sobota, 31 grudnia 2016

Życzę sobie… / Želám si…

Ostatni dzień grudnia, ostatni dzień roku, a ja siedzę sobie w żółtym fotelu uszaku mojego męża (tak, tak! To jego fotel – dostał go na 30-tkę od swojej najcudowniejszej żony pod słońcem ;)), patrzę na błyszczącą w świetle dnia choinkę i myślę sobie, że… jest mi dobrze. Tak po prostu. Bez fajerwerków i bez dramatów. Takie spokojne, miłe uczucie :).

Mam mojego M., kochamy się i kłócimy tak akurat, jak przystało na małżeństwo z 5-letnim stażem :), mamy MN., która jest mądra jak radio, mamy DJ., który w grudniu skończył rok i jest znanym w rodzinie kombinatorem. Jesteśmy zdrowi, a chwilowo omijają nas nawet katary i kaszle. Spędziliśmy nasze słowackie (ze szczyptą polskości) święta u moich teściów, szykujemy się do Sylwestra w domu z dzieciakami i moimi rodzicami. W okresie świątecznym odbyliśmy kilka wspaniałych spotkań z przyjaciółmi, na najbliższy tydzień mamy zaplanowane następne. W mijającym roku poznaliśmy parę fajnych osób, zacieśniliśmy kilka cennych przyjaźni, odbudowaliśmy relacje, które wydawały się nie do uratowania. Dowiedzieliśmy się o sobie trochę nowych rzeczy, sprecyzowaliśmy lepiej niektóre plany, nadaliśmy wyraźniejszy kształt pomysłom. Odkryliśmy nowe miejsca, posmakowaliśmy nieznane potrawy, przeczytaliśmy wciągające książki. Zatrzymaliśmy się na dłużej nad niektórymi życiowymi pytaniami, pochyliliśmy nad wątpliwościami, daliśmy sobie czas na znalezienie nawet naglących odpowiedzi. Popełniliśmy kilka błędów, zmierzyliśmy się z wyzwaniami, przegraliśmy parę bitew. Przeżyliśmy chwile wypełnione przytłaczającym smutkiem i chwile radości, której nie da się wyrazić słowami. Po prostu żyliśmy i staraliśmy się żyć najlepiej, jak umiemy.

Mamy w naszym życiu bardzo, bardzo dużo. I coraz wyraźniej widzę, jak ważne jest, by się tym dzielić, by dawać coś z siebie drugiemu człowiekowi. Czas, pieniądze, modlitwę, umiejętności, talenty, uwagę, dobry przykład. Cokolwiek. To, na co można sobie w danej chwili pozwolić (jasne jest dla mnie, że nie zawsze i nie wszystko możemy, a dodatkowo uczę się w tym roku, żeby umieć sobie odpuścić i pozwolić na niedoskonałość, choć nie wiem, czy uwierzą w to ci, którzy mnie znają ;)). Zawsze jednak można coś ofiarować, choćby to było wysłuchanie przyjaciela lub przelanie kilku złotych na konto jakiejś fundacji. Tego sobie życzę w nowym roku. Bym umiała dać z siebie jeszcze więcej, bym szukała sposobów, jak móc działać, a nie jak usprawiedliwić brak jakichkolwiek starań. Bym umiała zatroszczyć się o swoją rodzinę, bym umiała zadbać o siebie, ale też była dla innych. By moje życie nie było próżne. By miało te najpiękniejsze kolory, których może mu dodać tylko drugi człowiek.


Na zakończenie coś niezwiązanego z tematem posta, ale ze słowackim galimatiasem już tak – 2 małe zaskoczenia z tych świąt, które pokazują mi, ile jeszcze nie wiem o Słowacji i ile powodów do śmiechu, konsternacji lub zmarszczenia czoła przede mną ;).

