sobota, 30 stycznia 2016

Dziewczyna znad morza / Dievča sponad mora

W niedzielę mam okrągłe urodziny. Nie dwudzieste, nie czterdzieste. A jeszcze kilka godzin temu wpadła do mnie w odwiedziny prawie 39-stopniowa gorączka. Zabójcza kombinacja ;). Ale piszę. Jest piątek po południu, ja ubrana w pidżamę, z rumieńcami na twarzy –pozostałościami wysokiej temperatury, siedzę w łóżku z komputerem na kolanach i rozmyślam.

Znalazłam się w takim miejscu w życiu, którego nie mogłam przewidzieć. Skłamałabym, gdybym napisała, że nie marzyłam o mężu, dzieciach, fajnej pracy. Ale na pewno nigdy w życiu nawet przez myśl mi nie przeszło, że wyjdę za obcokrajowca, że moje dzieciaki będą dwujęzyczne i że odnajdę się w pracy tłumacza. Te wydarzenia wiążą się z czymś jeszcze…

Kilkoro moich znajomych mieszka za granicą, kilkoro wspominało, że chciałoby żyć za granicą, że planują wyjazd. Przyznam, że słucham ich opowieści z wielkim zainteresowaniem. Zawsze bardzo ciekawią mnie ich motywacje i punkt widzenia, bo… jak dobrze wiecie, ja za granicą nigdy nie chciałam się znaleźć na stałe. Tymczasem żyję na Słowacji i muszę sobie z tym radzić. A radzę sobie, jak umiem.

Ostatnio po jakiejś większej scenie buntowniczo-krzycząco-piszczącej w wykonaniu mojej córki napisałam do mojego męża (który siedział w pracy), że najchętniej kupiłabym bilet na pociąg i pojechała na Wybrzeże. A jego to dotknęło. Tylko czy coś w tym niewłaściwego? Dla mnie nie. Bo tęsknię. Bo na Wybrzeżu są moi rodzice, babcie, brat, mnóstwo dalszej rodziny. Bo jak potrzebuję wsparcia czy zwykłego oddechu, to właśnie u nich mogę je znaleźć. Bo tam, nad morzem, jest dwadzieścia lat mojego życia, znajome kąty, znajome widoki. Nie chcę zapomnieć. Czy to znaczy, że niewystarczająco pożegnałam się z moim domem rodzinnym? Niewystarczająco odcięłam od czasów, gdy jeszcze nie byłam żoną i mamą? A czy w ogóle muszę? Coś w tym jest, że czy się ma dwadzieścia lat, czy pięćdziesiąt, to chyba zawsze wraca się do swojego domu rodzinnego z radością, z nostalgią. A gdy zaskoczy w życiu burza z piorunami, to tam na pewno można znaleźć schronienie. I dobrze mi z tą świadomością.

Mam kochającego męża, fantastyczne dzieciaki, ciepły dom, otwarty dla przyjaciół. Na Słowacji. Tu jest teraz moje miejsce. Mam już pierwsze kontakty z Polonią za sobą, będę szukać kolejnych. Przede mną ciągle sporo wyzwań, widzę kilka braków czy niedociągnięć w swoim życiu, widzę kilka sukcesów. Mam marzenia i plany, które próbuję osadzać w otaczającej mnie rzeczywistości. Ale cieszę się, że tych punktów zaczepienia jest więcej niż tylko w promieniu 100 kilometrów. I że – choć kotwicę zarzuciłam w Bratysławie – w razie potrzeby i bez nawigacji znajdę drogę nad morze.


V nedeľu mám okrúhle narodeniny. Ani dvadsiate, ani štyridsiate. A ešte pred niekoľkými hodinami ma navštívila takmer 39-stupňová horúčka. Zabijácka kombinácia ;). Ale píšem. Je piatok popoludní, sedím oblečená v pyžame, s rumencom na tvári – pozostatky vysokej teploty, sedím v posteli s počítačom na kolenách a premýšľam.

