piątek, 31 sierpnia 2018

Co powie tata / Na to je tato


Jest w sierpniu coś takiego, co sprawia, że nie lubię tego miesiąca. Nadchodzi to pomalutku, rośnie, rośnie, rośnie, by osiągnąć swoje apogeum ostatniego dnia. Czyli dzisiaj. Koniec wakacji i powrót do natłoku codziennych obowiązków? Nadchodząca jesień? Zmęczenie powyjazdowe? Nieutulona jeszcze w pełni tęsknota za domem? Pewnie wszystko po trochu. Tak czy siak siedzę właśnie sama na kanapie i posyłam temu sierpniowemu potworowi bardzo krzywy uśmiech.

A przecież sam miesiąc przyniósł tyle pięknych rzeczy. Stało się, po kilku (za długich) latach doczekałam się wreszcie porządnego instrumentu klawiszowego. Wymieniliśmy dla niego kanapę, przemeblowaliśmy cały salon, pozbyliśmy się całkiem ładnej sumki pieniędzy jak na nasze możliwości, ale jest, stoi, cieszy oko i ucho (tylko czy to wszystko nie oznacza, że zostaniemy w Bratysławie jeszcze dłużej?). Pojechaliśmy też na wspaniałe rodzinne wakacje na Węgry (to mój ulubiony kierunek, za rok też jedziemy :)). 4 cudowne dni spędzone tylko z dzieciakami i M. na zwiedzaniu, kąpielach w basenie i obżeraniu się wakacyjnymi przysmakami. Oprócz tego M. zabrał mnie dość niespodziewanie na weekend do Holandii. Eindhoven było dla mnie totalnym odkryciem. Nie mogę powiedzieć, żeby powrót do petržalskiej architektury i komunikacji był potem łatwym przeżyciem ;).

A wszystkie te dni spędzone u słowackich dziadków? Radość dzieciaków, wieczne zabawy w ogrodzie, komfort niegotowania obiadów, gdy gotuje teściowa lub szwagierka ;). I 2 wspólne wyjazdy, do Trenczyńskich Cieplic i Nowej Wsi Spiskiej. Lubię patrzeć, gdy moje dzieci są szczęśliwe, a one są najszczęśliwsze, gdy są otoczone miłością – rodziców, dziadków, wujostwa…

Jedno, czego (kogo) miały mało, to… tata. I właściwie to o nim chciałabym dziś najwięcej napisać, choć nie wiem, czy będzie tym faktem uszczęśliwiony ;).

Z naszego domowego doświadczenia wynika, że – aby wychowanie dwukulturowe się udało – potrzebni są oboje rodzice. Po równo. I nie chodzi tu o po równo od linijki, po równo w znaczeniu lustrzanego odbicia. Chodzi o po równo w sensie zaangażowania, dania siebie dzieciom w takim zakresie, w jakim jest to możliwe. Jedną z cudownych cech M. jest absolutne przekonanie, że on jako ojciec nie jest w niczym gorszy niż ja jako matka, niczego mu nie brakuje i ze wszystkim sobie poradzi (i nie ma tu najmniejszego znaczenia fakt, że np. nie umie z pamięci powiedzieć, w której szufladzie DJ. ma skarpetki i nie wie, że MN. woli jogurt w osobnej miseczce, a nie wymieszany z owocami – bez tego też można sobie doskonale poradzić). Może dla niektórych z was brzmi to jak oczywista oczywistość, ale wierzcie mi, znam tatusiów, którzy sami przyznają, zostając z dziećmi, że „jednak mama to mama”. M. nie tylko by sobie na taki komentarz nie pozwolił, ale przede wszystkim – on by tak w ogóle nie pomyślał. I dzieciaki to czują, dzieciaki to wiedzą. Podobnie jest z jego nieobecnością – naszym dzieciom nie jest ona obojętna, pytają, chcą z tatą rozmawiać przez telefon, gdy wracają do taty, prawie zapominają o moim istnieniu, tak ważny jest dla nich tata. Pewnie już to pisałam, ale 2 lata, które M. spędził, pracując z domu, były dla MN. (która miała wtedy od 1 do 3 lat) absolutnie najlepszym prezentem, jaki mogła od niego otrzymać. Bo sama mama (gdy można inaczej) to za mało. Ja nie nauczę dzieci mówić poprawnie po słowacku (ani nie chcę posługiwać się z nimi tym językiem), nie przeczytam im bajki po słowacku, nie opowiem o słowackich tradycjach, nie zaserwuję wspomnień ze słowackiej szkolnej ławki. Nie, bo nie mogę, nie, bo nie potrafię, nie, bo nie chcę. Od tego jest moja słowacka połowa, od tego jest tata.