1. Słowacy w okresie świątecznym (po 26 grudnia a przed Sylwestrem) życzą sobie ciągle „pięknych świąt” ;). Za trzecim czy czwartym razem, gdy to usłyszałam, już mi to nawet przeszło przez gardło w odpowiedzi. Ale bardzo cicho :P.
2. Groby bliskich w okresie świątecznym ozdabia się tu… choinkami :). Z bombkami, ze światełkami… I tak światło zniczy miesza się na cmentarzu z blaskiem lampek choinkowych. Osobliwy widok :)…


Posledný decembrový deň, posledný deň v roku, a ja si tak sedím v žltom kresle – ušiaku môjho manžela (áno, áno! Je to jeho kreslo, dostal ho na 30-tku od svojej najúžasnejšej ženy pod slnkom ;)), pozerám sa na stromček ligotajúci sa v dennom svetle a myslím si, že... mi je dobre. Len tak. Bez nadšenia aj bez drám. Taký pokojný, milý pocit :).

Mám svojho M., ľúbime i vadíme sa tak akurátne, ako sa patrí na manželstvo s 5-ročným trvaním :), máme MN., ktorá je múdra ako rádio, máme DJ., ktorý v decembri oslávil prvý rok a rodina ho už pozná ako poriadneho šibala. Sme zdraví a momentálne sa nám vyhýbajú nádchy i kašle. Strávili sme naše slovenské (s troškou poľskosti) sviatky u mojich svokrovcov, chystáme sa na Silvestra doma s deťmi a mojimi rodičmi. Počas sviatočného obdobia sa nám podarilo pár skvelých stretnutí s priateľmi, na najbližší týždeň máme naplánované ďalšie. V končiacom sa roku sme stretli pár milých osôb, zosilnili sme niekoľko cenných priateľstiev, znovu sme vybudovali vzťahy, ktoré sa zdali byť v ruinách. Dozvedeli sme sa o sebe zopár nových vecí, upresnili sme niektoré plány, dali sme konkrétnejší tvar nápadom. Odhalili sme nové miesta, ochutnali neznáme jedlá, prečítali sme knižky, od ktorých sa nedalo odtrhnúť. Dlhšie sme sa pristavili pri niektorých životných otázkach, pozastavili sme sa nad pochybnosťami, dopriali sme si čas aj pri hľadaní odpovedí na urgentné otázky. Urobili sme niekoľko chýb, bojovali sme s výzvami, prehrali sme zopár bitiek. Prežili sme chvíle naplnené dusivým smútkom i chvíle radosti, ktorá sa nedá vyjadriť slovami. Jednoducho sme žili a snažili sme sa žiť najlepšie ako vieme.

Máme v našom živote veľmi, veľmi veľa. A čoraz výraznejšie vidím, aké je dôležité deliť sa s tým, dávať niečo zo seba druhému človeku. Čas, peniaze, modlitbu, schopnosti, talenty, pozornosť, dobrý príklad. Čokoľvek. To, čo si môžeme v danej chvíli dovoliť (je mi jasné, že nie vždy a nie všetko môžeme, a navyše sa v tomto roku učím dávať veciam pokoj a dopriať si aj nedokonalosť, hoci neviem, či tomu uveria tí, ktorí ma poznajú ;)). Vždy však možno niečo ponúknuť, či už je to vypočutie priateľa alebo poslanie pár drobných na účet nejakej nadácie. To si želám do nového roku. Aby som dokázala vydať zo seba ešte viac, aby som hľadala cesty, ako môcť byť aktívna, a neospravedlňovať si nedostatok akejkoľvek snahy. Aby som sa vedela postarať o svoju rodinu, aby som dbala o seba a bola zároveň aj pre iných. Aby môj život nebol prázdny. Aby mal tie najkrajšie farby, ktoré mu môže dať len druhý človek.


Na koniec niečo, čo nesúvisí s témou príspevku, ale so slovenským galimatiášom určite – 2 malé prekvapenia z týchto sviatkov, ktoré mi ukázali, čo ešte neviem o Slovensku a koľko dôvodov na úsmev, zmätok či zvraštenie čela je ešte predo mnou ;).

1. Slováci si v sviatočnom období (po 26.12. a pred Silvestrom) stále želajú „krásne sviatky” ;). Po treťom alebo štvrtom prípade, keď som to počula, sa mi to už predralo na jazyk. Ale veľmi ticho :P.
2. Hroby blízkych sú v sviatočnom období ozdobené... vianočnými stromčekmi :). S vianočnými ozdobami, svetielkami... I tak sa svetlo kahancov mieša s ligotavými svetielkami zo stromčeka. Paradoxný pohľad...

