środa, 27 lutego 2019

Bez pracy nie ma kołaczy / Bez práce nie sú koláče


Miniony miesiąc nie był dla mnie łaskawy. Zmagałam się z koszmarnym zapaleniem skóry, byłam na antybiotykach, musiałam się też zmierzyć z wielkim zawodem w życiu osobistym. Ślady na skórze pozostaną jeszcze przez parę miesięcy, ślady na sercu pewnie dłużej, ale mimo wszystko w tych ostatnich dniach lutego patrzę w przyszłość z pewną dozą optymizmu. Optymizm nie jest moją najmocniejszą stroną, obawiam się, że mój mąż, czytając te słowa, uniesie tylko brew z powątpiewaniem, ale nie wycofuję się z nich – mimo wszystko jest we mnie jakaś nadzieja, nadzieja na dobre jutro. Chyba po prostu dojrzewam :).

Po tym w gruncie rzeczy optymistycznym wstępie pora jednak przejść do tematu mniej optymistycznego, którym chcę się dziś z wami podzielić :). Chodzi on za mną już od jakiegoś czasu, wiem też, że nurtuje niektórych z was, zwłaszcza tych, którzy są w podobnej sytuacji życiowej do mojej. Otóż z życiem za granicą prawie nierozerwalnie łączy się praca za granicą. Mieszkam w stolicy, więc siłą rzeczy oferta dla obcokrajowców jest tu bogatsza niż w innych regionach. Nieznajomość słowackiego też nie stanowi tu problemu (choćby moja ukochana B. – wymyśliła sobie Bratysławę i zaraz się w niej znalazła, mimo że wcześniej nie miała ze Słowacją zbyt wiele wspólnego; w pracy porozumiewała się po angielsku i po francusku). Język polski dla niektórych pracodawców jest wystarczającym atutem. Zawody, do których potrzebne jest wykształcenie techniczne, też stoją otworem. Czyli nie ma się czego obawiać.

Co jednak, gdy nasze talenty i umiejętności nie są przekładalne na rzeczywistość innego kraju? Oczywiście można wykonywać jakąkolwiek pracę, ale jak to się ma do samorealizacji, do spełniania w wykonywanym zawodzie?

Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę tu nikogo zniechęcać, podziwiam i kibicuję wszystkim, którzy potrafią się odnaleźć za granicą, nawet gdy nie było to ich marzenie „od zawsze”. W życiu na pewno warto być elastycznym, w gruncie rzeczy moja „kariera” tłumacza języka słowackiego jest niezłym przykładem na potwierdzenie tej tezy. Niemniej jednak nie umiem pozbyć się bolesnego przekonania, że wraz z przeprowadzką na Słowację musiałam zakopać moje największe talenty i nie jest łatwo z tym żyć. Bo to, w czym czułam się mocna i w czym się spełniałam, związane było właśnie z językiem polskim na stricte polskim gruncie. Jedna kwestia to po prostu posługiwanie się słowem – szybkie riposty, twórcze skojarzenia, dobre oko do błędów językowych i niezłe pióro, do tego duża wrażliwość na odpowiedni dobór słów. To umiejętności, które mogą mieć szerokie zastosowanie, mi natomiast pomagały przede wszystkim w dobrej komunikacji. Jednak na Słowacji są mi na nic, przynajmniej w rozmowie. I wyraźnie czuję, że język słowacki mnie z czegoś ograbia, może z jakiegoś uroku, który mam, gdy posługuję się językiem polskim. Dzięki Bogu, że M. zna mój język ojczysty! ;) Druga kwestia wiąże się z muzyką. Przez wiele lat śpiewałam w różnych zespołach w kościele, prowadziłam warsztaty muzyczne dla dzieci i młodzieży, moja głowa jest jak olbrzymia studnia pełna polskich piosenek chrześcijańskich. No właśnie. Polskich. Na Słowacji moja wiedza w tym zakresie jest kompletnie bezużyteczna. A ja to naprawdę kochałam robić. Gdzieś z tyłu głowy wiązałam z tym nawet swoją przyszłość.

