wtorek, 7 maja 2013

Skarpetka / Ponožka

Dawno, dawno temu w dalekiej krainie… A właściwie ani nie tak dawno, ani nie tak daleko wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Co mam na myśli? Parę dni temu pod moim komentarzem do zdjęcia szwagierki, zamieszczonym 7 marca 2010 roku, znalazłam takie oto zdanie „Fryta pisze do Martinki po angielsku, ale zabawnie” (gwoli wyjaśnienia – „Fryta” to taka staruteńka ksywa z czasów dawniejszych niż dawne, którą posługiwały się tylko 2 osoby o równie wdzięcznych przezwiskach, mianowicie Olej i Musztarda :)). Ano właśnie. Pisze po angielsku. Bo chociaż z trudem sobie ten czas przypominam, tak mi się wydaje odległy, to jednak nie od razu umiałam mówić po słowacku i nie od razu byłam w stanie dogadać się z rodziną i przyjaciółmi mojego męża. Mało tego – pierwsze próby można uznać co najmniej za nieudane :). Tak, tak, tyle razy już słyszałam, jak to każdy Polak dogada się ze Słowakiem. Tylko że w tych opowieściach nikt nigdy nie wspomina, ile wpadek można po drodze zaliczyć :). Przykład? Proszę bardzo, jedno z moich wdzięczniejszych faux pas, a zarazem wzorcowy przykład, jak nie zjednać sobie przyszłych teściów ;): moi teściowie wyśmienicie pieką i gotują. W czasie jednego z moich pobytów w domu rodzinnym M., jeszcze przed zaręczynami, zeszłam nieśmiało do kuchni i chcąc wyrazić uznanie dla ich pracy, powiedziałam: „Mmm, ale pachnie!” I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że tym samym powiedziałam „Mmm, ale śmierdzi”, bo po słowacku „zapach” to „smród” :). Całe szczęście, że teściów mam kochanych i bardzo otwartych, ale co się najadłam wstydu, to moje :). Krótko mówiąc, jeśli ktoś mówi, że rozmowa ze Słowakiem po polsku to bułka z masłem – nie wierzcie :).
Ale nie taki diabeł straszny… Przez pół roku od poznania M. i drugie pół roku, gdy już byliśmy parą, rozmawialiśmy wyłącznie po angielsku, ale nie każdy z jego otoczenia posługiwał się tym językiem i trzeba sobie było jakoś radzić. Moje metody? Po pierwsze ręce :). Tymi da się całkiem sporo pokazać ;). Po drugie, mimo wszystko, język polski. W połączeniu z rękami i ślimaczym tempem mówienia przynosił nie najgorsze efekty :). Po trzecie – metoda chyba najefektywniejsza, a na pewno najłatwiejsza – znaleźć sobie kogoś, kto jednak mówi po angielsku, żeby wszystko tłumaczył :D. I jakoś to szło :).
Nie mogło to jednak trwać wiecznie. Bardzo dobrze pamiętam moją pierwszą lekcję słowackiego, której oczywiście udzielił mi mój mąż. Były to wakacje 2010, pół roku od naszych początków, jechaliśmy z Gdańska przez Niemcy i Czechy na Słowację. Podróż długa, jakoś trzeba sobie ten czas wypełnić, a ile można rozmawiać po angielsku :).
I się zaczęło… Najpierw trajkotałam w nieskończoność o wszystkim możliwym (jak to ja :)) i jakoś tak przełączałam się co chwila na język polski, co 5 minut zadając pytanie: „Ale na pewno rozumiesz? Mogę mówić po polsku?”. Gdy M. za każdym razem kiwał twierdząco głową (co biedny miał robić, prowadził w tym czasie samochód ;)), padło w końcu to niezapomniane pytanie: „M., a jak się powie po słowacku >skarpetka<?” :) Ponožka. To od tego słówka zaczęła się moja przygoda z językiem słowackim, która trwa nieprzerwanie do dziś i przynosi owoce, których bym sobie nie wyśniła. Gdyby ktoś powiedział mi jeszcze parę lat temu, że będę kiedyś tłumaczyć z języka słowackiego, potraktowałabym go gromkim śmiechem, a tymczasem tym się teraz w wolnych chwilach zajmuję :). Życie naprawdę potrafi zaskoczyć. Albo prekvapiť, jak by powiedział mój mąż.
Na koniec wróćmy jeszcze raz do tej wymiany komentarzy pod zdjęciem, pod którym 3 lata temu napisałam do mojej szwagierki „You look marvelous in this pic”.