A jak to wszystko pomaga mi samej? Pomijając fakt, że uczy mnie, że nie muszę być „supermamą”, nie muszę wszystkiego robić, umieć, potrafić, pokazuje, jak zachować normalną, zdrową równowagę w domu, między mamą, tatą i dziećmi. Poza tym mi na obczyźnie zwyczajnie zaoszczędza trochę stresu w takich zwyczajnych codziennych sytuacjach, jak wizyta z dziećmi u lekarza (bo nasza pani doktor jest kochana, ale mówi strasznie szybko i czasem mam problem, żeby ją zrozumieć :D; dlatego fajnie gdy to M. chodzi tam z dziećmi) czy rozmowa z wychowawczynią w przedszkolu.

Podsumowując – tata w domu to wspaniała sprawa, i dla dzieci, i dla mamy ;). I jak tak o tym pomyślałam, to ten sierpień stał się odrobinę przyjemniejszy :D. Na koniec dla Was mały smaczek z dzisiejszego dnia, który mnie niesamowicie zachwycił – moja córka dla swojej pani z przedszkola napisała bajkę, zobaczcie zdjęcie. I jak tu nie być dumnymi rodzicami małej Słowianki? :)


"Raz v jednom kralovstve bivala krasna princezna ktora lubila luku. Pri kralovskom muzeum raz kedi princezna Ivka sia hrala na luke a trhala kveti... Dialšja rozpravka"


Na auguste je niečo také, čo spôsobuje, že ho nemám rada. Prichádza to pomaličky, rastie, rastie, rastie, a dosiahne vrchol v posledný augustový deň. Čiže dnes. Koniec prázdnin a návrat k pretlaku každodenných povinností? Prichádzajúca jeseň? Únava po všetkých výjazdoch? Ešte celkom neuspokojený smútok za domovom? Asi zo všetkého trošku. Tak či onak, práve sedím sama na gauči a posielam tej augustovej potvore krivý úsmev.

Tento mesiac však priniesol toľko pekných vecí. Podarilo sa, po niekoľkých (dlhých) rokoch som sa konečne dočkala poriadneho klávesového nástroja. Vymenili sme kvôli nemu sedačku, zmenili usporiadanie celej obývačky, zbavili sme sa na naše pomery celkom peknej sumy peňazí, ale je tu, stojí, teší oči aj uši (neznamená to však, že zostaneme v Bratislave ešte dlhšie?). Strávili sme tiež skvelé rodinné prázdniny v Maďarsku (je to moja obľúbená destinácia, o rok tiež pôjdeme :)). 4 nádherné dni strávené len s deťmi a M. poznávaním, kúpaním sa v bazéne a napchávaním sa prázdninovými pochúťkami. Okrem toho ma M. vzal dosť prekvapujúco na víkend do Holandska. Eindhoven pre mňa znamenal úplne nové odhalenie. Nemôžem povedať, že by bol pre mňa následný návrat do petržalskej architektúry a komunikácií ľahký ;).

A všetky tie dni strávené u slovenských starých rodičov? Radosť detí, večné zábavy v záhrade, to, že nebolo treba variť, keď to robila svokra alebo švagriná ;). A 2 spoločné výlety, do Trenčianskych Teplíc a Spišskej Novej Vsi. Rada sa dívam, keď sú moje deti šťastné, a ony sú najšťastnejšie, keď sú obklopené láskou – rodičov, starých rodičov, ujov a tiet...

To, čoho (koho) však mali málo, bol... tato. A práve o ňom by som dnes chcela najviac napísať, hoci neviem, či mu to urobí radosť ;).

Z našej vlastnej skúsenosti vyplýva, že ak chceme, aby sa dvojkultúrová výchova podarila, sú potrební obaja rodičia. Rovnako. Nejde o rovnosť v zmysle pravítka či zrkadlového obrazu. Ide o rovnosť v zmysle zapojenia sa, darovania sa deťom natoľko, nakoľko je to možné. Jednou z úžasných vlastností M. je totálne presvedčenie, že on ako otec nie je o nič horší odo mňa ako matky, nič mu nechýba a so všetkým si poradí (a nehrá pri tom ani najmenšiu rolu skutočnosť, že nevie napr. spamäti povedať, v ktorej zásuvke ma DJ. ponožky a nevie, že MN. má radšej jogurt v samostatnej mištičke a nie zmiešaný s ovocím – bez takýchto znalostí je možné si tiež dokonale poradiť). Možno je to pre mnohých z Vás absolútne samozrejmé, ale verte mi, poznám tatov, ktorí sami priznávajú, že „mama je predsa len mama”. M. by si nikdy taký komentár nedovolil, ale predovšetkým, v živote by si také niečo nepomyslel. A deti to cítia, deti to vedia. Podobné je to vtedy, keď s nimi nie je – jeho neprítomnosť im nie je ľahostajná, pýtajú sa naňho, chcú s ním hovoriť cez telefón, keď sa k nemu vracajú, takmer zabúdajú o mojej existencii, taký je pre nich dôležitý. Asi som to už písala, ale 2 roky, ktoré M. strávil prácou z domu boli pre MN. (ktorá mala vtedy 1-3 roky) absolútne najlepší darček, aký od neho mohla dostať. Lebo mama samotná (pokiaľ to nie je nevyhnutnosť) nestačí. Ja nenaučím deti hovoriť správne po slovensky (ani pred nimi slovenčinu nechcem používať), neprečítam im rozprávku po slovensky, neporozprávam o slovenských tradíciách, nepospomínam si na príbehy zo slovenskej školskej lavice. Nie, lebo nemôžem, lebo nedokážem, lebo nechcem. Na to je moja slovenská polovička, na to je tato.

