poniedziałek, 29 lutego 2016

Rok temu o tej porze / Pred rokom o tomto čase

Rok temu o tej porze pisałam na moim blogu o tym, jak się polubić z przeprowadzkami (o tu). A wiecie, ile razy w życiu już się przeprowadzałam? Sześć. I to pewnie nie koniec. Choć czuję w kościach, że najbliższa przeprowadzka nie jest wcale tak blisko.

Przeprowadzka przeprowadzce nierówna. Inaczej było, gdy miałam lat 8 (to przeprowadzka nr 1 i błoga nieświadomość), inaczej, gdy wyjeżdżałam na studia (to nr 2, pierwsze koty za płoty), a inaczej, gdy musiałam szykować do wyjazdu całą swoją rodzinę (numery 5 i 6, zabawa na całego). W trakcie tej ostatniej przeprowadzki podtrzymywano mnie na duchu, powtarzając pytanie: „ile wy macie tych rzeczy?!” (może przydałoby się więcej wykrzykników ;)). Najczęściej powtarzała to zdanie… moja mama (przesyłam buziak dla szanownej rodzicielki, w której mam wierną czytelniczkę :*). W pewnym momencie podchwycił je mój mąż, przerażony liczbą kartonów do przewiezienia. Było ich sporo, przyznaję. Ale przeprowadzaliśmy się z całym dobytkiem. Czy było ich za dużo?

Jestem tradycjonalistką, kto z was zagląda tu regularnie, zdążył się już pewnie zorientować. Rodzina to ostoja. Dom ma być przytulny, emanujący ciepłem i otwarty na przyjaciół (powtarzam się, ale cóż… :)). Kanapa w dużym pokoju musi być wygodna, w szafie musi się znaleźć zapasowa kołdra i ręcznik dla gościa. Stół obowiązkowo duży, w kuchni dość talerzy, by podjąć całą (sporą) rodzinę. Jak w lodówce nie ma już naprawdę niczego, to chleb dla zgłodniałego wędrowca musi się znaleźć, do tego gorąca kawa czy herbata. Aaa, i na półkach musi stać duuuużo książek. Przeczytanych, do przeczytania, pożyczonych, do pożyczenia, takich do długich dyskusji i takich, o których gadać się nie chce. Tak być musi i kropka. Taką mam wizję świata ;). A przynajmniej taką mam wizję własnego domu i szeroko pojętej rodziny, obejmującej nie tylko rodziców czy rodzeństwo, ale i przyjaciół.

I tu znowu wracam do postawionego wcześniej pytania – czy tych kartonów przeprowadzkowych było za dużo? Nie. Na mojego męża działał najlepiej taki obrazowy argument: „Kochanie, wyobraź sobie, że przeprowadzają się nasze mamy – ze swoimi wielkimi domami, pełnymi strychami/piwnicami i ponad trzydziestoma latami życia rodzinnego” ;). A tak zupełnie poważnie - z jednej strony każdy kolejny karton silniej wiąże z miejscem jego rozpakowywania. To taki wbity w nowy dom gwóźdź,  przy którego wyciąganiu trzeba się potem nieźle napocić. Z drugiej strony – mój dom, gdziekolwiek by nie był, musi pozostać domem. Miejscem, do którego będę chciała wracać, do którego przyjaciele będą chcieli przyjeżdżać, w którym moje dzieci będą się czuły bezpiecznie. Nie jest łatwo pogodzić tę tymczasowość naszych decyzji z pragnieniem stałości życia rodzinnego. Ale ja nie umiem i nie chcę umieć spakować jedną walizkę i zostawić wszystko za sobą, wędrując w kolejne miejsce. Ja nie chcę się odcinać, odrzucać, opuszczać. Ja chcę nadbudowywać, dostawiać, łączyć. Bo taka po prostu jestem.

Przeprowadzka nr 5 / Stahovanie c. 5

Pred rokom o tomto čase som písala na svojom blogu o tom, ako sa skamarátiť so sťahovaním (presne tu). A viete, koľkokrát som sa už v živote sťahovala? Šesť. A to ešte zrejme nie som na konci. Hoci cítim v kostiach, že najbližšie sťahovanie vôbec nie je blízko.

