wtorek, 18 lutego 2014

Tańcuj, tańcuj, okręcaj! / Tancuj, tancuj, vykrúcaj!

Nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że na Słowacji będę zawsze Polką ;). Ale co to właściwie oznacza? Przede wszystkim to, że w pierwszej kolejności jestem obserwatorem. Co prawda fantastycznie jest stawać się częścią tego słowackiego świata, doświadczyć tego, czego przeciętny Polak nie ma szans doświadczyć i czuć więź ze Słowakami choćby w trakcie Igrzysk Olimpijskich (dzięki temu mamy już z M. 5 medali, a nie 4 i 1 :)), niemniej jednak do tego „stanu wtajemniczenia” dochodzi się stopniowo, a są i takie zwyczaje słowackie, które na zawsze pozostaną dla mnie interesujące, lecz obce.
Dziś jednak chcę napisać o tradycji, którą wprost uwielbiam i biorę za swoją z pocałowaniem ręki! Otóż… Słowacy w karnawale chodzą na bale :). I wcale nie starsi Słowacy na bardzo ekskluzywne bale, i wcale nie młodzi na dyskoteki, które tylko nazywa się balami. Nie – wszyscy Słowacy na różne, przeróżne BALE – gdzie obowiązuje strój wieczorowy, gdzie tańczy się „na 3”, gdzie podają elegancką kolację. Chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że bal odbywa się tu w prawie każdej miejscowości :). Są bale myśliwskie, nauczycielskie, lekarskie, piłkarskie, salezjańskie – ta nazwa bierze się od środowiska ludzi, które stanowi trzon uczestników i organizatorów danej imprezy, a ja wymieniłam tylko te nazwy, które obiły mi się w ostatnich dniach o uszy, pewnie jest tego jeszcze więcej :). Bale są biletowane, jednak nie stanowi to dla ludzi problemu, bo w mniejszym stopniu koncentrują się na cenie, a w większym – na zabawie i spotkaniu z przyjaciółmi. A taka impreza jest do tego doskonałym miejscem, bo znajomi po prostu umawiają się na wspólne wyjście i na zabawie można zaobserwować całe grupy bawiące się razem (tak przynajmniej bywa na balu, na który chodzimy z M., ale też takie właśnie słyszałam opisy od ludzi uczestniczących w innych balach). Co jeszcze tak zachwyca mnie w słowackich balach? To, że pieśni ludowe mają się tam dobrze i są naprawdę żywe – każdy je zna, każdy śpiewa, każdy z chęcią do nich tańczy; i jeszcze to, że tradycyjnie w czasie balu odbywa się… tombola (przyznaję, słowo to występuje też w polskim słowniku, ale nie znałam go wcześniej), czyli loteria fantowa, w trakcie której emocje sięgają zenitu ;), a nawet jeśli nie – można się naprawdę dobrze zabawić :).
Gdyby jakiś Słowak pytał, jak to wygląda w Polsce – bale, owszem, bywają, ale obecnie nie znam chyba nikogo, kto by się na takowy wybrał w karnawale 2014 (ani 2013, ani 2012…). A już na pewno nie chodzą na nie ludzie bardzo młodzi. Bal w Polsce kojarzy mi się zabawą przebierańców dla przedszkolaków, ewentualnie z zabawą sylwestrową, ale Sylwestra nie biorę tu w ogóle pod uwagę. Innymi słowy – ta tradycja ma zupełnie inny charakter i przede wszystkim nie jest tak powszechna. Jeśli jednak ktoś z zaprzyjaźnionych Polaków ma inne doświadczenie w tym temacie, niech koniecznie napisze! :)

Na koniec wisienka na torcie – wspomnienie z mojego pierwszego balu :). Byłam dziewczyną M. zaledwie od 2 tygodni, przyjechałam do niego po raz pierwszy, podróż pociągiem trwała kilkanaście godzin, podróż samochodem do rodziców – trzy zamiast jednej z powodu zamieci śnieżnej. Na samym balu było jakieś 120-140 osób, z czego ze 30 to była bliższa lub dalsza rodzina, a kolejne 50 to przyjaciele, ja tymczasem nie umiałam ani słowa po słowacku, miałam na sobie taką samą sukienkę jak zaprzyjaźniona Słowaczka, a prowadzący nie omieszkali zażartować z tego faktu do mikrofonu ;). Zresztą, dziewczyna M. z Polski była po prostu sama w sobie niezłą atrakcją i stanowiła nader egzotyczny akcent ;), a znajomi M., znając jego wielkie serce ;), nie mogli się spodziewać, że oto stoi przed nimi jego przyszła żona :). A dziś? Dziś, po tych czterech latach, sama siebie podziwiam za odwagę (a raczej błogosławię słodką niewiedzę o tym, co miało mnie spotkać ;)), wspominam wszystko z wielkim rozrzewnieniem i szerokim uśmiechem na ustach, i… zaledwie parę dni temu wróciłam z kolejnego balu!


