środa, 30 października 2013

Powrót do przeszłości / Návrat do minulosti

Moje życie jest… nudne. Zwykłe, powszednie, monotonne. Tyle że ono jest takie niezmienne tylko na poziomie fundamentów i tę jego stabilność traktuję jako coś niesamowicie cennego. Bo wszystko inne może się zmieniać, moje życie może pędzić jak szalone, mogę mieszkać w Polsce, mogę mieszkać na Słowacji, mogę mieć jedno dziecko, mogę mieć piątkę, mogę pracować zawodowo albo mogę siedzieć w domu, ale podstawa jest stała. Śmieję się, że nudna, ponieważ nic się tu nie dzieje, nic już nie zmienia, ale chcę się tak nudzić do końca życia :). Tą podstawą jest dla mnie mój mąż. Fundamentem – moje małżeństwo, moja rodzina.
Wczoraj minęły 2 lata od naszego ślubu. Dziś M. obchodzi kolejne urodziny. Stąd ten post – post z dedykacją. A oprócz tego taki mały powrót do przeszłości.
2 lata temu w naszej Księdze Ślubnej napisałam:
M., mój Superman w gumiakach. Intelektualista zakochany we wsi, Juraju Staňo
i we mnie (chociaż do dziś zdarza mi się zastanawiać nad kolejnością ;))... Racjonalista potrafiący poruszyć mnie do głębi swoimi łzami. Mężczyzna starający się zrozumieć moje niezrozumiałe histerie. Anioł, przy którego cierpliwości mój diabelski charakter staje się możliwy do zniesienia. Nerwus, który jakimś cudem rzadko bywa nerwowy przy mnie. Idealista-pracoholik niepotrafiący robić niczego na pół gwizdka. Niedzielny tenisista ciągle przepytujący otoczenie, kto z nim dziś zagra. Bibliofil, który nie dorobił się jeszcze porządnej biblioteczki, choć byłoby co do niej wstawić. Prawdziwy muzyk, który nie potrafi wykonywać muzyki bez emocji. Rycerz nie bardzo znający się na zbrojach. Przepisowy kierowca, który mimo to zarobił więcej mandatów ode mnie. Przyjaciel zawsze dający z siebie wszystko. Erudyta słusznie przekonany o własnej wartości. Mistrz słowa, który tak jak nikt potrafił mnie kiedyś uwieść samą rozmową. Człowiek bez reszty oddany swojej rodzinie. Dar od Boga. Mój mąż.
Czy coś się zmieniło od tego czasu?
Dziś już wiem, jaka jest kolejność miłości mojego męża :) – do pierwszej trójki przebojem wdarła się nasza córka, a Jurko pozostanie na zawsze w jego sercu, ale dziewczyn nie wyprzedzi. Z niedzielnego tenisisty w międzyczasie stał się regularny tenisista, ale niestety od przeprowadzki na Wybrzeże już nawet przysłowiowa niedziela przestała wchodzić w grę (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie o potencjalnym partnerze do tenisa, niech koniecznie da znać :)). Biblioteczki dorobiliśmy się wspólnej – angielsko-czesko-polsko-słowackiej :). Mandatów na koncie M. – jeszcze więcej ;).

A reszta?... A reszta bez zmian. Taka nudna. Taka moja. Taka kochana.


