środa, 26 marca 2014

Szyfry / Šifry

Małżeństwo dwujęzyczne to wcale nie taka prosta sprawa, rodzina dwujęzyczna – tym bardziej. Tworzenie wspólnych kodów i wzorców wymaga pewnej konsekwencji i konkretnych decyzji. Jasne, tak jest w każdym związku, ale u dwujęzycznych małżeństw dochodzą jeszcze kwestie, którymi przeciętna para w ogóle nie zawraca sobie głowy.  Bo kto normalny pyta swojego partnera, w jakim języku będziemy się porozumiewać? ;) Spokojnie, u nas to pytanie też nie padło ;). Ale stało się tak tylko dlatego, że od początku dzieliliśmy na całą sprawę wspólny pogląd.
Nigdy nie istniała dla nas możliwość, że możemy nie znać tego drugiego języka – ja słowackiego, M. polskiego. Owszem, początkowo rozmawialiśmy wyłącznie po angielsku. Ale M. zaczął uczęszczać na kurs polskiego, a ja rozwiązywać ćwiczenia z podręcznika English-Slovenčina (bo wtedy mogłam tylko pomarzyć o podręczniku polsko-słowackim, a gdy go w końcu dostałam – nie był mi już potrzebny :)). Przyswojenie języka słowackiego było dla mnie naturalną częścią miłości do mojego męża. Kocham, więc chcę mojego partnera rozumieć w pełni, chcę poznać wszystkie jego odcienie. Jestem przekonana, że mimo najlepszej znajomości języka obcego, nie jesteśmy w stanie wyrazić się w nim w sposób tak pełny, jak w ojczystym języku. Gdy M. zaczął rozumieć polski, poczułam ulgę. Zyskałam swobodę, której język angielski nie mógł mi zapewnić, poczułam się prawdziwsza. Gdy ja zaczęłam rozumieć słowacki, zobaczyłam M. na nowo, poznałam go lepiej w jego relacjach z innymi ludźmi, dotarły do mnie nieuchwytne wcześniej drobiazgi. To rozumienie języka było dla mnie chyba nawet ważniejsze niż nauczenie się posługiwania się nim w mowie, bo mówienie pozwoliło mi na zbliżenie do rodziny i przyjaciół M., a rozumienie – na zbliżenie się do niego. Nie chcę jednak umniejszać znaczenia momentu, w którym zaczęłam wypowiadać całe zdania po słowacku, bo i ten był przełomowy – stałam się w jakimś stopniu częścią społeczności, bo mogłam już swobodnie uczestniczyć w codziennym życiu – bez ciągłego tłumaczenia, bez pośredniczenia M., bez nieporadnych ruchów rękami i przepraszających uśmiechów, gdy druga strona nie znała angielskiego. Do dziś, gdy wspominam te chwile, nie mogę wyjść z zadziwienia – to były prawdziwe kamienie milowe w moim życiu.
Skoro jednak najpełniej wyrażamy siebie we własnych językach, to dochodzimy do tytułowych szyfrów :). Otóż ludziom przysłuchującym się moim rozmowom z M. często wydaje się, że to nimi się właśnie posługujemy ;). Nic bardziej mylnego. My po prostu rozmawiamy w swoich językach, ja – po polsku, M. – po słowacku. I to jest dla mnie podstawa komunikacji w małżeństwie dwujęzycznym; mówienie każdy w swoim języku. Zasadniczy powód opisałam już wcześniej, ale jest to potrzebne też do tego, by budować równowagę między naszymi dwoma kulturami, pewną łączność między nimi bez szczególnego wskazania na którąkolwiek. Nie mogę też nie wspomnieć o dzieciach – posługuję się w domu (wyłącznie!) własnym językiem dla dobra mojej córki. Po pierwsze – służy to budowaniu głębszej relacji z nią, a po drugie – daje jej szansę na bycie dwujęzyczną, na posiadanie dwóch języków ojczystych. Spotykamy się często z twierdzeniem, że mała „będzie miała trudniej” – nie, o ile będziemy konsekwentni. Dlatego jesteśmy. A ona już teraz tak samo rozumie swojego tatę, jak i swoją mamę, dokańcza wierszyki po słowacku, jak i po polsku.
To wszystko nie obywa się bez trudności – np. dobra znajomość słowackiego sprawia, że czasem trudniej mi mówić po polsku, a gdy mówię do córki po polsku na Słowacji, przyciągamy sporo spojrzeń. Niemniej jednak podjęliśmy kiedyś decyzję. I dalej się jej trzymamy w naszym dwujęzycznym świecie.