środa, 30 listopada 2016

Pytania bez odpowiedzi / Otázky bez odpovedí

Czy ja wspominałam przypadkiem w październiku, że pod kątem zdrowotnym to był niewdzięczny miesiąc? Kłamałam. Niewdzięczny okazał się dopiero listopad, gdy liczba wizyt u lekarzy doszła do 8, a antybiotyk zaliczyła prawie cała rodzina (a ja aktualnie zamykam ten pochód ;)).

Niemniej jednak listopad dla mnie jest też szczególnym miesiącem. Bo moja Pierworodna, wiadomo… Ale też ze względu na te dwa wielkie narodowe święta – polskie Narodowe Święto Niepodległości (11 listopada) i słowacki Dzień Walki o Wolność i Demokrację (17 listopada). Pisałam o nich już 2 lata temu (o tu), więc nie będę się powtarzać, ale one nieustannie zmuszają mnie do refleksji. W tym roku może szczególnie, bo już za parę miesięcy zacznie mi przysługiwać prawo do ubiegania się o obywatelstwo słowackie… A to obywatelstwo to nie jest dla mnie tylko kwestia dokumentu i mniejszych utrudnień w urzędach.

Nie mogę powiedzieć, że kocham Słowację, jak własną Ojczyznę, ale szanuję ten kraj, jest dla mnie szczególny i warty poznawania. Mieszka w nim mnóstwo sensownych, ciekawych ludzi, ale przecież nie tylko oni stanowią o wartości tego państwa. Mnóstwo rzeczy tu nie działa, kilka drażni czy psuje humor, ale tego samego doświadczam i w Polsce. Co więc jest cenne?

To pytanie nieustannie sobie zadaję, bo chciałabym być dumna i z tej drugiej ziemi, na której się znalazłam. Chciałabym być świadoma, chciałabym być zaangażowana, chciałabym nie ślizgać się po wierzchu jako mieszkanka Bratysławy. 11 listopada byłam dumna z Polski. Wywiesiłam flagę, dzieciom dałam kotyliony, w domku z koców i krzeseł, przy świetle latarki, opowiadałam córce o zaborach i odzyskaniu przez Polskę wolności. 17 listopada uderzyło mnie, że nie wiem, kiedy Słowacy są dumni ze swojej Ojczyzny. Na Cyryla i Metodego? W rocznicę wybuchu Słowackiego Powstania Narodowego? Gdzie mają swoje kotwice? Nie wiem. I nie wiem, jak przeżywają swoją dumę. Brakuje mi jakiejś szerszej perspektywy.

Wiem, że jednoczy ich sport. Ale to są tylko momenty, długość trwania turnieju, czy meczu. Co potem? Dotychczas myślałam, że są dumni z ziemi, są dumni z tradycji i ludowych korzeni. Nieraz już podziwiałam słowackie zespoły ludowe, w wakacje po raz pierwszy udało mi się uczestniczyć przez chwilę w festiwalu folklorystycznym w Terchovej (cudo i spełnienie marzenia!). Ale spotkałam się też z postawą odcięcia od tradycji, nawet wstydu za tę piękną chłopską przeszłość. Nie krytykuję tej postawy. Ale wywołała we mnie jeszcze więcej znaków zapytania.

Nie ma uniwersalnej definicji patriotyzmu. Są pewne elementy, pewne zręby składające się na nią, ale nie wierzę, że jest tylko jeden sposób na przeżywanie swojego oddania ojczyźnie. Chciałabym jednak zrozumieć, jak to widzą Słowacy. Bo ja ze swoją polskością jestem w tym zagubiona. Nie chcę nikogo zmieniać na siłę, nie chcę też poddawać się czemuś, czego nie rozumiem. Oczywiście mam w domu M., ale widzę, że on nie wpisuje się w zachowania większości. A czasem mam wrażenie, że i on poszukuje ciągle sposobu, jak mądrze kochać swój kraj, że i on nie ma w tym pełnej jasności. Być może niedługo stanę się obywatelką Słowacji. Jaką nią będę?

Nespomínala som náhodou v októbri, že to bol z perspektívy zdravia nevďačný mesiac? Klamala som. Nevďačný bol až november, v ktorom sa počet návštev u lekárov vyšplhal na 8 a antibiotiká brala takmer celá rodina (ja aktuálne uzatváram tento zoznam ;)).

