niedziela, 31 marca 2019

Obca / Cudzia


Życie za granicą rządzi się swoimi prawami. Można oczywiście nie nauczyć się języka, zamieszkać w polskiej dzielnicy (no, nie na Słowacji, ale są polskie dzielnice w niektórych państwach :)), zatrudnić w polskiej firmie i udawać, że właściwie nic się nie zmieniło, ale nie polecam. Jestem głęboko przekonana, że jednym z najważniejszych zadań imigranta jest znalezienie dla siebie miejsca w kraju, który wybrał i zaadaptowanie się.

Co właściwie przez to rozumiem? Na pewno podstawą jest język, ale na to potrzeba czasu. Jednak oprócz języka jest jeszcze kwestia poznania miasta i państwa, w którym się przebywa, otwarcia na kulturę, spotkania ze sztuką, kontaktu z rodzimymi mieszkańcami… Całkiem sporo możliwości. I wyzwań.

Każdy z nas ma inne zdolności przystosowania się, każdy stawia własne granice w innym miejscu, może być łatwiej, może być trudniej, krócej, dłużej, ale w tym całym wychodzeniu do nowego otoczenia zasadniczo chodzi o jedno – by wyeliminować poczucie obcości. Bo za granicą nie ma chyba nic gorszego, niż czuć się obco.

Tak naprawdę obcość ma w moim odczuciu aż trzy podstawowe źródła. Jednym jestem ja sama – za każdym razem, gdy odrzucam to, co mnie otacza, gdy nie rozumiem i nie chcę przyjąć tego, co inne na Słowacji. Nie o to chodzi, żeby wszystkim się zachwycać, co to, to nie ;). Ale najważniejsze są tu chęci, kolejne próby akceptacji tego, co wygląda inaczej niż w mojej ojczyźnie. W przeciwnym razie sama pcham się w objęcia obcości, sama oddalam od tego, co ma być moim domem, sama zaprzepaszczam to poczucie bycia częścią słowackiej całości, które przecież codziennie misternie buduję. Inna sprawa, że Słowaczką nie jestem i nigdy nie będę. Pewne kwestie kulturowe zawsze będą mnie odgradzać. I tu przechodzimy do drugiego źródła – gdy wykluczają mnie Słowacy. Jednym z jaskrawych przykładów tego wykluczenia jest wszędobylski język czeski. „Nie rozumiesz czeskiego? Jak możesz go nie rozumieć? No nie, na pewno rozumiesz!” – to standard w moich rozmowach ze Słowakami, gdy złoszczę się na czeskie filmy w telewizji lub czeskie gazety w kiosku. Jasne, że rozumiem czeski lepiej niż przeciętny Polak, ale ja nie mówię po czesku i póki co nie mam ochoty się tego języka nauczyć. Tyle że nie znając go, doświadczam pewnego rodzaju wykluczenia. A gdy Słowacy dziwią się, że mogę go nie rozumieć, gdy nie dostrzegają, że pewne rzeczy dla nich oczywiste dla mnie wcale takie oczywiste nie są – moje poczucie obcości tylko się pogłębia. I tu nie chodzi wyłącznie o ten nieszczęsny język czeski, ale też niektóre słowackie tradycje, zwyczaje, sztukę – to wszystko co dla „tubylca” jest codziennością. Ja tę codzienność nie zawsze rozumiem. I ilekroć Słowacy tego nie pojmują i nie próbują mi pomóc, włączyć mnie, przybliżyć pewnych kwestii – znajduję się poza nawiasem.

Jednak to chyba trzecie źródło obcości jest najbardziej przykre i dokuczliwe. Chodzi o te chwile, gdy wykluczają mnie Polacy. Gdy nie jestem dla nich dość polska, gdy żyję w ich odczuciu zbyt „słowacko”. Gdy ośmielam się mówić po słowacku wtedy, gdy według nich miałabym mówić po polsku, gdy czytam, czy oglądam coś, czego jako Polka nie miałabym, gdy mówię nie dość dobrze po polsku albo nie pamiętam jakiegoś polskiego zwyczaju. To boli. Tyle że to moje życie i to ja je muszę przeżyć tak, by być w nim jak najspokojniejsza, jak najszczęśliwsza w ramach, które ukształtowały moje wybory. I ci wszyscy Polacy, dla których jestem nie dość polska, i ci wszyscy Słowacy, dla których jestem nie dość słowacka, nie przeżyją go za mnie i często nie są w stanie zrozumieć jego realiów.

