piątek, 30 września 2016

Po-rachunki / Účtovanie

22 września minął rok od naszej przeprowadzki do Bratysławy. 366 dni. W tym 200 dni bez przerwy na Słowacji. A łącznie 294. 5 dni na Węgrzech. I 67 w Polsce. Już te liczby bardzo dużo mówią o naszym życiu. Ogromna zmiana. Do tego remont mieszkania, ciąża, narodziny syna, rozłączenie MN. z dziadkami po dwóch latach dzielenia z nimi ogrodu, nowa praca M., moja samotność w obcym mieście. Przeżyliśmy tego tak dużo, że spokojnie moglibyśmy obdzielić naszymi doświadczeniami jeszcze kilka osób. Sporo za nami, jeszcze więcej przed nami. Nie jestem mocna w podsumowaniach, z drugiej strony ten rok sprzyja refleksji.

Co sądzę o Bratysławie, już wiecie, pisałam o tym nieraz. Miasto ciągle nie do końca odkryte, z potencjałem, ale i sporymi wadami. Miłość to nie jest, do przyjaźni też daleko, ale mocno negatywne uczucia również mnie tak bardzo nie dotyczą (o ile nie przebijam się z wózkiem przez totalnie zapchane przez samochody chodniki ;)). A co ze Słowacją w ogóle? Mój drugi dom, druga ojczyzna… Ale i trochę obczyzna… Walczę jednak z tym uczuciem, staram się widzieć swoje miejsce w tym kraju wyraźniej, nie koncentrować całej swojej energii na tęsknocie za Polską. Próbuję dostrzec tu przyszłość dla mojej rodziny. Z różnym skutkiem, ale się nie poddaję.

A co z miejscem dla mnie? Więcej tu znaków zapytania niż odpowiedzi. Mam jednak niesamowite poczucie, że nie jestem sama ze swoim bałaganem, a po najgorszym nawet dołku przychodzi dzień, gdy uśmiech powraca. Pierwsze miesiące w Bratysławie to były emocjonalny rollercoaster, jazda bez trzymanki. Na zewnątrz starałam się uśmiechać, ale w środku już tak pogodnie nie było. Za uśmiechem skrywałam poczucie osamotnienia, nieprzystosowania, nieistnienia. Odnalezienie się w nowym miejscu, na obczyźnie, i w roli podwójnej mamy zajęło mi trochę czasu. Jednak życie potrafi zaskoczyć. Bo dzięki mojemu blogowi poznałam B., która posiada w sobie niesamowitą otwartość na drugiego człowieka i szalenie naturalnie buduje relacje. Dopiero teraz, patrząc już z lekkiego dystansu, widzę wyraźnie, jak ważną rolę odegrała podczas tych moich pierwszych bratysławskich miesięcy. Czas też sprzyjał wychodzeniu na emocjonalną prostą. Dziś jestem już w zupełnie innym miejscu. Dziś jestem spokojna, wiele rzeczy widzę ostrzej, nie miotam się tak bardzo między swoimi marzeniami a rzeczywistością. Rok w Bratysławie to ważny rok w moim życiu.

Inaczej też podchodzę do relacji ze znajomymi z Polski. Już nie walczę za wszelką cenę, nie staram się utrzymywać kontaktów na siłę, nie tracę czasu na ludzi, którzy nie widzą dla mnie miejsca w swoim życiu, gdy jestem daleko. Za to pielęgnuję przyjaźnie i doceniam poczucie bezpieczeństwa, płynące od tych, którzy są i gdy jestem w Polsce, i gdy jestem na Słowacji. Dla nich mój dom i moje serce są nieustannie otwarte.

Dobry rok. Owocne 366 dni. Dużo się nauczyłam i przybyło mi trochę mądrości. Zmarszczek pewnie też. Ale i tych w kącikach ust, od uśmiechu. Lubię zmiany, które we mnie zachodzą. Lubię to, że nie stoję w miejscu. Czasami nawet lubię to, jakie to nasze polsko-słowackie życie bywa pokręcone ;). I tylko nie wiem, która liczba mnie bardziej porusza. Te 294 dni tutaj, czy 67 w Polsce.