Nie je sťahovanie ako sťahovanie. Iné to bolo, keď som mala 8 rokov (sťahovanie č. 1 a šťastná nevedomosť), iné, keď som odišla študovať (č. 2, prvá vedomá skúsenosť) a iné, keď som musela chystať na výjazd celú svoju rodinu (č. 5 a 6, poriadna zábava). Počas toho posledného sťahovania ma podporovali pomocou opakujúcej sa otázky: „koľko vy máte tých vecí?!” (možno by sa zišlo viac výkričníkov ;)). Najčastejšie tú vetu opakovala... moja mama (posielam pusu drahej rodičke, v ktorej mám vernú čitateľku :*). V istom momente sa jej chytil aj môj manžel, zaskočený množstvom krabíc, ktoré bolo treba previezť. Bolo ich veľa, priznávam. Ale sťahovali sme sa so všetkými našimi vecami. Bolo ich priveľa?

Som tradicionalistka, kto číta moje príspevky pravidelne, určite už o tom vie. Rodina je útočisko. Domov má byť prítulný, vyžarujúci teplo a otvorený pre priateľov (opakujem sa, ale čo už... :)). Pohovka v obývačke musí byť pohodlná, v skrini musí byť ďalšia prikrývka a uterák pre hosťa. Stôl má byť veľký, v kuchyni dosť tanierov, aby som mohla prijať celú (veľkú) rodinu. Keď v chladničke už skutočne nič nie je, musí sa nájsť aspoň kúsok chleba pre vyhladnutého pocestného, a k nemu aspoň horúca káva či čaj. Ááá, na poličkách musí byť mnoho kníh. Prečítaných, čakajúcich na prečítanie, požičaných, určených na požičanie, takých na dlhé diskusie i takých, o ktorých radšej nehovoriť. Tak to musí byť a bodka. Taká je vízia môjho sveta ;). Alebo prinajmenšom takú mám víziu svojho domova a široko chápanej rodiny, zahŕňajúcej nielen rodičov a súrodencov, ale tiež priateľov.

A tak sa opäť vraciam k otázke položenej pred chvíľou – bolo tých krabíc pri sťahovaní priveľa? Nie. Na môjho manžela najlepšie fungoval takýto obrazový argument: „Miláčik, predstav si, že by sa sťahovali naše mamy – so svojimi veľkými domami, plnými povalami/pivnicami a viac ako tridsiatimi rokmi rodinného života” ;). A teraz úplne vážne – na jednej strane, každá ďalšia krabica čoraz viac púta k miestu, kde je vybalená. Je to taký klinec zatlčený do nového domova, pri ktorom sa človek riadne zapotí, keď ho chce opäť vytiahnuť. Na druhej strane – môj domov, kdekoľvek by mal byť, musí zostať domovom. Miestom, kam sa budem chcieť vracať, kam budú chcieť prichádzať priatelia, v ktorom sa moje deti budú cítiť bezpečne. Nie je ľahké zosúladiť dočasnosť našich rozhodnutí s túžbou po stálosti rodinného života. Ale ja neviem a nechcem vedieť zbaliť svoje veci do jedného kufra a nechať  všetko za sebou, putujúc na ďalšie miesto. Nechcem sa odpútavať, uvoľňovať, opúšťať. Chcem pristavovať, nadstavovať, spájať. Taká jednoducho som. 

sobota, 30 stycznia 2016

Dziewczyna znad morza / Dievča sponad mora

W niedzielę mam okrągłe urodziny. Nie dwudzieste, nie czterdzieste. A jeszcze kilka godzin temu wpadła do mnie w odwiedziny prawie 39-stopniowa gorączka. Zabójcza kombinacja ;). Ale piszę. Jest piątek po południu, ja ubrana w pidżamę, z rumieńcami na twarzy –pozostałościami wysokiej temperatury, siedzę w łóżku z komputerem na kolanach i rozmyślam.