Môj život je... nudný. Obyčajný, všedný, monotónny. Akurát, že je taký nemenný iba na úrovni základov a tú jeho stabilitu považujem za niečo výnimočne cenné. Pretože všetko ostatné sa môže meniť, môj život môže utekať ako blázon, môžem bývať v Poľsku, môžem bývať na Slovensku, môžem mať jedno dieťa, môžem ich mať päť, môžem pracovať, môžem sedieť doma, ale základ je stály. Smejem sa, že nudný, lebo nič sa s ním nedeje, nič sa viac nemení, ale chcem sa takto nudiť do konca života :). Tým základom je pre mňa môj manžel. Fundamentom je moje manželstvo, moja rodina.
Včera uplynuli dva roky od našej svadby. Dnes oslavuje M. ďalšie narodeniny. Preto ten blog – s venovaním. A okrem toho taký malý návrat do minulosti.
Pred 2 rokmi som v našej Svadobnej knihe napísala:
M., môj Superman v gumákoch. Intelektuál zamilovaný do vidieka, Juraja Staňa
a do mňa (hoci dodnes sa mi stáva, že sa pozastavujem nad poradím :))... Racionalista, ktorý ma dokáže hlboko pohnúť svojimi slzami. Muž snažiaci sa porozumieť moje nezrozumiteľné hystérie. Anjel, pri trpezlivosti ktorého sa môj diabolský charakter stáva znesiteľným. Nervák, ktorý akýmsi zázrakom býva pri mne iba zriedka nervózny. Idealista-workoholik, ktorý nerobí nič polovičato. Nedeľný tenista, pýtajúci sa stále okolia, kto si s ním dnes zahrá. Bibliofil, ktorý ešte nemá vlastnú knižnicu, no bolo by čo do nej postaviť. Opravdivý hudobník, ktorý nedokáže hrať či spievať bez emócii. Rytier, ktorý sa veľmi nevyzná v zbraniach. Predpisový šofér, ktorý však dostal viac pokút odo mňa. Priateľ, ktorý dá vždy zo seba všetko. Vzdelanec správne presvedčený o svojej hodnote. Majster slova, ktorý ma ako nikto dokázal zviesť samotným rozhovorom. Človek bezo zvyšku oddaný svojej rodine. Dar od Boha. Môj manžel.

Zmenilo sa niečo odvtedy?

Dnes už viem, aké je poradie lások môjho muža :) – do prvej trojice vtrhla naša dcérka, a hoci Jurko zostane navždy v jeho srdci, dievčatá nepredbehne. Z nedeľného tenistu sa medzičasom stal pravidelne hrajúci, ale nanešťastie od presťahovania na Pobrežie sa už aj tá nedeľa vytratila (ak ktokoľvek vie o potenciálnom partnerovi na tenis, nech dá určite vedieť :)). Ku knižnici sme sa dopracovali spoločnej – anglicko-česko-poľsko-slovenskej :). Pokút na M. konte je ešte viac ;).

A zvyšok?... A zvyšok je bez zmien. Taký nudný. Taký môj. Taký milovaný. 

poniedziałek, 30 września 2013

Przyprawy / Koreniny

Słowacja? Tatry… Śmieszny język… Wody termalne… Bryndzowe haluszki…

Do powyższej listy niektórzy potrafią pewnie dodać jeszcze ze 2-3 punkty, jak piwo czy słowacki Raj, ale chyba nie skłamię, stwierdzając, że większość Polaków kojarzy moją drugą ojczyznę jedynie z wymienionymi własnościami. Tyle że w tym małym kraju pulsuje dużo więcej kolorów. Dziś przedstawię Wam kilka (zaledwie kilka!) wybranych składników, które wyostrzyły moje podniebienie i uczyniły smak Słowacji jeszcze ciekawszym i bogatszym.

Przyprawa nr 1:
Gdy jeszcze przed ślubem usłyszałam w telewizji, jak czeski piosenkarz Michal David śpiewa „Wszystko, czego dziś chcę” Izabeli Trojanowskiej po czesku, nie zdawałam sobie sprawy, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej :). Wtedy było to po prostu miłe, bo fajnie jest usłyszeć w obcej telewizji znajomą melodię, nawet jeśli z nieznanym tekstem. Dziś już wiem, że nie było to na Słowacji nic wyjątkowego, bo mieszkając tam, usłyszałam też po słowacku taką klasykę jak „Małgośka” czy „Okularnicy”, popularny kiedyś przebój Eweliny Flinty „Żałuję” i wiele, wiele hitów zagranicznych, jak choćby „Green, green grass of home” Toma Jonesa, „Somethin’ stupid” najbardziej chyba znane w wykonaniu Franka i Nancy Sinatra czy „Angel” Kelly Family. Słowacy po prostu bardzo lubią słuchać znanych piosenek w rodzimym języku :).