Dňa 22.9. prešiel rok od nášho presťahovania sa do Bratislavy. 366 dní. Z toho 200 dní bez prestávky na Slovensku. A spolu 294. 5 dní v Maďarsku. A 67 v Poľsku. Už tie čísla hovoria veľmi veľa o našom živote. Obrovská zmena. K tomu renovácia bytu, tehotenstvo, narodenie syna, rozluka MN. so starými rodičmi po dvoch rokoch strávených vedľa seba, nová práca M., moja samota v cudzom meste. Prežili sme toho tak veľa, že by sme mohli našimi zážitkami pokojne obdarovať ešte niekoľko ľudí. Veľa za nami, ešte viac pred nami. Nie som dobrá pri hodnoteniach, avšak to výročie napomáha uvažovanie.

Čo si myslím o Bratislave, to už viete, neraz som o tom písala. Mesto stále nie celkom známe, s potenciálom, ale tiež veľkými nedostatkami. Láska to nie je, od priateľstva máme tiež ďaleko, ale silné negatívne pocity ma až tak nezaplavujú (pokiaľ sa práve neborím s kočíkom chodníkmi totálne zaplnenými autami ;)). A čo Slovensko ako také? Môj druhý domov, druhá vlasť... Ale aj trochu cudzina... Bojujem však s tým pocitom, snažím sa vidieť svoje miesto na ňom jasnejšie, nesústrediť celú svoju energiu do smútku za Poľskom. Snažím sa vidieť tu budúcnosť mojej rodiny. S rôznymi výsledkami, ale nevzdávam sa.

A čo s mojím miestom v tom všetkom? Je viac otázok ako odpovedí. Mám však skvelý pocit, že s tým svojim neporiadkom nie som sama, a aj po najhoršej depke prichádza deň, keď sa úsmev navracia. Prvé mesiace v Bratislave, to bola emocionálna hojdačka, jazda bez držania. Navonok som sa snažila usmievať sa, ale vo vnútri to už také pozitívne nebolo. Za úsmevom som skrývala pocity samoty, neprispôsobenia, neexistencie. Nájsť samu seba na novom mieste a v úlohe dvojnásobnej matky – to vyžadovalo nejaký čas. Avšak život dokáže prekvapiť. Lebo vďaka môjmu blogu som spoznala B., ktorá má v sebe neuveriteľnú otvorenosť na druhého človeka a šialene prirodzene buduje vzťahy. Až teraz, hľadiac s určitým odstupom, vidím jasne, akú dôležitú úlohu odohrala počas tých mojich prvých bratislavských mesiacov. Čas tiež pomohol návratu do normálnych koľají. Dnes som už úplne inde. Dnes som pokojná, veľa vecí vidím ostrejšie, nezmietam sa tak veľmi medzi svojimi snami a skutočnosťou. Rok v Bratislave je dôležitý rok v mojom živote.

Inak tiež vnímam vzťahy so známymi z Poľska. Už nebojujem za každú cenu, nesnažím sa udržať kontakty nasilu, nestrácam čas pre ľudí, ktorí nevidia pre mňa miesto vo svojich životoch, keď som ďaleko. Na druhej strane, starám sa o priateľstvá a vážim si pocit bezpečia plynúci od tých, ktorí sú prítomní, či som v Poľsku alebo na Slovensku. Pre nich sú môj domov a srdce vždy otvorené.

Dobrý rok. Plodných 366 dní. Veľa som sa naučila a pribudlo mi trochu múdrosti. Vrások isto tiež. Ale aj tých v kútikoch úst, od úsmevu. Mám rada zmeny, ktoré sa vo mne dejú. Som rada, že nestojím na mieste. Niekedy sa mi dokonca páči, ako je ten náš poľsko-slovenský život zamotaný ;). Len neviem, ktoré číslo sa ma viac dotýka. Tých 294 dní tu na Slovensku alebo 67 v Poľsku. 