Znalazłam się w takim miejscu w życiu, którego nie mogłam przewidzieć. Skłamałabym, gdybym napisała, że nie marzyłam o mężu, dzieciach, fajnej pracy. Ale na pewno nigdy w życiu nawet przez myśl mi nie przeszło, że wyjdę za obcokrajowca, że moje dzieciaki będą dwujęzyczne i że odnajdę się w pracy tłumacza. Te wydarzenia wiążą się z czymś jeszcze…

Kilkoro moich znajomych mieszka za granicą, kilkoro wspominało, że chciałoby żyć za granicą, że planują wyjazd. Przyznam, że słucham ich opowieści z wielkim zainteresowaniem. Zawsze bardzo ciekawią mnie ich motywacje i punkt widzenia, bo… jak dobrze wiecie, ja za granicą nigdy nie chciałam się znaleźć na stałe. Tymczasem żyję na Słowacji i muszę sobie z tym radzić. A radzę sobie, jak umiem.

Ostatnio po jakiejś większej scenie buntowniczo-krzycząco-piszczącej w wykonaniu mojej córki napisałam do mojego męża (który siedział w pracy), że najchętniej kupiłabym bilet na pociąg i pojechała na Wybrzeże. A jego to dotknęło. Tylko czy coś w tym niewłaściwego? Dla mnie nie. Bo tęsknię. Bo na Wybrzeżu są moi rodzice, babcie, brat, mnóstwo dalszej rodziny. Bo jak potrzebuję wsparcia czy zwykłego oddechu, to właśnie u nich mogę je znaleźć. Bo tam, nad morzem, jest dwadzieścia lat mojego życia, znajome kąty, znajome widoki. Nie chcę zapomnieć. Czy to znaczy, że niewystarczająco pożegnałam się z moim domem rodzinnym? Niewystarczająco odcięłam od czasów, gdy jeszcze nie byłam żoną i mamą? A czy w ogóle muszę? Coś w tym jest, że czy się ma dwadzieścia lat, czy pięćdziesiąt, to chyba zawsze wraca się do swojego domu rodzinnego z radością, z nostalgią. A gdy zaskoczy w życiu burza z piorunami, to tam na pewno można znaleźć schronienie. I dobrze mi z tą świadomością.

Mam kochającego męża, fantastyczne dzieciaki, ciepły dom, otwarty dla przyjaciół. Na Słowacji. Tu jest teraz moje miejsce. Mam już pierwsze kontakty z Polonią za sobą, będę szukać kolejnych. Przede mną ciągle sporo wyzwań, widzę kilka braków czy niedociągnięć w swoim życiu, widzę kilka sukcesów. Mam marzenia i plany, które próbuję osadzać w otaczającej mnie rzeczywistości. Ale cieszę się, że tych punktów zaczepienia jest więcej niż tylko w promieniu 100 kilometrów. I że – choć kotwicę zarzuciłam w Bratysławie – w razie potrzeby i bez nawigacji znajdę drogę nad morze.


V nedeľu mám okrúhle narodeniny. Ani dvadsiate, ani štyridsiate. A ešte pred niekoľkými hodinami ma navštívila takmer 39-stupňová horúčka. Zabijácka kombinácia ;). Ale píšem. Je piatok popoludní, sedím oblečená v pyžame, s rumencom na tvári – pozostatky vysokej teploty, sedím v posteli s počítačom na kolenách a premýšľam.

Ocitla som sa na takom mieste v živote, aké som nemohla predpokladať. Klamala by som, keby som napísala, že som nesnívala o manželovi, deťoch, dobrej práci. Ale určite mi nikdy v živote ani len nezišlo na um, že sa vydám za cudzinca, že moje deti budú dvojjazyčné a budem sa realizovať v práci prekladateľa. Tie skutočnosti sú spojené ešte s niečím...