O: Fryta pisze do Martinki po angielsku, ale zabawnie
Ja: Stare dzieje, ale i tak bywało :).
O: właśnie próbuję otrząsnąć się z szoku jaki był stan rzeczy 3 lata temu
Ja: Inny.





Kedysi dávno, pradávno, v ďalekej krajine... A vlastne ani nie tak dávno, ani nie tak ďaleko vyzeralo všetko celkom inak. Čo mám na mysli? Pred pár dňami som pod svojim komentárom do fotky mojej švagrinej, pridaným 7.3.2010, našla takúto vetu: „Fryta píše Martinke po anglicky, to je zábavné” (kvôli ozrejmeniu – „Fryta” je taká stará prezývka z čias dávno minulých, ktorú používali iba dve osoby s rovnako vďačnými prezývkami, a to Olej a Musztarda :) [Frytka = hranolka, Musztarda = horčica, pozn. prekl.]). No presne. Píše po anglicky. Lebo hoci si ten čas pripomínam iba s ťažkosťami, tak sa mi zdá vzdialený, nevedela som hneď rozprávať po slovensky a nebola som hneď schopná dohovoriť sa s rodinou a priateľmi môjho muža. Ba čo viac, prvé pokusy môžem uznať prinajmenšom za neúspešné :). Áno, áno, toľko ráz som už počula, ako sa každý Poliak dohovorí so Slovákom. Akurát, že v tých rozprávaniach sa už nespomína, koľko omylov možno na tej ceste spôsobiť :). Príklad? Nech sa páči, jedno z mojich najvďačnejších faux pas a zároveň modelový príklad,ako si nenakláňať budúcich svokrovcov ;): moji svokrovci výborne varia i pečú. Počas jedného z mojich pobytov u nich, ešte pred zásnubami, som prišla nesmelo do kuchyne a chcela vyjadriť uznanie ich práci, nuž som povedala: „Mmm, ale pachnie!” [pachňe, pozn. prekl.] A všetko by bolo v poriadku, keby som tými slovami nepovedala „Mmm, ale smrdí”, lebo po slovensky „zapach” znamená „smrad” :)[v poľštine zapach = vôňa bez odtieňa, či už negatívneho alebo pozitívneho, ale výraz „ale pachnie“ = ale to PEKNE vonia, pre ilustráciu, slávny román Patricka Süskinda „Parfém“ sa po poľsky volá „Pachnidło“, pozn. prekl.]. Našťastie mám veľmi milých a otvorených svokrovcov, ale tá hanba sa už neodstane :). Skrátka, ak niekto vraví, že rozhovor so Slovákom po poľsky sa dá zvládnuť ľavou zadnou, neverte :).
Nie je to však tiež také strašné... Pol roka od trvania našej známosti s M. i ďalšieho pol roka, keď sme už tvorili pár, sme sa rozprávali výlučne po anglicky, ale nie každý z jeho okolia ovládal ten jazyk, nuž bolo si treba nejako poradiť. Moje metódy? Po prvé, ruky :). Tými sa dá celkom veľa ukázať ;). Po druhé, napriek všetkému, poľština. V spojení s rukami a slimačím tempom reči som ňou dosahovala nie najhoršie výsledky :). Po tretie – metóda snáď najefektívnejšia a určite najľahšia – nájsť niekoho, kto hovorí po anglicky, aby všetko prekladal :D. A nejako som si poradila :).
Nemohlo to však trvať večne. Veľmi dobre si pamätám moju prvú lekciu slovenčiny, ktorú mi, samozrejme, dal môj manžel. Bolo to počas prázdnin 2010, pol roka od našich začiatkov, šli sme z Gdańska cez Nemecko a Česko na Slovensko. Cesta dlhá, nejako treba ten čas vyplniť, a ako dlho možno rozprávať po anglicky :). A začalo sa... Najprv som donekonečna rapotala o všetkom možnom (ako zvyčajne :)) a akosi som každú chvíľu prepínala na poľštinu, každých 5 minút s otázkou: „Ale určite mi rozumieš? Môžem hovoriť po poľsky?”. Keď M. vždy súhlasne pokýval hlavou (čo mal chudák robiť, keď vtedy šoféroval ;)), padla napokon tá nezabudnuteľná otázka: „M., a ako sa povie po slovensky >skarpetka<?” :) Ponožka. Takže od toho slovíčka sa začalo moje dobrodružstvo so slovenčinou, ktoré trvá nepretržite doteraz a prináša ovocie, o ktorom sa mi nikdy nesnívalo. Keby mi niekto ešte pred pár rokmi povedal, že raz budem prekladať zo slovenčiny, dostalo by sa mu hlasného smiechu, a vlastne tým sa teraz vo voľných chvíľach zaoberám :). Život dokáže naozaj zaskoczyć. Alebo prekvapiť, ako by povedal môj manžel.
Na koniec sa ešte raz vráťme k tej výmene komentárov pod obrázkom, kde som pred 3 rokmi švagrinej napísala „You look marvelous in this pic”.

