środa, 30 kwietnia 2014

Stan duszy / Stav duše

Nasza córka pytana po słowacku, jak się czuje, odpowiada: „Hamada!” Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego (w końcu niespełna półtoraroczne dzieci mówią przeróżne rzeczy), gdyby nie fakt, że „Hamada” to jej nazwisko. Śmiejemy się, że w przypadku małej „Hamada” to stan duszy, choć tak naprawdę całe zamieszanie wynika z tego, że po słowacku zwroty „jak się nazywasz” i „jak się masz” brzmią podobnie (ako sa voláš, ako sa máš).
Dlaczego o tym piszę? Bo MN. ma tak naprawdę bardzo niesłowackie nazwisko. Polak, przeczytawszy pierwszy akapit tego posta, pewnie niczego nie zauważy, Słowak może się zdziwić. Nasza córka przyszła na świat na Słowacji.  W kraju pań Kováčových, Novákových, Balážových, w kraju, w którym na lekcji historii młodzież uczy się o Margaret Thatcherovej, w gazecie można przeczytać o kolejnym medalu zdobytym przez Justynę Kowalczykovą, a po godzinach ludzie zaczytują się w książkach J.K. Rowlingovej. Tak, (prawie) wszystkie nazwiska żeńskie mają końcówkę „-ová”.
Początkowo brzmiało to dla mnie dość archaicznie :). W Polsce podobne sformułowania przestały być aktualne w drugiej połowie XX wieku, ale nawet w czasach, gdy obowiązywały, pozostawały raczej w sferze tradycji mówionej niż pisanej (poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że nie pisano tych końcówek w oficjalnych dokumentach). Co ciekawe kiedyś mieliśmy nawet rozróżnienie na „Nowakowa” (gdy kobieta zamężna) i „Nowakówna” (gdy panna). Dziś jednak taką odmianę nazwiska słyszę tylko z ust mojej babci, gdy mówi o swoich koleżankach (np. pani Duszakowa).
Gdy już oswoiłam się z brzmieniem nazwisk moich słowackich znajomych, przeszłam etap buntu ;) – do dziś zupełnie nie rozumiem i złości mnie, że w oficjalnym języku (w prasie, w telewizji) należy dodawać „-ová” do nazwiska każdej kobiety, niezależnie od jej narodowości. Najśmieszniejsze było to dla mnie, gdy oglądałam olimpiadę letnią i nie było szans rozróżnić (na słuch) narodowości danej zawodniczki, bo przykładowo w takim finale biegu na 100 m startowały: Shelly-Ann Fraserová-Pryceová, Carmelita Jeterová, Veronica Campbellová-Brownová, Tianna Madisonová, Allyson Felixová, Kelly-Ann Baptisteová, Murielle Ahouréová i Blessing Okagbareová ;) (dla jasności – reprezentantki kolejno: Jamajki, USA, Jamajki, USA, USA, Trynidadu i Tobago, Wybrzeża Kości Słoniowej, Nigerii ; Słowacji, mimo słowackich nazwisk, brak ;)).