środa, 31 sierpnia 2016

Cytryny i grejpfruty / Citróny a grapefruity

Sierpień dobiega końca. Niby z dwójką małych dzieci w domu trudno mówić o klasycznych „wakacjach”, ale wycisnęliśmy te letnie miesiące jak cytrynę. Polska, Słowacja, Austria, Węgry. Rodzina, przyjaciele, nowe znajomości. Upały i deszczowe dni. Zbite kolano, pierwszy ząb, czerwone mokasyny, nowy kolor włosów (każde należy oczywiście przypisać innemu członkowi rodziny :)). Dobry czas.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym do tej beczki miodu nie dodała łyżki dziegciu.

Powrót na Słowację po miesiącu bycia w Polsce był… trudny. Irytował mnie wszechobecny język słowacki, drażniło plątanie się własnego języka, denerwowało zapominanie słówek. I znowu czułam się obco. Trwało to tylko krótką chwilę, ale dało się we znaki. Byłam rozdarta. Nie mogłam już doczekać się, kiedy wrócę do domu, do męża, do uwielbianego kawowego zwyczaju z B., do wysłuchiwania zwariowanych historii szwagierki. A jednocześnie tak bardzo chciałam móc to wszystko połączyć jakoś z Polską. Trudna sprawa. Niewykonalna.

A potem? A potem znowu było dobrze. Nie mogę powiedzieć, ani że lubię Bratysławę, ani że jej nie lubię. Szczerze powiedziawszy wciąż jest to dla mnie nie do końca poznane miasto, wciąż jest tu pełno drzemiących, niewykorzystanych jeszcze możliwości. Bo ciąża, bo małe dzieci, bo karmienie piersią, bo przemieszczanie się z wózkiem. Chcąc, nie chcąc, jestem przede wszystkim mamą, na bliższe spotkanie z Bratysławą przyjdzie jeszcze czas. Ale… doceniam jej położenie. To niesamowite móc w ciągu 5 minut znaleźć się w Austrii, a po 10 przekroczyć granicę z Węgrami. Fajnie jest móc korzystać nie tylko z piękna słowackiego krajobrazu, ale też wyskoczyć do jednych czy drugich sąsiadów (tylko czemu akurat do tych najbliższych sercu mamy najdalej? :)). Moje ukochane Wybrzeże nie stwarzało takich możliwości :).

Cytując klasyka: czasem słońce, czasem deszcz ;). W jednej z chwil słabości powiedziałam M., że ja jestem szczęśliwa i nieszczęśliwa jednocześnie. I ja nie umiem inaczej. Coś w tym faktycznie jest. Nie jest to skarga, nie jest to pretensja, nie jest to prośba o pocieszenie czy inne cudo. To po prostu fakt. Jak to, że grejpfrut (skądinąd ulubiony owoc mojego męża) jest gorzki i słodki jednocześnie. Takie 2 w 1 ;). Jasne, że pewnie dałoby się i trzeba z tym raz coś zrobić. Posypać cukrem. Czy coś. Ale póki co moje życie jest właśnie takie. Grejpfrutowe. Wyjadam pomalutku i staram się nie krzywić. 

Trochę wspomnień z wakacji...

August sa končí. S dvomi malými deťmi doma sa vraj nedá veľmi hovoriť o klasických „prázdninách”, ale vytlačili sme tie letné mesiace ako citrón. Poľsko, Slovensko, Rakúsko, Maďarsko. Rodina, priatelia, noví známi. Horúčavy aj daždivé dni. Rozbité koleno, prvý zub, červené mokasíny, nová farba vlasov (každú z tých vecí treba, samozrejme, pripísať inému členovi rodiny :)). Dobrý čas.