Dvojjazyčný manželský pár nie je jednoduchá záležitosť, dvojjazyčná rodina už vôbec nie. Vytvorenie spoločných kódov a vzorcov vyžaduje vytrvalosť a konkrétne rozhodnutia. Jasné, tak je to v každom vzťahu, ale v dvojjazyčných manželstvách prichádza ešte k otázkam, nad ktorými si ostatné páry vôbec nemusia lámať hlavu. Kto normálny sa pýta svojho partnera, v akom jazyku sa budú spolu dorozumievať? ;) Nebojte sa, u nás taká otázka tiež nepadla ;). Stalo sa tak však iba vďaka tomu, že už od začiatku sme mali na celú vec rovnaký pohľad.
Nikdy sme si nepripúšťali, že by sme nepoznali jazyk toho druhého človeka – ja slovenský a M. poľský. Isteže, zo začiatku sme sa rozprávali výlučne po anglicky. Ale M. začal chodiť na kurz poľštiny a ja som riešila cvičenia z učebnice English – Slovenčina (lebo v tom čase som mohla o poľsko-slovenskej učebnici iba snívať, a keď som ju napokon dostala, už som ju nepotrebovala :)). Osvojenie si slovenčiny bolo pre mňa prirodzenou súčasťou lásky k môjmu mužovi. Ľúbim, a teda chcem svojmu partnerovi hlboko porozumieť, chcem poznať všetky jeho odtiene. Som presvedčená, že hoci ovládame nejaký cudzí jazyk na vynikajúcej úrovni, nedokážeme sa v ňom vyjadrovať tak úplne ako v materinskom jazyku. Keď začal M. rozumieť poľštine, uľavilo sa mi. Nadobudla som slobodu, ktorú mi angličtina nemohla dať, cítila som sa viac pravdivá. Keď som ja začala rozumieť slovenčine, uzrela som M. nanovo, spoznala som ho lepšie vo vzťahoch s inými ľuďmi, pochopila som nuansy, ktoré boli pre mňa predtým nedostupné. To, že som slovenčine rozumela, bola pre mňa snáď ešte dôležitejšie než to, že som sa v nej naučila rozprávať, pretože rozprávanie mi umožnilo zblížiť sa s M. rodinou a priateľmi, ale porozumenie ma priblížilo k nemu. Nechcem však podceňovať význam momentu, keď som začala hovoriť celé vety po slovensky, lebo aj ten bol prelomový – stala som sa na istom stupni časťou spoločnosti, pretože som sa mohla slobodne zúčastňovať každodenného života – bez ustavičných prekladov, bez vysvetľovania M., bez neistých pohybov rúk a ospravedlňujúcich úsmevov, keď partner v komunikácii nehovoril po anglicky.
Keďže sa teda najlepšie vyjadrujeme vo svojich jazykoch, prichádzam k šifrám z nadpisu :). Ľudia, ktorí počúvajú naše rozhovory s M. si často myslia, že si v nich práve šiframi pomáhame ;). Vôbec nie. My jednoducho rozprávame svojimi jazykmi, ja po poľsky a M. po slovensky. A to je pre mňa základ komunikácie v dvojjazyčnom manželstve – aby každý hovoril vo svojom jazyku. Ten hlavný dôvod som napísala už vyššie, ale je to tiež dôležité pri budovaní rovnováhy medzi našimi dvoma kultúrami, väzieb medzi nimi, bez zvláštneho dôrazu na ktorúkoľvek z nich. Nemôžem tiež nespomenúť deti – doma rozprávam (výlučne!) vo svojom jazyku pre dobro mojej dcérky. Po prvé, slúži to budovaniu hlbších vzťahov medzi nami, a po druhé, dáva jej to možnosť byť dvojjazyčnou, mať dva materinské jazyky. Často sa stretávame s tvrdením, že malá „to bude mať ťažšie” – nie, pokiaľ  budeme dôslední. A preto takí sme. Ona už teraz tak isto rozumie svojho tatka ako svoju mamku, dopĺňa slová tak v slovenských, ako aj v poľských básničkách.
To všetko sa nedeje bez ťažkostí – napr. dobrá znalosť slovenčiny spôsobuje, že niekedy sa mi ťažšie hovorí po poľsky, a keď oslovujem dcérku na Slovensku po poľsky, priťahuje to veľa pohľadov. Kedysi sme však spravili rozhodnutie. A ďalej sa ho v našom dvojjazyčnom svete držíme.

wtorek, 18 lutego 2014

Tańcuj, tańcuj, okręcaj! / Tancuj, tancuj, vykrúcaj!

Nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że na Słowacji będę zawsze Polką ;). Ale co to właściwie oznacza? Przede wszystkim to, że w pierwszej kolejności jestem obserwatorem. Co prawda fantastycznie jest stawać się częścią tego słowackiego świata, doświadczyć tego, czego przeciętny Polak nie ma szans doświadczyć i czuć więź ze Słowakami choćby w trakcie Igrzysk Olimpijskich (dzięki temu mamy już z M. 5 medali, a nie 4 i 1 :)), niemniej jednak do tego „stanu wtajemniczenia” dochodzi się stopniowo, a są i takie zwyczaje słowackie, które na zawsze pozostaną dla mnie interesujące, lecz obce.
Dziś jednak chcę napisać o tradycji, którą wprost uwielbiam i biorę za swoją z pocałowaniem ręki! Otóż… Słowacy w karnawale chodzą na bale :). I wcale nie starsi Słowacy na bardzo ekskluzywne bale, i wcale nie młodzi na dyskoteki, które tylko nazywa się balami. Nie – wszyscy Słowacy na różne, przeróżne BALE – gdzie obowiązuje strój wieczorowy, gdzie tańczy się „na 3”, gdzie podają elegancką kolację. Chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że bal odbywa się tu w prawie każdej miejscowości :). Są bale myśliwskie, nauczycielskie, lekarskie, piłkarskie, salezjańskie – ta nazwa bierze się od środowiska ludzi, które stanowi trzon uczestników i organizatorów danej imprezy, a ja wymieniłam tylko te nazwy, które obiły mi się w ostatnich dniach o uszy, pewnie jest tego jeszcze więcej :). Bale są biletowane, jednak nie stanowi to dla ludzi problemu, bo w mniejszym stopniu koncentrują się na cenie, a w większym – na zabawie i spotkaniu z przyjaciółmi. A taka impreza jest do tego doskonałym miejscem, bo znajomi po prostu umawiają się na wspólne wyjście i na zabawie można zaobserwować całe grupy bawiące się razem (tak przynajmniej bywa na balu, na który chodzimy z M., ale też takie właśnie słyszałam opisy od ludzi uczestniczących w innych balach). Co jeszcze tak zachwyca mnie w słowackich balach? To, że pieśni ludowe mają się tam dobrze i są naprawdę żywe – każdy je zna, każdy śpiewa, każdy z chęcią do nich tańczy; i jeszcze to, że tradycyjnie w czasie balu odbywa się… tombola (przyznaję, słowo to występuje też w polskim słowniku, ale nie znałam go wcześniej), czyli loteria fantowa, w trakcie której emocje sięgają zenitu ;), a nawet jeśli nie – można się naprawdę dobrze zabawić :).
Gdyby jakiś Słowak pytał, jak to wygląda w Polsce – bale, owszem, bywają, ale obecnie nie znam chyba nikogo, kto by się na takowy wybrał w karnawale 2014 (ani 2013, ani 2012…). A już na pewno nie chodzą na nie ludzie bardzo młodzi. Bal w Polsce kojarzy mi się zabawą przebierańców dla przedszkolaków, ewentualnie z zabawą sylwestrową, ale Sylwestra nie biorę tu w ogóle pod uwagę. Innymi słowy – ta tradycja ma zupełnie inny charakter i przede wszystkim nie jest tak powszechna. Jeśli jednak ktoś z zaprzyjaźnionych Polaków ma inne doświadczenie w tym temacie, niech koniecznie napisze! :)

Na koniec wisienka na torcie – wspomnienie z mojego pierwszego balu :). Byłam dziewczyną M. zaledwie od 2 tygodni, przyjechałam do niego po raz pierwszy, podróż pociągiem trwała kilkanaście godzin, podróż samochodem do rodziców – trzy zamiast jednej z powodu zamieci śnieżnej. Na samym balu było jakieś 120-140 osób, z czego ze 30 to była bliższa lub dalsza rodzina, a kolejne 50 to przyjaciele, ja tymczasem nie umiałam ani słowa po słowacku, miałam na sobie taką samą sukienkę jak zaprzyjaźniona Słowaczka, a prowadzący nie omieszkali zażartować z tego faktu do mikrofonu ;). Zresztą, dziewczyna M. z Polski była po prostu sama w sobie niezłą atrakcją i stanowiła nader egzotyczny akcent ;), a znajomi M., znając jego wielkie serce ;), nie mogli się spodziewać, że oto stoi przed nimi jego przyszła żona :). A dziś? Dziś, po tych czterech latach, sama siebie podziwiam za odwagę (a raczej błogosławię słodką niewiedzę o tym, co miało mnie spotkać ;)), wspominam wszystko z wielkim rozrzewnieniem i szerokim uśmiechem na ustach, i… zaledwie parę dni temu wróciłam z kolejnego balu!


