytując klasyka: czasem słońce, czasem deszcz ;). W jednej z chwil słabości powiedziałam M., że ja jestem szczęśliwa i nieszczęśliwa jednocześnie. I ja nie umiem inaczej. Coś w tym faktycznie jest. Nie jest to skarga, nie jest to pretensja, nie jest to prośba o pocieszenie czy inne cudo. To po prostu fakt. Jak to, że grejpfrut (skądinąd ulubiony owoc mojego męża) jest gorzki i słodki jednocześnie. Takie 2 w 1 ;). Jasne, że pewnie dałoby się i trzeba z tym raz coś zrobić. Posypać cukrem. Czy coś. Ale póki co moje życie jest właśnie takie. Grejpfrutowe. Wyjadam pomalutku i staram się nie krzywić. 

Trochę wspomnień z wakacji...

August sa končí. S dvomi malými deťmi doma sa vraj nedá veľmi hovoriť o klasických „prázdninách”, ale vytlačili sme tie letné mesiace ako citrón. Poľsko, Slovensko, Rakúsko, Maďarsko. Rodina, priatelia, noví známi. Horúčavy aj daždivé dni. Rozbité koleno, prvý zub, červené mokasíny, nová farba vlasov (každú z tých vecí treba, samozrejme, pripísať inému členovi rodiny :)). Dobrý čas.

Nebola by som to však ja, keby som do toho súdka s medom nepridala za lyžicu dechtu.

Návrat na Slovensko po mesiaci v Poľsku bol... náročný. Hnevala ma všadeprítomná slovenčina, znervózňovalo pletenie vlastného jazyka, zlostila som sa na zabudnuté slovíčka. A znova som sa cítila cudzo. Trvalo to iba krátku chvíľu, ale zasiahla ma. Bola som zmätená. Už som sa nemohla dočkať, kedy sa vrátim domov, k manželovi, k skvelému kávičkovému zvyku s B., k počúvaniu bláznivých historiek mojej švagrinej. A zároveň by som tak veľmi chcela nájsť spôsob, ako to prepojiť s Poľskom. Ťažká úloha. Nevykonateľná.

A potom? Potom bolo znovu dobre. Nedá sa povedať, že by som mala rada Bratislavu, ani že by som ju nemala rada. Úprimne, je to pre mňa stále nie celkom známe mesto, ešte vždy je tu plno spiacich, zatiaľ nevyužitých možností. Tehotenstvo, malé deti, dojčenie, premiestňovanie sa s kočíkom... Chtiac nechtiac, som predovšetkým mama, na bližšie stretnutie s Bratislavou ešte bude čas. Ale... vysoko hodnotím jej polohu. Je to neuveriteľné, že za 5 minút sa môžem ocitnúť v Rakúsku a po 10 prekročiť hranice s Maďarskom. Je fajn môcť sa tešiť nielen z krásnej slovenskej krajiny, ale tiež vybehnúť k jednému či k druhému susedovi (prečo máme však akurát k tým srdcu najbližším tak ďaleko? :)). Moje milované poľské pobrežie neponúkalo takéto možnosti :).

Citujem klasika: niekedy veselo, niekedy smutno ;). V jednej z chvíľ slabosti som povedala M., že som šťastná i nešťastná zároveň. A nedokážem to zmeniť. Niečo na tom skutočne je. Nie je to ani sťažnosť, ani výčitka, ani prosba o potešenie či čokoľvek iné. Proste to tak je. Podobne ako grapefruit (mimochodom, obľúbené ovocie môjho muža), horké a sladké súčasne. Také 2 v 1 ;). Jasné, že by sa s tým dalo niečo spraviť a raz aj bude treba. Posypať cukrom alebo niečo podobné. Ale nateraz je môj život práve taký. Grapefruitový. Pomaličky ho jem a snažím sa nemraštiť tvár. 