Nebola by som to však ja, keby som do toho súdka s medom nepridala za lyžicu dechtu.

Návrat na Slovensko po mesiaci v Poľsku bol... náročný. Hnevala ma všadeprítomná slovenčina, znervózňovalo pletenie vlastného jazyka, zlostila som sa na zabudnuté slovíčka. A znova som sa cítila cudzo. Trvalo to iba krátku chvíľu, ale zasiahla ma. Bola som zmätená. Už som sa nemohla dočkať, kedy sa vrátim domov, k manželovi, k skvelému kávičkovému zvyku s B., k počúvaniu bláznivých historiek mojej švagrinej. A zároveň by som tak veľmi chcela nájsť spôsob, ako to prepojiť s Poľskom. Ťažká úloha. Nevykonateľná.

A potom? Potom bolo znovu dobre. Nedá sa povedať, že by som mala rada Bratislavu, ani že by som ju nemala rada. Úprimne, je to pre mňa stále nie celkom známe mesto, ešte vždy je tu plno spiacich, zatiaľ nevyužitých možností. Tehotenstvo, malé deti, dojčenie, premiestňovanie sa s kočíkom... Chtiac nechtiac, som predovšetkým mama, na bližšie stretnutie s Bratislavou ešte bude čas. Ale... vysoko hodnotím jej polohu. Je to neuveriteľné, že za 5 minút sa môžem ocitnúť v Rakúsku a po 10 prekročiť hranice s Maďarskom. Je fajn môcť sa tešiť nielen z krásnej slovenskej krajiny, ale tiež vybehnúť k jednému či k druhému susedovi (prečo máme však akurát k tým srdcu najbližším tak ďaleko? :)). Moje milované poľské pobrežie neponúkalo takéto možnosti :).

Citujem klasika: niekedy veselo, niekedy smutno ;). V jednej z chvíľ slabosti som povedala M., že som šťastná i nešťastná zároveň. A nedokážem to zmeniť. Niečo na tom skutočne je. Nie je to ani sťažnosť, ani výčitka, ani prosba o potešenie či čokoľvek iné. Proste to tak je. Podobne ako grapefruit (mimochodom, obľúbené ovocie môjho muža), horké a sladké súčasne. Také 2 v 1 ;). Jasné, že by sa s tým dalo niečo spraviť a raz aj bude treba. Posypať cukrom alebo niečo podobné. Ale nateraz je môj život práve taký. Grapefruitový. Pomaličky ho jem a snažím sa nemraštiť tvár. 

piątek, 29 lipca 2016

Hovorím po polsku, mówię po slovensky

Wakacje w pełni. Na całego. Wycieczki, lody, kąpiel w morzu, basen w ogrodzie i spotkania z rodziną. Nie jestem przekonana, czy miesiąc z dzieciakami u moich rodziców a ich dziadków mogę nazwać prawdziwym wypoczynkiem, ale jedno jest pewne – dzieci są szczęśliwe, a ja, patrząc na ich szczęście, jeszcze bardziej (poza tym gdzie będzie mi lepiej niż u mamy ;)). Ten miesiąc w Polsce jest bardzo ciekawy jeszcze z jednego powodu – znów dowiedziałam się czegoś nowego o rozwoju dwujęzyczności u mojej córki. I uznałam, że przyszła pora, by podzielić się z Wami pokrótce doświadczeniami językowymi z tych kilku lat jej życia.

Najpierw zwięźle o MN. – to typ intelektualistki i wnikliwego obserwatora rzeczywistości. W sytuacji dla niej nowej najczęściej przygląda się, nie angażuje, analizuje. I zapamiętuje. Mała odziedziczyła po nas talent muzyczny – niewątpliwie właśnie słuch i pamięć muzyczna pomogły jej w dość wczesnym rozpoczęciu mówienia. Nie pamiętam dokładnych dat, ale nie miała półtora roku, gdy posługiwała się już prostymi zdaniami („auto jedzie”, „taty nie ma” itp.). I się zaczęło :).