M. zawsze mi powtarza, by skupiać się na możliwościach, które są przede mną. Święta racja. W gruncie rzeczy to fantastyczna sprawa, że udało mi się opanować język słowacki na tyle, by móc go tłumaczyć na polski. I ten mój talent do polskiego też tu przecież pomaga, bo nie oszukujmy się – zdarzało mi się widzieć tak fatalne tłumaczenia, że zastanawiałam się, jak w ogóle jakiś Polak mógł je popełnić :). Ale z pewnymi marzeniami trudno jest się pożegnać, a niektórych po prostu nigdy nie da się zapomnieć. Wyjazd za granicę to coś więcej niż zwykła zmiana adresu i języka, może zmienić całego człowieka. Trzeba patrzeć w przyszłość, jasne, trzeba być elastycznym, też prawda, ale dochodzenie do tego to nieraz długi i żmudny proces, polegający na ciosaniu samego siebie.



Končiaci sa mesiac nebol pre mňa príliš láskavý. Bojovala som s nepríjemným zápalom kože, bola som na antibiotikách a musela som sa zmieriť s veľkým sklamaním v osobnom živote. Stopy na pokožke nezmiznú ešte pár mesiacov, stopy na srdci isto aj dlhšie, napriek všetkému však v týchto ostatných februárových dňoch pozerám do budúcnosti s istou dávkou optimizmu. Optimizmus nie je moja silná stránka, obávam sa, že môj manžel pri čítaní týchto slov pochybovačne zdvihne obočie, no neberiem ich späť – napriek všetkému je vo mne akási nádej, nádej na lepší zajtrajšok. Asi proste dozrievam :).

Po tomto v zásade optimistickom úvode nastal čas prejsť na menej optimistickú tému, o ktorú sa chcem s vami dnes podeliť :). Prenasleduje ma už nejaký ten čas, viem tiež, že trápi niektorých z vás, zvlášť tých, ktorí sú v podobnej životnej situácii ako ja. Život v zahraničí je takmer nevyhnutne spojený s prácou za hranicou. Bývam v hlavnom meste, už len kvôli tomu je pracovný trh pre cudzincov oveľa priaznivejší ako v iných regiónoch. Nedokonalá slovenčina tiež nemusí byť problém (napr. moja milá B. – zmyslela si, že pôjde do Bratislavy a vzápätí sa v nej ocitla, napriek tomu, že predtým nemala so Slovenskom veľa spoločného; v práci hovorila po anglicky a po francúzsky). Poľština je pre niektorých zamestnávateľov dostatočná konkurenčná výhoda. Pozície, ktoré si vyžadujú technické vzdelanie, sú tiež dostupné. Netreba sa teda ničoho báť.

Čo však, ak naše talenty a schopnosti nie sú prenosné do reálií inej krajiny? Samozrejme, možno vykonávať akúkoľvek prácu, ale čo to má spoločné so sebarealizáciou vo vybranom povolaní?

Nechápte ma zle, nechcem nikoho znechutiť. Obdivujem všetkých tých, ktorí sa dokážu realizovať za hranicou, aj keď to nie je ich sen „odjakživa”. V živote musí byť človek určite flexibilný, koniec koncov, moja „kariéra” prekladateľa slovenského jazyka je dobrým príkladom potvrdzujúcim túto tézu. Neviem sa však zbaviť bolestného presvedčenia, že spolu so sťahovaním na Slovensko som musela zakopať svoje najväčšie talenty a žijem s tým iba neľahko. Pretože to, v čom som sa cítila byť silná a v čom som sa realizovala, bolo spojené práve s poľským jazykom a Poľskom. Na jednej strane ide o dobrú jazykovú výbavu – rýchle reakcie, tvorivé asociácie, dobré oko na jazykové chyby a celkom dobrý štýl. Patrí k tomu aj veľká citlivosť pri vhodnom výbere slov. To sú schopnosti, ktoré môžu mať široké využitie, mne pomáhali najmä v dobrej komunikácii. Na Slovensku sú mi však na nič, prinajmenšom pri rozhovore. Silne cítim, že slovenčina ma o niečo okráda, snáď o akési čaro, ktoré dokážem vzbudiť pri používaní poľštiny. Vďakabohu, že M. pozná môj materinský jazyk! ;) Druhá otázka je spojená s hudbou. Dlhé roky som spievala v rôznych zboroch v kostole, viedla som hudobné tvorivé workshopy pre deti a mládež, moja hlava je ako studňa plná poľských kresťanských piesní. A o to ide. Poľských. Na Slovensku sú tieto moje vedomosti úplne zbytočné. A ja som to naozaj robila veľmi rada. Akosi podvedome som s tým tiež spájala svoju budúcnosť.