O: Fryta píše Martinke po anglicky, to je zábavné
Ja: Staré časy, ale aj také bývali :).
O: Práve sa snažím otriasť z šoku, ako to vyzeralo pred 3 rokmi
Ja: Inak .


niedziela, 21 kwietnia 2013

Makutra / Makutra

Nie mam na co dzień poczucia, że jesteśmy z M. jakąś szczególnie nieszablonową parą. Przeciwnie – wydaje mi się, że jesteśmy całkiem typowi, żyjemy niesamowicie zwyczajnie. O pewnym naszym odstępstwie od normy przypominają mi najczęściej zdziwione miny znajomych, gdy słyszą nasze polsko-słowackie rozmowy i to nieśmiertelne pytanie: „A wy po jakiemu ze sobą rozmawiacie???”  Mimo że słyszałam je już tyle razy, zawsze mnie zaskakuje, no bo jak to – przecież to normalne, że rozmawiamy każde w swoim języku! Jest to dla mnie tak oczywiste, że kompletnie nie uświadamiam sobie niestandardowości takiego rozwiązania :). Jednakże gdy wgłębić się trochę w temat, w naszym życiu jest dużo więcej nietuzinkowości. Chociaż kultura polska i kultura słowacka mają ze sobą wiele wspólnego, to jednak są dwie, i o to właśnie bogatsze jest nasze codzienne życie.  Niemniej tym razem nie chcę pisać o tym, co powszednie, ale o tym, co wyjątkowe w naszym kalendarzu – o tym, jak spędzamy święta Wielkanocy.
Tych wspólnych świąt nie było jeszcze tak wiele, bo zaledwie dwukrotnie spędziliśmy je razem – raz na Słowacji, a raz w Polsce. Mimo to i jedne, i drugie były pięknym przeżyciem i stały się początkiem budowania naszej własnej tradycji rodzinnej.
Pierwsza sprawa – palma. Stara dobra Niedziela Palmowa na Słowacji nazywana jest Kvetną Nedeľą, czyli Niedzielą Kwietną.  Co ciekawe tak jak u nas występuje niekiedy nazwa „Kwietna”, tak i u nich „Palmová”, tyle że to są właśnie te nazwy rzadziej używane. Ale nie o nazewnictwie chcę tu pisać :). Gdy przywiozłam 2 klasyczne palmy (zdobne, kolorowe, z suszonych kwiatów) na Słowację, by podarować jedną z nich w prezencie teściom, to owszem, podziękowali grzecznie za podarunek, ale miny mieli co najmniej pytające :). Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało się, że tak dobrze znana mi palma jest im całkowicie obca. Na Słowacji zwyczajowo przychodzi się do kościoła z baziami. Owszem, znam ten zwyczaj i z Polski, jednak pierwszy obraz, jaki powstaje w mojej głowie na hasło „Niedziela Palmowa”, to wielka, wielobarwna, kwiecista palma :). Zatem od roku i na Słowacji znajdują się przynajmniej 2 takie okazy :).
Po Niedzieli przyszła pora na Wielką Sobotę i święconkę. Tylko że i ten mały koszyczek, bez którego absolutnie nie wyobrażam sobie świąt wielkanocnych, okazał się nieznany w regionie, z którego pochodzi mój mąż. Jest on jednak znany we wschodniej Słowacji (swoją drogą nawet gwara z tego obszaru ma najwięcej wspólnego z językiem polskim), w naszej parafii znalazł się ksiądz z Prešova i tak oto zawartość naszego pierwszego koszyczka została poświęcona :).