Przyprawa nr 2:
Lokalny koloryt w tym – jakby nie patrzeć – wiejskim kraju tworzy radiowęzeł, szeroko rozpowszechniony w mniejszych miejscowościach. Charakterystyczne głośniki zamocowane na przydrożnych słupach to ważny element wiejskiego krajobrazu. Służą one komunikowaniu bieżących spraw dotyczących lokalnej społeczności, ale i ukulturalnianiu, bo informacje przeplatają się z muzyką. A jak to wygląda z mojej perspektywy? Do głowy przychodzą mi dwa obrazy: letnia sobota, otwarte okno i brutalne przebudzenie punkt 8:00, bo z głośnika popłynęła jakaś skoczna piosenka ludowa :); i powtarzający się rytuał w domu moich teściów – uruchamia się radiowęzeł, rzutkim krokiem przemierza pokój babcia (rzadziej mama), otwiera okno na oścież, uważnie wsłuchuje się we wszystkie informacje (z których ja prawie nic nie rozumiem ;)) i tylko komentuje pod nosem: „Co? Co? O której to będzie? Nie zrozumiałam” :).

Przyprawa nr 3:
Ręka w górę, kto wiedział, że Słowacja jako samodzielne państwo po raz pierwszy została powołana do istnienia w 1939 roku? Albo że na czele tego państwa stał ksiądz? I że Słowacy byli trzecim najeźdźcą Polski? A może wiedzieliście chociaż, że język słowacki skodyfikowano dopiero w XIX wieku? Nie? No właśnie :). Historia Słowacji jest pełna podobnych smaczków. Zwłaszcza, że tak długo była związana z dziejami Austrii czy Węgier (a jednak naród słowacki przetrwał te setki lat!). Wiemy w Polsce dużo o Rosji, uczymy się historii Niemiec, Czesi też są nam całkiem bliscy. A co wiemy o Słowacji? Ja wiem ciągle mało, więc na mojej półce stoi już „Historia Słowacji” L. Kościelaka :).

Przyprawa nr 4:
Każdy z Was pozna pewnie jakąś panią Jankę albo pana Karola z sąsiedztwa. Do mamy naszej sympatii, póki nie zostaje teściową (w moim domu zwaną Mamą bądź słowacką Mamą), też zwracamy się pewnie najczęściej „proszę pani” a przy bliższej zażyłości „pani Aniu”. Tymczasem na Słowacji wszyscy na wszystkich mówią… teta i ujo, czyli dosłownie: ciocia i wujek :). I tak pani Janka jest ciocią Janką, pan Karol wujkiem Karolem. Mama naszego chłopaka/dziewczyny też zostaje naszą ciocią ;). Nawet do opisu obcych ludzi (np. mijanych na ulicy) używa się tych określeń. Można więc powiedzieć np. o pijaku spotykanym regularnie w parku: „Ten wujek pije codziennie”; a do pani w sklepie zwrócić się słowami: „Ciociu, dostanę mleko?” Przyznam uczciwie, że do dziś nie posługuję się tymi określeniami w codziennym życiu :). Ale zawsze wywołują mój uśmiech :). Bo nagle wszyscy stają się sobie tacy sympatycznie bliscy ;).

Przyprawa nr 5:
M. już oficjalnie od ponad miesiąca jest panem doktorem. I… musi wymienić dowód osobisty :). Dlaczego? Bo na Słowacji tytuł naukowy jest elementem tożsamości. I musi być podany w dowodzie osobistym. W dokumentach też często znajduje się okienko „Tytuł”, bo Mgr. (tak, tak! Po skrócie „Mgr” pisanym wielką literą kropka :)!) Ján Kovač to nie to samo, co Ján Kovač. Niektórzy ludzie do tego stopnia postrzegają siebie przez pryzmat posiadanych tytułów, że… każą je wyryć nawet na swoich nagrobkach.

Przyprawa nr 6:
I ostatnia ciekawostka, chociaż jedna związana z kulinariami, skoro mowa o przyprawach: słowacki Tokaj. Nie, to nie pomyłka. Dla wielu Tokaj to wino wyłącznie węgierskie, tymczasem region, z którego pochodzi, obejmuje nie tylko północno-wschodnie Węgry, ale i południowo-wschodnią Słowację. Właściwie to niepotrzebnie ograniczyłam się tylko do Tokaju, bo na Słowacji znaleźć można aż sześć regionów winiarskich. I spory wybór interesujących win. Zatem jeśli macie w swoim otoczeniu jakiegoś smakosza – warto wyszukać mu w sklepie słowackie wino :).