M. mi vždy opakuje, že sa mám sústrediť na možnosti, ktoré sú predo mnou. Svätá pravda. V podstate je to fantastické, že sa mi podarilo zvládnuť slovenský jazyk natoľko, že ho môžem prekladať do poľštiny. A ten môj talent na poľštinu pri tom tiež pomáha, lebo pravda je taká, že už som videla aj také preklady, pri ktorých som premýšľala, ako mohol Poliak niečo také spáchať :). Ale s niektorými snami je ťažké sa rozlúčiť a na niektoré sa skrátka nedá zabudnúť. Sťahovanie do zahraničia je viac ako iba prostá zmena adresy a jazyka, dokáže totiž zmeniť celého človeka. Jasné, treba hľadieť dopredu a byť flexibilný, avšak kým sa tam človek dostane, čaká ho neraz dlhý a náročný proces, spočívajúci v okresávaní seba samého.


wtorek, 29 stycznia 2019

Odpowiedź na wszystko / Odpoveď na všetko


Styczeń, od zawsze miesiąc moich urodzin. Od tego roku nie tylko moich. M. urodził się pod koniec października, ja pod koniec stycznia i jakoś tak wyszło, że przestrzeń między naszymi urodzinami zaczęliśmy wypełniać narodzinami naszych dzieci :) – najpierw MN. zaanektowała listopad, 3 lata później DJ. zajął dla siebie grudzień, a początek stycznia w tym roku obsadził najnowszy członek naszej rodziny, JM. W moim życiu dokonała się kolejna rewolucja. Jak się czuję? Oszołomiona, zmęczona, szczęśliwa, dumna, zagubiona, pełna niepokoju, jeszcze pełniejsza miłości. Dawno się tyle nie napłakałam, co w ciągu ostatnich 4 tygodni :). Jeszcze się nie odnalazłam w pełni ani w swoim nowym życiu, ani w swoim ciele. Na zmianę myślę o sobie jak najgorzej i zachwycam się tym, czego dokonałam. 4 ciąże, 3 zdrowych dzieci, 2 porody naturalne i 1 cesarskie cięcie. Gdy prawie 7 lat temu wkroczyłam na drogę macierzyństwa, nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Spotkałam na niej moją cudowną córkę, moich wspaniałych synów, nie raz i nie dwa potknęłam się i wpadłam w jakiś dół, obiłam sobie kolana i poharatałam ręce. Jedno wiem na pewno – absolutnie nic bym nie zmieniła. Gdy teraz, krótko po narodzinach naszego drugiego syna, ciągle jestem taka krucha, nadwrażliwa, gdy ciągle w mojej głowie więcej pytań niż odpowiedzi, widzę, że jednego mojej rodzinie z pewnością nie brakuje, jedno mamy stale w nadmiarze – to ogrom miłości. I ta miłość jest odpowiedzią na każdą trudność, na każdą wątpliwość, na każdy smutek i każde wyzwanie. A tych przecież na co dzień nam nie brakuje.

Wiecie, że w tym roku minie 10 lat, jak znamy się z M.? A parę dni temu minęło 9 lat, od kiedy jesteśmy razem – od pamiętnej chwili, kiedy to M. zaprosił mnie na słowacki bal, a ja się (nieopatrznie ;)) zgodziłam, czym przypieczętowałam swój los :). Tyle że najlepsze w tym wszystkim nie są te daty, rocznice, ale fakt, że czas płynie jakoś poza nami, zupełnie nie czuję jego upływu. Kolejne wydarzenia tworzą spójną całość, poszczególne elementy idealnie się zazębiają, konkretne wybory niosą ze sobą konkretne konsekwencje. Ja przecież nigdy nie marzyłam o tym całym słowackim galimatiasie :). Moja wyobraźnia była na niego po prostu zbyt mała. A przecież wszystko jest tak, jak ma być, nic nie jest przesunięte nawet o milimetr w złą stronę. 2 kraje, 2 języki, 2 narodowości, 2 kultury, 2 światy… W tym wszystkim po prostu musi być miłość, jak inaczej wyszłaby z tego jedna rodzina?