A kiedy ją skonsumowaliśmy? W czasie… kolacji wielkanocnej :). Tak, wiem, że i u nas bywają kolacje, ale ja z mojego domu wyniosłam tradycję śniadań wielkanocnych. Usiąść do świątecznego stołu krótko przed północą – to chyba było dla mnie najdziwniejsze doświadczenie, choć pewnie to samo może powiedzieć mój mąż o tegorocznym śniadaniu o 8 rano, zaraz po powrocie z rezurekcji, która zaczynała się już o 6:00. Akurat tej tradycji nie da się nijak pogodzić, więc zostaje nam w jednym roku świętować po zmierzchu, a w drugim o świcie :).
Co jednak jest możliwe, to pogodzenie odmiennych tradycji kulinarnych. Nie chcę się tu rozpisywać na temat różnych świątecznych potraw, ale wspomnę krótko o dwóch najbardziej charakterystycznych – w ubiegłym roku na stole słowackim obok tradycyjnej pieczonej szynki pojawił się żurek (ok, przyznaję, z półproduktów, ale jednak ;)). Co prawda w tym roku na stole polskim nie pokazał się kawał słowackiej szynki, ale pomału dopracujemy się i tego :). Co najważniejsze – nikt się na te inne smaki nie skarżył.
Natomiast słowacki zwyczaj, który zawitał w tym roku do polskiej rodziny, to korbacz. Wprawdzie chyba wszyscy wiemy, że na śmigus-dyngus polewa się wodą i smaga witkami po nogach, ale jakoś ta druga tradycja u nas zanika. Tymczasem na Słowacji jest jak najbardziej żywa, więc tradycyjnie w Poniedziałek Wielkanocny mój mąż wysmagał wszystkie panie (włącznie z naszą wtedy 4-miesięczną córką :)) z wierszem na ustach, a każda ofiarnie (dziękczynnie? ;)) zawiesiła na jego korbaczu kolorową wstążkę :). Polewania wodą też jednak nie zabrakło :).
Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o Zajączku. Wprawdzie gdy mój mąż usłyszał
o tradycji wręczania prezentów na Wielkanoc, pierwsze co pomyślał, to że mamy jakiś amerykański zwyczaj, jednakże Zajączek chował u mnie w domu upominki w Niedzielę Wielkanocną, odkąd pamiętam i skoro pojawiło się następne pokolenie – tradycję tę jak najbardziej podtrzymamy :). A zwyczaj z Ameryką ma niewiele wspólnego, ale ponoć wziął się na Pomorzu z Niemiec, co w gruncie rzeczy jest całkiem logiczne, gdy zastanowić się nad historią tego regionu.
Tyle tradycji.  Pozostaje jeszcze wyjaśnić zagadkę makutry z tematu tego posta. Otóż makutra to taka gliniana misa, w której uciera się za pomocą pałki składniki na ciasto. Do dzisiaj mam w głowie obraz z dzieciństwa, gdy babcia trzymała makutrę, by ta się nie obracała, a dziadek ucierał, bo miał więcej siły :). I tak jest po trochu i z nami, ze mną i z M. – że nasze życie jest jak ta makutra, w której łączymy razem różne składniki. I żeby ta praca miała sens, żeby masa miała jak najmniej grudek, musimy to robić wspólnie, bo w pojedynkę nie dalibyśmy rady :).