piątek, 29 lipca 2016

Hovorím po polsku, mówię po slovensky

Wakacje w pełni. Na całego. Wycieczki, lody, kąpiel w morzu, basen w ogrodzie i spotkania z rodziną. Nie jestem przekonana, czy miesiąc z dzieciakami u moich rodziców a ich dziadków mogę nazwać prawdziwym wypoczynkiem, ale jedno jest pewne – dzieci są szczęśliwe, a ja, patrząc na ich szczęście, jeszcze bardziej (poza tym gdzie będzie mi lepiej niż u mamy ;)). Ten miesiąc w Polsce jest bardzo ciekawy jeszcze z jednego powodu – znów dowiedziałam się czegoś nowego o rozwoju dwujęzyczności u mojej córki. I uznałam, że przyszła pora, by podzielić się z Wami pokrótce doświadczeniami językowymi z tych kilku lat jej życia.

Najpierw zwięźle o MN. – to typ intelektualistki i wnikliwego obserwatora rzeczywistości. W sytuacji dla niej nowej najczęściej przygląda się, nie angażuje, analizuje. I zapamiętuje. Mała odziedziczyła po nas talent muzyczny – niewątpliwie właśnie słuch i pamięć muzyczna pomogły jej w dość wczesnym rozpoczęciu mówienia. Nie pamiętam dokładnych dat, ale nie miała półtora roku, gdy posługiwała się już prostymi zdaniami („auto jedzie”, „taty nie ma” itp.). I się zaczęło :).

Ani ja, ani M. nie mieliśmy licencji na wychowanie dwujęzycznego dziecka :). Ale wiedzieliśmy jedno – trzeba się na coś zdecydować i konsekwentnie tego trzymać. Zwłaszcza, że chcieliśmy, by dla naszej córki polska i słowacka kultura oraz języki były równoważne. Ponieważ sami między sobą rozmawiamy prawie wyłącznie w swoich językach ojczystych, w naturalny sposób przenieśliśmy to też na MN. I tak w naszym domu mama mówi zawsze po polsku, tata zawsze po słowacku. Nie znaczy to jednak, że na naszej drodze do dwujęzyczności nie stanęły żadne znaki zapytania.

Wątpliwości były różne – co będzie z językiem słowackim, gdy M. chodzi do pracy, co będzie z językiem polskim, gdy mieszkamy na Słowacji, jak MN. będzie postrzegać nas, swoich rodziców, gdy będziemy posługiwać się przy niej nie swoim językiem, jak rozmawiać z małą na placu zabaw…

Chyba nie sposób opisać wszystko ze szczegółami, ale chociaż w skrócie przedstawię wam, jak te trudności rozwiązywaliśmy i rozwiązujemy. Przede wszystkim chociaż zmienialiśmy kraj zamieszkania, nie zmienialiśmy naszej podstawowej zasady (mama mówi po polsku, tata po słowacku). Gdy M. miał obawy odnośnie natężenia języka słowackiego, w ciągu dnia puszczałam córce słowackie płyty (piosenki, audiobooki). Obydwoje do dziś czytamy małej mnóstwo książek. Stałym punktem, zwłaszcza gdy MN. była mniejsza, było skajpowanie z dziadkami (teraz widzimy się regularniej).

Problem z mówieniem przy MN. w obcym języku miałam przede wszystkim ja. Panicznie bałam się posługiwania słowackim, zwłaszcza gdy mieszkaliśmy na Słowacji. Oczywiście nie dało się bez tego żyć, ale opanowałam chyba do perfekcji przełączanie się ze słowackiego na polski, gdy zwracałam się do córki. W pewnym momencie zaczęło tu jednak czegoś brakować. Gdy szłyśmy na słowacki plac zabaw i MN. chciała zagadać do dzieci, a brakowało jej słów, pomagałam jej po polsku, a ona nie rozumiała, że musi to powtórzyć po słowacku. I tak zwracała się do dzieci w języku polskim, narażając na ryzyko bycia niezrozumianą. Miałam ogromny dylemat, jak to rozwiązać. W końcu przełamałam się i zaczęłam mówić: „Kochanie, jeśli chcesz, możesz spytać dziewczynkę: << ako sa voláš?>>”. Czyli komunikowałam po polsku, ale zwroty do innych ludzi podpowiadałam w języku słowackim. I to był strzał w dziesiątkę. MN. zwracała się do dzieci po słowacku, ale ze mną dalej rozmawiała po polsku. Umiała nawiązać kontakt ze Słowakami, jednocześnie nie gubiąc właściwego języka w rozmowie ze mną. Wierzcie lub nie, ale mała tak bardzo łączy mnie z językiem polskim, że gdy niedawno zareagowałam na coś, co powiedziała do mnie po słowacku, pełna zdziwienia stwierdziła: „Mama! Ty mówisz po słowacku!” ;)