November je však pre mňa napriek všetkému tiež výnimočný. Lebo moja prvorodená, jasné... Ale tiež kvôli dvom veľkým štátnym sviatkom – poľskému Národnému sviatku nezávislosti (11.11.) a slovenskému Dňu boja za sloboda demokraciu (17.11.). Písala som o nich už pred dvomi rokmi (tu), nebudem sa teda opakovať, ale oni ma neustále nútia uvažovať. V tomto roku možno obzvlášť, pretože už o pár mesiacov budem mať právo uchádzať sa o slovenské občianstvo... A to občianstvo pre mňa nie je len otázkou dokumentu a menších problémov na úradoch.

Nemôžem povedať, že milujem Slovensko ako svoju vlastnú vlasť, ale vážim si túto krajinu, je pre mňa výnimočná a hodná poznania. Býva v nej mnoho múdrych, zaujímavých ľudí, ale predsa nielen oni znamenajú jej hodnotu. Mnoho vecí tu nefunguje, niekoľko irituje či kazí náladu, ale tak isto je to aj v Poľsku. Čo je teda cenné?

Tú otázku si kladiem neustále, lebo chcela by som byť hrdá aj na tú druhú krajinu, v ktorej som sa ocitla. Chcela by som byť uvedomelá, chcela by som sa angažovať, nechcela by som sa iba kĺzať po povrchu ako občianka Bratislavy. 11.11. som bola hrdá na Poľsko. Vyvesila som zástavu, deťom som dala odznaky, v domčeku z diek a stoličiek som pri svetle baterky rozprávala dcérke o okupácii a znovuzískaní nezávislosti. 17.11. ma zaskočilo, že neviem, kedy sú Slováci hrdí na svoju vlasť. Na Cyrila a Metoda? Na výročie začiatku Slovenského národného povstania? Kde sú ukotvení? Neviem. A neviem, ako prežívajú svoju hrdosť. Chýba mi širšia perspektíva.

Viem, že ich zjednocuje šport. Ale to sú iba momenty, dĺžka trvania turnaja či zápasu. A čo potom? Doteraz som si myslela, že sú hrdí na svoju zem, na tradície a ľudové korene. Neraz som už obdivovala slovenské ľudové súbory, cez prázdniny sa mi po prvý raz podarilo zúčastniť sa na chvíľu folklórneho festivalu v Terchovej (prekrásne, splnil sa mi sen!). Ale stretla som sa tiež s postojom odstrihnutia sa od tradície, dokonca až hanby za tú krásnu sedliacku minulosť. Nekritizujem ten postoj, ale vyvoláva vo mne ešte viac otáznikov.

Neexistuje univerzálna definícia patriotizmu. Sú isté prvky, čriepky, ktoré ju tvoria, ale neverím, že existuje iba jeden spôsob, akým prežívame oddanosť vlasti. Chcela by som však porozumieť tomu, ako to vidia Slováci. Lebo ja som v tom so svojou poľskosťou stratená. Nechcem nikoho nasilu meniť, nechcem sa však tiež poddávať niečomu, čomu nerozumiem. Samozrejme, mám doma M., ale vidím, že on sa nespráva ako väčšina. A niekedy mám pocit, že aj on stále hľadá spôsob ako múdro milovať svoju krajinu a tiež v tom nemá celkom jasno. Možno sa onedlho stanem slovenskou občiankou. Akou budem?