Chciałabym, żebyśmy się dobrze zrozumieli – szanuję i lubię to, że Słowaczki mają takie, a nie inne nazwiska. Nie lubię tylko zmieniania nazwisk paniom, które ze Słowacją mają niewiele wspólnego :). Niemniej jednak po okresie buntu przyszedł czas coraz większej akceptacji i sympatii dla nazwisk z końcówką „-ová” :). Nie jest to dla mnie w najmniejszym stopniu powód do żartów, ale – zachwytu, zachwytu słowacką tradycją i przynależnością do mężczyzny, którą takie nazwisko w swej wymowie niesie (przyznaję, jestem w tym temacie kompletnie nienowoczesna, lubię być kobietą mojego mężczyzny :)). Długo zastanawiałam się, jakie nazwisko przyjąć po ślubie. Nie przyjęłam końcówki „-ová” ze względów pragmatycznych i pewnej potrzeby zaakcentowania mojej polskości, skoro miałam zamieszkać na Słowacji, ale wbrew pozorom decyzja ta nie była aż tak oczywista :).
A co z naszą córką? Przyjęła nasze nazwisko, bo poza krajami słowiańskimi raczej trudno byłoby zrozumieć, dlaczego nazywa się inaczej niż mama i tata. M., choć ze smutkiem, zgodził się natychmiast, bo nasz świat nie ogranicza się tylko do jednego państwa, o czym obydwoje bardzo dobrze wiemy. Ale nie obyło się bez trudności :). Bo chociaż ślub wzięliśmy w Polsce i w akcie ślubu w rubryce „Nazwisko dzieci” wyraźnie napisano: „Hamada”, słowacki urząd wydał nam potwierdzenie zawarcia za granicą małżeństwa w wersji „ulepszonej” – z nazwiskami dzieci: dla chłopca – Hamada, dla dziewczynki – Hamadová. Skończyło się na tym, że podczas gdy ja w szpitalu dochodziłam do siebie po porodzie, M. musiał wykonać rundkę po urzędach i zaliczyć kilka rozmów telefonicznych, żeby jednak postawić na swoim (naszym). Sprawę można było rozwiązać na dwa sposoby, jeden w moim odczuciu dziwny (w akcie urodzenia byłoby napisane „Hamadová”, ale we wszystkich innych dokumentach widniałoby „Hamada”), a jeden prostszy, choć w naszym przypadku nie do końca prawdziwy – nasza córka nie miałaby w dokumentach narodowości słowackiej. I tak oto MN. stała się dla słowackiego urzędu Polką bez „-ová”, mając 50% słowackiej krwi :). Na szczęście my wiemy, jak to z tą naszą małą Słowianką naprawdę jest. W końcu „Hamada” to stan duszy… ;)