Ocitla som sa na takom mieste v živote, aké som nemohla predpokladať. Klamala by som, keby som napísala, že som nesnívala o manželovi, deťoch, dobrej práci. Ale určite mi nikdy v živote ani len nezišlo na um, že sa vydám za cudzinca, že moje deti budú dvojjazyčné a budem sa realizovať v práci prekladateľa. Tie skutočnosti sú spojené ešte s niečím...

Niekoľko mojich známych býva v zahraničí, niektorí nadhodili, že by chceli v zahraničí žiť, že plánujú vycestovať. Priznám sa, že počúvam ich plány s veľkým záujmom. Vždy som zvedavá na ich motiváciu a uhol pohľadu, pretože... ako dobre viete, ja som sa nikdy nechcela ocitnúť navždy v zahraničí. Jednako však žijem na Slovensku a musím si s tým poradiť. A robím to ako viem.

Nedávno som po nejakej väčšej buričsko-ukričanej-upišťanej scéne v podaní mojej dcéry napísala môjmu manželovi (ktorý sedel v práci), že by som si najradšej kúpila lístok na vlak a vycestovala k rodičom. Jeho sa to dotklo. Ale je na tom niečo nevhodné? Pre mňa nie. Lebo je mi smutno. Lebo tam na pobreží sú moji rodičia, staré mamy, brat, celá rodina. Lebo keď potrebujem podporu či obyčajný oddych, práve u nich to môžem nájsť. Lebo tam, nad morom, je dvadsať rokov môjho života, známe miesta, známe výhľady. Nechcem zabudnúť. Znamená to, že som sa nedostatočne rozlúčila so svojim rodným domom? Nedostatočne som sa odtrhla od čias, keď som ešte nebola manželkou a matkou? A či to vôbec musím urobiť? Niečo na tom je, že či má človek dvadsať, či päťdesiat, vždy sa vracia do svojho rodného domu s radosťou, s nostalgiou. A keď ho v živote prekvapí búrka s bleskami tam môže naisto nájsť útočište. S tým vedomím je mi dobre.

Mám milujúceho manžela, fantastické deti, príjemný dom, otvorený pre priateľov. Na Slovensku. Tu je teraz moje miesto. Prvé kontakty s Poloniou (organizácia pre Poliakov žijúcich v zahraničí) mám už za sebou, budem hľadať ďalšie. Predo mnou stále stojí mnoho výziev, vidím vo svojom živote niekoľko nedostatkov či nedokončených vecí, vidím zopár úspechov. Mám sny a plány, ktoré skúšam zasadiť do reality, v ktorej žijem. Ale teším sa, že tie pevné body nie sú len v rozmedzí 100 kilometrov. A že – hoci som zakotvila v Bratislave – v prípade potreby bez navigácie nájdem cestu nad more. 

czwartek, 31 grudnia 2015

Rodzina / Rodina

Kiedy przed 4 laty pobraliśmy się z M., jasne było dla nas, że Boże Narodzenie i Wielkanoc będziemy spędzać raz w Polsce, raz na Słowacji, raz z jedną rodziną, raz z drugą. Nie, nie dlatego, że tak jest „sprawiedliwie”. Dlatego, że kochamy jednych i drugich, dlatego, że bliska i ważna jest dla nas zarówno polska, jak i słowacka tradycja i wreszcie dlatego, że zwyczajnie tęsknimy – ja za Polską, M. za Słowacją.

W tym roku święta Bożego Narodzenia „wypadały” w Polsce. I od kiedy zaszłam w ciążę, było wiadomo, że po raz pierwszy będziemy musieli odstąpić od naszych pierwotnych małżeńskich ustaleń, bo termin porodu został wyznaczony na 19 grudnia. Nie było to dla mnie łatwe, zwłaszcza że z racji ciąży miałam w perspektywie spędzenie na Słowacji kilku długich miesięcy bez odwiedzin w domu rodzinnym.