A realia są takie, że muszę żyć tak, by nie stracić własnej polskości, poczucia przynależności do własnej ojczyzny, a jednocześnie muszę umieć być częścią słowackiej wspólnoty, potrafić powiedzieć, że na Słowacji też jest mój dom. Tu nie ma prostych rozwiązań, które byłyby uniwersalne dla wszystkich ludzi znajdujących się w podobnym położeniu do mojego. Tu muszę kierować się własnym rozumem i sercem, muszę oceniać, co jest dla mnie dobre, a co nie, co jestem w stanie poświęcić, a z czego nigdy nie chcę rezygnować. I tu pojawia się zadanie dla tych, którzy mnie otaczają – by nie oceniać, by nie krytykować, by pomagać być zarówno dość polską, jak i dość słowacką. Bo skoro wybrałam to polsko-słowackie życie, to chcę w nim być szczęśliwa. Ale nie jestem tego w stanie osiągnąć sama, nie mogę być obca.


Pamiątka po bratysławskim tyglu kulturowym w latach międzywojennych - nagrobek słowacki, niemiecki i węgierski.

Život v zahraničí sa riadi svojimi vlastnými pravidlami. Samozrejme, nemusíte sa učiť jazyk, môžete bývať v poľskej štvrti (no, nie na Slovensku, ale v niektorých krajinách sú aj poľské štvrte :)), zamestnať sa v poľskej firme a predstierať, že sa v skutočnosti nič nezmenilo – to však neodporúčam. Som hlboko presvedčená o tom, že jednou z najdôležitejších výziev imigranta je nájsť si svoje miesto v krajine, ktorú si vybral, a adaptovať sa.

Čo pod tým vlastne rozumiem? Základom je určite jazyk, ale to chce veľa času. Okrem jazyka je tu ešte otázka spoznania mesta a krajiny, v ktorej žijem, otvorenosti voči kultúre, stretávania sa s umením a kontaktov s domácimi obyvateľmi... Skutočne veľa možností. A výziev.

Každý z nás má inú schopnosť prispôsobiť sa, každý si určuje svoje vlastné hranice na rôznych miestach. Môže nám byť ľahšie, môže byť ťažšie, kratšie, dlhšie, ale v tom celom otváraní sa na nové skutočnosti ide v zásade o jedno – zbaviť sa pocitu cudzoty. Lebo v zahraničí snáď nie je nič horšie ako keď sa cítime cudzo.

Cudzota má v skutočnosti z mojej perspektívy až tri základné zdroje. Jedným som ja sama – vždy, keď odmietam to, čo ma obklopuje, keď nerozumiem a nechcem prijať to, čo je iné na Slovensku. Nejde o to, aby som bola všetkým okúzlená, to určite nie ;). Najdôležitejšia je vôľa – opakovane skúšať akceptovať to, čo vyzerá inak ako v mojej vlasti. V opačnom prípade samu seba zatváram do pocitu cudzoty, sama sa vzďaľujem od toho, čo má byť mojim domovom, sama sa vzdávam toho pocitu, že som časťou slovenského celku, ktorý predsa každodenne prácne budujem. Iná vec, že Slovenkou nie som a nikdy nebudem. Niektoré kultúrne otázky pre mňa vždy budú predstavovať bariéru. A tu prechádzame k druhému zdroju – keď ma neprijímajú Slováci. Jedným z krikľavých príkladov takéhoto neprijatia je všadeprítomná čeština. „Nevieš po česky? Ako môžeš nevedieť? No nie, predsa isto rozumieš!” – to je klasika v mojich rozhovoroch so Slovákmi, keď sa hnevám na české filmy v televízii alebo české časopisy v novinovom stánku. Jasné, že rozumiem po česky lepšie ako priemerný Poliak, ale nehovorím česky a zatiaľ ani nemám chuť sa ten jazyk naučiť. Avšak keďže ho nepoznám, cítim sa v istom zmysle vylúčená. A keď sa Slováci čudujú, že nerozumiem, keď im nezapne, že niektoré veci, ktoré sú pre nich samozrejmé, pre mňa vôbec samozrejmé nie sú, vtedy sa môj pocit cudzoty len zosilňuje. A nejde len o tú nešťastnú češtinu, ale tiež o niektoré slovenské tradície, zvyky, o umenie – to všetko, čo je pre domorodca samozrejmosťou. Ja to nie vždy rozumiem. A vždy, keď to Slováci nechápu a nesnažia sa mi pomôcť, neskúšajú ma zapojiť a vysvetliť niektoré otázky, vyrastajú medzi nami bariéry.