Nikoho neprekvapím tvrdením, že na Slovensku budem vždy Poľkou ;). Čo to však vlastne znamená? Predovšetkým to, že som v prvom rade pozorovateľom. Je fantastické stávať sa súčasťou toho slovenského sveta, zakúsiť to, čo nemá priemerný Poliak šancu zažiť a cítiť puto so Slovákmi hoci aj počas Olympijských hier (vďaka tomu už máme s M. 5 medailí a nie 4 a 1 :)). Do tohto „stavu zasvätenosti”sa však človek dostáva postupne a sú tiež také slovenské zvyky, ktoré budú pre mňa vždy zaujímavé, ale cudzie. 
Dnes by som však chcela napísať o tradícii, ktorú mám veľmi rada a beriem ju všetkými desiatimi! A teda... Slováci počas fašiangu chodia na plesy :). A vôbec nie starší Slováci na exkluzívne plesy a vôbec nie mladí na diskotéky, ktoré sa len nazývajú plesmi. Nie – všetci Slováci na rôzne, prerôzne PLESY – také, na ktorých je povinné spoločenské oblečenie, na ktorých sa tančí „na 3”, na ktorých sa podáva slávnostná večera. Nebudem asi preháňať ak poviem, že ples sa uskutočňuje takmer v každej obci :). Sú plesy poľovnícke, učiteľské, lekárske, futbalistov, saleziánske – názov sa odvíja od prostredia, ku ktorému patrí jadro účastníkov a organizátorov danej udalosti, a ja som vymenovala iba tie, ktorých názvy sa mi dostali do uší, určite je toho ešte viac :). Plesy sú na lístky, neznamená to však pre ich účastníkov problém, lebo sa menej sústreďujú na cenu a viac na zábavu a stretnutie s priateľmi. No a taká udalosť je na to vynikajúca, pretože známi sa jednoducho dohodnú na spoločnej účasti a na zábave možno pozorovať celé skupiny, ktoré sa spolu bavia (tak to prinajmenšom vyzerá na plese, na ktorý chodíme s M., ale také som tiež počula opisy od ľudí, ktorí boli na iných plesoch). Čo ma ešte tak upútalo na slovenských plesoch? To, že ľudové piesne tam majú svoje miesto a sú skutočné živé  - každý ich pozná, každý spieva, každý na ne s chuťou tancuje; no a ešte to, že tradične sa počas plesu uskutočňuje... tombola (priznávam, to slovo sa nachádza tiež v poľskom slovníku, ale predtým som ho nepoznala), počas ktorej emócie dosahujú vrchol ;) a aj keď nie, možno sa skutočne dobre zabaviť :).
Keby sa niektorý zo Slovákov spýtal, ako to vyzerá v Poľsku: plesy, samozrejme, sú, ale momentálne mi nepríde na um nikto, ko by sa na ne vybral v roku 2014 (ani 2013, ani 2012...). A už vôbec sa ich nezúčastňujú veľmi mladí ľudia. S plesom sa mi v Poľsku spája karneval pre škôlkarov, eventuálne silvestrovská zábava, ale Silvester tu vôbec neberiem do úvahy. Inými slovami – tá tradícia má úplne iný charakter a hlavne nie je taká rozšírená. Ak však má niekto z poľských priateľov inú skúsenosť v tejto oblasti, nech o nej určite napíše! :)