9,5 roku temu (nasze pierwsze zdjęcie!), 6 lat temu, 3 lata temu i dziś

Január, odjakživa mesiac mojich narodenín. Od tohto roku nielen mojich. M. sa narodil koncom októbra, ja koncom januára a tak nám to nejako vyšlo, že sme priestor medzi našimi narodeninami začali vypĺňať narodeninami našich detí :) - najprv MN. ovládla november, o 3 roky neskôr si DJ. zobral december a začiatok januára v tomto roku obsadil najnovší člen našej rodiny, JM. V mojom živote prebehla ďalšia revolúcia. Ako sa cítim? Omráčená, unavená, šťastná, hrdá, stratená, plná nepokoju, ešte viac však lásky. Dávno som neplakala tak veľa ako počas ostatných 4 týždňov :). Ešte som celkom nenašla samu seba ani v tom novom živote, ani vo svojom tele. Striedajú sa vo mne tie najhoršie myšlienky o sebe s úžasom nad tým, čo som dosiahla. 4 tehotenstvá, 3 zdravé deti, 2 prirodzené pôrody a 1 cisársky rez. Keď som temer pred 7 rokmi nastúpila na cestu materstva, netušila som, čo ma čaká. Stretla som na nej svoju úžasnú dcéru, skvelých synov, veľakrát som sa potkla a spadla, rozbila si kolená a zranila ruky. Jedno však viem na sto percent – absolútne nič by som nemenila. Keď teraz, krátko po narodení nášho druhého syna, som stále taká krehká, precitlivená, keď mám hlavu stále plnú viac otázok ako odpovedí, vidím, že jedno mojej rodine naisto nechýba, jedného máme stále na rozdávanie – obrovské množstvo lásky. A tá láska je odpoveďou na každú ťažkosť, na každú pochybnosť, na každý smútok a každú výzvu. A tých nám každý deň prináša dosť.

Viete, že v tomto roku ubehne 10 rokov odvtedy, čo sa poznáme s M.? A pred pár dňami bolo 9 rokov odvtedy, čo sme spolu – od tej pamätnej chvíle, keď ma M. pozval na slovenský ples a ja som (ľahkovážne! ;)) súhlasila, čím som spečatila svoj osud :). Avšak najlepšie na tom všetkom nie sú dátumy, výročia, ale skutočnosť, že čas plynie akosi tak mimo nás, vôbec necítim jeho beh. Ďalšie a ďalšie udalosti tvoria jednoliaty celok, jednotlivé prvky k sebe ideálne priliehajú, konkrétne rozhodnutia prinášajú konkrétne dôsledky. Ja som predsa nikdy nesnívala o tomto slovenskom galimatiáši :). Moja predstavivosť bola naň jednoducho príliš nedostatočná. A predsa je všetko práve tak, ako má byť, nič nie je posunuté ani o milimeter nakrivo. 2 krajiny, 2 jazyky, 2 národnosti, 2 svety... V tom všetkom jednoducho musí byť láska, ako inak by z toho mohla byť jedna rodina?

czwartek, 27 grudnia 2018

Čo viac dať / Czego więcej dać


Takto koncom roka zvyknú noviny a rôzne iné internety bilancovať. Osobnosti a antiosobnosti roka, najlepšie knižky, filmy, albumy, najsmutnejšie udalosti, kto známy umrel a komu sa narodilo dieťa a podobne. Ja nie som veľmi typ ani na bilancie a už vôbec nie na nejaké predsavzatia, ale uvedomujem si, že v tomto roku sa mi v živote zopakovalo, hoci v menšom rozsahu, obdobie, ktoré zvyknem radiť medzi najvýznamnejšie. Takto pred piatimi rokmi sme začínali žiť v Poľsku, ja som opustil prácu a zostal som doma. Ja, N., MN. a občas nejaká príležitostná práca. Dvojročná materská dovolenka.