Tyle na dziś. I co? Czy potrawę o wdzięcznej nazwie „Słowacja”, którą macie właśnie na talerzu, przyprawiłam choć szczyptą ciekawości?

Slovensko? Tatry… Smiešny jazyk… Termálne pramene… Bryndzové halušky…

K tomuto zoznamu by niektorí určite vedeli pridať ešte 2-3 body ako napr. pivo alebo Slovenský Raj, ale snáď to bude pravda ak poviem, že väčšina Poliakov si dáva moju druhú vlasť do súvisu iba s uvedenými vlastnosťami. V tej malej krajine však pulzuje oveľa viac farieb. Dnes Vám predstavím zopár (sotva všetky!) vybraných prísad, ktoré pošteklili moje podnebie a kvôli ktorým sa mi chuť Slovenska stala ešte zaujímavejšou a bohatšou.


Korenina č. 1:
Keď som ešte pred svadbou počula v televízii, ako český spevák Michal David spieva „Wszystko, czego dziś chcę”od Izabeli Trojanowskej po česky, neuvedomovala som si, že to je iba vrchol ľadovca :). Vtedy to bolo jednoducho milé, lebo je príjemné počuť v cudzej televízii známu melódiu, hoci s neznámym textom. Dnes už viem, že to nie je na Slovensku nič výnimočné, lebo počas môjho pobytu tam som počula po slovensky či česky takú klasiku ako „Małgośka” či „Okularnicy”, kedysi populárny hit Eweliny Flinty „Żałuję” a veľa, veľa zahraničných hitov, ako napríklad „Green, green grass of home” Toma Jonesa, „Somethin’ stupid”, ktoré sa snáď najviac preslávilo v interpretácii Franka a Nancy Sinatra či „Angel” od Kelly Family. Slováci jednoducho veľmi radi počúvajú známe piesne v ich rodnom jazyku :).

Korenina č. 2:
Miestny kolorit v tomto – napriek všetkému – vidieckom štáte tvorí dedinský rozhlas, veľmi rozšírený v menších sídlach. Charakteristické reproduktory pripevnené na prícestných stĺpoch sú dôležitým prvkom dedinskej krajiny. Slúžia na informovanie o aktuálnych záležitostiach, týkajúcich sa miestnej komunity, ale tiež na skultúrňovanie, lebo informácie sa striedajú s hudbou. A ako to vyzerá z mojej perspektívy? Na myseľ mi prichádzajú dva obrazy: letná sobota, otvorené okno a brutálne prebudenie presne o 8:00, pretože z reproduktora vychádza akási rezká ľudová pieseň :); a opakujúci sa rituál u svokrovcov: rozozvučí sa miestny rozhlas, starká prebehne rýchlym krokom cez izbu (zriedkavejšie mama), otvára okno  dokorán a pozorne načúva všetkým informáciám (z ktorých ja temer nič nerozumiem ;)) a len si tak popod nos komentuje: „Čo? Čo? O koľkej to bude? Nerozumela som” :).

Korenina č. 3:
Ruku hore, kto vedel, že Slovensko vzniklo ako samostatný štát po prvý raz v roku 1939? Alebo že na jeho čele vtedy stál kňaz? A že Slováci boli v poradí tretím útočníkom na Poľsko? Alebo viete aspoň, že slovenčina bola kodifikovaná až v 19. storočí? Nie? No práve :). Dejiny Slovenska sú plné podobných zaujímavostí. Zvlášť preto, že boli tak dlho spojené s dejinami Rakúska či Uhorska (a predsa ten slovenský národ pretrval tie stovky rokov!). V Poľsku vieme veľa o Rusku, učíme sa o histórii Nemecka, Česi sú nám tiež celkom blízki. A čo vieme o Slovensku? Ja viem stále málo, preto už na mojej poličke leží „Historia Słowacji” od L. Kościelaka :).