Ten tretí zdroj cudzoty je však snáď zo všetkých najbolestivejší a najnepríjemnejší. Ide o tie chvíle, keď sa cítim cudzo kvôli Poliakom. Keď pre nich nie som dosť poľská, keď podľa nich žijem príliš „po slovensky”. Keď sa osmelím hovoriť po slovensky vtedy, keď by som podľa nich mala hovoriť po poľsky, keď čítam alebo pozerám niečo, čo by som ako Poľka nemala, keď nehovorím dosť dobre po poľsky alebo si nespomeniem na nejaký poľský zvyk. To bolí. Je to však môj život a ja ho musím prežiť tak, aby som v ňom bola čo najpokojnejšia a najšťastnejšia v takých hraniciach, ktoré vytvorili moje životné rozhodnutia. A tí všetci Poliaci, pre ktorých nie som dosť poľská a tí všetci Slováci, pre ktorých nie som dosť slovenská, za mňa ten život neprežijú a často nie sú schopní pochopiť jeho realitu.

A realita môjho života spočíva v tom, že musím žiť tak, aby som nestratila svoju poľskosť, pocit príslušnosti k svojej vlasti, a zároveň musím vedieť byť súčasťou slovenskej spoločnosti a dokázať povedať, že na Slovensku je tiež môj domov. Neexistujú jednoduché riešenia, ktoré by boli univerzálne pre všetkých ľudí v podobnej situácií. Musím sa riadiť vlastným rozumom a srdcom, musím vyhodnocovať, čo je pre mňa dobré a čo nie, čo dokážem obetovať a čoho sa nikdy nechcem vzdať. A to je aj úloha pre všetkých, ktorí sú v mojom okolí – aby ma neposudzovali, nekritizovali a pomáhali mi byť zároveň dosť poľskou ako aj slovenskou. Lebo keď som si už vybrala ten poľsko-slovenský život, chcem v ňom byť šťastná. Nedokážem to však sama, nesmiem sa cítiť cudzo.

środa, 27 lutego 2019

Bez pracy nie ma kołaczy / Bez práce nie sú koláče


Miniony miesiąc nie był dla mnie łaskawy. Zmagałam się z koszmarnym zapaleniem skóry, byłam na antybiotykach, musiałam się też zmierzyć z wielkim zawodem w życiu osobistym. Ślady na skórze pozostaną jeszcze przez parę miesięcy, ślady na sercu pewnie dłużej, ale mimo wszystko w tych ostatnich dniach lutego patrzę w przyszłość z pewną dozą optymizmu. Optymizm nie jest moją najmocniejszą stroną, obawiam się, że mój mąż, czytając te słowa, uniesie tylko brew z powątpiewaniem, ale nie wycofuję się z nich – mimo wszystko jest we mnie jakaś nadzieja, nadzieja na dobre jutro. Chyba po prostu dojrzewam :).

Po tym w gruncie rzeczy optymistycznym wstępie pora jednak przejść do tematu mniej optymistycznego, którym chcę się dziś z wami podzielić :). Chodzi on za mną już od jakiegoś czasu, wiem też, że nurtuje niektórych z was, zwłaszcza tych, którzy są w podobnej sytuacji życiowej do mojej. Otóż z życiem za granicą prawie nierozerwalnie łączy się praca za granicą. Mieszkam w stolicy, więc siłą rzeczy oferta dla obcokrajowców jest tu bogatsza niż w innych regionach. Nieznajomość słowackiego też nie stanowi tu problemu (choćby moja ukochana B. – wymyśliła sobie Bratysławę i zaraz się w niej znalazła, mimo że wcześniej nie miała ze Słowacją zbyt wiele wspólnego; w pracy porozumiewała się po angielsku i po francusku). Język polski dla niektórych pracodawców jest wystarczającym atutem. Zawody, do których potrzebne jest wykształcenie techniczne, też stoją otworem. Czyli nie ma się czego obawiać.

Co jednak, gdy nasze talenty i umiejętności nie są przekładalne na rzeczywistość innego kraju? Oczywiście można wykonywać jakąkolwiek pracę, ale jak to się ma do samorealizacji, do spełniania w wykonywanym zawodzie?

Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę tu nikogo zniechęcać, podziwiam i kibicuję wszystkim, którzy potrafią się odnaleźć za granicą, nawet gdy nie było to ich marzenie „od zawsze”. W życiu na pewno warto być elastycznym, w gruncie rzeczy moja „kariera” tłumacza języka słowackiego jest niezłym przykładem na potwierdzenie tej tezy. Niemniej jednak nie umiem pozbyć się bolesnego przekonania, że wraz z przeprowadzką na Słowację musiałam zakopać moje największe talenty i nie jest łatwo z tym żyć. Bo to, w czym czułam się mocna i w czym się spełniałam, związane było właśnie z językiem polskim na stricte polskim gruncie. Jedna kwestia to po prostu posługiwanie się słowem – szybkie riposty, twórcze skojarzenia, dobre oko do błędów językowych i niezłe pióro, do tego duża wrażliwość na odpowiedni dobór słów. To umiejętności, które mogą mieć szerokie zastosowanie, mi natomiast pomagały przede wszystkim w dobrej komunikacji. Jednak na Słowacji są mi na nic, przynajmniej w rozmowie. I wyraźnie czuję, że język słowacki mnie z czegoś ograbia, może z jakiegoś uroku, który mam, gdy posługuję się językiem polskim. Dzięki Bogu, że M. zna mój język ojczysty! ;) Druga kwestia wiąże się z muzyką. Przez wiele lat śpiewałam w różnych zespołach w kościele, prowadziłam warsztaty muzyczne dla dzieci i młodzieży, moja głowa jest jak olbrzymia studnia pełna polskich piosenek chrześcijańskich. No właśnie. Polskich. Na Słowacji moja wiedza w tym zakresie jest kompletnie bezużyteczna. A ja to naprawdę kochałam robić. Gdzieś z tyłu głowy wiązałam z tym nawet swoją przyszłość.

M. zawsze mi powtarza, by skupiać się na możliwościach, które są przede mną. Święta racja. W gruncie rzeczy to fantastyczna sprawa, że udało mi się opanować język słowacki na tyle, by móc go tłumaczyć na polski. I ten mój talent do polskiego też tu przecież pomaga, bo nie oszukujmy się – zdarzało mi się widzieć tak fatalne tłumaczenia, że zastanawiałam się, jak w ogóle jakiś Polak mógł je popełnić :). Ale z pewnymi marzeniami trudno jest się pożegnać, a niektórych po prostu nigdy nie da się zapomnieć. Wyjazd za granicę to coś więcej niż zwykła zmiana adresu i języka, może zmienić całego człowieka. Trzeba patrzeć w przyszłość, jasne, trzeba być elastycznym, też prawda, ale dochodzenie do tego to nieraz długi i żmudny proces, polegający na ciosaniu samego siebie.



Končiaci sa mesiac nebol pre mňa príliš láskavý. Bojovala som s nepríjemným zápalom kože, bola som na antibiotikách a musela som sa zmieriť s veľkým sklamaním v osobnom živote. Stopy na pokožke nezmiznú ešte pár mesiacov, stopy na srdci isto aj dlhšie, napriek všetkému však v týchto ostatných februárových dňoch pozerám do budúcnosti s istou dávkou optimizmu. Optimizmus nie je moja silná stránka, obávam sa, že môj manžel pri čítaní týchto slov pochybovačne zdvihne obočie, no neberiem ich späť – napriek všetkému je vo mne akási nádej, nádej na lepší zajtrajšok. Asi proste dozrievam :).

Po tomto v zásade optimistickom úvode nastal čas prejsť na menej optimistickú tému, o ktorú sa chcem s vami dnes podeliť :). Prenasleduje ma už nejaký ten čas, viem tiež, že trápi niektorých z vás, zvlášť tých, ktorí sú v podobnej životnej situácii ako ja. Život v zahraničí je takmer nevyhnutne spojený s prácou za hranicou. Bývam v hlavnom meste, už len kvôli tomu je pracovný trh pre cudzincov oveľa priaznivejší ako v iných regiónoch. Nedokonalá slovenčina tiež nemusí byť problém (napr. moja milá B. – zmyslela si, že pôjde do Bratislavy a vzápätí sa v nej ocitla, napriek tomu, že predtým nemala so Slovenskom veľa spoločného; v práci hovorila po anglicky a po francúzsky). Poľština je pre niektorých zamestnávateľov dostatočná konkurenčná výhoda. Pozície, ktoré si vyžadujú technické vzdelanie, sú tiež dostupné. Netreba sa teda ničoho báť.

Čo však, ak naše talenty a schopnosti nie sú prenosné do reálií inej krajiny? Samozrejme, možno vykonávať akúkoľvek prácu, ale čo to má spoločné so sebarealizáciou vo vybranom povolaní?