Ani ja, ani M. nie mieliśmy licencji na wychowanie dwujęzycznego dziecka :). Ale wiedzieliśmy jedno – trzeba się na coś zdecydować i konsekwentnie tego trzymać. Zwłaszcza, że chcieliśmy, by dla naszej córki polska i słowacka kultura oraz języki były równoważne. Ponieważ sami między sobą rozmawiamy prawie wyłącznie w swoich językach ojczystych, w naturalny sposób przenieśliśmy to też na MN. I tak w naszym domu mama mówi zawsze po polsku, tata zawsze po słowacku. Nie znaczy to jednak, że na naszej drodze do dwujęzyczności nie stanęły żadne znaki zapytania.

Wątpliwości były różne – co będzie z językiem słowackim, gdy M. chodzi do pracy, co będzie z językiem polskim, gdy mieszkamy na Słowacji, jak MN. będzie postrzegać nas, swoich rodziców, gdy będziemy posługiwać się przy niej nie swoim językiem, jak rozmawiać z małą na placu zabaw…

Chyba nie sposób opisać wszystko ze szczegółami, ale chociaż w skrócie przedstawię wam, jak te trudności rozwiązywaliśmy i rozwiązujemy. Przede wszystkim chociaż zmienialiśmy kraj zamieszkania, nie zmienialiśmy naszej podstawowej zasady (mama mówi po polsku, tata po słowacku). Gdy M. miał obawy odnośnie natężenia języka słowackiego, w ciągu dnia puszczałam córce słowackie płyty (piosenki, audiobooki). Obydwoje do dziś czytamy małej mnóstwo książek. Stałym punktem, zwłaszcza gdy MN. była mniejsza, było skajpowanie z dziadkami (teraz widzimy się regularniej).

Problem z mówieniem przy MN. w obcym języku miałam przede wszystkim ja. Panicznie bałam się posługiwania słowackim, zwłaszcza gdy mieszkaliśmy na Słowacji. Oczywiście nie dało się bez tego żyć, ale opanowałam chyba do perfekcji przełączanie się ze słowackiego na polski, gdy zwracałam się do córki. W pewnym momencie zaczęło tu jednak czegoś brakować. Gdy szłyśmy na słowacki plac zabaw i MN. chciała zagadać do dzieci, a brakowało jej słów, pomagałam jej po polsku, a ona nie rozumiała, że musi to powtórzyć po słowacku. I tak zwracała się do dzieci w języku polskim, narażając na ryzyko bycia niezrozumianą. Miałam ogromny dylemat, jak to rozwiązać. W końcu przełamałam się i zaczęłam mówić: „Kochanie, jeśli chcesz, możesz spytać dziewczynkę: << ako sa voláš?>>”. Czyli komunikowałam po polsku, ale zwroty do innych ludzi podpowiadałam w języku słowackim. I to był strzał w dziesiątkę. MN. zwracała się do dzieci po słowacku, ale ze mną dalej rozmawiała po polsku. Umiała nawiązać kontakt ze Słowakami, jednocześnie nie gubiąc właściwego języka w rozmowie ze mną. Wierzcie lub nie, ale mała tak bardzo łączy mnie z językiem polskim, że gdy niedawno zareagowałam na coś, co powiedziała do mnie po słowacku, pełna zdziwienia stwierdziła: „Mama! Ty mówisz po słowacku!” ;)