Nemám každý deň pocit, že sme s M. nejakým nezvyčajne nekonvenčným párom. Naopak – zdá sa mi, že sme celkom normálni, žijeme úplne obyčajne. O istej našej odchýlke od normy mi najčastejšie pripomínajú udivené tváre známych, keď počujú naše poľsko-slovenské rozhovory a tá nesmrteľná otázka: „A vy po ako so sebou rozprávate???” Hoci som ju už počula toľko krát, vždy ma prekvapí, lebo však ako to – predsa je normálne, že každý rozpráva vo svojom jazyku! Pre mňa je to také samozrejmé, že si vôbec neuvedomujem neštandardnosť takého správania :). Keď sa však mám hlbšie ponoriť do tejto témy, v našom živote je o dosť viac nevšednosti. Hoci slovenská a poľská kultúra majú veľa spoločného, predsa sú dve, a práve o to je bohatší náš každodenný život. Tentokrát však nechcem písať o tom, čo je všedné, ale o tom, čo je v našom kalendári výnimočné – o tom, ako trávime Veľkonočné sviatky. 
Tých spoločných sviatkov ešte nebolo tak veľa, lebo iba dvakrát sme ich trávili spolu, raz na Slovensku a raz v Poľsku. Napriek tomu, aj jedny, aj druhé boli krásnym zážitkom a stali sa počiatkom budovania našej vlastnej rodinnej tradície.
Prvá vec – palma. Stará dobrá Niedziela Palmowa sa na Slovensku nazýva Kvetná Nedeľa. Zaujímavé je, že tak, ako sa u nás niekedy používa názov „Kwietna”, tak aj u nich „Palmová”, akurát že sú to názvy menej používané. Ale nie o názvoch chcem písať :). Keď som priviezla na Slovensko dve klasické palmy (ozdobené, farebné, zo sušených kvetov), aby som jednu darovala svokrovcom, samozrejme, že slušne za dar poďakovali, ale výrazy tvárí mali prinajmenšom spýtavé :). Na moje veľké prekvapenie sa ukázalo, že tá dobre známa palma je pre nich celkom cudzia. Na Slovensku sa zvyčajne chodí do kostola s baburiatkami. Samozrejme, poznám ten zvyk z Poľska, ale prvý obraz, ktorý mi v hlave vyskočí keď sa povie „Kvetná Nedeľa” je veľká, mnohofarebná, kvetnatá palma :). No a na Slovensku sa už vyše roka nachádzajú prinajmenšom dva také úkazy :).
Po Nedeli prišla na rad Biela Sobota a święconka [poznamka M.: čítaj švienconka = ozdobený košíček s jedlom nesený na posvätenie]. Akurát že i ten malý košíček, bez ktorého si vôbec neviem predstaviť Veľkú Noc bol v regióne, z ktorého pochádza manžel neznámou. Je však známy na východnom Slovensku (mimochodom, dokonca aj tamojšie nárečie má najviac spoločného s poľštinou), v našej farnosti sme našli kňaza z Prešova a takbol i obsah nášho košíka posvätený :).
A kedy sme ho zjedli? Počas... veľkonočnej večere :). Áno, viem, že aj u nás bývajú večere, ale z rodičovského domu som si odniesla tradíciu Veľkonočných raňajok. Sadnúť si k sviatočnému stolu krátko pred polnocou – to bol pre mňa snáď najzvláštnejší zážitok, hoci zrejme to isté môže povedať môj manžel o tohotočných raňajkách o 8 ráno, hneď po návrate zo Vzkriesenia, ktoré sa začínalo už o 6:00. Tá tradícia sa akurát zladiť nedá, nuž nám zostáva iba oslavovať jeden rok po západe Slnka a druhý rok za svitu :).
Čo sa však dá je zosúladenie rôznych kulinárskych tradícií. Nechcem sa rozpisovať na tému rôznych sviatočných jedál, ale spomeniem krátko o dvoch najcharakteristickejších – minulý rok sa na slovenskom stole okrem tradičnej pečenej šunky objavil żurek (ok, priznávam, že z polotovaru, ale predsa ;)). Pravdou je, že na poľskom stale sa neobjavil kus slovenskej šunky, ale i k tomu sa pomaly dopracujeme :). Čo je najdôležitejšie – nikto sa na iné chute nesťažoval. [p. M.: Btw, żurek je výborná biela kyslá poľská polievka, hustá, s varenými vajíčkami, slaninou a hlavne bielou klobáskou.]
Na druhej strane, slovenský zvyk, ktorý do poľskej rodiny tento rok zavítal, je korbáč. V skutočnosti všetci vieme, že na śmigus-dyngus (poľská obdoba...) sa polieva vodou a šibe prútikmi po nohách, ale tá druhá tradícia u nás akosi zaniká. Na Slovensku je však stále živá, nuž môj manžel na Veľkonočný pondelok vyšibal všetky panie (spolu s našou vtedy 4-mesačnou dcérkou :)) s veršom na perách, a každá mu oddane (vďačne? ;)) zavesila na korbáč farebnú stužku :). Polievanie vodou tiež nechýbalo :).
Na koniec ešte musím spomenúť Zajačika. Keď môj muž počul o tradícii obdarovávania sa na Veľkú Noc, pomyslel si najprv, že máme nejaký americký zvyk, ale Zajačik u nás doma schovával darčeky na Veľkonočnú Nedeľu odkedy si pamätám, a keďže prišlo nové pokolenie, tú tradíciu určite udržíme :). Ale ten zvyk nemá s Amerikou veľa spoločného, vraj sa vzal na Pomorí z Nemecka, čo je v zásade celkom logické, keď sa zamyslíme nad históriou tohto regiónu.
Toľko z tradícií. Zostáva ešte vysvetliť záhadu makutry z názvu postu. A teda makutra je taká hlinená miska, v ktorej sa hnetú pomocou paličky prísady do cesta. Dodnes mám v hlave obraz z detstva, keď stará mama držala makutru, aby sa neotáčala, a starý otec hnietol cesto, lebo mal viac sily :). A tak je to trochu aj so mnou a s M. - že náš život je ako tá makutra, v ktorej spájame rôzne prísady. A aby tá práca mala zmysel, aby tá masa mala čo najmenej hrudiek, musíme to robiť spoločne, lebo sami by sme si neporadili :).