Korenina č. 4:
Každý z Vás určite pozná nejakú pani Janku alebo pána Karola z okolia. Mamu našej známosti, kým sa nestane svokrou (u nás je to Mama alebo slovenská Mama) tiež snáď najčastejšie oslovujeme „pani” a keď sme už zžitejší „pani Anna”. Na Slovensku sa však všetci oslovujú... teta a ujo, doslova :). A tak pani Janka je tetou Jankou, pán Karol ujom Karolom. Mama nášho chlapca/dievčaťa sa tiež stáva našou tetou ;). Dokonca aj pri opise cudzích ľudí (napr. okoloidúcich) sa používa tento zvrat. Napr. o opitkovi, ktorého pravidelne stretávame v parku môžeme povedať: „Ten ujo každý deň pije”, pani v obchode môžeme osloviť takto: „Teta, máte mlieko?”. Úprimne sa priznávam, že dodnes takéto oslovenia v každodennom živote nepoužívam :). Ale vždy to vyvolá môj úsmev :). Lebo náhle sa všetci stávajú navzájom takí sympaticky blízki ;).

Korenina č. 5:
M. je už viac ako mesiac oficiálne pán doktor. A... mal by si vymeniť občiansky preukaz :). Prečo? Pretože na Slovensku je akademický titul prvkom identity. A mal by byť uvedený v občianskom preukaze. V dokumentoch sa tiež často objavuje kolónka „titul”, pretože Mgr. Ján Kováč nie je to isté ako Ján Kováč. Niektorí ľudia sami seba vidia cez prizmu svojich titulov natoľko, že...si ich dokonca dávajú vyryť na náhrobný kameň.

Korenina č. 6:
A poslednou zaujímavosťou, aspoň jednou kulinárnou, keď už hovoríme o koreninách, je: slovenský Tokaj. Nie, to nie je omyl. Pre mnohých je Tokaj výlučne maďarským vínom, avšak región, z ktorého pochádza, sa nenachádza len v severovýchodnom Maďarsku, ale tiež na juhovýchodnom Slovensku. Koniec koncov, netreba sa obmedzovať iba Tokajom, pretože na Slovensku môžete nájsť až šesť vinohradníckych regiónov. A veľký výber zaujímavých vín. A tak ak máte vo svojom okolí nejakého labužníka, oplatí sa preňho vyhľadať v obchode slovenské víno :).

Toľko na dnes. Čo vravíte? Okorenila som jedlo s vďačným názvom „Slovensko”, ktoré máte práve pred sebou na tanieri tak, aby bolo aspoň štipku zaujímavejšie?