Nikoho neprekvapím tvrdením, že na Slovensku budem vždy Poľkou ;). Čo to však vlastne znamená? Predovšetkým to, že som v prvom rade pozorovateľom. Je fantastické stávať sa súčasťou toho slovenského sveta, zakúsiť to, čo nemá priemerný Poliak šancu zažiť a cítiť puto so Slovákmi hoci aj počas Olympijských hier (vďaka tomu už máme s M. 5 medailí a nie 4 a 1 :)). Do tohto „stavu zasvätenosti”sa však človek dostáva postupne a sú tiež také slovenské zvyky, ktoré budú pre mňa vždy zaujímavé, ale cudzie. 
Dnes by som však chcela napísať o tradícii, ktorú mám veľmi rada a beriem ju všetkými desiatimi! A teda... Slováci počas fašiangu chodia na plesy :). A vôbec nie starší Slováci na exkluzívne plesy a vôbec nie mladí na diskotéky, ktoré sa len nazývajú plesmi. Nie – všetci Slováci na rôzne, prerôzne PLESY – také, na ktorých je povinné spoločenské oblečenie, na ktorých sa tančí „na 3”, na ktorých sa podáva slávnostná večera. Nebudem asi preháňať ak poviem, že ples sa uskutočňuje takmer v každej obci :). Sú plesy poľovnícke, učiteľské, lekárske, futbalistov, saleziánske – názov sa odvíja od prostredia, ku ktorému patrí jadro účastníkov a organizátorov danej udalosti, a ja som vymenovala iba tie, ktorých názvy sa mi dostali do uší, určite je toho ešte viac :). Plesy sú na lístky, neznamená to však pre ich účastníkov problém, lebo sa menej sústreďujú na cenu a viac na zábavu a stretnutie s priateľmi. No a taká udalosť je na to vynikajúca, pretože známi sa jednoducho dohodnú na spoločnej účasti a na zábave možno pozorovať celé skupiny, ktoré sa spolu bavia (tak to prinajmenšom vyzerá na plese, na ktorý chodíme s M., ale také som tiež počula opisy od ľudí, ktorí boli na iných plesoch). Čo ma ešte tak upútalo na slovenských plesoch? To, že ľudové piesne tam majú svoje miesto a sú skutočné živé  - každý ich pozná, každý spieva, každý na ne s chuťou tancuje; no a ešte to, že tradične sa počas plesu uskutočňuje... tombola (priznávam, to slovo sa nachádza tiež v poľskom slovníku, ale predtým som ho nepoznala), počas ktorej emócie dosahujú vrchol ;) a aj keď nie, možno sa skutočne dobre zabaviť :).
Keby sa niektorý zo Slovákov spýtal, ako to vyzerá v Poľsku: plesy, samozrejme, sú, ale momentálne mi nepríde na um nikto, ko by sa na ne vybral v roku 2014 (ani 2013, ani 2012...). A už vôbec sa ich nezúčastňujú veľmi mladí ľudia. S plesom sa mi v Poľsku spája karneval pre škôlkarov, eventuálne silvestrovská zábava, ale Silvester tu vôbec neberiem do úvahy. Inými slovami – tá tradícia má úplne iný charakter a hlavne nie je taká rozšírená. Ak však má niekto z poľských priateľov inú skúsenosť v tejto oblasti, nech o nej určite napíše! :)