Tymczasem dostałam od moich rodziców najpiękniejszy prezent świąteczny, jaki mogłam sobie wymarzyć. Powiedzieli, że przyjadą na święta do Bratysławy. Mama miała się też zająć ich organizacją. Ktoś z boku może powiedzieć: „fajnie”. Ale dla mnie to nie było po prostu fajne, dla mnie to było wyjątkowe. Bo moi rodzice są tradycjonalistami. Bo nigdy w życiu nie spędzali Bożego Narodzenia poza domem, a już tym bardziej za granicą. Bo w Trójmieście są dwie moje babcie, z którymi spotykają się w święta, jest mój brat, jest ich rodzeństwo. A podjęli decyzję, że zrezygnują z tego wszystkiego, by spotkać się z nami. Żebyśmy mieli nasze „polskie święta”, skoro takie miały być w tym roku. Żeby pomóc nam z dziećmi, gdy urodzi się nasz syn. Żeby po prostu z nami być.

Nasz syn, mały DJ., przyszedł na świat 15 grudnia. 20 grudnia, po 3 tygodniach pobytu u teściów (bo bliżej szpitala) i prawie tygodniu w szpitalu nareszcie wróciliśmy do domu. Te 4 tygodnie poza domem dłużyły mi się niemiłosiernie. Tym wspanialszy był powrót; zwłaszcza, że w domu czekali już na nas moi rodzice.

A święta? Na naszym bratysławskim stole nie było wprawdzie ulubionych ryb taty (ale „zamówił” je sobie po powrocie do domu u swojej siostry, więc nie mam nadmiernych wyrzutów sumienia ;)), był za to barszcz z knyszami, pieczony łosoś (specjalnie dla matki karmiącej :)), klopsy rybne, kluski z makiem… Był opłatek, sianko pod obrusem i wolne miejsce przy stole. Spokojnie, nie zabrakło też słowackich tradycji :). Jednakże w większej mierze były to polskie święta, choć nie w Polsce, bo w końcu słowackie spędziliśmy przed rokiem u teściów :).

To jednak nie był koniec wyjątkowych wydarzeń. Bo dzięki decyzji moich rodziców o przyjeździe do nas otworzyła się przed nami jeszcze jedna niesamowita szansa – by choć raz w życiu (bo trudno sobie wyobrazić, że taka okazja może się jeszcze kiedyś powtórzyć :)) spędzić święta Bożego Narodzenia zarówno z jednymi, jak i drugimi rodzicami. Kto z was żyje w międzynarodowym związku, ten wie, jak to jest :). Zawsze zazdrościłam znajomym, którzy mają rodziców i teściów w zasięgu godziny drogi samochodem. My byśmy musieli się diabelnie postarać, by pierwszy dzień świąt spędzić na Wybrzeżu, a drugi w województwie trenczyńskim ;). A w tym roku? W drugi dzień świąt moi rodzice, moi teściowie, rodzeństwo M. i my stworzyliśmy zespół najwspanialszych kolędników, jakich świat słyszał, śpiewając na przemian polskie i słowackie kolędy :). A wcześniej zjedliśmy razem świąteczny obiad i spałaszowaliśmy polskie i słowackie ciasta :). Wyjątkowe i niezapomniane chwile. Jak całe tegoroczne święta.

Gdy byłam w ciąży, najgorsze, co mogłam usłyszeć, to: „będziecie mieli super prezent na święta” (tak, powtarzano mi to bardzo często ;)). Nie lubiłam tego, bo nikt nie mógł przewidzieć, kiedy nasz syn zdecyduje się na wyjście. Jednakże kiedy 14 grudnia wieczorem podjął decyzję, że na niego pora, te słowa zaczęły nabierać znaczenia. Tym najwspanialszym prezentem świątecznym nie okazał się jednak on sam, ale cała nasza rodzina (oczywiście z synem włącznie :)) – razem.




Keď sme sa pred štyrmi rokmi s M. vzali, bolo nám jasné, že Vianoce a Veľkú Noc budeme tráviť raz v Poľsku a raz na Slovensku, raz s jednou rodinou, raz s tou druhou. Nie, nie preto, že je to tak „spravodlivé”. Preto, že ľúbime jedných aj druhých, preto, že je nám blízka a je pre nás dôležitá tak poľská, ako aj slovenská tradícia a napokon preto, že jednoducho nám chýbajú naše krajiny.