czwartek, 8 sierpnia 2013

Wyładowania elektryczne / Elektrické výboje

Sierpień. To w tym miesiącu 4 lata temu poznałam mężczyznę mojego życia. Choć wtedy było mu do tego określenia bardzo, baaardzo daleko :). Pomyślałam, że skoro spotykamy się na tym blogu już od paru miesięcy, ja i wy, warto się bliżej przedstawić. Poza tym historia mojej miłości to taka historia, która nie zdarza się codziennie (choć kto tak nie myśli o snutej przez siebie opowieści? :)). Lubię do niej wracać. Wciąż jeszcze od czasu do czasu łudzę się myślą, że znajdę w niej coś, co da się jakoś logicznie wytłumaczyć, że wyciągnę z niej jakąś sensowną nitkę, która doprowadziła mnie i M. od tego pierwszego spotkania do miejsca, w którym znajdujemy się teraz, ale nic z tego. Ciągle jest tak samo nieprawdopodobnie, ciągle jest tak samo nieklasycznie, ciągle widzę tu po prostu palec Boży.
Ale od początku. Sierpień 2009 roku, Colle don Bosco, Włochy. Radość, przygoda, poznawanie – Confronto, czyli międzynarodowe spotkanie animatorów salezjańskich. Ponad 300 fantastycznych osób, których łączyło jedno – święty Jan Bosko. I wśród tej kolorowej chmary ja, wyróżniona, bo jako jedna z kilkunastu osób z całej Europy wybrana do prowadzenia grupy. A w tej grupie Kanadyjka, Hiszpanie, Słoweńcy i Słowacy. Pierwsze spotkanie? Gdzieś na placu, w jakimś kącie, sprawdzałam obecność swoich uczestników. M. H.? Jest. Chłopiec :). Zupełnie zwyczajny, niewyróżniający się chłopak, początkowo myślałam, że młodszy ode mnie. Pasował do moich stereotypowych wyobrażeń o Słowakach :). Czy wywarł na mnie jakieś szczególne wrażenie? Najmniejsze :). Zwłaszcza, że nagle… pojawił się ten drugi, wygadany, zabójczo przystojny, z bardziej tajemniczego kraju niż Słowacja, na której byłam już wcześniej tyle razy :). M. wtopił się w tłum. Żadnych szans na miłość od pierwszego wejrzenia. Żadnego płomyka, iskierki, absolutnie nic w czasie trwania Confronto. Parę wyjątkowych momentów, szczerych rozmów, wspólna nieplanowana modlitwa, ale wtedy jeszcze nie przypisywałam im nic, czego nie można by zmieścić w pojęciu „sympatyczne koleżeństwo”. I tak, w duchu tego „sympatycznego koleżeństwa”, wymieniliśmy się adresami i wróciliśmy każde do swojego świata. Zaraz po tym M. wyjeżdżał na wakacje z rodziną, a ja… kontynuowałam przyjaźń z konkurencją ;). Byłam dziewczyną, otwartą na przygody, chętną do podróżowania, poznawania ludzi i świata i kompletnie nieprzygotowaną na to, co miało nadejść :). A tu nagle M. po powrocie z wakacji się odezwał. No ok, odezwał się, to się odezwał, możemy pogadać, czemu nie. I znów napisał. W końcu nie wypada zostawić go bez odpowiedzi, odpisałam i ja. Skype? Proszę bardzo, poćwiczę angielski. W międzyczasie jednak zdążyłam odwiedzić innego znajomego za granicą, przeżyć mały zawód, być na paru randkach. Za to z M. od słowa do słowa zaprzyjaźniliśmy się. Nasz kontakt stał się codziennością. Ani nie wyjątkową, ani nie powszednią – M. przestał już być kimś przypadkowym w moim