Na koniec čerešníčka na torte: spomienka z môjho prvého plesu :). Bola som priateľkou M. ledva 2 týždne, prišla som k nemu po prvý raz, cesta vlakom trvala veľa hodín, cesta autom k rodičom tri hodiny namiesto jeden kvôli snežnej chumelici. Na samotnom plese bolo približne 120 – 140 osôb, z čoho asi 30 bolo z blízkej alebo vzdialenejšej rodiny a k tomu 50 priateľov, ja som vtedy nevedela ani slovo po slovensky, mala som na sebe také isté šaty ako priateľka – Slovenka, z čoho nezabudli konferenciéri plesu zažartovať do mikrofónu ;). Napokon, priateľka M. z Poľska bola sama o sebe dostatočnou atrakciou a spôsobila exotický nádych plesu ;), no a známi M., ktorí poznali jeho veľké srdce ;), nemohli tušiť, že pred nimi stojí jeho budúca manželka :). A dnes? Dnes, po štyroch rokoch, obdivujem samu seba za odvahu (alebo skôr blaženú nevedomosť o tom, čo ma malo stretnúť ;)), spomínam na to všetko s veľkým pohnutím a širokým úsmevom na perách a... ledva pred pár dňami som sa vrátila z ďalšieho plesu! 

wtorek, 21 stycznia 2014

Naleśniki / Palacinky

Inspiracją dla styczniowego posta stała się… moja babcia. I to wcale nie dlatego, że świętujemy dziś Dzień Babci (co ciekawe – na Słowacji babcie świętują razem z mamami w drugą niedzielę maja). Było to tak: w miniony piątek dostałam cynk, że czeka na mnie u babci pyszny naleśnik, (natychmiast ;)) przybiegłam, a tam w kuchni babcia przy kuchence podgrzewa dla mnie rzeczonego naleśnika, a za stołem siedzi i zajada się w najlepsze zupą koleżanka babci, pani Maria. Widząc ten obrazek, doznałam nagłego olśnienia!  Dotarło do mnie, że moja kochana babcia prowadzi szalenie intensywne życie towarzyskie, mało tego – dużo intensywniejsze od mojego :) (nie chodzi tu tylko o to jedno spotkanie – babcia prawie codziennie spotyka się z jakąś inną koleżanką :)). Wiedziałam już, że muszę o tym napisać :).
Idea „domu otwartego” była mi zawsze bardzo bliska. Niezależnie od tego, czy mieszkałam jeszcze w domu rodzinnym, czy już samodzielnie w czasie studiów – drzwi mojego domu stały otworem. Uwielbiałam gościć znajomych, uwielbiałam rozmowy do białego rana (zdarzyło się moim przyjaciołom odjeżdżać ode mnie pierwszym dziennym tramwajem :)), uwielbiałam szykować jakiś drobny poczęstunek i otwierać butelkę wina, by się nam milej siedziało. Znałam też najbliższych sąsiadów. Szczęśliwie to samo odnalazłam w rodzinie mojego męża i z M. też stworzyliśmy właśnie taki dom. Wyspecjalizowaliśmy się zwłaszcza w przeróżnych pastach i najczęściej chyba organizowaliśmy u nas kolacje, po których nieraz ktoś się skusił na nocleg :). Oglądaliśmy razem filmy, graliśmy w gry, prześcigaliśmy w opowiadaniu najciekawszej anegdoty, po prostu cieszyliśmy sobą nawzajem. A gdy przyszła na świat nasza córka? Częstotliwość spotkań trochę zmalała, jednak na szczęście nie był to hamulec dla celebrowania przyjaźni, doszedł tylko obowiązkowy punkt programu – o 20:00 kąpiemy i karmimy małą, dopiero potem karmimy gości ;).
Czemu o tym wszystkim piszę? W Polsce nasze życie towarzyskie uległo pewnemu wyciszeniu, trochę dlatego, że doszły nowe obowiązki, trochę dlatego, że „utrwaliło się, że jestem na tej Słowacji” (prawdziwe słowa mamy jednego znajomego, które dały mi dużo do myślenia w ostatnim czasie :)), trochę może przez odmienny charakter Polaków i Słowaków (odrobinę uogólnię, ale naprawdę dostrzegam w zaprzyjaźnionych Słowakach ten małomiasteczkowy czy nawet wiejski rys, wynikający ze specyfiki ich państwa – uwaga, nie mam tu na myśli nic złego, przeciwnie – chodzi o to, że oni żyją ze sobą może trochę bliżej, jak to się zdarza w małych miejscowościach, każdy z każdym się pozna). Niemniej jednak „dom otwarty” to pewien ideał, do którego chcę, chcemy z M. dążyć. Tak samo to, by nie żyć w próżni – poznać swoich sąsiadów, stać się częścią społeczności. Nie mam tu na myśli wścibstwa, nie mam tu na myśli robienia czegoś na siłę. Ot, by móc choćby pożyczyć od kogoś cukier, jak zabraknie do ciasta :) (w Nitrze nieocenioną sąsiadką była… pani Janina z Polski :)). Jestem fanką drugiego człowieka, jestem fanką rozmów, jestem fanką spotkań. Każde jest ważne, każde coś wnosi. Mogę żyć tylko z M. i naszym skrzatem, ale nie chcę. Oni zresztą też nie. Zatem… gdyby ktoś chciał wpaść na naleśnika i opowieść o Słowacji – śmiało, drzwi otwarte :).