niedziela, 30 października 2016

Chwila z życia rodziny / Moment z rodinného života

Jest niedzielny wieczór, październik dobiega końca, a mnie przepełnia niesamowita wdzięczność. Jestem wdzięczna za mojego męża, za moje dzieci, za rodzinę i przyjaciół. I za ciepły, bezpieczny dom, za kubek gorącej herbaty na stole i za chrupiący chleb z masłem.  Świętowaliśmy wczoraj piątą rocznicę naszego ślubu. Były kwiaty, dobre wino, smaczne jedzenie i przyjaciele. Nie pamiętałam przez moment o żadnych trudnościach, smutkach czy kłopotach, nie myślałam o nieobecnych. Siedziałam przy stole otoczona bliskimi, ze łzami w oczach od śmiechu po usłyszeniu kolejnej wesołej anegdoty, przesłodzona ciastem, które upiekł M. i rozanielona po zjedzeniu bigosu od mamy. Byłam tak po prostu szczęśliwa. I tu nie chodzi o jakiś ideał. Jesteśmy tak naprawdę dość niedobraną parą, bo dwie tak mocno zżyte ze swoim krajem i najbliższym otoczeniem osoby razem to nie jest połączenie marzeń :). Niektórych ludzi w naszym życiu musieliśmy już w taki czy inny sposób pożegnać. Poczucie straty czy rezygnacji z niektórych pragnień to nasz stały towarzysz. Już sam październik był wyjątkowo niewdzięcznym miesiącem – choćby 4 (!) wizyty u lekarza z dziećmi, antybiotyki, noce co chwilę przerywane kaszlem i marudzeniem. Ale wczoraj wystartował mój ulubiony końcoworoczny maraton – rocznica ślubu, urodziny M., urodziny MN., urodziny DJ. I - jestem szczęśliwa. Żyjemy, kochamy się, codziennie mamy szansę pracować nad sobą i swoim szczęściem. Codziennie mamy szansę zrobić dla siebie nawzajem coś dobrego, okazać sobie miłość. Doceniam to.

A na koniec tego małego wyznania miłości przedstawiam Wam jedną z form okazania miłości, którą ostatnio zrobiłam ;). Przed Wami – szafa :D. Ale nie taka zwyczajna, a do domku dla lalek, który MN. dostanie od nas na swoje czwarte urodziny :). Wiem, że taki element jest dość nietypowy jak na temat mojego bloga, ale koleżanka zachęciła mnie, by podzielić się moim małym dziełem ze światem (a przynajmniej tą częścią świata, która interesuje się tworzeniem za pomocą własnych rąk :)), a ja dałam się przekonać, bo dziś piszę o miłości, a ta szafa naprawdę powstała z miłości – inaczej nie zarywałabym dla niej nocy i nie głowiła się, jak uczynić ją dla mojej córki jak najpiękniejszą :).
Tu więc zdjęcie:

A dla zainteresowanych - opis wykonania :).
Szafa powstała z kartonu niewiadomego pochodzenia (10x15x25 cm), pewnie po jakiejś przesyłce. Wiem tylko, że w chwili, gdy go zobaczyłam, pomyślałam, że będzie się idealnie nadawał na szafę i odłożyłam do moich zbiorów (bo – tego jeszcze o mnie nie wiecie – jestem straszliwym zbieraczem; gdy tylko trafi w moje ręce coś, co wyda mi się potencjalnie interesujące, odkładam „na później” ;)). Karton po odpowiednim sklejeniu pomalowałam farbą akrylową (środek i plecy szafy – żółta ochra, drzwiczki – farba w kolorze złota z Lidla – uwielbiam ją :)). Wnętrze szafy (i szuflad) wykleiłam grubym papierem ozdobnym (Tchibo co jakiś czas ma takie w swojej ofercie i muszę się powstrzymywać, by nie kupować kolejnego zestawu ;)). Żeby zrobić szuflady, kupiłam… 8000 niepotrzebnych mi do niczego zszywek ;). Ale zyskałam dzięki temu 8 wysuwanych pudełek. Po sklejeniu przyszyłam do nich koraliki jako gałki (szuflady można autentycznie otwierać i zamykać :)). Pałąk do wieszaków i deseczki na drzwiczkach szafy to pozostałość po popsutej i rozmontowanej przeze mnie na części podkładce na stół (takiej wielkości A4 pod talerz). Gałki do szafy to ozdobne pinezki z mojego ulubionego sklepu z mydłem i powidłem Tiger, od środka zostały zabezpieczone korkiem po winie pomalowanym na złoto (dla tego korka M. musiał otworzyć całą butelkę wina :D). Wieszaki powstały ze spinaczy i oczywiście pomalowałam je na złoto. W zamykaniu szafy (bo karton nie zawsze lubi się podporządkować ;)) pomaga zwykła gumka recepturka w kolorze bursztynowym :). Et voilà!