życiu, ale też nie był kimś, bez kogo nie mogłabym się obejść. Tyle że te nasze rozmowy były takie… fajne :). Przez okienko skype’a poznałam całą rodzinę M., widziałam go w takich codziennych sytuacjach, słyszałam odgłosy życia rodzinnego; było prawie tak, jakbym tam była. I nagle, podstępnie i nieplanowanie, przeskoczyła iskra… Dziś śmieję się, że M. uwiódł mnie słowem. Tym swoim cierpliwym podtrzymywaniem ze mną kontaktu sprawił, że już nie mogłam się bez tego obejść. Do tego stopnia, że gdy w święta Bożego Narodzenia wysiadł mi internet, zadzwoniłam z życzeniami. Gdy raz się pokłóciliśmy i był moment, że nie chciałam M. znać, jeden znajomy powiedział: „Zastanów się, czy nie będziesz żałować”. Kurczę. Żałowałabym. Tylko co teraz? Spotkać się. Spotkać się?! Ale jak? Co powiem w domu? „Mamo, jadę na Słowację sprawdzić, czy podoba mi się jeden kolega?” ;) I z mojej strony twardy warunek: nie przyjadę do niego pierwsza. To on musi zrobić pierwszy krok. Tyle że jak tu zrobić ten pierwszy krok, jak się nie ma zielonego pojęcia, co czeka za zakrętem? Jak się nie wie, czego chce, a jedyne, co się wie na pewno, to że żaden międzynarodowy związek na odległość nie wchodzi w grę? Ten nasz „taniec” wątpliwości trwał aż do stycznia. I decyzja. M. ją podjął. Przyjechał. W najzimniejszy weekend tamtej zimy, -25 stopni. Przyjaciele odradzali, rodzina przeżywała daleką, niebezpieczną podróż, a ja nie wiedziałam, co mam myśleć. O 2 w nocy stanął przed moim blokiem; chwilę wcześniej pomylił drogę i stanął pod blokiem na sąsiednim osiedlu. Jak go zobaczyłam, to nie mogłam uwierzyć własnym oczom. A potem strasznie długo się śmiałam, nie panując nad własnym zakłopotaniem :). Przede wszystkim było mi… dziwnie. Bo słowo przybrało namacalną postać, a po pół roku samych słów niełatwo oswoić się z tak odmienną rzeczywistością. Ale gdy w końcu przełamaliśmy barierę tej pierwszej chwili i przytuliłam się do M. na przywitanie… już w tych ramionach zostałam. Po dzień dzisiejszy :). Choć tamten weekend był pełen sprzecznych uczuć. Zaszliśmy za daleko, nie umieliśmy zawrócić, a tak bardzo chcieliśmy zmienić kierunek. Słowak??? Niech mi wszystkie Słowaczki wybaczą, ale nie, to nie było w ogóle wymarzone i wyczekane :). Wyobrażałam sobie moje życie zupełnie inaczej. Tyle że człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Walczyliśmy dzielnie, przegraliśmy :). Jeszcze na chwilę przed powrotem M. do domu nie mieliśmy pojęcia, co dalej, ale już na drugi dzień po jego powrocie do domu sprawa była przesądzona. Zostałam zaproszona na bal, na który już od paru tygodni nie było biletów. I 2 tygodnie później pojechałam na Słowację. Wprawdzie przy tym kolejnym spotkaniu po długiej stresującej podróży pierwsze, co pomyślałam na widok M., to: „O rety, co za brzydal! Co ja tu robię!” ;) Ale to już historia… :) Jak się to skończyło, każdy widzi. Spotkałam najcudowniejszego, najmądrzejszego i najpiękniejszego mężczyznę na ziemi, i nie przegapiłam okazji.