Keď sa našej dcérky po slovensky pýtame ako sa má, odpovedá: „Hamada!” Nebolo by to vôbec nezvyčajné (koniec koncov, jedenapolročné deti hovoria prerôzne veci), keby nie to, že „Hamada” je jej priezvisko. Smejeme sa, že v prípade malej je „Hamada” stav duše, hoci v skutočnosti celá situácia vzniká preto, lebo slovenské zvraty „ako sa voláš” a „ako sa máš” znejú podobne.
Prečo o tom píšem? Lebo MN. má v skutočnosti veľmi neslovenské priezvisko. Poliak si po prečítaní prvého odstavca tohto postu zrejme nič nevšimne, Slováka môže prekvapiť. Naša dcérka prišla na svet na Slovensku. V krajine paní Kováčových, Novákových, Balážových, v krajine, v ktorej sa na hodine dejepisu mládež učí o Margaret Thatcherovej, v novinách si môžete prečítať o ďalšej medaile Justyny Kowalczykovej a ľudia sa vo voľnom čase ponárajú do knižiek J.K. Rowlingovej. Áno, (skoro) všetky ženské priezviská majú koncovku „-ová”.
Na začiatku mi to znelo dosť archaicky :). V Poľsku prestali byť podobné tvary aktuálne v druhej polovice 20. storočia, ale aj v časoch, keď boli používané, zostávali skôr v sfére hovoreného jazyka a nie v písanej forme (opravte ma, ak sa mýlim, ale zdá sa mi, že tie koncovky sa nepísali do oficiálnych dokumentov). Zaujímavé je, že kedysi sme mali tiež rozdiel medzi formami „Nowakowa” (vydatá žena) a „Nowakówna” (čítaj Novakuvna, keď išlo o slečnu). Dnes však túto koncovku počúvam iba z úst mojej starkej, keď hovorí o svojich kamarátkach (napr. pani Duszakowa).
Keď som si už zvykla na znenie priezvisk mojich slovenských známych, prešla som obdobím vzdoru ;) – dodnes celkom nerozumiem a zlostí ma fakt, že v oficiálnom jazyku (v novinách, v televízii) sa musí dodávať „-ová” k priezvisku každej ženy, bez ohľadu na jej národnosť. Najsmiešnejšie to pre mňa bolo, keď som pozerala letnú olympiádu a nebolo možné (sluchom) odlíšiť pôvod jednotlivých športovkýň, lebo napríklad  v takom finále behu na 100 m štartovali: Shelly-Ann Fraserová-Pryceová, Carmelita Jeterová, Veronica Campbellová-Brownová, Tianna Madisonová, Allyson Felixová, Kelly-Ann Baptisteová, Murielle Ahouréová i Blessing Okagbareová ;) (pre vysvetlenie, ide po poradí o reprezentantky Jamajky, USA, Jamajky, USA, USA, Trinidadu a Tobaga, Pobrežia Slonoviny a Nigérie; Slovensko chýbalo, slovenské priezviská nie ;)).
Chcela by som, aby sme sa správne pochopili – rešpektujem a mám rada to, že Slovenky majú také a nie iné priezviská. Nemám však rada, keď sa menia priezviská paniam, ktoré nemajú so Slovenskom veľa spoločného :). Jednako však, po období vzdoru prišiel čas čoraz väčšieho akceptovania a sympatie voči priezivskám s koncovkou „-ová”. Nie je to pre mňa ani v najmenšom dôvod k žartom, ale k obdivu voči slovenskej tradícii a príslušnosti k mužovi, čo v sebe takéto priezvisko nesie (priznám sa, som v tejto veci úplne nemoderná, som totiž rada ženou svojho muža :)). Dlho som premýšľala nad tým, aké priezvisko prijať po svadbe. Neprijala som koncovku „-ová” z pragmatických dôvodov a kvôli potrebe akéhosi zdôraznenia svojej poľskosti, keďže som mala začať bývať na Slovensku, ale napriek všetkému toto rozhodnutie nebolo až také samozrejmé :).
A čo s našou dcérkou? Prijala naše priezvisko, pretože mimo slovanských krajín by bolo asi ťažké pochopiť, prečo sa nazýva inak ako mama a tato. M. s tým súhlasil, hoci so smútkom, ale okamžite, pretože náš svet nie je ohraničený jedným štátom, o čom obidvaja veľmi dobre vieme. Ale neobišlo sa to bez problémov :). Lebo napriek tomu, že sme sa vzali v Poľsku a v sobášnom liste máme v rubrike „Priezvisko detí” jasne napísané „Hamada”, slovenský úrad nám vydal potvrdenie o uzavretí manželstva v zahraničí vo „vylepšenej” verzii – s priezviskami detí Hamada pre chlapca a Hamadová pre dievča. Skončilo sa to tak, že kým ja som prichádzala k sebe po pôrode v nemocnici, M. musel urobiť okruh po úradoch a niekoľko telefonátov, aby sme predsa dosiahli svoje. Dalo sa to vybaviť dvomi spôsobmi: jedným podľa mňa zvláštnym (v rodnom liste by bolo napísané „Hamadová”, ale vo všetkých ostatných dokumentoch by bolo „Hamada”) a jedným jednoduchším, hoci v našom prípade nie celkom pravdivým – naša dcérka by nemala v dokumentoch slovenskú národnosť. A tak sa z MN. stala v očiach slovenského úradu Poľka bez „-ová”, s 50% slovenskej krvi :). Našťastie, my vieme, ako to s našou malou Slovankou v skutočnosti je. Koniec koncov, „Hamada” je stav duše... ;) 