Tento rok sme mali Vianoce oslavovať v Poľsku. Odkedy som však otehotnela, bolo jasné, že po prvýkrát budeme musieť ustúpiť od našich prvotných manželských dohôd, pretože termín pôrodu bol určený na 19.12. Nebolo to pre mňa ľahké, keďže kvôli tehotenstvu sa predo mnou črtala perspektíva trávenia niekoľkých dlhých mesiacov na Slovensku bez možnosti navštíviť môj rodný kraj.

Od svojich rodičov som však dostala ten najkrajší vianočný darček, po akom som mohla túžiť. Povedali, že prídu na sviatky do Bratislavy. Mama ich tiež mala organizovať. Niekto nezainteresovaný môže povedať: „okej”. Ale pre mňa to nebolo jednoducho „okej”, pre mňa to bolo výnimočné. Pretože moji rodičia sú tradicionalisti. Lebo nikdy netrávili Vianoce mimo domu a už vôbec nie v zahraničí. Lebo v Trojmeste sú dve moje staré mamy, s ktorými sa cez Vianoce stretávajú, je tam môj brat, sú tam ich súrodenci. A predsa sa rozhodli, že sa toho všetkého vzdajú, aby sa mohli stretnúť s nami. Aby sme mali naše „poľské Vianoce”, keď už na tento rok pripadli. Aby nám pomohli s deťmi, keď sa nám narodí syn. Jednoducho, aby s nami boli.

Náš syn, malý DJ sa narodil 15.12. 20.12., po troch týždňoch pobytu u svokrovcov (lebo bývajú bližšie nemocnice) a takmer týždni v nemocnici sme sa konečne vrátili domov. Tie 4 týždne mimo domu boli pre mňa neuveriteľne dlhé. O to krajší bol návrat, zvlášť, že doma už na nás čakali moji rodičia.

A sviatky? Na našom bratislavskom stole síce chýbali tatove obľúbené ryby (ale „zajednal” si ich po návrate domov u svojej sestry, takže nemám veľké výčitky svedomia ;)), ale bol na ňom baršč s pirôžkami, pečený losos (špeciálne jedlo pre dojčiacu matku :)), rybacie fašírky, makové pupáky... Bola oplátka, seno pod obrusom aj voľné miesto pri stole. Nebojte sa, nechýbali ani slovenské tradície :). Vo väčšej miere to však boli poľské sviatky, hoc aj nie v Poľsku, pretože slovenské sviatky sme koniec koncov strávili minulý rok u svokrovcov :).

To však nebol koniec výnimočných udalostí. Lebo vďaka rozhodnutiu mojich rodičov o príchode k nám sa pred nami otvorila ešte jedna úžasná príležitosť – aspoň raz v živote (lebo ťažko si predstaviť, že by sa taká príležitosť ešte mohla zopakovať :)) stráviť Vianoce aj s jednými, aj s druhými rodičmi. Kto z Vás žije v medzinárodnom vzťahu, vie, ako to býva :). Vždy som závidela známym, ktorí majú rodičov a svokrovcov v okruhu do hodiny cesty autom. My by sme sa museli čertovsky posnažiť, aby sme prvý sviatok vianočný strávili na Pobreží a druhý v Trenčianskom kraji ;). A tento rok? Na druhý sviatok vianočný sme s mojimi rodičmi, svokrovcami a súrodencami M. vytvorili skupinu najúžasnejších koledníkov, akých kedy svet počul, pričom sme spievali striedavo poľské a slovenské koledy :). No a predtým sme spolu zjedli sviatočný obed a maškrtili na poľských aj slovenských koláčikoch :). Výnimočné a nezabudnuteľné chvíle. Ako celé tohtoročné sviatky.