Niekoľko mojich známych býva v zahraničí, niektorí nadhodili, že by chceli v zahraničí žiť, že plánujú vycestovať. Priznám sa, že počúvam ich plány s veľkým záujmom. Vždy som zvedavá na ich motiváciu a uhol pohľadu, pretože... ako dobre viete, ja som sa nikdy nechcela ocitnúť navždy v zahraničí. Jednako však žijem na Slovensku a musím si s tým poradiť. A robím to ako viem.

Nedávno som po nejakej väčšej buričsko-ukričanej-upišťanej scéne v podaní mojej dcéry napísala môjmu manželovi (ktorý sedel v práci), že by som si najradšej kúpila lístok na vlak a vycestovala k rodičom. Jeho sa to dotklo. Ale je na tom niečo nevhodné? Pre mňa nie. Lebo je mi smutno. Lebo tam na pobreží sú moji rodičia, staré mamy, brat, celá rodina. Lebo keď potrebujem podporu či obyčajný oddych, práve u nich to môžem nájsť. Lebo tam, nad morom, je dvadsať rokov môjho života, známe miesta, známe výhľady. Nechcem zabudnúť. Znamená to, že som sa nedostatočne rozlúčila so svojim rodným domom? Nedostatočne som sa odtrhla od čias, keď som ešte nebola manželkou a matkou? A či to vôbec musím urobiť? Niečo na tom je, že či má človek dvadsať, či päťdesiat, vždy sa vracia do svojho rodného domu s radosťou, s nostalgiou. A keď ho v živote prekvapí búrka s bleskami tam môže naisto nájsť útočište. S tým vedomím je mi dobre.

Mám milujúceho manžela, fantastické deti, príjemný dom, otvorený pre priateľov. Na Slovensku. Tu je teraz moje miesto. Prvé kontakty s Poloniou (organizácia pre Poliakov žijúcich v zahraničí) mám už za sebou, budem hľadať ďalšie. Predo mnou stále stojí mnoho výziev, vidím vo svojom živote niekoľko nedostatkov či nedokončených vecí, vidím zopár úspechov. Mám sny a plány, ktoré skúšam zasadiť do reality, v ktorej žijem. Ale teším sa, že tie pevné body nie sú len v rozmedzí 100 kilometrov. A že – hoci som zakotvila v Bratislave – v prípade potreby bez navigácie nájdem cestu nad more. 

czwartek, 31 grudnia 2015

Rodzina / Rodina

Kiedy przed 4 laty pobraliśmy się z M., jasne było dla nas, że Boże Narodzenie i Wielkanoc będziemy spędzać raz w Polsce, raz na Słowacji, raz z jedną rodziną, raz z drugą. Nie, nie dlatego, że tak jest „sprawiedliwie”. Dlatego, że kochamy jednych i drugich, dlatego, że bliska i ważna jest dla nas zarówno polska, jak i słowacka tradycja i wreszcie dlatego, że zwyczajnie tęsknimy – ja za Polską, M. za Słowacją.

W tym roku święta Bożego Narodzenia „wypadały” w Polsce. I od kiedy zaszłam w ciążę, było wiadomo, że po raz pierwszy będziemy musieli odstąpić od naszych pierwotnych małżeńskich ustaleń, bo termin porodu został wyznaczony na 19 grudnia. Nie było to dla mnie łatwe, zwłaszcza że z racji ciąży miałam w perspektywie spędzenie na Słowacji kilku długich miesięcy bez odwiedzin w domu rodzinnym.

Tymczasem dostałam od moich rodziców najpiękniejszy prezent świąteczny, jaki mogłam sobie wymarzyć. Powiedzieli, że przyjadą na święta do Bratysławy. Mama miała się też zająć ich organizacją. Ktoś z boku może powiedzieć: „fajnie”. Ale dla mnie to nie było po prostu fajne, dla mnie to było wyjątkowe. Bo moi rodzice są tradycjonalistami. Bo nigdy w życiu nie spędzali Bożego Narodzenia poza domem, a już tym bardziej za granicą. Bo w Trójmieście są dwie moje babcie, z którymi spotykają się w święta, jest mój brat, jest ich rodzeństwo. A podjęli decyzję, że zrezygnują z tego wszystkiego, by spotkać się z nami. Żebyśmy mieli nasze „polskie święta”, skoro takie miały być w tym roku. Żeby pomóc nam z dziećmi, gdy urodzi się nasz syn. Żeby po prostu z nami być.