środa, 26 marca 2014

Szyfry / Šifry

Małżeństwo dwujęzyczne to wcale nie taka prosta sprawa, rodzina dwujęzyczna – tym bardziej. Tworzenie wspólnych kodów i wzorców wymaga pewnej konsekwencji i konkretnych decyzji. Jasne, tak jest w każdym związku, ale u dwujęzycznych małżeństw dochodzą jeszcze kwestie, którymi przeciętna para w ogóle nie zawraca sobie głowy.  Bo kto normalny pyta swojego partnera, w jakim języku będziemy się porozumiewać? ;) Spokojnie, u nas to pytanie też nie padło ;). Ale stało się tak tylko dlatego, że od początku dzieliliśmy na całą sprawę wspólny pogląd.
Nigdy nie istniała dla nas możliwość, że możemy nie znać tego drugiego języka – ja słowackiego, M. polskiego. Owszem, początkowo rozmawialiśmy wyłącznie po angielsku. Ale M. zaczął uczęszczać na kurs polskiego, a ja rozwiązywać ćwiczenia z podręcznika English-Slovenčina (bo wtedy mogłam tylko pomarzyć o podręczniku polsko-słowackim, a gdy go w końcu dostałam – nie był mi już potrzebny :)). Przyswojenie języka słowackiego było dla mnie naturalną częścią miłości do mojego męża. Kocham, więc chcę mojego partnera rozumieć w pełni, chcę poznać wszystkie jego odcienie. Jestem przekonana, że mimo najlepszej znajomości języka obcego, nie jesteśmy w stanie wyrazić się w nim w sposób tak pełny, jak w ojczystym języku. Gdy M. zaczął rozumieć polski, poczułam ulgę. Zyskałam swobodę, której język angielski nie mógł mi zapewnić, poczułam się prawdziwsza. Gdy ja zaczęłam rozumieć słowacki, zobaczyłam M. na nowo, poznałam go lepiej w jego relacjach z innymi ludźmi, dotarły do mnie nieuchwytne wcześniej drobiazgi. To rozumienie języka było dla mnie chyba nawet ważniejsze niż nauczenie się posługiwania się nim w mowie, bo mówienie pozwoliło mi na zbliżenie do rodziny i przyjaciół M., a rozumienie – na zbliżenie się do niego. Nie chcę jednak umniejszać znaczenia momentu, w którym zaczęłam wypowiadać całe zdania po słowacku, bo i ten był przełomowy – stałam się w jakimś stopniu częścią społeczności, bo mogłam już swobodnie uczestniczyć w codziennym życiu – bez ciągłego tłumaczenia, bez pośredniczenia M., bez nieporadnych ruchów rękami i przepraszających uśmiechów, gdy druga strona nie znała angielskiego. Do dziś, gdy wspominam te chwile, nie mogę wyjść z zadziwienia – to były prawdziwe kamienie milowe w moim życiu.
Skoro jednak najpełniej wyrażamy siebie we własnych językach, to dochodzimy do tytułowych szyfrów :). Otóż ludziom przysłuchującym się moim rozmowom z M. często wydaje się, że to nimi się właśnie posługujemy ;). Nic bardziej mylnego. My po prostu rozmawiamy w swoich językach, ja – po polsku, M. – po słowacku. I to jest dla mnie podstawa komunikacji w małżeństwie dwujęzycznym; mówienie każdy w swoim języku. Zasadniczy powód opisałam już wcześniej, ale jest to potrzebne też do tego, by budować równowagę między naszymi dwoma kulturami, pewną łączność między nimi bez szczególnego wskazania na którąkolwiek. Nie mogę też nie wspomnieć o dzieciach – posługuję się w domu (wyłącznie!) własnym językiem dla dobra mojej córki. Po pierwsze – służy to budowaniu głębszej relacji z nią, a po drugie – daje jej szansę na bycie dwujęzyczną, na posiadanie dwóch języków ojczystych. Spotykamy się często z twierdzeniem, że mała „będzie miała trudniej” – nie, o ile będziemy konsekwentni. Dlatego jesteśmy. A ona już teraz tak samo rozumie swojego tatę, jak i swoją mamę, dokańcza wierszyki po słowacku, jak i po polsku.
To wszystko nie obywa się bez trudności – np. dobra znajomość słowackiego sprawia, że czasem trudniej mi mówić po polsku, a gdy mówię do córki po polsku na Słowacji, przyciągamy sporo spojrzeń. Niemniej jednak podjęliśmy kiedyś decyzję. I dalej się jej trzymamy w naszym dwujęzycznym świecie.