Na koniec čerešníčka na torte: spomienka z môjho prvého plesu :). Bola som priateľkou M. ledva 2 týždne, prišla som k nemu po prvý raz, cesta vlakom trvala veľa hodín, cesta autom k rodičom tri hodiny namiesto jeden kvôli snežnej chumelici. Na samotnom plese bolo približne 120 – 140 osôb, z čoho asi 30 bolo z blízkej alebo vzdialenejšej rodiny a k tomu 50 priateľov, ja som vtedy nevedela ani slovo po slovensky, mala som na sebe také isté šaty ako priateľka – Slovenka, z čoho nezabudli konferenciéri plesu zažartovať do mikrofónu ;). Napokon, priateľka M. z Poľska bola sama o sebe dostatočnou atrakciou a spôsobila exotický nádych plesu ;), no a známi M., ktorí poznali jeho veľké srdce ;), nemohli tušiť, že pred nimi stojí jeho budúca manželka :). A dnes? Dnes, po štyroch rokoch, obdivujem samu seba za odvahu (alebo skôr blaženú nevedomosť o tom, čo ma malo stretnúť ;)), spomínam na to všetko s veľkým pohnutím a širokým úsmevom na perách a... ledva pred pár dňami som sa vrátila z ďalšieho plesu! 

wtorek, 21 stycznia 2014

Naleśniki / Palacinky

Inspiracją dla styczniowego posta stała się… moja babcia. I to wcale nie dlatego, że świętujemy dziś Dzień Babci (co ciekawe – na Słowacji babcie świętują razem z mamami w drugą niedzielę maja). Było to tak: w miniony piątek dostałam cynk, że czeka na mnie u babci pyszny naleśnik, (natychmiast ;)) przybiegłam, a tam w kuchni babcia przy kuchence podgrzewa dla mnie rzeczonego naleśnika, a za stołem siedzi i zajada się w najlepsze zupą koleżanka babci, pani Maria. Widząc ten obrazek, doznałam nagłego olśnienia!  Dotarło do mnie, że moja kochana babcia prowadzi szalenie intensywne życie towarzyskie, mało tego – dużo intensywniejsze od mojego :) (nie chodzi tu tylko o to jedno spotkanie – babcia prawie codziennie spotyka się z jakąś inną koleżanką :)). Wiedziałam już, że muszę o tym napisać :).
Idea „domu otwartego” była mi zawsze bardzo bliska. Niezależnie od tego, czy mieszkałam jeszcze w domu rodzinnym, czy już samodzielnie w czasie studiów – drzwi mojego domu stały otworem. Uwielbiałam gościć znajomych, uwielbiałam rozmowy do białego rana (zdarzyło się moim przyjaciołom odjeżdżać ode mnie pierwszym dziennym tramwajem :)), uwielbiałam szykować jakiś drobny poczęstunek i otwierać butelkę wina, by się nam milej siedziało. Znałam też najbliższych sąsiadów. Szczęśliwie to samo odnalazłam w rodzinie mojego męża i z M. też stworzyliśmy właśnie taki dom. Wyspecjalizowaliśmy się zwłaszcza w przeróżnych pastach i najczęściej chyba organizowaliśmy u nas kolacje, po których nieraz ktoś się skusił na nocleg :). Oglądaliśmy razem filmy, graliśmy w gry, prześcigaliśmy w opowiadaniu najciekawszej anegdoty, po prostu cieszyliśmy sobą nawzajem. A gdy przyszła na świat nasza córka? Częstotliwość spotkań trochę zmalała, jednak na szczęście nie był to hamulec dla celebrowania przyjaźni, doszedł tylko obowiązkowy punkt programu – o 20:00 kąpiemy i karmimy małą, dopiero potem karmimy gości ;).
Czemu o tym wszystkim piszę? W Polsce nasze życie towarzyskie uległo pewnemu wyciszeniu, trochę dlatego, że doszły nowe obowiązki, trochę dlatego, że „utrwaliło się, że jestem na tej Słowacji” (prawdziwe słowa mamy jednego znajomego, które dały mi dużo do myślenia w ostatnim czasie :)), trochę może przez odmienny charakter Polaków i Słowaków (odrobinę uogólnię, ale naprawdę dostrzegam w zaprzyjaźnionych Słowakach ten małomiasteczkowy czy nawet wiejski rys, wynikający ze specyfiki ich państwa – uwaga, nie mam tu na myśli nic złego, przeciwnie – chodzi o to, że oni żyją ze sobą może trochę bliżej, jak to się zdarza w małych miejscowościach, każdy z każdym się pozna). Niemniej jednak „dom otwarty” to pewien ideał, do którego chcę, chcemy z M. dążyć. Tak samo to, by nie żyć w próżni – poznać swoich sąsiadów, stać się częścią społeczności. Nie mam tu na myśli wścibstwa, nie mam tu na myśli robienia czegoś na siłę. Ot, by móc choćby pożyczyć od kogoś cukier, jak zabraknie do ciasta :) (w Nitrze nieocenioną sąsiadką była… pani Janina z Polski :)). Jestem fanką drugiego człowieka, jestem fanką rozmów, jestem fanką spotkań. Każde jest ważne, każde coś wnosi. Mogę żyć tylko z M. i naszym skrzatem, ale nie chcę. Oni zresztą też nie. Zatem… gdyby ktoś chciał wpaść na naleśnika i opowieść o Słowacji – śmiało, drzwi otwarte :).