I znów wrócę do tego, jak ja i M. rozmawiamy z naszą córką. Długo, dłuuuugo nie zwracaliśmy uwagi na to, czy mała mówi do nas po polsku, czy po słowacku, tylko odpowiadaliśmy, powtarzając jej pytanie w swoim języku. Naprowadzaliśmy ją na dany język bez poprawiania. Dopiero w późniejszym czasie, gdy zauważyliśmy, że coraz lepiej radzi sobie z rozróżnianiem polskiego i słowackiego, prosiliśmy, by zwracała się do nas w naszych językach lub poprawialiśmy końcówki (np. typowe dla MN. jest spolszczanie słowackich czasowników: chcem, śpim, możem, dawam). Czasem jednak zniechęcała się, ponieważ nie umiała sobie przypomnieć polskiego/słowackiego odpowiednika. Przełom nastąpił po naszej kwietniowej wizycie w Polsce. Po powrocie do domu dotknął nas mały kryzys – wydawało się, że MN. zupełnie nie pamięta słowackiego. M. był załamany, jednak po kilku dniach wszystko wróciło do normy i nagle okazało się, że MN. już na dobre uporządkowała sobie polski i słowacki i zaczęła płynnie zmieniać język w rozmowie z nami czy dziadkami. Odkryliśmy wtedy,  że „zapomnienie” języka spowodowane brakiem intensywnego kontaktu z nim jest przejściowe i chyba na dobre utwierdziliśmy się w swoich wcześniejszych decyzjach. Zaufaliśmy też mądrości naszej córki.

A czego dowiedziałam się w trakcie obecnego pobytu w Polsce? Nauczona kwietniowym doświadczeniem nie wystraszyłam się, słysząc jak MN. po dłuższym czasie bez taty nie chce mu nic powiedzieć przez telefon. Zamiast się od razu rozłączać lub strofować małą, zaczęłam robić to samo, co na słowackim placu zabaw – podpowiadać słowackie słówka :). I faktycznie okazało się, że to właśnie zapominanie słowackich zwrotów jest dla małej największym problemem. Blokowała się, wpadała w zły nastrój, bo nie umiała ukochanemu tacie powiedzieć tego, co chciała. Gdy zaczęłam jej pomagać, wyraźnie się uspokoiła i zaczęła sobie lepiej radzić. Pewnego razu przyszła nawet do mnie i babci i bardzo zmartwiona stwierdziła, że nic nie pamięta po słowacku. Ale zabawa w wymienianie najbardziej znanych jej słówek („Przecież wiesz, jak powiedzieć <<cześć>> po słowacku” –„Ahoj!”; „A do tatusia przecież nigdy nie mówisz <<tatusiu>>, tylko…” –„Tatino!”…) znów pomogła. Wyrozumiałość, cierpliwość i wsparcie z naszej strony – to wszystko czego mała w tej chwili potrzebuje. Teraz już wiemy na pewno, że jak tylko wrócę z dziećmi do domu, wszystko wróci do normy.