I znów wrócę do tego, jak ja i M. rozmawiamy z naszą córką. Długo, dłuuuugo nie zwracaliśmy uwagi na to, czy mała mówi do nas po polsku, czy po słowacku, tylko odpowiadaliśmy, powtarzając jej pytanie w swoim języku. Naprowadzaliśmy ją na dany język bez poprawiania. Dopiero w późniejszym czasie, gdy zauważyliśmy, że coraz lepiej radzi sobie z rozróżnianiem polskiego i słowackiego, prosiliśmy, by zwracała się do nas w naszych językach lub poprawialiśmy końcówki (np. typowe dla MN. jest spolszczanie słowackich czasowników: chcem, śpim, możem, dawam). Czasem jednak zniechęcała się, ponieważ nie umiała sobie przypomnieć polskiego/słowackiego odpowiednika. Przełom nastąpił po naszej kwietniowej wizycie w Polsce. Po powrocie do domu dotknął nas mały kryzys – wydawało się, że MN. zupełnie nie pamięta słowackiego. M. był załamany, jednak po kilku dniach wszystko wróciło do normy i nagle okazało się, że MN. już na dobre uporządkowała sobie polski i słowacki i zaczęła płynnie zmieniać język w rozmowie z nami czy dziadkami. Odkryliśmy wtedy,  że „zapomnienie” języka spowodowane brakiem intensywnego kontaktu z nim jest przejściowe i chyba na dobre utwierdziliśmy się w swoich wcześniejszych decyzjach. Zaufaliśmy też mądrości naszej córki.

A czego dowiedziałam się w trakcie obecnego pobytu w Polsce? Nauczona kwietniowym doświadczeniem nie wystraszyłam się, słysząc jak MN. po dłuższym czasie bez taty nie chce mu nic powiedzieć przez telefon. Zamiast się od razu rozłączać lub strofować małą, zaczęłam robić to samo, co na słowackim placu zabaw – podpowiadać słowackie słówka :). I faktycznie okazało się, że to właśnie zapominanie słowackich zwrotów jest dla małej największym problemem. Blokowała się, wpadała w zły nastrój, bo nie umiała ukochanemu tacie powiedzieć tego, co chciała. Gdy zaczęłam jej pomagać, wyraźnie się uspokoiła i zaczęła sobie lepiej radzić. Pewnego razu przyszła nawet do mnie i babci i bardzo zmartwiona stwierdziła, że nic nie pamięta po słowacku. Ale zabawa w wymienianie najbardziej znanych jej słówek („Przecież wiesz, jak powiedzieć <<cześć>> po słowacku” –„Ahoj!”; „A do tatusia przecież nigdy nie mówisz <<tatusiu>>, tylko…” –„Tatino!”…) znów pomogła. Wyrozumiałość, cierpliwość i wsparcie z naszej strony – to wszystko czego mała w tej chwili potrzebuje. Teraz już wiemy na pewno, że jak tylko wrócę z dziećmi do domu, wszystko wróci do normy.

A czy to znaczy, że wiemy już wszystko i to koniec naszej językowej przygody? Na pewno nie :). Ciągle zdarzają się małej przeróżne kwiatki – spolszczanie słowackich słówek („Babcia, ścigniesz!” = słow. stihneš = pol. zdążysz), nadawanie słowackiego brzmienia polskim, mylenie końcówek. Robi się też coraz lepsza w obchodzeniu nieznajomości danego słówka („Mama! Zejdź na dół! Jest już to, co tata nazywa raňajky! [=śniadanie]). Ale po prawie 4 latach życia MN. i prawie 3 latach z językiem polskim i słowackim w jej wykonaniu coraz lepiej widzimy kierunek, w którym zmierzamy i możemy się cieszyć coraz fajniejszymi owocami naszych wyborów. Jest moc :).

Dzieci i ryby głosu nie mają???

Prázdniny sú v plnom prúde. Výlety, zmrzlina, kúpanie v mori, bazén v záhrade a stretnutia s rodinou. Nie som presvedčená o tom, či môžem nazvať mesiac s deťmi u mojich rodičov a ich starých rodičov skutočným oddychom, ale jedna vec je istá – deti sú šťastné, a ja, vnímajúc ich šťastie, som ešte šťastnejšia (okrem toho, kde mi môže byť lepšie ako u mamy ;)). Ten mesiac v Poľsku je veľmi zaujímavý ešte z jedného dôvodu – znovu som sa dozvedela niečo nové o rozvoji dvojjazyčnosti mojej dcérky. A povedala som si, že prišiel čas, aby som sa s Vami podelila s jazykovými skúsenosťami z tých pár rokov jej života.