Nechápte ma zle, nechcem nikoho znechutiť. Obdivujem všetkých tých, ktorí sa dokážu realizovať za hranicou, aj keď to nie je ich sen „odjakživa”. V živote musí byť človek určite flexibilný, koniec koncov, moja „kariéra” prekladateľa slovenského jazyka je dobrým príkladom potvrdzujúcim túto tézu. Neviem sa však zbaviť bolestného presvedčenia, že spolu so sťahovaním na Slovensko som musela zakopať svoje najväčšie talenty a žijem s tým iba neľahko. Pretože to, v čom som sa cítila byť silná a v čom som sa realizovala, bolo spojené práve s poľským jazykom a Poľskom. Na jednej strane ide o dobrú jazykovú výbavu – rýchle reakcie, tvorivé asociácie, dobré oko na jazykové chyby a celkom dobrý štýl. Patrí k tomu aj veľká citlivosť pri vhodnom výbere slov. To sú schopnosti, ktoré môžu mať široké využitie, mne pomáhali najmä v dobrej komunikácii. Na Slovensku sú mi však na nič, prinajmenšom pri rozhovore. Silne cítim, že slovenčina ma o niečo okráda, snáď o akési čaro, ktoré dokážem vzbudiť pri používaní poľštiny. Vďakabohu, že M. pozná môj materinský jazyk! ;) Druhá otázka je spojená s hudbou. Dlhé roky som spievala v rôznych zboroch v kostole, viedla som hudobné tvorivé workshopy pre deti a mládež, moja hlava je ako studňa plná poľských kresťanských piesní. A o to ide. Poľských. Na Slovensku sú tieto moje vedomosti úplne zbytočné. A ja som to naozaj robila veľmi rada. Akosi podvedome som s tým tiež spájala svoju budúcnosť.

M. mi vždy opakuje, že sa mám sústrediť na možnosti, ktoré sú predo mnou. Svätá pravda. V podstate je to fantastické, že sa mi podarilo zvládnuť slovenský jazyk natoľko, že ho môžem prekladať do poľštiny. A ten môj talent na poľštinu pri tom tiež pomáha, lebo pravda je taká, že už som videla aj také preklady, pri ktorých som premýšľala, ako mohol Poliak niečo také spáchať :). Ale s niektorými snami je ťažké sa rozlúčiť a na niektoré sa skrátka nedá zabudnúť. Sťahovanie do zahraničia je viac ako iba prostá zmena adresy a jazyka, dokáže totiž zmeniť celého človeka. Jasné, treba hľadieť dopredu a byť flexibilný, avšak kým sa tam človek dostane, čaká ho neraz dlhý a náročný proces, spočívajúci v okresávaní seba samého.


wtorek, 29 stycznia 2019

Odpowiedź na wszystko / Odpoveď na všetko


Styczeń, od zawsze miesiąc moich urodzin. Od tego roku nie tylko moich. M. urodził się pod koniec października, ja pod koniec stycznia i jakoś tak wyszło, że przestrzeń między naszymi urodzinami zaczęliśmy wypełniać narodzinami naszych dzieci :) – najpierw MN. zaanektowała listopad, 3 lata później DJ. zajął dla siebie grudzień, a początek stycznia w tym roku obsadził najnowszy członek naszej rodziny, JM. W moim życiu dokonała się kolejna rewolucja. Jak się czuję? Oszołomiona, zmęczona, szczęśliwa, dumna, zagubiona, pełna niepokoju, jeszcze pełniejsza miłości. Dawno się tyle nie napłakałam, co w ciągu ostatnich 4 tygodni :). Jeszcze się nie odnalazłam w pełni ani w swoim nowym życiu, ani w swoim ciele. Na zmianę myślę o sobie jak najgorzej i zachwycam się tym, czego dokonałam. 4 ciąże, 3 zdrowych dzieci, 2 porody naturalne i 1 cesarskie cięcie. Gdy prawie 7 lat temu wkroczyłam na drogę macierzyństwa, nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Spotkałam na niej moją cudowną córkę, moich wspaniałych synów, nie raz i nie dwa potknęłam się i wpadłam w jakiś dół, obiłam sobie kolana i poharatałam ręce. Jedno wiem na pewno – absolutnie nic bym nie zmieniła. Gdy teraz, krótko po narodzinach naszego drugiego syna, ciągle jestem taka krucha, nadwrażliwa, gdy ciągle w mojej głowie więcej pytań niż odpowiedzi, widzę, że jednego mojej rodzinie z pewnością nie brakuje, jedno mamy stale w nadmiarze – to ogrom miłości. I ta miłość jest odpowiedzią na każdą trudność, na każdą wątpliwość, na każdy smutek i każde wyzwanie. A tych przecież na co dzień nam nie brakuje.