środa, 20 marca 2013

Po drugiej stronie Tatr... / Na druhej strane Tatier...

Niedawno obchodziłam urodziny. I jak to w urodziny – telefonom, smsom, mejlom nie było końca, słowem: życzenia spływały wszystkimi możliwymi środkami komunikacji. Wśród tych życzeń dwa sformułowania szczególnie przykuły moją uwagę, utkwiły w pamięci na dobre i stały się inspiracją dla napisania tego postu. Dlaczego? Bo z jednej strony mówiły o tym samym, a z drugiej – tak diametralnie różniły się w odbiorze. Otóż jedna osoba życzyła mi Bożych błogosławieństw na obczyźniea druga, bym trzymała się ciepło tam po drugiej stronie Tatr. Co w tym takiego szczególnego? Fakt, że można pewne kwestie widzieć w tak odmiennej perspektywie, że to, jak nazwiemy dane zjawisko, definiuje poniekąd sposób odczytania go. Innymi słowy jak łatwo tylko za pomocą języka kreować rzeczywistość. Niby drobiazg, obczyzna kontra druga strona Tatr, ale jedno określenie ma w sobie chłód, dystans, odseparowanie od Polski, a drugie – ciepło, poczucie łączności z moją ojczyzną, wspólność. Gdy patrzę na Słowację jako „obczyznę”, koncentruję się przede wszystkim na tym, co odmienne – inny język, inna kultura, inna historia; w telewizji nadają inne programy, w restauracji jedzą inne jedzenie, w szkole przerabiają inne lektury. Jednak gdy pomyślę o Słowacji, że jest „po drugiej stronie Tatr”, myślę właśnie o tych wspólnych Tatrach, myślę o naszym słowiańskim korzeniu, myślę o mojej córce, w której jest tyle samo Polski, co i Słowacji. I z tych wszystkich rozważań wychodzi mi, że ja jednak wolę mieszkać po drugiej stronie Tatr niż na obczyźnie, choć niby mowa o jednym i tym samym. Bo chociaż nie znoszę chleba z kminkiem, który jest tu podstawą asortymentu piekarni, irytują mnie programy typu reality show nagminnie nadawane przez telewizje prywatne i nie zachwyca tradycyjny zemiakový šalát, uwielbiany w domu mojego męża, to jednak cieszę się, gdy „ziemniak” to „zemiak”, „stół” to „stôl”, a „woda” to „voda”, przepadam za niedzielnym rosołem i doceniam fakt, że kościół jest pełen, gdy idę rano na mszę. Nie przestanę nagle od tego być Polką, nie stanę się Słowaczką. Nie chcę. Ale widzę w tej mojej Słowacji trochę Polski, w Polsce widzę trochę Słowacji i niech tak zostanie. Bo łączą nas już nie tylko Tatry.