Keď som bola tehotná, to najhoršie, čo som mohla počuť, bolo: „budete mať super darček pod stromček” (áno, počula som to veľmi často ;)). Nepáčilo sa mi to, lebo nikto nemohol predpokladať, kedy sa náš syn rozhodne prísť na svet. Keď sa však 14.12. v noci rozhodol, že už prišiel jeho čas, tie slová začali dávať zmysel. Tým najúžasnejším vianočným darčekom však nebol on sám, ale celá naša rodina (samozrejme, vrátane synka) – spolu.


piątek, 27 listopada 2015

Drugi raz / Druhý raz

- Jak się czujesz na Słowacji?
- Odnalazłaś się tutaj?
- Pewnie jeszcze nie przywykłaś?
- Tęsknisz za Polską?
- Gdzie ci było lepiej?

Hmmmm…………………………………………………………….

Te pytania to w ostatnim czasie mój chleb powszedni. Pytają różni ludzie. Pytają Polacy, pytają Słowacy, pytają bliżsi, pytają dalsi znajomi. A większość z nich zapomina o zasadniczej kwestii -  że ja nie zamieszkałam na Słowacji po raz pierwszy.
Ok, Bratysława to nie Nitra, życie z 3-letnią córką i w zaawansowanej ciąży to nie życie bez dzieci. Ale Słowacja to Słowacja. Język się nie zmienił, ludzie wokół (generalnie) się nie zmienili, zwyczaje i zawartość półek sklepowych też nie.

Drugi raz na Słowacji to nie to samo, co pierwszy. Drugi raz tutaj to zupełnie inna historia, niż kiedy przeprowadziłam się w 2011 roku. Tym razem już wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Wiedziałam, w co wchodzę, wiedziałam, do czego WRACAM. Poza tym w czasie, który spędziłam w Polsce, nie próżnowałam, nie byłam odcięta od słowackiej rzeczywistości, od słowackiej kultury. Ja w niej cały czas żyłam. Ok, ta słowacka kultura w moim domu jest wymieszana w zgrabną całość z polską tradycją, ale wyraźnie da się wyczuć poszczególne smaki. Ja trochę wróciłam na swoje, chociaż do innego miasta i do innego domu.

Jasne, że w nowym mieście trzeba sobie wydeptać nowe ścieżki. Ale nie zaskakują mnie wypowiedzi polityków – bo przecież już ich poznałam. Nie jest dla mnie nowością Miro Žbirka czy Marika Gombitová w radiu, bo już ich słyszałam. Nie zaskakują ceny kawy w kawiarni (na Słowacji często niższe niż w Polsce! :)), bo już niejedną kawę na Słowacji wypiłam.

Niedawno znajoma „polska paryżanka”, która przeprowadziła się na Słowację przed miesiącem, rozpaczała, że nie znalazła w sklepie mąki ziemniaczanej i z klusek śląskich wyszło… co wyszło ;). Przypomniała mi tym opisem moje własne doświadczenie – ale sprzed 4 lat. Przeżyłam to samo, tylko nie porywałam się na kluski śląskie, a placki ziemniaczane. Dziś już wiem, że mąki ziemniaczanej trzeba szukać w kartoniku pod nazwą „Solamyl”. Żadne zaskoczenie. Jeszcze inny przykład? Przyznaję, do dziś drażni mnie, że w słowackim kiosku większość babskich pism jest po czesku – ale „drażni” to coś zupełnie innego niż „szokuje”, jak było za pierwszym razem, gdy to odkryłam. Na słowackiej mszy modlę się po słowacku, w słowackiej restauracji przeglądam słowackie menu, słowacki telefon odbieram, mówiąc „prosim”.

Nie zrozumcie mnie źle, bardzo doceniam troskę ludzi bliskich, doceniam, że i dalsi znajomi mają świadomość zmiany, która zaszła w życiu mojej rodziny i okazują zainteresowanie. To naprawdę bardzo, bardzo miłe i dużo fajniejsze niż obojętność. Ale drugi raz to nie to samo, co pierwszy. Nie czuję się już taka obca.

A odpowiedzi na 2 ostatnie pytania? Te są i będą oczywiste z tej prostej przyczyny, że jestem Polką i Polką zostanę. Co jednak nie przeszkadza mi czuć się w jakiejś (większej niż mniejszej) części „słowacko”. I tak jest dobrze.