Nasz syn, mały DJ., przyszedł na świat 15 grudnia. 20 grudnia, po 3 tygodniach pobytu u teściów (bo bliżej szpitala) i prawie tygodniu w szpitalu nareszcie wróciliśmy do domu. Te 4 tygodnie poza domem dłużyły mi się niemiłosiernie. Tym wspanialszy był powrót; zwłaszcza, że w domu czekali już na nas moi rodzice.

A święta? Na naszym bratysławskim stole nie było wprawdzie ulubionych ryb taty (ale „zamówił” je sobie po powrocie do domu u swojej siostry, więc nie mam nadmiernych wyrzutów sumienia ;)), był za to barszcz z knyszami, pieczony łosoś (specjalnie dla matki karmiącej :)), klopsy rybne, kluski z makiem… Był opłatek, sianko pod obrusem i wolne miejsce przy stole. Spokojnie, nie zabrakło też słowackich tradycji :). Jednakże w większej mierze były to polskie święta, choć nie w Polsce, bo w końcu słowackie spędziliśmy przed rokiem u teściów :).

To jednak nie był koniec wyjątkowych wydarzeń. Bo dzięki decyzji moich rodziców o przyjeździe do nas otworzyła się przed nami jeszcze jedna niesamowita szansa – by choć raz w życiu (bo trudno sobie wyobrazić, że taka okazja może się jeszcze kiedyś powtórzyć :)) spędzić święta Bożego Narodzenia zarówno z jednymi, jak i drugimi rodzicami. Kto z was żyje w międzynarodowym związku, ten wie, jak to jest :). Zawsze zazdrościłam znajomym, którzy mają rodziców i teściów w zasięgu godziny drogi samochodem. My byśmy musieli się diabelnie postarać, by pierwszy dzień świąt spędzić na Wybrzeżu, a drugi w województwie trenczyńskim ;). A w tym roku? W drugi dzień świąt moi rodzice, moi teściowie, rodzeństwo M. i my stworzyliśmy zespół najwspanialszych kolędników, jakich świat słyszał, śpiewając na przemian polskie i słowackie kolędy :). A wcześniej zjedliśmy razem świąteczny obiad i spałaszowaliśmy polskie i słowackie ciasta :). Wyjątkowe i niezapomniane chwile. Jak całe tegoroczne święta.

Gdy byłam w ciąży, najgorsze, co mogłam usłyszeć, to: „będziecie mieli super prezent na święta” (tak, powtarzano mi to bardzo często ;)). Nie lubiłam tego, bo nikt nie mógł przewidzieć, kiedy nasz syn zdecyduje się na wyjście. Jednakże kiedy 14 grudnia wieczorem podjął decyzję, że na niego pora, te słowa zaczęły nabierać znaczenia. Tym najwspanialszym prezentem świątecznym nie okazał się jednak on sam, ale cała nasza rodzina (oczywiście z synem włącznie :)) – razem.




Keď sme sa pred štyrmi rokmi s M. vzali, bolo nám jasné, že Vianoce a Veľkú Noc budeme tráviť raz v Poľsku a raz na Slovensku, raz s jednou rodinou, raz s tou druhou. Nie, nie preto, že je to tak „spravodlivé”. Preto, že ľúbime jedných aj druhých, preto, že je nám blízka a je pre nás dôležitá tak poľská, ako aj slovenská tradícia a napokon preto, že jednoducho nám chýbajú naše krajiny.