PS. Gdyby przeczytali to kiedyś autorzy omawianych życzeń – wiem, że jesteście mi bardzo życzliwi i dziękuję! :)

Nedávno som oslavovala narodeniny. A ako to na narodeniny býva, telefonátom, SMS-kám, mejlom nebolo konca, slovom: želania sa hrnuli všetkými možnými prostriedkami komunikácie. Medzi tými želaniami boli dve sformulované tak, že pritiahli moju pozornosť, utkveli mi nastálo v pamäti a stali sa inšpiráciou k napísaniu tohto postu. Prečo? Lebo na jednej strane hovorili o tom istom, na druhej – diametrálne sa rôznili pri ich vnímaní. Totiž, jedna osoba mi želala Božie požehnanie v cudzine a druhá, aby som sa držala tam na druhej strane Tatier. Čo je na tom také výnimočné? Fakt, že niektoré veci možno vidieť v tak rozdielnej perspektíve, že to, ako nazveme daný jav, definuje spôsob jeho prijímania. Inými slovami, ako ľahko možno pomocou jazyka tvoriť skutočnosť. Akoby maličkosť, cudzina kontra druhá strana Tatier, ale jeden výraz má v sebe chlad, odstup, oddelenie od Poľska, a druhý teplo, pocit prepojenia s mojou vlasťou, pocit spoločného. Keď sa pozerám na Slovensko ako na „cudzinu“, sústreďujem sa predovšetkým na to, čo je rôzne – iný jazyk, iná kultúra, iná história; v televízii idú iné programy, v reštaurácii jedia iné jedlá, v škole preberajú iné učivo. Jednako však keď si pomyslím, že Slovensko je „na druhej strane Tatier“, myslím práve na tie spoločné Tatry, myslím na naše slovanské korene, myslím na svoju dcérku, v ktorej je takisto veľa Poľska ako aj Slovenska. A z tých všetkých myšlienok vyplýva, že predsa chcem radšej bývať na druhej strane Tatier ako v cudzine, hoci reč je vlastne o tom istom. Pretože hoci neznášam chlieb s rascou, ktorý tu je základom sortimentu v pekárni, iritujú ma programy typu reality show neustále vysielané v súkromných televíziách a nenadchýnam sa tradičným zemiakovým šalátom, obľúbeným v rodine môjho muža, jednako sa teším, keď „ziemniak“ je „zemiak“, „stół“ je „stôl“ a „woda“ je „voda“, mám veľmi rada nedeľnú polievku a cením si fakt, že kostol je plný, keď idem ráno na omšu. Neprestanem náhle kvôli tomu byť Poľkou, nestanem sa Slovenkou. Nechcem. Ale vidím v tom svojom Slovensku trochu Poľska, v Poľsku trochu Slovenska a nech to tak zostane. Pretože nás už nespájajú len Tatry.

 P.S. Keby si to niekedy prečítali autori tých želaní – viem, že ste voči mne veľmi žičliví a ďakujem! :)