Najprv krátko o MN. – je to typ intelektuálky a pozorného pozorovateľa skutočnosti. V situácii, ktorá je pre ňu nová, sa najčastejšie prizerá, neangažuje sa, analyzuje. A pamätá si. Malá po nás zdedila hudobný talent – bez pochýb jej práve hudobný sluch a pamäť pomohli, aby dosť skoro začala rozprávať. Nepamätám si presné dátumy, ale nemala ani 1,5 roka, keď začala používať jednoduché vety („auto ide”, „tato tu nie je” atď.). To bol len začiatok :).

Ani ja, ani M. sme nemali licenciu na výchovu dvojjazyčného dieťaťa :). Vedeli sme však jedno – treba sa pre niečo rozhodnúť a vytrvalo sa toho držať. Zvlášť pre to, že sme chceli, aby boli pre našu dcérku poľská a slovenská kultúra a jazyky rovnocenné. Keďže sami sa rozprávame takmer výlučne vo svojich rodných jazykoch, prirodzeným spôsobom sme to preniesli aj na MN. A tak u nás doma mama hovorí vždy po poľsky, tato vždy po slovensky. Neznamená to však, že by sme sa na našej ceste k dvojjazyčnosti nestretli so žiadnymi otáznikmi.

Pochyby boli rôzne – čo bude so slovenčinou keď M. chodí do práce, čo bude s poľštinou, keď bývame na Slovensku, ako nás bude MN. vnímať, keď pri nej budeme rozprávať cudzím jazykom, ako sa s malou rozprávať na detskom ihrisku...

Nie je snáď možné všetko detailne opísať, ale aspoň v skratke Vám chcem ukázať, ako sme tieto ťažkosti riešili a stále riešime. Predovšetkým, aj keď sme menili krajinu pobytu, nemenili sme našu základnú zásadu (mama hovorí po poľsky, tato po slovensky). Keď mal M. obavu kvôli frekvencii slovenčiny, púšťala som dcére cez deň slovenské cédečká (pesničky, audioknižky). Obidvaja dodnes malej čítame mnoho knižiek. Stálym bodom, najmä keď bola MN. menšia, bolo skajpovanie so starými rodičmi (teraz sa vidíme častejšie).

Problém s rozprávaním v cudzom jazyku pri MN. som mala predovšetkým ja. Panicky som sa bála používania slovenčiny, zvlášť, keď sme bývali na Slovensku. Samozrejme, nedalo sa bez toho žiť, ale dokonale som zvládla prepínanie zo slovenčiny do poľštiny, keď som oslovovala dcérku. V istom momente nám však začalo niečo chýbať. Keď sme išli na detské ihrisko na Slovensku a MN. chcela osloviť deti, chýbali jej slovíčka. Ja som jej pomohla po poľsky, ale ona nerozumela, že to musí zopakovať po slovensky. Preto sa obracala na deti po poľsky, avšak s rizikom, že ju nebudú rozumieť. Mala som veľkú dilemu ako to vyriešiť. Napokon som ju prekonala a začala som hovoriť: „Kochanie, jeśli chcesz, możesz spytać dziewczynkę: << ako sa voláš?>>”. Čiže komunikovala som po poľsky, ale s vetami určenými iným ľuďom som jej pomohla po slovensky. To bol správny krok. MN. oslovovala deti po slovensky, ale so mnou aj naďalej hovorila po poľsky. Dokázala nadviazať kontakt so Slovákmi a zároveň neprestala hovoriť správnym jazykom so mnou. Uverte či nie, ale malá ma tak veľmi pripútava k poľskému jazyku, že keď som nedávno zareagovala na niečo, čo mi povedala po slovensky, veľmi prekvapená skonštatovala: „Mama! Ty hovoríš po slovensky!”