Inšpiráciou pre januárový post sa mi stala... moja starká. A to vôbec nie preto, že dnes oslavujeme Deň starej mamy (čo je zaujímavé, na Slovensku staré mamy oslavujú spolu s mamami na druhú májovú nedeľu). Bolo to takto: minulý piatok som dostala avízo, že na mňa čaká u starkej vynikajúca palacinka, pribehla som (okamžite ;)), tam v kuchyni stará mama pri sporáku zohrieva zmienenú palacinku a za stolom sedí a v najlepšom sa polievkou častuje jej kamarátka pani Maria. Keď som videla ten obraz, zažila som náhle osvietenie. Uvedomila som si, že moja milovaná starká vedie šialene intenzívny spoločenský život, ba čo viac, oveľa intenzívnejší od môjho :) (nejde tu iba o to jedno stretnutie, stará mama sa temer každodenne stretáva s nejakou inou kamarátkou :)). Vedela som, že o tom musím napísať :).
Idea „otvoreného domova” mi bola vždy veľmi blízka. Nezáleží na tom, či som bývala u rodičov alebo neskôr samostatne počas štúdií, dvere môjho domova boli vždy otvorené. Veľmi rada som hostila známych, veľmi rada som mala rozhovory do bieleho rána (mojim priateľom sa stávalo, že odo mňa odchádzali prvou rannou električkou :)), veľmi rada som pripravovala nejaké drobné občerstvenie a otvárala fľašku vína, aby sa nám lepšie sedelo. Poznala som tiež najbližších susedov. Našťastie som to isté našla aj v rodine môjho manžela a s M. sme tiež vytvorili práve taký domov. Vyšpiecializovali sme sa najmä na všakovaké nátierky a najčastejšie sme tuším u nás organizovali večere, po ktorých neraz ktosi podľahol ponuke nocľahu :). Pozerali sme spolu filmy, hrali sme hry, predbiehali sa v rozprávaní čo najzaujímavejších anekdot, jednoducho sme sa navzájom zo seba tešili. A keď prišla na svet naša dcérka? Frekvencia stretnutí sa trochu zmenšila, ale našťastie sa to nestalo brzdou pre oslavy priateľstva, zaradili sme však povinný bod programu: o 20.00 kúpeme a kŕmime malú, až po nej kŕmime hostí ;).
Prečo o tom všetkom píšem? V Poľsku sa náš spoločenský život v istom zmysle upokojil, sčasti pre to, že nám pribudli nové povinnosti, sčasti kvôli tomu, že „sa vie, že som na tom Slovensku” (skutočné slová mamy jedného známeho, nad ktorými som v poslednej dobe veľa premýšľala :)), sčasti možno kvôli rozdielnemu charakteru Poliakov a Slovákov (trošičku zovšeobecním, ale naozaj si všímam v slovenských priateľoch tie malomestský či dokonca vidiecke rysy, ktoré sú výsledkom špecifík ich štátu – pozor, nemám pri tom na mysli nič zlé, skôr naopak – ide o to, že oni žijú akosi tak bližšie k sebe navzájom, ako sa to stáva v malých sídlach, kde sa každý s každým pozná). Tak či onak, „otvorený domov” je takým ideálom, ku ktorému sa chceme s M. približovať. Takisto to, že nechceme žiť vo vzduchoprázdne – chceme poznať susedov, stať sa časťou spoločenstva. Nemám na mysli všetečnost, nemám na mysli robiť niečo nasilu. Skôr môcť si od niekoho trebárs požičať cukor, keď nám chýba do koláča :) (v Nitre sme mali nenahraditeľnú susedu... pani Janinu z Poľska :)). Som fanúšičkou druhého človeka, som fanúšičkou rozhovorov, som fanúšičkou stretnutí. Každé z nich je dôležité, každé niečo prináša. Môžem žiť len s M. a našim krpcom, ale nechcem. Oni koniec koncov tiež nie. A teda... ak by niekto chcel prísť na palacinky a porozprávať sa, nech sa páči, dvere sú otvorené :).