A czy to znaczy, że wiemy już wszystko i to koniec naszej językowej przygody? Na pewno nie :). Ciągle zdarzają się małej przeróżne kwiatki – spolszczanie słowackich słówek („Babcia, ścigniesz!” = słow. stihneš = pol. zdążysz), nadawanie słowackiego brzmienia polskim, mylenie końcówek. Robi się też coraz lepsza w obchodzeniu nieznajomości danego słówka („Mama! Zejdź na dół! Jest już to, co tata nazywa raňajky! [=śniadanie]). Ale po prawie 4 latach życia MN. i prawie 3 latach z językiem polskim i słowackim w jej wykonaniu coraz lepiej widzimy kierunek, w którym zmierzamy i możemy się cieszyć coraz fajniejszymi owocami naszych wyborów. Jest moc :).

Dzieci i ryby głosu nie mają???

Prázdniny sú v plnom prúde. Výlety, zmrzlina, kúpanie v mori, bazén v záhrade a stretnutia s rodinou. Nie som presvedčená o tom, či môžem nazvať mesiac s deťmi u mojich rodičov a ich starých rodičov skutočným oddychom, ale jedna vec je istá – deti sú šťastné, a ja, vnímajúc ich šťastie, som ešte šťastnejšia (okrem toho, kde mi môže byť lepšie ako u mamy ;)). Ten mesiac v Poľsku je veľmi zaujímavý ešte z jedného dôvodu – znovu som sa dozvedela niečo nové o rozvoji dvojjazyčnosti mojej dcérky. A povedala som si, že prišiel čas, aby som sa s Vami podelila s jazykovými skúsenosťami z tých pár rokov jej života.

Najprv krátko o MN. – je to typ intelektuálky a pozorného pozorovateľa skutočnosti. V situácii, ktorá je pre ňu nová, sa najčastejšie prizerá, neangažuje sa, analyzuje. A pamätá si. Malá po nás zdedila hudobný talent – bez pochýb jej práve hudobný sluch a pamäť pomohli, aby dosť skoro začala rozprávať. Nepamätám si presné dátumy, ale nemala ani 1,5 roka, keď začala používať jednoduché vety („auto ide”, „tato tu nie je” atď.). To bol len začiatok :).

Ani ja, ani M. sme nemali licenciu na výchovu dvojjazyčného dieťaťa :). Vedeli sme však jedno – treba sa pre niečo rozhodnúť a vytrvalo sa toho držať. Zvlášť pre to, že sme chceli, aby boli pre našu dcérku poľská a slovenská kultúra a jazyky rovnocenné. Keďže sami sa rozprávame takmer výlučne vo svojich rodných jazykoch, prirodzeným spôsobom sme to preniesli aj na MN. A tak u nás doma mama hovorí vždy po poľsky, tato vždy po slovensky. Neznamená to však, že by sme sa na našej ceste k dvojjazyčnosti nestretli so žiadnymi otáznikmi.

Pochyby boli rôzne – čo bude so slovenčinou keď M. chodí do práce, čo bude s poľštinou, keď bývame na Slovensku, ako nás bude MN. vnímať, keď pri nej budeme rozprávať cudzím jazykom, ako sa s malou rozprávať na detskom ihrisku...

Nie je snáď možné všetko detailne opísať, ale aspoň v skratke Vám chcem ukázať, ako sme tieto ťažkosti riešili a stále riešime. Predovšetkým, aj keď sme menili krajinu pobytu, nemenili sme našu základnú zásadu (mama hovorí po poľsky, tato po slovensky). Keď mal M. obavu kvôli frekvencii slovenčiny, púšťala som dcére cez deň slovenské cédečká (pesničky, audioknižky). Obidvaja dodnes malej čítame mnoho knižiek. Stálym bodom, najmä keď bola MN. menšia, bolo skajpovanie so starými rodičmi (teraz sa vidíme častejšie).