Dvojjazyčný manželský pár nie je jednoduchá záležitosť, dvojjazyčná rodina už vôbec nie. Vytvorenie spoločných kódov a vzorcov vyžaduje vytrvalosť a konkrétne rozhodnutia. Jasné, tak je to v každom vzťahu, ale v dvojjazyčných manželstvách prichádza ešte k otázkam, nad ktorými si ostatné páry vôbec nemusia lámať hlavu. Kto normálny sa pýta svojho partnera, v akom jazyku sa budú spolu dorozumievať? ;) Nebojte sa, u nás taká otázka tiež nepadla ;). Stalo sa tak však iba vďaka tomu, že už od začiatku sme mali na celú vec rovnaký pohľad.
Nikdy sme si nepripúšťali, že by sme nepoznali jazyk toho druhého človeka – ja slovenský a M. poľský. Isteže, zo začiatku sme sa rozprávali výlučne po anglicky. Ale M. začal chodiť na kurz poľštiny a ja som riešila cvičenia z učebnice English – Slovenčina (lebo v tom čase som mohla o poľsko-slovenskej učebnici iba snívať, a keď som ju napokon dostala, už som ju nepotrebovala :)). Osvojenie si slovenčiny bolo pre mňa prirodzenou súčasťou lásky k môjmu mužovi. Ľúbim, a teda chcem svojmu partnerovi hlboko porozumieť, chcem poznať všetky jeho odtiene. Som presvedčená, že hoci ovládame nejaký cudzí jazyk na vynikajúcej úrovni, nedokážeme sa v ňom vyjadrovať tak úplne ako v materinskom jazyku. Keď začal M. rozumieť poľštine, uľavilo sa mi. Nadobudla som slobodu, ktorú mi angličtina nemohla dať, cítila som sa viac pravdivá. Keď som ja začala rozumieť slovenčine, uzrela som M. nanovo, spoznala som ho lepšie vo vzťahoch s inými ľuďmi, pochopila som nuansy, ktoré boli pre mňa predtým nedostupné. To, že som slovenčine rozumela, bola pre mňa snáď ešte dôležitejšie než to, že som sa v nej naučila rozprávať, pretože rozprávanie mi umožnilo zblížiť sa s M. rodinou a priateľmi, ale porozumenie ma priblížilo k nemu. Nechcem však podceňovať význam momentu, keď som začala hovoriť celé vety po slovensky, lebo aj ten bol prelomový – stala som sa na istom stupni časťou spoločnosti, pretože som sa mohla slobodne zúčastňovať každodenného života – bez ustavičných prekladov, bez vysvetľovania M., bez neistých pohybov rúk a ospravedlňujúcich úsmevov, keď partner v komunikácii nehovoril po anglicky.
Keďže sa teda najlepšie vyjadrujeme vo svojich jazykoch, prichádzam k šifrám z nadpisu :). Ľudia, ktorí počúvajú naše rozhovory s M. si často myslia, že si v nich práve šiframi pomáhame ;). Vôbec nie. My jednoducho rozprávame svojimi jazykmi, ja po poľsky a M. po slovensky. A to je pre mňa základ komunikácie v dvojjazyčnom manželstve – aby každý hovoril vo svojom jazyku. Ten hlavný dôvod som napísala už vyššie, ale je to tiež dôležité pri budovaní rovnováhy medzi našimi dvoma kultúrami, väzieb medzi nimi, bez zvláštneho dôrazu na ktorúkoľvek z nich. Nemôžem tiež nespomenúť deti – doma rozprávam (výlučne!) vo svojom jazyku pre dobro mojej dcérky. Po prvé, slúži to budovaniu hlbších vzťahov medzi nami, a po druhé, dáva jej to možnosť byť dvojjazyčnou, mať dva materinské jazyky. Často sa stretávame s tvrdením, že malá „to bude mať ťažšie” – nie, pokiaľ  budeme dôslední. A preto takí sme. Ona už teraz tak isto rozumie svojho tatka ako svoju mamku, dopĺňa slová tak v slovenských, ako aj v poľských básničkách.
To všetko sa nedeje bez ťažkostí – napr. dobrá znalosť slovenčiny spôsobuje, že niekedy sa mi ťažšie hovorí po poľsky, a keď oslovujem dcérku na Slovensku po poľsky, priťahuje to veľa pohľadov. Kedysi sme však spravili rozhodnutie. A ďalej sa ho v našom dvojjazyčnom svete držíme.

wtorek, 18 lutego 2014

Tańcuj, tańcuj, okręcaj! / Tancuj, tancuj, vykrúcaj!

Nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że na Słowacji będę zawsze Polką ;). Ale co to właściwie oznacza? Przede wszystkim to, że w pierwszej kolejności jestem obserwatorem. Co prawda fantastycznie jest stawać się częścią tego słowackiego świata, doświadczyć tego, czego przeciętny Polak nie ma szans doświadczyć i czuć więź ze Słowakami choćby w trakcie Igrzysk Olimpijskich (dzięki temu mamy już z M. 5 medali, a nie 4 i 1 :)), niemniej jednak do tego „stanu wtajemniczenia” dochodzi się stopniowo, a są i takie zwyczaje słowackie, które na zawsze pozostaną dla mnie interesujące, lecz obce.
Dziś jednak chcę napisać o tradycji, którą wprost uwielbiam i biorę za swoją z pocałowaniem ręki! Otóż… Słowacy w karnawale chodzą na bale :). I wcale nie starsi Słowacy na bardzo ekskluzywne bale, i wcale nie młodzi na dyskoteki, które tylko nazywa się balami. Nie – wszyscy Słowacy na różne, przeróżne BALE – gdzie obowiązuje strój wieczorowy, gdzie tańczy się „na 3”, gdzie podają elegancką kolację. Chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że bal odbywa się tu w prawie każdej miejscowości :). Są bale myśliwskie, nauczycielskie, lekarskie, piłkarskie, salezjańskie – ta nazwa bierze się od środowiska ludzi, które stanowi trzon uczestników i organizatorów danej imprezy, a ja wymieniłam tylko te nazwy, które obiły mi się w ostatnich dniach o uszy, pewnie jest tego jeszcze więcej :). Bale są biletowane, jednak nie stanowi to dla ludzi problemu, bo w mniejszym stopniu koncentrują się na cenie, a w większym – na zabawie i spotkaniu z przyjaciółmi. A taka impreza jest do tego doskonałym miejscem, bo znajomi po prostu umawiają się na wspólne wyjście i na zabawie można zaobserwować całe grupy bawiące się razem (tak przynajmniej bywa na balu, na który chodzimy z M., ale też takie właśnie słyszałam opisy od ludzi uczestniczących w innych balach). Co jeszcze tak zachwyca mnie w słowackich balach? To, że pieśni ludowe mają się tam dobrze i są naprawdę żywe – każdy je zna, każdy śpiewa, każdy z chęcią do nich tańczy; i jeszcze to, że tradycyjnie w czasie balu odbywa się… tombola (przyznaję, słowo to występuje też w polskim słowniku, ale nie znałam go wcześniej), czyli loteria fantowa, w trakcie której emocje sięgają zenitu ;), a nawet jeśli nie – można się naprawdę dobrze zabawić :).
Gdyby jakiś Słowak pytał, jak to wygląda w Polsce – bale, owszem, bywają, ale obecnie nie znam chyba nikogo, kto by się na takowy wybrał w karnawale 2014 (ani 2013, ani 2012…). A już na pewno nie chodzą na nie ludzie bardzo młodzi. Bal w Polsce kojarzy mi się zabawą przebierańców dla przedszkolaków, ewentualnie z zabawą sylwestrową, ale Sylwestra nie biorę tu w ogóle pod uwagę. Innymi słowy – ta tradycja ma zupełnie inny charakter i przede wszystkim nie jest tak powszechna. Jeśli jednak ktoś z zaprzyjaźnionych Polaków ma inne doświadczenie w tym temacie, niech koniecznie napisze! :)

Na koniec wisienka na torcie – wspomnienie z mojego pierwszego balu :). Byłam dziewczyną M. zaledwie od 2 tygodni, przyjechałam do niego po raz pierwszy, podróż pociągiem trwała kilkanaście godzin, podróż samochodem do rodziców – trzy zamiast jednej z powodu zamieci śnieżnej. Na samym balu było jakieś 120-140 osób, z czego ze 30 to była bliższa lub dalsza rodzina, a kolejne 50 to przyjaciele, ja tymczasem nie umiałam ani słowa po słowacku, miałam na sobie taką samą sukienkę jak zaprzyjaźniona Słowaczka, a prowadzący nie omieszkali zażartować z tego faktu do mikrofonu ;). Zresztą, dziewczyna M. z Polski była po prostu sama w sobie niezłą atrakcją i stanowiła nader egzotyczny akcent ;), a znajomi M., znając jego wielkie serce ;), nie mogli się spodziewać, że oto stoi przed nimi jego przyszła żona :). A dziś? Dziś, po tych czterech latach, sama siebie podziwiam za odwagę (a raczej błogosławię słodką niewiedzę o tym, co miało mnie spotkać ;)), wspominam wszystko z wielkim rozrzewnieniem i szerokim uśmiechem na ustach, i… zaledwie parę dni temu wróciłam z kolejnego balu!