wtorek, 24 grudnia 2013

Szczodrak / Štedrák

Štedrák to takie szczególne ciasto, pieczone na Słowacji tylko raz w roku, na Štedrý Večer, czyli w Wigilię Bożego Narodzenia. Spolszczyłam jego nazwę na „szczodrak”, bo to nic innego, jak szczodry wypiek – kilkuwarstwowy, bogaty w różne smaki, pachnący hojnością wigilijnej nocy – nocy, gdy otrzymujemy mnóstwo darów, tak materialnych, jak i duchowych.
Święta Bożego Narodzenia na Słowacji są dla mnie stale jeszcze na wpół znajome, a na wpół nieodkryte, ale chciałabym dzisiaj – gdy spędzam ten czas w Polsce – razem z Wami zajrzeć przez dziurkę od klucza do domu moich słowackich rodziców, by przypomnieć sobie grudniowe dni 2012 roku i to pomieszanie różnych wrażeń i uczuć, którego wtedy doświadczyłam – po raz pierwszy spędzając święta nie tylko bez moich rodziców, ale i w innym kraju.
Słowacka wieczerza wigilijna zaczyna się znajomo – przeczytaniem Ewangelii i wspólną modlitwą. Potem następuje jednak pierwszy nieznany mi kiedyś akcent (który dziś jest już stałym elementem naszych rodzinnych Wigilii niezależnie od kraju, w którym je spędzamy) – specjalne życzenia, wygłaszane przez najstarszego członka rodziny. W domu mojego męża to zaszczytne zadanie przypada w udziale babci. Co roku padają te same słowa: „Vinšujem Vám tieto slávne sviatky, Adama a Evy, Krista Pána narodenie, aby Vám dal Pán Boh zdravie, šťastie, hojné Božské požehnanie a po smrti kráľovstvo nebeské obsiahnuť” (Życzę Wam w te uroczyste święta: Adama i Ewy, Narodzenia Chrystusa Pana, aby Pan Bóg dał Wam zdrowie, szczęście, hojne błogosławieństwo, a po śmierci Królestwo Niebieskie). Jest to wyjątkowo podniosła chwila.
Skoro zaczynają się życzenia, można by spodziewać się rozdania między obecnych opłatka… I faktycznie, głowa rodziny (to już słowacki tata :)) zaczyna rozdawać obecnym opłatki, ale… takie brązowe, z czosnkiem i miodem :). Na Słowacji (przynajmniej w regionie, z którego pochodzi mój mąż) nie ma tradycji składania sobie nawzajem życzeń i dzielenia się przy tym opłatkiem. Jest za to tradycja jedzenia takich dużych, okrągłych opłatków posypanych kawałkami czosnku i polanych miodem :). Brzmi być może odrobinę ekstremalnie, ale powiem Wam, że chociaż nie lubię miodu, tak przygotowanymi opłatkami zajadam się z wielkim smakiem :) (w tym miejscu muszę jednak dodać, że nie mogłabym przeżyć świąt bez tego naszego białego, dobrze znanego opłatka… Zatem w ubiegłym roku przynajmniej w jednym domu na Słowacji dzielenie się białym opłatkiem również miało miejsce :)).
Po rozdaniu opłatków następuje dzielenie się owocami – ponownie pierwsze skrzypce gra tu głowa rodziny. Kroi owoce na kawałki i rozdaje pozostałym członkom rodziny. To taki bardzo czytelny i piękny symbol dawania i dzielenia się tym, co mamy. Również i ten zwyczaj powtórzymy w tym roku w Polsce :).
Potem przychodzi wreszcie pora na wigilijną kolację. Wprawdzie w ubiegłym roku jako świeżo upieczona mama pozostawałam jeszcze na specjalnej diecie (nie dla mnie były grzybki, kapusta i ciężkie smażone jedzenie), ale zapewnienia mojego męża o tym, jak obfita jest na Słowacji wieczerza wigilijna, sprawiały, że aż mi ślinka ciekła. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że w wigilijnym menu jest tylko kapuśniak z grzybami i śmietaną na pierwsze danie i smażony karp z sałatką cebulowo-ziemniaczaną na drugie :). Przyznajcie sami, że przy polskich tradycyjnych dwunastu potrawach, rybach pod każdą postacią, pierogach z kapustą i grzybami, kluskach z makiem etc. etc., wyglądało to naprawdę skromnie :). Do dziś wspominam ową „obfitość” z rozbawieniem (choć z drugiej strony przyznaję – odeszłam od stołu najedzona, więc skoro na Słowacji było obficie, to jak jest przy polskim stole? ;)), ale wszystko było bardzo pyszne (choć jako mama karmiąca zamiast smażonej ryby dostałam zdrowszą pieczoną, a zamiast sałatki cebulowo-ziemniaczanej – zwykłe purée ;)).
Cóż, skoro odeszliśmy już najedzeni od stołu, pozostało tylko jedno :)… No, w moim rodzinnym domu jest jeszcze dłuuuuugie kolędowanie, ale ponieważ w mojej słowackiej rodzinie 24 grudnia tradycyjnie kolęduje się po południu w szpitalu, w domu się już nie śpiewa. Zatem zostały nam… prezenty :). Tu na szczęście wszystko znajome :). Chociaż… nie do końca, bo choć prezenty tak jak i u nas można znaleźć pod migocącą choinką, to nie przynosi ich Gwiazdor (jak w moim polskim domu), ale… sam Jezusek :). Wczoraj dowiedziałam się zresztą, że Jezusek tradycyjnie też ubiera w domach choinki, bo dzieci widzą je przyozdobione dopiero 24 grudnia rano :). Ot, taki ciekawy zwyczaj :). Nie pytajcie jednak, kto w naszym polsko-słowackim domu przynosi prezenty :).
Ponieważ jednak cały opisany powyżej wieczór to Wigilia, musi po nim nastąpić coś jeszcze. Musi nastąpić Boże Narodzenie. I ma miejsce, naprawdę, już od północy, na mszy nazywanej właśnie „północną” (Polnočná).