Je nedeľa večer, október sa končí a mňa napĺňa neuveriteľná vďačnosť. Som vďačná za môjho manžela, za moje deti, za rodinu aj priateľov. A tiež za útulný, bezpečný domov, za šálku horúceho čaju na stole aj za chrumkavý chlieb s maslom. Včera sme slávili piate výročie našej svadby. Boli kvety, dobré víno, chutné jedlo a priatelia. Chvíľu som nemyslela na žiadne ťažkosti, smútky či problémy, nemyslela som na tých, čo s nami neboli. Sedela som pri stole obklopená blízkymi, so slzami v očiach od smiechu po ďalšej veselej anekdote, presladená koláčom, ktorý upiekol M. a blažená po zjedení bigosu od mamy. Bola som jednoducho šťastná. A nejde o nejaký ideál. V skutočnosti sme málo zladený pár, lebo dve osoby tak silno zviazané so svojimi krajinami a najbližším okolím spolu, to nie je zväzok snov :). S niektorými ľuďmi v našom živote sme sa už museli z rôznych dôvodov rozlúčiť. Pocit straty či odhodenia nejakých túžob nás stále sprevádza. Už len samotný október bol výnimočne nevďačný – napríklad 4 (!) návštevy u lekára s deťmi, antibiotiká, noci každú chvíľu prerušované kašľom či nárekmi. Ale včera sa začal môj obľúbený koncoročný maratón – výročie svadby, narodeniny M., narodeniny MN., narodeniny DJ. A – som šťastná. Žijeme, ľúbime sa, každodenne máme príležitosť pracovať na sebe a na svojom šťastí. Každodenne máme príležitosť urobiť pre seba navzájom niečo dobré, preukázať si lásku. Cením si to.

A na koniec tohto malého vyznania lásky Vám predstavujem jednu z foriem preukázania lásky, ktorú som v poslednom čase urobila ;). Pred Vami je – skriňa :). Ale nie taká obyčajná, ale do domčeka pre bábiky, ktorý dostane MN od nás na svoje štvrté narodeniny :). Viem, že je to netypické pre môj blog, ale kamarátka ma povzbudila, aby som sa s mojím dielkom podelila so svetom (a prinajmenšom s tou časťou sveta, ktorú zaujíma ručná tvorba :)), no a ja som sa nechala presvedčiť, lebo dnes píšem o láske a tá skriňa skutočne vznikla z lásky – inak by som kvôli nej nemárnila noci a nehútala, ako ju urobiť pre dcérku čo najkrajšiu :).
Vyššie teda nájdete obrázok!

A ak Vás to zaujíma, tu je popis, ako skriňa vznikla :).
Vznikla teda z krabice neznámeho pôvodu, akiste po nejakej zásielke (10x15x25 cm). Viem len, že keď som ju zbadala, pomyslela som si, že sa bude ideálne hodiť na skriňu a odložila som ju do svojej zbierky (lebo – to o mne ešte neviete – som strašný zberateľ; keď sa mi do rúk dostane niečo, čo sa mi zdá potenciálne zaujímavé, odkladám to „na neskôr” :)). Krabicu som po zlepení pomaľovala akrylovou farbou (vnútro a zadnú stenu okrovou, dvierka – zlatou farbou z Lidla – zbožňujem ju :)). Vnútro skrine (a zásuviek) som vyložila hrubým ozdobným papierom (Tchibo ho má sem-tam v ponuke a musím si zakazovať kúpu ďalšej sady ;)). Kvôli zásuvkám som kúpila... 8000 absolútne nepotrebných spiniek na papier ;). Vďaka tomu som však získala 8 vysúvateľných krabičiek. Po zlepení som na ne prišila koráliky ako úchyty (zásuvky možno naozaj otvárať a zatvárať :)). Tyč na vešiaky a doštičky na dverách skrine sú zvyšky po pokazenej a rozmontovanej podložke na stôl (takej veľkosti A4 pod tanier). Úchyty na skrinku sú z ozdobných špendlíkov z môjho obľúbeného obchodu so všetkým možným – Tiger, a zvnútra sú zabezpečené štupľom z vínovej fľaše (kvôli tomu štupľu musel M. otvoriť celú fľašu vína :D). Vešiaky vznikli zo zicheriek a sú, samozrejme, pomaľované zlatou farbou. Zatváraniu skrine (lebo krabica nie vždy poslúcha ;)) pomáha obyčajná jantárová gumička :). Et voilà!