Myslím si, že ten čas bol veľmi dôležitý vo formovaní môjho vzťahu s dcérkou. Bol som pri všetkých jej “prvýchkrátoch”. Na vlastné oči som videl, ako rastie, ako vie čoraz viac, ako chytá prvé knižky, najprv do úst, neskôr aj do rúk, ako robí prvý krok a ako formuje prvé slová. Prešiel som nespočetnekrát mestom, kde sme bývali, s kočiarikom, prečítal pri tom iks knižiek. Nebol som a už som ani nezostal otcom pomáhačom, čo vypomáha v domácnosti podobne ako pani, ktorá príde raz za čas umyť okná. Odvtedy dobre viem, kde je moje miesto a že ho mám veľmi rád.

No a v súvislosti s tým celým poľsko-slovenským svetom to bol tiež čas, keď sme malú obdarovávali rovnocenne oboma jazykmi. Mal som to šťastie, že som nemusel odchádzať každý deň do práce a sledovať ju ráno pri odchode, ako sa prebúdza, a večer po príchode, ako pozerá večerníček a pomaličky smeruje do postieľky. Myslím si, že aj vďaka tomu a našej domácej jazykovej politike (každý vo svojom jazyku) je MN. výborná v oboch jazykoch a malý DJ. sa k tomu veľkými krokmi približuje. Klobúk dolu pred všetkými, ktorí niečo podobné dosiahnu aj bez toho komfortu, ktorý sme mali my.

V tomto roku mal DJ. tretie narodeniny a asi niekde na prelome augusta a septembra som čítal vo svojom obľúbenom poľskom týždenníku o otcovských dovolenkách, takých naozajstných, platených, zo zamestnania (lebo pred tými piatimi rokmi som bol zamestnaný sám u seba a nie na oficiálnej materskej). S malou dušičkou som sa spýtal svojho šéfa, čo by na niečo také povedal. No a podarilo sa! Hoci iba na dva mesiace, počas ktorých som sa zaviazal čo-to v práci potiahnuť, ale mohol som byť doma! Tentokrát s malým DJ.

Priznávam, opäť to bol krásny čas. Najprv som N. liezol doma dosť na nervy, lebo som nabúral všetky rutinné postupy, kde má čo byť, čo sa má kedy odohrať, kto čo spraví a podobne. Ale postupne sa to vyrovnalo. Chodili sme na detské ihriská, do fantastického materského centra, kde sa DJ. zaľúbil do tety Lenky, boli sme vláčikom u tety Anky, chodili sme na prechádzky a v zásade všetko sme robili spolu. Okrem toho sme chodili všelikade aj s MN. a N. mala pokoj v príprave na príchod maličkého. Ako to ja zvyknem zhodnotiť, bol to oveľa intenzívnejší čas ako predtým. Nestihol som si počas celej svojej “dovolenky” pozrieť ani jeden seriál na Netflixe, s životopisom Pilsudského sa borím už od začiatku materskej, ale prežil som krásny, intenzívny čas so svojimi deťmi, a to je celkom na nezaplatenie. Teším sa na tretiu edíciu :).

Želám všetkým priateľom a čitateľom, aby sme v Novom roku, ktorý vítame, vedeli dať našim blízkym to najvzácnejšie - náš čas a našu pozornosť. Aj na jednu, aj na druhú stranu Tatier nech zavíta duch radosti a pokoja, vďaka ktorému môžeme byť ešte kúsok lepší nielen cez sviatočné obdobie, ale po celý rok. No a my sa Vám ozveme najbližšie už v rozšírenej zostave :).




Pod koniec roku w gazetach i różnych innych internetach można znaleźć mnóstwo podsumowań. Osobowość i antyosobowość roku, najlepsze książki, filmy, albumy, najsmutniejsze wydarzenia, kto ze znanych ludzi umarł, a komu narodziło się dziecko itp. Podsumowania to niespecjalnie moja działka, podobnie zresztą jak jakieś postanowienia, ale mam świadomość, że w tym roku w moim życiu powtórzył się – chociaż w mniejszym wymiarze – okres, który uważam za jeden z najbardziej znaczących. Pięć lat temu o tej porze zaczynaliśmy żyć w Polsce, zrezygnowałem z pracy i zostałem w domu. Ja, N., MN. i od czasu do czasu jakieś zlecenia. Dwuletni urlop wychowawczy.