PS. Trzymajcie za mnie kciuki. Grudniowy post z pewnością napiszę już jako mama dwójki dzieci :).


- Ako sa cítiš na Slovensku?
- Našla si si tam svoje miesto?
- Asi si si ešte nezvykla, však?
- Je ti smutno za Poľskom?
- Kde ti bolo lepšie?

Hmmmm…………………………………………………………….

Tieto otázky sú v posledných dňoch mojim každodenným chlebom. Pýtajú sa rôzni ľudia. Pýtajú sa Poliaci, pýtajú sa Slováci, pýtajú sa blízki aj vzdialenejší známi. Ale väčšina z nich zabúda na zásadnú vec – že nebývam na Slovensku prvý raz.
Ok, Bratislava nie je Nitra, život s trojročnou dcérkou v pokročilom tehotenstve nie je život bez detí. Ale Slovensko je Slovensko. Jazyk sa nezmenil, ľudia okolo mňa sa (vo všeobecnosti) nezmenili, zvyky ani tovary na regáloch v obchode tiež nie.

Druhý raz na Slovensku – to nie je také isté ako prvý raz. Druhý raz – to je celkom iný príbeh v porovnaní s tým, ako keď som sa sem presťahovala v roku 2011. Teraz som už vedela, čo môžem očakávať. Vedela som, do čoho idem, vedela som, kam sa VRACIAM. Okrem toho, kým som bola v Poľsku, nezanedbávala som Slovensko, nebola som odstrihnutá od slovenskej reality, od slovenskej kultúry. Celý čas som v nej žila. Ok, tá slovenská kultúra je u nás doma vymiešaná do elegantného celku s poľskou tradíciou, ale možno vycítiť jej jednotlivé príchute. Trochu som sa vrátila na svoje, hoci do iného mesta a iného domu.

Jasné, že v novom meste si treba spraviť nové chodníčky. Ale neprekvapujú ma vyhlásenia politikov – veď predsa ich už poznám. Nie sú pre mňa novinkou Miro Žbirka či Marika Gombitová v rádiu, lebo už som ich počula. Neprekvapujú ma ceny kávy v kaviarňach (na Slovensku často nižšie ako v Poľsku! :)), lebo už som na Slovensku vypila nejednu kávu.

Nedávno bola moja známa, „poľská Parížanka”, ktorá sa presťahovala na Slovensko pred mesiacom, nešťastná, pretože nenašla v obchode zemiakovú múku a zo sliezskych halušiek (kluski śląskie, tradičné poľské jedlo) vyšlo to, čo vyšlo ;). Pripomenula mi tým moju vlastnú skúsenosť – ale spred 4 rokov. Zažila som to isté, len som sa nechystala na kluski śląskie, ale na zemiakové placky. Dnes už viem, že zemiakovú múku treba hľadať v krabičke s názvom „Solamyl”. Nič prekvapujúce. Ešte iný príklad? Priznám sa, dodnes ma dráždi, že v slovenskom stánku je väčšina babských časopisov po česky – ale „dráždi” znamená niečo celkom iné ako „šokuje”, ako to bolo na začiatku, keď som na to prišla. Na slovenskej omši sa modlím po slovensky, v slovenskej reštaurácii si prezerám slovenské menu, slovenský telefón dvíham so slovom „prosím”.

Nechápte ma zle, veľmi si vážim starostlivosť blízkych, vážim si, že aj vzdialenejší známi si uvedomujú zmenu, ktorá nastala v živote mojej rodiny a preukazujú mi záujem. To je skutočne veľmi, veľmi milé, oveľa lepšie ako ľahostajnosť. Ale druhý raz to nie je to isté ako prvý. Necítim sa tak cudzo.

A odpovede na dve posledné otázky? Tie sú aj budú samozrejmé z toho jednoduchého dôvodu, že som Poľka a Poľkou aj zostanem. To mi však nebráni cítiť sa v istej (skôr väčšej ako menšej) časti „slovensko”. A tak je to dobre.


P.S. Držte mi palce. Decembrový post už budem písať ako matka dvoch detí :).