A ten opisany na wstępie szczodrak? Jest dla mnie pewnym symbolem. Jego bogactwo oddaje różnorodność, jaka stała się naszym udziałem, gdy połączyliśmy z M. polską i słowacką tradycję. Jest on też dowodem na to, jak te tradycje doskonale mogą się przenikać, bo… polska rodzina po poznaniu szczodraka przed dwoma laty, nie mogła się w tym roku doczekać, kiedy M. przywiezie ze Słowacji kolejną blachę :).


Štedrák je taký výnimočný koláč, pečený na Slovensku iba raz v roku, na Štedrý večer. Je skutočne štedrý – niekoľkovrstvový, bohatý na rôzne chute, voňajúci hojnosťou svätej noci – noci, v ktorej dostávame množstvo darov, tak materiálnych, ako aj duchovných.
Vianoce na Slovensku sú pre mňa ešte stále napoly známe, napoly neodkryté, ale dnes – keď trávim tento čas v Poľsku – by som chcela spolu s Vami nazrieť cez kľúčovú dierku do domu mojich slovenských rodičov a pripomenúť si tak decembrové dni v roku 2012 a tú zmes rôznych dojmov a pocitov, ktoré som vtedy prežila, tráviac prvýkrát sviatky nielen bez mojich rodičov, ale aj v inom štáte.
Slovenská Štedrá večera sa začína známym spôsobom – prečítaním evanjelia a spoločnou modlitbou. Potom však prichádza prvý element, ktorý mi bol kedysi neznámy (a ktorý je dnes už stálym prvkom našich rodinných Vianoc, bez ohľadu na krajinu, kde ich trávime) – špeciálny vinš, odriekaný najstarším členom rodiny. V domácnosti môjho manžela tá čestná úloha pripadá starkej. Každý rok znejú tie isté slová: „Vinšujem Vám tieto slávne sviatky, Adama a Evy, Krista Pána narodenie, aby Vám dal Pán Boh zdravie, šťastie, hojné Božské požehnanie a po smrti kráľovstvo nebeské obsiahnuť” Je to výnimočne vznešená chvíľa.
Keďže sme už pri vinšoch, mohli by sme predpokladať lámanie oplátok medzi prítomnými... A fakticky, hlava rodiny (tu je to už slovenský tato :)) začína rozdávať prítomným oplátky, ale... také hnedé, s cesnakom a medom :). Na Slovensku (či prinajmenšom v regióne, odkiaľ pochádza môj manžel) neexistuje tradícia vzájomného vinšovania pri lámaní oplátky. Je však tradícia jedenia takých veľkých, okrúhlych oplátiek, posypaných kúskami cesnaku a poliatych medom :). Znie to možno trošku extrémne, ale poviem Vám, že hoci nemám rada med, takto pripravenými oplátkami sa napchávam s veľkou chuťou :) (tu však musím dodať, že by som nemohla prežiť sviatky bez tej našej bielej, dobre známej oplátky... a tak sa minulý rok lámanie oplátky odohralo prinajmenšom v jednom dome na Slovensku :)).