Problém s rozprávaním v cudzom jazyku pri MN. som mala predovšetkým ja. Panicky som sa bála používania slovenčiny, zvlášť, keď sme bývali na Slovensku. Samozrejme, nedalo sa bez toho žiť, ale dokonale som zvládla prepínanie zo slovenčiny do poľštiny, keď som oslovovala dcérku. V istom momente nám však začalo niečo chýbať. Keď sme išli na detské ihrisko na Slovensku a MN. chcela osloviť deti, chýbali jej slovíčka. Ja som jej pomohla po poľsky, ale ona nerozumela, že to musí zopakovať po slovensky. Preto sa obracala na deti po poľsky, avšak s rizikom, že ju nebudú rozumieť. Mala som veľkú dilemu ako to vyriešiť. Napokon som ju prekonala a začala som hovoriť: „Kochanie, jeśli chcesz, możesz spytać dziewczynkę: << ako sa voláš?>>”. Čiže komunikovala som po poľsky, ale s vetami určenými iným ľuďom som jej pomohla po slovensky. To bol správny krok. MN. oslovovala deti po slovensky, ale so mnou aj naďalej hovorila po poľsky. Dokázala nadviazať kontakt so Slovákmi a zároveň neprestala hovoriť správnym jazykom so mnou. Uverte či nie, ale malá ma tak veľmi pripútava k poľskému jazyku, že keď som nedávno zareagovala na niečo, čo mi povedala po slovensky, veľmi prekvapená skonštatovala: „Mama! Ty hovoríš po slovensky!”

Znovu sa vrátim k tomu, ako ja a M. rozprávame s našou dcérkou. Dlho predlho sme neprikladali dôležitosť tomu, či nás oslovuje po poľsky či po slovensky, len sme odpovedali, opakujúc pritom jej otázku v svojom jazyku. Smerovali sme ju na ten-ktorý jazyk bez opravovania. Až neskôr, keď sme si všimli, že jej čoraz lepšie ide odlišovanie poľštiny a slovenčiny, sme ju poprosili, aby na nás hovorila v našich jazykoch a opravovali sme jej koncovky (typická pre ňu napr. je zmena v slovesách: chcem/chcę, dávam/daję, spím/śpię). Niekedy ju to však znechutilo, pretože si nevedela spomenúť na poľské/slovenské slovko. Prelom nadišiel po našom aprílovom pobyte v Poľsku. Po návrate domov sme zažili malú krízu – zdalo sa, že MN. celkom zabudla slovenčinu. M. bol v šoku, avšak po niekoľkých dňoch sa všetko vrátilo do normálu a zrazu sa ukázalo, že MN. si už definitívne upratala poľštinu a slovenčinu a začala plynulo meniť jazyk pri rozhovore s nami či starými rodičmi. Vtedy sme zistili, že „zabudnutie” jazyka spôsobené nedostatkom intenzívneho kontaktu s ním je prechodné, vďaka čomu sme sa definitívne utvrdili vo svojich starších rozhodnutiach. Začali sme tiež dôverovať múdrosti našej dcérky.

A čo som sa naučila počas nášho aktuálneho pobytu v Poľsku? Po aprílovej skúsenosti som sa už nevystrašila, keď som počula, že MN. po dlhšom čase bez tatina s ním nechce telefonovať. Namiesto ukončenia hovoru alebo hrešenia malej som začala robiť to isté, čo na slovenskom detskom ihrisku – pomáhať jej slovenskými slovíčkami :). A naozaj sa ukázalo, že práve zabúdanie slovenských zvratov spôsobuje malej najväčší problém. Blokovalo ju to, zhoršila sa jej nálada, lebo nedokázala milovanému ockovi povedať, čo chcela. Keď som jej začala pomáhať, veľmi sa upokojila a dokázala si sama poradiť. Raz dokonca prišla za mnou a za starou mamou a veľmi znepokojená skonštatovala, že si nič nepamätá po slovensky. Ale hra na najznámejšie slovíčka (– „Predsa vieš, ako sa povie Cześć po slovensky” – „Ahoj!”; – „A tatovi predsa nikdy nehovoríš tatusiu, ale...”-„Tatino!”..) znovu pomohla. Porozumenie, trpezlivosť a podpora z našej strany – to je všetko, čo malá teraz potrebuje. Teraz už vieme, že keď sa vrátim s deťmi domov, všetko sa vráti do normálu.