Inšpiráciou pre januárový post sa mi stala... moja starká. A to vôbec nie preto, že dnes oslavujeme Deň starej mamy (čo je zaujímavé, na Slovensku staré mamy oslavujú spolu s mamami na druhú májovú nedeľu). Bolo to takto: minulý piatok som dostala avízo, že na mňa čaká u starkej vynikajúca palacinka, pribehla som (okamžite ;)), tam v kuchyni stará mama pri sporáku zohrieva zmienenú palacinku a za stolom sedí a v najlepšom sa polievkou častuje jej kamarátka pani Maria. Keď som videla ten obraz, zažila som náhle osvietenie. Uvedomila som si, že moja milovaná starká vedie šialene intenzívny spoločenský život, ba čo viac, oveľa intenzívnejší od môjho :) (nejde tu iba o to jedno stretnutie, stará mama sa temer každodenne stretáva s nejakou inou kamarátkou :)). Vedela som, že o tom musím napísať :).
Idea „otvoreného domova” mi bola vždy veľmi blízka. Nezáleží na tom, či som bývala u rodičov alebo neskôr samostatne počas štúdií, dvere môjho domova boli vždy otvorené. Veľmi rada som hostila známych, veľmi rada som mala rozhovory do bieleho rána (mojim priateľom sa stávalo, že odo mňa odchádzali prvou rannou električkou :)), veľmi rada som pripravovala nejaké drobné občerstvenie a otvárala fľašku vína, aby sa nám lepšie sedelo. Poznala som tiež najbližších susedov. Našťastie som to isté našla aj v rodine môjho manžela a s M. sme tiež vytvorili práve taký domov. Vyšpiecializovali sme sa najmä na všakovaké nátierky a najčastejšie sme tuším u nás organizovali večere, po ktorých neraz ktosi podľahol ponuke nocľahu :). Pozerali sme spolu filmy, hrali sme hry, predbiehali sa v rozprávaní čo najzaujímavejších anekdot, jednoducho sme sa navzájom zo seba tešili. A keď prišla na svet naša dcérka? Frekvencia stretnutí sa trochu zmenšila, ale našťastie sa to nestalo brzdou pre oslavy priateľstva, zaradili sme však povinný bod programu: o 20.00 kúpeme a kŕmime malú, až po nej kŕmime hostí ;).
Prečo o tom všetkom píšem? V Poľsku sa náš spoločenský život v istom zmysle upokojil, sčasti pre to, že nám pribudli nové povinnosti, sčasti kvôli tomu, že „sa vie, že som na tom Slovensku” (skutočné slová mamy jedného známeho, nad ktorými som v poslednej dobe veľa premýšľala :)), sčasti možno kvôli rozdielnemu charakteru Poliakov a Slovákov (trošičku zovšeobecním, ale naozaj si všímam v slovenských priateľoch tie malomestský či dokonca vidiecke rysy, ktoré sú výsledkom špecifík ich štátu – pozor, nemám pri tom na mysli nič zlé, skôr naopak – ide o to, že oni žijú akosi tak bližšie k sebe navzájom, ako sa to stáva v malých sídlach, kde sa každý s každým pozná). Tak či onak, „otvorený domov” je takým ideálom, ku ktorému sa chceme s M. približovať. Takisto to, že nechceme žiť vo vzduchoprázdne – chceme poznať susedov, stať sa časťou spoločenstva. Nemám na mysli všetečnost, nemám na mysli robiť niečo nasilu. Skôr môcť si od niekoho trebárs požičať cukor, keď nám chýba do koláča :) (v Nitre sme mali nenahraditeľnú susedu... pani Janinu z Poľska :)). Som fanúšičkou druhého človeka, som fanúšičkou rozhovorov, som fanúšičkou stretnutí. Každé z nich je dôležité, každé niečo prináša. Môžem žiť len s M. a našim krpcom, ale nechcem. Oni koniec koncov tiež nie. A teda... ak by niekto chcel prísť na palacinky a porozprávať sa, nech sa páči, dvere sú otvorené :).