Znovu sa vrátim k tomu, ako ja a M. rozprávame s našou dcérkou. Dlho predlho sme neprikladali dôležitosť tomu, či nás oslovuje po poľsky či po slovensky, len sme odpovedali, opakujúc pritom jej otázku v svojom jazyku. Smerovali sme ju na ten-ktorý jazyk bez opravovania. Až neskôr, keď sme si všimli, že jej čoraz lepšie ide odlišovanie poľštiny a slovenčiny, sme ju poprosili, aby na nás hovorila v našich jazykoch a opravovali sme jej koncovky (typická pre ňu napr. je zmena v slovesách: chcem/chcę, dávam/daję, spím/śpię). Niekedy ju to však znechutilo, pretože si nevedela spomenúť na poľské/slovenské slovko. Prelom nadišiel po našom aprílovom pobyte v Poľsku. Po návrate domov sme zažili malú krízu – zdalo sa, že MN. celkom zabudla slovenčinu. M. bol v šoku, avšak po niekoľkých dňoch sa všetko vrátilo do normálu a zrazu sa ukázalo, že MN. si už definitívne upratala poľštinu a slovenčinu a začala plynulo meniť jazyk pri rozhovore s nami či starými rodičmi. Vtedy sme zistili, že „zabudnutie” jazyka spôsobené nedostatkom intenzívneho kontaktu s ním je prechodné, vďaka čomu sme sa definitívne utvrdili vo svojich starších rozhodnutiach. Začali sme tiež dôverovať múdrosti našej dcérky.

A čo som sa naučila počas nášho aktuálneho pobytu v Poľsku? Po aprílovej skúsenosti som sa už nevystrašila, keď som počula, že MN. po dlhšom čase bez tatina s ním nechce telefonovať. Namiesto ukončenia hovoru alebo hrešenia malej som začala robiť to isté, čo na slovenskom detskom ihrisku – pomáhať jej slovenskými slovíčkami :). A naozaj sa ukázalo, že práve zabúdanie slovenských zvratov spôsobuje malej najväčší problém. Blokovalo ju to, zhoršila sa jej nálada, lebo nedokázala milovanému ockovi povedať, čo chcela. Keď som jej začala pomáhať, veľmi sa upokojila a dokázala si sama poradiť. Raz dokonca prišla za mnou a za starou mamou a veľmi znepokojená skonštatovala, že si nič nepamätá po slovensky. Ale hra na najznámejšie slovíčka (– „Predsa vieš, ako sa povie Cześć po slovensky” – „Ahoj!”; – „A tatovi predsa nikdy nehovoríš tatusiu, ale...”-„Tatino!”..) znovu pomohla. Porozumenie, trpezlivosť a podpora z našej strany – to je všetko, čo malá teraz potrebuje. Teraz už vieme, že keď sa vrátim s deťmi domov, všetko sa vráti do normálu.

Znamená to, že už vieme všetko a nastal koniec nášho jazykového dobrodružstva? Určite nie :). Malej sa stále pritrafia všelijaké perličky – spoľšťovanie slovenských slov („Babcia, ścigniesz!” = po poľsky zdążysz), slovenské znenie poľských slov, chyby v koncovkách. Je tiež čoraz lepšia pri obchádzaní neznámych slovíčiek („Mama! Zejdź na dół! Jest już to, co tata nazywa raňajky! = Mama, poď dole! Už je to, čo tato volá raňajky – má byť śniadanie). Ale po takmer 4 rokoch života MN. a takmer 3 rokoch s poľštinou a slovenčinou v jej prevedení vidíme čoraz lepšie smer, ktorým sa uberáme a môžeme sa tešiť čoraz lepším ovocím našich rozhodnutí. Je to super :).