Tento rok sme mali Vianoce oslavovať v Poľsku. Odkedy som však otehotnela, bolo jasné, že po prvýkrát budeme musieť ustúpiť od našich prvotných manželských dohôd, pretože termín pôrodu bol určený na 19.12. Nebolo to pre mňa ľahké, keďže kvôli tehotenstvu sa predo mnou črtala perspektíva trávenia niekoľkých dlhých mesiacov na Slovensku bez možnosti navštíviť môj rodný kraj.

Od svojich rodičov som však dostala ten najkrajší vianočný darček, po akom som mohla túžiť. Povedali, že prídu na sviatky do Bratislavy. Mama ich tiež mala organizovať. Niekto nezainteresovaný môže povedať: „okej”. Ale pre mňa to nebolo jednoducho „okej”, pre mňa to bolo výnimočné. Pretože moji rodičia sú tradicionalisti. Lebo nikdy netrávili Vianoce mimo domu a už vôbec nie v zahraničí. Lebo v Trojmeste sú dve moje staré mamy, s ktorými sa cez Vianoce stretávajú, je tam môj brat, sú tam ich súrodenci. A predsa sa rozhodli, že sa toho všetkého vzdajú, aby sa mohli stretnúť s nami. Aby sme mali naše „poľské Vianoce”, keď už na tento rok pripadli. Aby nám pomohli s deťmi, keď sa nám narodí syn. Jednoducho, aby s nami boli.

Náš syn, malý DJ sa narodil 15.12. 20.12., po troch týždňoch pobytu u svokrovcov (lebo bývajú bližšie nemocnice) a takmer týždni v nemocnici sme sa konečne vrátili domov. Tie 4 týždne mimo domu boli pre mňa neuveriteľne dlhé. O to krajší bol návrat, zvlášť, že doma už na nás čakali moji rodičia.

A sviatky? Na našom bratislavskom stole síce chýbali tatove obľúbené ryby (ale „zajednal” si ich po návrate domov u svojej sestry, takže nemám veľké výčitky svedomia ;)), ale bol na ňom baršč s pirôžkami, pečený losos (špeciálne jedlo pre dojčiacu matku :)), rybacie fašírky, makové pupáky... Bola oplátka, seno pod obrusom aj voľné miesto pri stole. Nebojte sa, nechýbali ani slovenské tradície :). Vo väčšej miere to však boli poľské sviatky, hoc aj nie v Poľsku, pretože slovenské sviatky sme koniec koncov strávili minulý rok u svokrovcov :).

To však nebol koniec výnimočných udalostí. Lebo vďaka rozhodnutiu mojich rodičov o príchode k nám sa pred nami otvorila ešte jedna úžasná príležitosť – aspoň raz v živote (lebo ťažko si predstaviť, že by sa taká príležitosť ešte mohla zopakovať :)) stráviť Vianoce aj s jednými, aj s druhými rodičmi. Kto z Vás žije v medzinárodnom vzťahu, vie, ako to býva :). Vždy som závidela známym, ktorí majú rodičov a svokrovcov v okruhu do hodiny cesty autom. My by sme sa museli čertovsky posnažiť, aby sme prvý sviatok vianočný strávili na Pobreží a druhý v Trenčianskom kraji ;). A tento rok? Na druhý sviatok vianočný sme s mojimi rodičmi, svokrovcami a súrodencami M. vytvorili skupinu najúžasnejších koledníkov, akých kedy svet počul, pričom sme spievali striedavo poľské a slovenské koledy :). No a predtým sme spolu zjedli sviatočný obed a maškrtili na poľských aj slovenských koláčikoch :). Výnimočné a nezabudnuteľné chvíle. Ako celé tohtoročné sviatky.

Keď som bola tehotná, to najhoršie, čo som mohla počuť, bolo: „budete mať super darček pod stromček” (áno, počula som to veľmi často ;)). Nepáčilo sa mi to, lebo nikto nemohol predpokladať, kedy sa náš syn rozhodne prísť na svet. Keď sa však 14.12. v noci rozhodol, že už prišiel jeho čas, tie slová začali dávať zmysel. Tým najúžasnejším vianočným darčekom však nebol on sám, ale celá naša rodina (samozrejme, vrátane synka) – spolu.