Nikoho neprekvapím tvrdením, že na Slovensku budem vždy Poľkou ;). Čo to však vlastne znamená? Predovšetkým to, že som v prvom rade pozorovateľom. Je fantastické stávať sa súčasťou toho slovenského sveta, zakúsiť to, čo nemá priemerný Poliak šancu zažiť a cítiť puto so Slovákmi hoci aj počas Olympijských hier (vďaka tomu už máme s M. 5 medailí a nie 4 a 1 :)). Do tohto „stavu zasvätenosti”sa však človek dostáva postupne a sú tiež také slovenské zvyky, ktoré budú pre mňa vždy zaujímavé, ale cudzie. 
Dnes by som však chcela napísať o tradícii, ktorú mám veľmi rada a beriem ju všetkými desiatimi! A teda... Slováci počas fašiangu chodia na plesy :). A vôbec nie starší Slováci na exkluzívne plesy a vôbec nie mladí na diskotéky, ktoré sa len nazývajú plesmi. Nie – všetci Slováci na rôzne, prerôzne PLESY – také, na ktorých je povinné spoločenské oblečenie, na ktorých sa tančí „na 3”, na ktorých sa podáva slávnostná večera. Nebudem asi preháňať ak poviem, že ples sa uskutočňuje takmer v každej obci :). Sú plesy poľovnícke, učiteľské, lekárske, futbalistov, saleziánske – názov sa odvíja od prostredia, ku ktorému patrí jadro účastníkov a organizátorov danej udalosti, a ja som vymenovala iba tie, ktorých názvy sa mi dostali do uší, určite je toho ešte viac :). Plesy sú na lístky, neznamená to však pre ich účastníkov problém, lebo sa menej sústreďujú na cenu a viac na zábavu a stretnutie s priateľmi. No a taká udalosť je na to vynikajúca, pretože známi sa jednoducho dohodnú na spoločnej účasti a na zábave možno pozorovať celé skupiny, ktoré sa spolu bavia (tak to prinajmenšom vyzerá na plese, na ktorý chodíme s M., ale také som tiež počula opisy od ľudí, ktorí boli na iných plesoch). Čo ma ešte tak upútalo na slovenských plesoch? To, že ľudové piesne tam majú svoje miesto a sú skutočné živé  - každý ich pozná, každý spieva, každý na ne s chuťou tancuje; no a ešte to, že tradične sa počas plesu uskutočňuje... tombola (priznávam, to slovo sa nachádza tiež v poľskom slovníku, ale predtým som ho nepoznala), počas ktorej emócie dosahujú vrchol ;) a aj keď nie, možno sa skutočne dobre zabaviť :).
Keby sa niektorý zo Slovákov spýtal, ako to vyzerá v Poľsku: plesy, samozrejme, sú, ale momentálne mi nepríde na um nikto, ko by sa na ne vybral v roku 2014 (ani 2013, ani 2012...). A už vôbec sa ich nezúčastňujú veľmi mladí ľudia. S plesom sa mi v Poľsku spája karneval pre škôlkarov, eventuálne silvestrovská zábava, ale Silvester tu vôbec neberiem do úvahy. Inými slovami – tá tradícia má úplne iný charakter a hlavne nie je taká rozšírená. Ak však má niekto z poľských priateľov inú skúsenosť v tejto oblasti, nech o nej určite napíše! :)

Na koniec čerešníčka na torte: spomienka z môjho prvého plesu :). Bola som priateľkou M. ledva 2 týždne, prišla som k nemu po prvý raz, cesta vlakom trvala veľa hodín, cesta autom k rodičom tri hodiny namiesto jeden kvôli snežnej chumelici. Na samotnom plese bolo približne 120 – 140 osôb, z čoho asi 30 bolo z blízkej alebo vzdialenejšej rodiny a k tomu 50 priateľov, ja som vtedy nevedela ani slovo po slovensky, mala som na sebe také isté šaty ako priateľka – Slovenka, z čoho nezabudli konferenciéri plesu zažartovať do mikrofónu ;). Napokon, priateľka M. z Poľska bola sama o sebe dostatočnou atrakciou a spôsobila exotický nádych plesu ;), no a známi M., ktorí poznali jeho veľké srdce ;), nemohli tušiť, že pred nimi stojí jeho budúca manželka :). A dnes? Dnes, po štyroch rokoch, obdivujem samu seba za odvahu (alebo skôr blaženú nevedomosť o tom, čo ma malo stretnúť ;)), spomínam na to všetko s veľkým pohnutím a širokým úsmevom na perách a... ledva pred pár dňami som sa vrátila z ďalšieho plesu!