Uważam ten czas za bardzo ważny z perspektywy kształtowania mojej relacji z córką. Byłem przy jej wszystkich „pierwszych razach”. Na własne oczy widziałem, jak rośnie, jak odkrywa coraz więcej, jak sięga po pierwsze książki, najpierw by trzymać je w buzi, potem w ręku, jak stawia pierwsze kroki i jak wymawia pierwsze słowa. Niezliczoną ilość razy przespacerowałem się z wózkiem po okolicy, w której mieszkaliśmy, przeczytałem podczas tych wędrówek milion książek. Nie byłem i nigdy nie stałem się ojcem pomocnikiem, który pomaga w domu niczym pani, która przyjdzie od czasu do czasu umyć okna. Od tamtego czasu dobrze wiem, gdzie jest moje miejsce i jak bardzo je sobie cenię.

W związku z tym całym polsko-słowackim światem był to też czas, w którym obdarowaliśmy małą po równo obydwoma językami. Miałem to szczęście, że nie musiałem wychodzić codziennie do pracy i obserwować przed wyjściem, jak mała się budzi, a wieczorem po powrocie, jak ogląda dobranockę i zmierza pomalutku do spania. Myślę, że również dzięki temu i naszej domowej polityce językowej (każde posługuje się swoim językiem) MN. radzi sobie wspaniale z obydwoma językami, a mały DJ. zmierza w tym samym kierunku wielkimi krokami. Czapki z głów przed wszystkimi, którzy osiągają podobny efekt bez tego komfortu, który mieliśmy w naszych początkach my.

W tym roku DJ. obchodził trzecie urodziny i jakoś na przełomie sierpnia i września czytałem w moim ulubionym polskim tygodniku o urlopach ojcowskich, takich prawdziwych, płatnych, załatwionych w miejscu pracy (ponieważ 5 lat temu byłem zatrudniony sam u siebie, nie miałem oficjalnego urlopu wychowawczego). Z duszą na ramieniu spytałem swojego szefa, co by na coś takiego powiedział. I udało się! Chociaż tylko na dwa miesiące, podczas których zobowiązałem się do kontynuowania niektórych projektów w pracy, jednak mogłem być w domu! Tym razem z małym DJ.

Przyznaję, ponownie był to piękny czas. Najpierw działałem N. na nerwy, ponieważ zburzyłem całą rutynę dnia codziennego; gdzie co ma leżeć, kiedy co ma mieć miejsce, kto co robi itp. Ale stopniowo wszystko się poukładało. Chodziliśmy z DJ. na place zabaw, do fantastycznego centrum rodzinnego, gdzie DJ. zakochał się w cioci Lence, pojechaliśmy pociągiem do cioci Anki, chodziliśmy na spacery i właściwie wszystko robiliśmy razem. Poza tym zabieraliśmy w różne w miejsca też MN., dzięki czemu N. mogła w spokoju przygotować wszystko na narodziny kolejnego członka rodziny. Jak to oceniam? Był to znacznie intensywniejszy czas niż przedtem. Podczas całego „urlopu” nie zdążyłem obejrzeć na Netfliksie ani jednego serialu, z biografią Piłsudskiego męczę się już od początku mojej przerwy w pracy, ale przeżyłem piękny, intensywny czas ze swoimi dziećmi, co jest absolutnie bezcenne. Cieszę się na trzecią edycję! :)

Życzę wszystkim przyjaciołom i czytelnikom, abyśmy w Nowym Roku, który niedługo przywitamy, umieli dać naszym bliskim to najcenniejsze – nasz czas i uwagę. Zarówno na jedną, jak i na drugą stronę Tatr niech zawita duch radości i pokoju, dzięki któremu możemy być odrobinę lepsi nie tylko w czasie świąt, ale przez cały rok. My tymczasem odezwiemy się do Was ponownie już w powiększonym składzie :).