Znamená to, že už vieme všetko a nastal koniec nášho jazykového dobrodružstva? Určite nie :). Malej sa stále pritrafia všelijaké perličky – spoľšťovanie slovenských slov („Babcia, ścigniesz!” = po poľsky zdążysz), slovenské znenie poľských slov, chyby v koncovkách. Je tiež čoraz lepšia pri obchádzaní neznámych slovíčiek („Mama! Zejdź na dół! Jest już to, co tata nazywa raňajky! = Mama, poď dole! Už je to, čo tato volá raňajky – má byť śniadanie). Ale po takmer 4 rokoch života MN. a takmer 3 rokoch s poľštinou a slovenčinou v jej prevedení vidíme čoraz lepšie smer, ktorým sa uberáme a môžeme sa tešiť čoraz lepším ovocím našich rozhodnutí. Je to super :). 

czwartek, 30 czerwca 2016

Bahamy / Bahamy

Nauczyłam się czytać już dość dawno temu. Umiejętność tę ćwiczę zresztą regularnie do dziś ;). Jakież więc było moje zdziwienie, gdy przed 3 laty nie umiałam przeczytać pocztówki od szwagierki! Mieszkała wtedy za granicą (tzn. nie w Polsce i nie na Słowacji ;)) i wysyłała swojej córce chrzestnej kartki. Jako dobra mama miałam oczywiście za zadanie przeczytać je adresatowi, ale… tu następował zgrzyt. Bo nie mogłam rozszyfrować niektórych słówek, a przyczyną wcale nie było niestaranne pismo szwagierki. Wtedy jednak zrzucałam winę na swoją niedoskonałą znajomość języka słowackiego i dopiero dużo, dużo później odkryłam prawdziwą przyczynę mojego niepowodzenia.

Otóż… Słowacy piszą inaczej niż Polacy!!! I tu wcale nie chodzi o to, że mają inne litery (č, ť, ň, ô…), ale o to, że te, które mamy takie same, piszą w inny sposób. Być może tych z was, którzy mieszkają w jakichś innych krajach europejskich od lat, wcale to nie zaskakuje, bo spotkaliście się z tym już dawno. Dla mnie to było odkrycie. I do dziś zadziwiam nim znajomych Słowaków :). Tych inaczej pisanych liter wcale nie ma tak dużo (k, t, r…), ale jest jeszcze jeden haczyk. Słowacy wszystkie litery piszą bez odrywania ręki. Ja wiem, że i u nas poprawnie jest łączyć litery, ale jednak widać różnicę – wierzcie mi, nie łączymy ich aż-tak-bardzo. Niby to wszystko drobiazgi, ale urastają nagle do bardzo ważnych zagadnień, gdy znajduję w skrzynce na listy kolejną kopertę :).

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Słowacy są większymi tradycjonalistami niż Polacy, jeśli chodzi o korzystanie z poczty. Nie, to nie znaczy, że nie posługują się skrzynkami mejlowymi ;). Po prostu gdy zbliżają się święta, nie tylko starsi, ale i młodsi  sięgają po długopisy i kartki. Hitem jest wysyłanie pocztówki zrobionej ze… zdjęcia rodzinnego. Sama już kilka takich dostałam. Bardzo możliwe, że w tym roku i nasza rodzina podda się tej słowackiej tradycji ;).

Zanim jednak nadejdzie zima i Boże Narodzenie, czeka nas lato. Liczę na to, że piękne. Bo wiecie, jedni jeżdżą na Bahamy, drudzy do... swej mamy ;). I już w niedzielę czeka nas kolejna podróż na polskie Wybrzeże. Jadę z wielkimi nadziejami i wielką tęsknotą. Dlaczego? Bo w tym naszym polsko-słowackim świecie, który niektórzy nawet bliscy mi ludzie postrzegają czasem jako idealny i zupełnie bezproblemowy, trudności jednak istnieją. A pobyt w domu rodzinnym pozwala na chwilę o nich zapomnieć. O tym, jak dobrze uczyć dzieci dwóch języków, jak uczyć ich różnych alfabetów i odmiennego pisania, jak przekazać im, że obydwie tradycje są ważne i równorzędne… Bo właśnie wychowanie i edukacja naszych dzieci w dwóch różnych kulturach stanowi dla mnie największe wyzwanie i jest zarazem jednym z największych moich lęków.