Po rozdaní oplátiek prichádza delenie sa ovocím – opäť tu prvé husle hrá hlava rodiny. Krája ovocie na kúsky a rozdáva ostatným členom rodiny. To je taký veľmi zreteľný a krásny symbol dávania a delenia sa tým, čo máme. Rovnako tak i tento zvyk uskutočníme tento rok v Poľsku :).
Potom prichádza konečne čas na večeru. Pravdupovediac, minulý rok som ako čerstvá mama bola ešte na špeciálnej strave (hríby, kapusta a ťažké vyprážané jedlá neboli nič pre mňa), ale ubezpečenia môjho manžela o tom, aká bohatá je Štedrá večera na Slovensku zapríčinili, že sa mi až slinky zbiehali. Aké bolo moje prekvapenie, keď sa ukázalo, že na večernom menu je iba kapustnica s hríbami a so smotanou ako prvé jedlo a vyprážaný kapor s cibuľovo-zemiakovým šalátom ako druhé jedlo :). Sami uznajte, že pri poľských tradičných dvanástich jedlách, rybách na každý spôsob, pirohách s kapustou a hríbmi, makovými pupákami, atď, atď, to vyzeralo skutočne skromne :). Dodnes spomínam na tú „bohatú večeru” s úsmevom (hoci na druhej strane priznávam, že od stola som odišla najedená, nuž ak na Slovensku je bohato, ako je potom pri poľskom stole? ;)), ale všetko bolo veľmi chutné (hoci ako dojčiaca mama som namiesto vyprážanej ryby dostala zdravšiu, pečenú, a namiesto cibuľovo-zemiakového šalátu obyčajné pyré ;)).
Nuž, a keďže sme už odišli najedení od stola, zostalo iba jedno :)... No, u mojich rodičov je ešte dĺĺĺĺĺĺĺĺhé koledovanie, ale keďže v mojej slovenskej rodine sa 24.12. tradične koleduje popoludní v nemocnici, doma sa už nespieva. Zostali nám teda... darčeky :). V tomto bode je našťastie všetko známe :). Hoci... nie tak celkom, lebo aj keď darčeky, rovnako ako u nás, možno nájsť pod rozsvieteným stromčekom, neprináša ich Gwiazdor (ako u mňa doma v Poľsku), ale... sám Ježiško :). Včera som sa mimochodom dozvedela, že Ježiško tiež podľa tradície zdobí stromček, lebo  deti ho vidia ozdobený až 24-tého ráno :). Nuž, taký zaujímavý zvyk :). Nepýtajte sa však, kto prináša darčeky v našom poľsko-slovenskom dome :).
Keďže je celý večer opísaný vyššie Vigíliou, musí po ňom prísť ešte niečo. Musí prísť Božie narodenie. A naozaj prichádza, už od polnoci, na omši, nazývanej práve Polnočná.

A ten štedrák opísaný na úvod? Je to pre mňa určitý symbol. Jeho bohatstvo pripomína rôznorodosť, ktorá sa stala našim údelom, keď sme spojili s M. poľskú a slovenskú tradíciu. Je tiež dôkazom, že tie tradície sa môžu dokonale prelínať, lebo... po tom, ako poľská rodina spoznala štedrák pred dvomi rokmi, nemohla sa dočkať, kedy M. privezie zo Slovenska ďalší plech :).