August. To v tomto mesiaci pred 4 rokmi som spoznala muža svojho života. Hoci vtedy som mala veľmi, preveľmi ďaleko od toho, aby som ho tak označila :). Pomyslela som si, že keď sa už na tomto blogu zopár mesiacov spolu stretávame, stálo by za to sa bližšie predstaviť. Okrem toho, príbeh mojej lásky je príbehom, ktorý sa nestáva každodenne (hoci, kto si niečo také nemyslí o príbehu, ktorý rozpráva? :)). Rada sa k nemu vraciam. Ešte vždy sa občas klamem myšlienkou, že v ňom nájdem niečo, čo sa dá akosi logicky vysvetliť, nejakú rozumnú niť, ktorá mňa a M. nasmerovala od toho prvého stretnutia k miestu, kde sa teraz nachádzame, ale nič. Stále je to tak isto nepravdepodobné, stále tak isto neklasické, stále tu proste vidím prst Boží.
Ale od začiatku. August 2009, Colle don Bosco, Taliansko. Radosť, dobrodružstvo, poznávanie – Confronto, čiže medzinárodné stretnutie saleziánskych animátorov. Viac ako 300 fantastických osôb, ktoré spájalo jedno – sv. Ján Bosco. A v tej farebnej mase ja, poctená, lebo ako jednu z niekoľkých osôb z celej Európy ma vybrali za vedúcu skupiny. A v tej skupine bola Kanaďanka, Španieli, Slovinci a Slováci. Prvé stretnutie? Kdesi na nádvorí, v akomsi kútiku som kontrolovala prítomnosť členov svojej skupiny. M. H.? Je. Chlapec :). Úplne obyčajný, ničím zvláštny chlapec, najprv som si myslela, že mladší odo mňa. Sedeli naňho moje stereotypné predstavy o Slovákoch :). Či na mňa spravil nejaký dojem? Ani najmenší :). Zvlášť, že náhle... sa objavil ten druhý, ukecaný, šialene krásny, zo štátu tajomnejšieho ako Slovensko, na ktorom som už predtým bola toľkokrát :). M. sa utopil v dave. Žiadna šanca na lásku na prvý pohľad. Žiadny plamienok, iskrička, absolútne nič počas Confronta. Pár výnimočných momentov, úprimných rozhovorov, spoločná neplánovaná modlitba, ale vtedy som tomu ešte nepripisovala nič, čo by sa nezmestil pod priečinok „sympatického kamarátstva”. A tak, v duchu toho „sympatického priateľstva”, sme si vymenili adresy a vrátili sa do svojich svetov. Hneď po tom M. vycestoval na dovolenku s rodinou, a ja... som pokračovala v priateľstve s konkurenciou ;). Bola som dievčaťom, otvoreným k dobrodružstvu, s chuťou cestovať, poznávať ľudí a svet a totálne nepripraveným na to, čo sa malo stať :). A tu sa náhle ozval M. po návrate z dovolenky. No ok, tak sa ozval, môžeme pokecať, prečo nie? A napísal znova. Odpísala som, predsa sa nesluší nechať ho bez odpovede. Skype? Prosím, precvičím si angličtinu. Medzičasom som však stihla navštíviť iného známeho v zahraničí, prežiť malé sklamanie, byť na niekoľkých rande. Zato s M. sme sa doslova spriatelili. Náš kontakt sa stal každodenným. Ani výnimočným, ani všedným – M. už prestal byť v mojom živote niekým náhodným, ale nebol tiež niekým, bez koho by som sa nezaobišla. Akurát, že tie naše rozhovory boli také... fajn :). Cez skype som spoznala celú rodinu M., videla som ho v takých každodenných situáciách, počula som zvuky rodinného života; takmer akoby som tam bola. A náhle, potmehúdsky a nečakane, preskočila iskra... Dnes sa smejem, že M. ma zviedol slovami. Tým svojim trpezlivým udržiavaním kontaktu so mnou spôsobil, že som sa už bez toho nemohla obísť. Až natoľko, že keď nám na Vianoce vypadol internet, zatelefonovala som s vinšom. Keď sme sa raz pohádali a stalo sa, že som už M. nechcela vidieť, jeden známy mi povedal: „Zamysli sa, či to nebudeš ľutovať”. Dokelu, fakt by som ľutovala. No, ale čo teraz? Stretnúť sa. Stretnúť sa?! Ale ako? Čo poviem doma? „Mama, idem na Slovensko zistiť, či sa mi páči jeden kamarát”?! ;) Z mojej strany tvrdá podmienka: neprídem k nemu prvá. To on musí urobiť prvý krok. Lenže ako robiť prvý krok, keď človek nemá poňatie, čo čaká za rohom? Keď nevie, čo chce, a vie jedine to, že žiadny medzinárodný vzťah na diaľku neprichádza do úvahy? Ten tanec našich „pochybností” trval až do januára. A potom rozhodnutie. Spravil ho M. Prišiel. Bol najchladnejší víkend tej zimy, -25 stupňov. Priatelia ho odrádzali, rodina ťažko prežívala ďalekú, nebezpečnú cestu, a ja som nevedela, čo si mám myslieť. O druhej v noci stál pred mojim vchodom; chvíľu predtým si pomýlil cestu a zastal pred domom na susednom sídlisku. Keď som ho zbadala, nemohla som uveriť vlastným očiam. A potom som sa strašne dlho smiala, nedokázala som ovládnuť svoje rozpaky :). Predovšetkým mi bolo... divne. Pretože slovo na seba vzalo hmatateľnú podobu a po polroku samých slov nebolo ľahké osvojiť si tak odlišnú skutočnosť. Ale keď sme napokon prelomili bariéru tej prvej chvíle a pritúlila som sa k M. na privítanie... už som v tých ramenách zostala. Dodnes :). Hoci ten víkend bol plný protichodných pocitov. Zašli sme priďaleko, nedokázali sme sa vrátiť, hoci sme tak veľmi chceli zmeniť smer. Slovák??? Nech mi všetky Slovenky odpustia, ale nie, to vôbec nesedelo s mojimi snami a očakávaniami :). Svoj život som si predstavovala úplne inak. Akurát že človek mieni, Pán Boh mení. Bojovali sme statočne, no prehrali sme :). Ešte chvíľu pred návratom M. domov sme nemali poňatie, čo bude ďalej, ale už na druhý deň po jeho návrate bolo vo veci jasno. Bola som pozvaná na ples, na ktorý už niekoľko týždňov neboli lístky. A o 2 týždne neskôr som prišla na Slovensko. V skutočnosti som si pri tom ďalšom stretnutí po dlhej a stresujúcej ceste ako prvé pri pohľade naňho pomyslela: „Ach nie, aký je škaredý! Čo tu robím!” ;) Ale to je už história... :) Každý môže vidieť, ako sa to skončilo. Stretla som najúžasnejšieho, najmúdrejšieho a najkrajšieho muža na svete, a neprepásla som priležitosť.