Wiecie, że w tym roku minie 10 lat, jak znamy się z M.? A parę dni temu minęło 9 lat, od kiedy jesteśmy razem – od pamiętnej chwili, kiedy to M. zaprosił mnie na słowacki bal, a ja się (nieopatrznie ;)) zgodziłam, czym przypieczętowałam swój los :). Tyle że najlepsze w tym wszystkim nie są te daty, rocznice, ale fakt, że czas płynie jakoś poza nami, zupełnie nie czuję jego upływu. Kolejne wydarzenia tworzą spójną całość, poszczególne elementy idealnie się zazębiają, konkretne wybory niosą ze sobą konkretne konsekwencje. Ja przecież nigdy nie marzyłam o tym całym słowackim galimatiasie :). Moja wyobraźnia była na niego po prostu zbyt mała. A przecież wszystko jest tak, jak ma być, nic nie jest przesunięte nawet o milimetr w złą stronę. 2 kraje, 2 języki, 2 narodowości, 2 kultury, 2 światy… W tym wszystkim po prostu musi być miłość, jak inaczej wyszłaby z tego jedna rodzina?

9,5 roku temu (nasze pierwsze zdjęcie!), 6 lat temu, 3 lata temu i dziś

Január, odjakživa mesiac mojich narodenín. Od tohto roku nielen mojich. M. sa narodil koncom októbra, ja koncom januára a tak nám to nejako vyšlo, že sme priestor medzi našimi narodeninami začali vypĺňať narodeninami našich detí :) - najprv MN. ovládla november, o 3 roky neskôr si DJ. zobral december a začiatok januára v tomto roku obsadil najnovší člen našej rodiny, JM. V mojom živote prebehla ďalšia revolúcia. Ako sa cítim? Omráčená, unavená, šťastná, hrdá, stratená, plná nepokoju, ešte viac však lásky. Dávno som neplakala tak veľa ako počas ostatných 4 týždňov :). Ešte som celkom nenašla samu seba ani v tom novom živote, ani vo svojom tele. Striedajú sa vo mne tie najhoršie myšlienky o sebe s úžasom nad tým, čo som dosiahla. 4 tehotenstvá, 3 zdravé deti, 2 prirodzené pôrody a 1 cisársky rez. Keď som temer pred 7 rokmi nastúpila na cestu materstva, netušila som, čo ma čaká. Stretla som na nej svoju úžasnú dcéru, skvelých synov, veľakrát som sa potkla a spadla, rozbila si kolená a zranila ruky. Jedno však viem na sto percent – absolútne nič by som nemenila. Keď teraz, krátko po narodení nášho druhého syna, som stále taká krehká, precitlivená, keď mám hlavu stále plnú viac otázok ako odpovedí, vidím, že jedno mojej rodine naisto nechýba, jedného máme stále na rozdávanie – obrovské množstvo lásky. A tá láska je odpoveďou na každú ťažkosť, na každú pochybnosť, na každý smútok a každú výzvu. A tých nám každý deň prináša dosť.

Viete, že v tomto roku ubehne 10 rokov odvtedy, čo sa poznáme s M.? A pred pár dňami bolo 9 rokov odvtedy, čo sme spolu – od tej pamätnej chvíle, keď ma M. pozval na slovenský ples a ja som (ľahkovážne! ;)) súhlasila, čím som spečatila svoj osud :). Avšak najlepšie na tom všetkom nie sú dátumy, výročia, ale skutočnosť, že čas plynie akosi tak mimo nás, vôbec necítim jeho beh. Ďalšie a ďalšie udalosti tvoria jednoliaty celok, jednotlivé prvky k sebe ideálne priliehajú, konkrétne rozhodnutia prinášajú konkrétne dôsledky. Ja som predsa nikdy nesnívala o tomto slovenskom galimatiáši :). Moja predstavivosť bola naň jednoducho príliš nedostatočná. A predsa je všetko práve tak, ako má byť, nič nie je posunuté ani o milimeter nakrivo. 2 krajiny, 2 jazyky, 2 národnosti, 2 svety... V tom všetkom jednoducho musí byť láska, ako inak by z toho mohla byť jedna rodina?