Tymczasem od niedzieli będzie polska plaża, polskie morze, polski słomkowy kapelusz, a pod nim skryta z polską książką ja – Polka. Potrzebne mi to. Ale tylko na małą chwileczkę.



Pisany alfabet słowacki made by M. :)


Čítať som sa naučila už dosť dávno. Tú schopnosť, koniec koncov, pravidelne trénujem dodnes ;) Aké veľké teda muselo byť moje prekvapenie, keď som pred tromi rokmi nedokázala prečítať pohľadnicu od švagrinej! Bývala vtedy v zahraničí (teda, ani v Poľsku, ani na Slovensku ;)) a posielala svojej krstnej dcérke pohľadnice. Mojou úlohou ako dobrej mamy bolo, samozrejme, prečítať pohľadnicu adresátovi, ale... bol v tom zádrhel. Nemohla som totiž rozšifrovať niektoré slová, a nebolo to kvôli lajdáckemu písmu švagrinej. Vtedy som však vzala vinu na seba a svoju nedokonalú znalosť slovenčiny, a až oveľa, oveľa neskôr som odhalila skutočnú príčinu môjho neúspechu.

Totiž... Slováci píšu inak ako Poliaci!!! A vôbec nejde o to, že majú iné písmenká (č, ť, ň, ô…), ale o to, že tie, ktoré máme spoločné, píšu inak. Možno to niektorých z vás, ktorí bývate už celé veky v iných európskych krajinách, vôbec neprekvapuje, pretože ste sa tým stretli už dávno. Pre mňa to bolo veľké odhalenie. A stále ním prekvapujem známych zo Slovenska :). Tie písmená, ktoré sa píšu inak, nie sú vôbec veľmi početné (k, t, r...), ale má to ešte jeden háčik. Slováci píšu všetky písmená bez dvíhania ruky. Viem, že aj u nás je správne spájať písmená, ale aj tak je rozdiel viditeľný – uverte, nespájame ich až tak poriadne. Zdá sa, že sú to len detaily, ale stávajú sa z nich dôležité otázky v momente, keď nachádzam v poštovej schránke ďalšiu obálku :).

Na tomto mieste treba uviesť, že Slováci sú väčšmi tradiční od Poliakov, pokiaľ ide o využívanie pošty. Nie, neznamená to, že nepoužívajú elektronickú poštu ;). Skrátka, keď sa blížia sviatky, nielen starší, ale aj mladí siahajú po perá a pohľadnice. Hitom je posielanie pohľadníc vyrobených z... rodinnej fotky. Sama som ich už niekoľko dostala. Je dosť možné, že v tomto roku sa aj naša rodina poddá slovenskej tradícii ;).

Kým však príde zima a s ňou Vianoce, čaká nás leto. Rátam s tým, že bude krásne. Lebo viete, jedni chodia na Bahamy, druhí sú u svojej mamy ;). A už v nedeľu nás čaká ďalšia cesta nad poľské more. Idem s veľkými nádejami aj veľkou clivotou. Prečo? Lebo v tom našom poľsko-slovenskom svete, ktorý aj veľmi blízki ľudia niekedy považujú za ideálny a úplne bezproblémový, predsa len existujú ťažkosti. A pobyt u rodičov umožňuje na chvíľu na ne zabudnúť. Na to, ako dobre učiť deti oba jazyky, ako ich učiť rôzne abecedy a rôzne písanie znakov, ako im odovzdať to, že obe tradície sú rovnako dôležité... Lebo práve výchova a vzdelávanie našich detí v dvoch rôznych kultúrach je pre mňa najväčšou výzvou a tiež jednou z mojich najväčších obáv.

Avšak od nedele bude poľská pláž, poľské more, poľský slamený klobúk a pod ním skrytá s poľskou knižkou ja – Poľka. Potrebujem to. Ale len na malú chvíľku.