A ako to pomáha mne samej? Okrem toho, že ma učí, že nemusím byť „supermama”, nemusím všetko robiť, všetko dokázať či vedieť, ukazuje aj to, ako zachovať normálnu, zdravú rovnováhu v domácnosti, medzi mamou, tatom a deťmi. Takisto mi v cudzine šetrí trochu stresu pri takých obyčajných každodenných situáciách ako je napr. návšteva s deťmi u lekára (lebo naša pani doktorka je zlatá, ale hovorí strašne rýchlo a niekedy mám problém jej rozumieť :D; preto je fajn, keď tam chodí M.) či rozhovor s učiteľkou v škôlke.

Keď si to všetko zrátam, tato doma je super vec, i pre deti, i pre mamu ;). A keď si tak na to pomyslím, hneď je ten august trošičku príjemnejší :D. Na koniec ešte malá chuťovka z dnešného dňa, ktorá ma neuveriteľne dostala – moja dcérka napísala rozprávku pre pani učiteľku zo škôlky, pozrite si obrázok. No nedá sa nebyť hrdým rodičom tejto malej Slovanky :).

wtorek, 31 lipca 2018

Odcienie lipca / Júlové odtiene

Lipiec, no!... :) Ci z was, którzy towarzyszą mi już od dłuższego czasu, wiedzą, że to mój ukochany polski miesiąc. Ten jeden w roku, który spędzam prawie w całości w domu – Polsce. Tegoroczny był dobry, wiecie? Słoneczny, kolorowy, pełen wrażeń. Był w nim czas na nudę, na pracę, na odkrycia i zabawę. Nie jestem w stanie zebrać wszystkiego w jedną spójną całość, więc tegoroczny lipiec zamykam w kilku punktach.

1.      Pogoda

To ten element, który zawsze spędza mi sen z powiek przed przyjazdem do Polski :). Nie tylko dlatego, że pakując ubrania na miesiąc dla małych dzieci, muszę spakować absolutnie wszystko – cieniutkie bluzeczki, krótkie spodenki, dresy i płaszcze przeciwdeszczowe :). Ale też dlatego, że moje dzieciaki po prostu marzą o morzu – MN. praktycznie od chwili przekroczenia progu domu dziadków wypytywała, kiedy pojedziemy na plażę :). W tym roku oczekiwania naszych pociech zostały zaspokojone z nawiązką, a kąpieli w morzu było naprawdę sporo (tak, od razu uprzedzę nieśmiertelne pytanie Słowaków – w polskim morzu naprawdę DA się kąpać, woda w zatoce miała ponad 20 stopni ;)). Poza tym dom wolnostojący ma tę wielką przewagę nad mieszkaniem w bloku, że ma ogród, a ogród jak łatwo się domyślić, to taki mały raj i to nie tylko dla najmłodszych, ale i dla dorosłych :). Stąd basen (dzieci) i kawa (ja, moja mama i moja babcia) w ogrodzie były na porządku dziennym :). A do tego lody, jagodzianki (uwielbiam!), gofry, sok z domowych jabłek i własne porzeczki… Nie pytajcie, ile przytyłam ;).

2.      Rozłąka

Nie lubię rozstawać się z M. na dłużej. Nie, żebyśmy byli takim małżeństwem idealnym (chociaż… ;)), ale lubimy swoje towarzystwo, dobrze nam razem i śmieję się zawsze, że limit rozłąki wyczerpaliśmy już przed ślubem (wolę nie myśleć, co by na to powiedziała moja babcia – pani marynarzowa – która potrafiła być 9 miesięcy bez dziadka :D). Nasze wakacje stoją jednak w dużej mierze właśnie pod znakiem rozstań. Pracując zdalnie i na własny rachunek, mogę sobie pozwolić na liczne wyjazdy, M. jest za to ograniczony liczbą dni urlopu. A jedni i drudzy dziadkowie czekają z utęsknieniem na wnuki. Ot, taki nasz chleb powszedni. Mam wrażenie, że im dłużej jesteśmy razem, tym bardziej nie lubię tych momentów „osobno”. Co na to pomaga? Teoretycznie rozmowy, praktycznie chyba nic :D. Ciągle nie znalazłam na ten problem sposobu :).

3.      Szwajcaria Kaszubska

Dla niewtajemniczonych – Szwajcaria Kaszubska to przepiękny, niezwykle malowniczy region w północnej Polsce. W tym roku lipiec stał pod znakiem zwiedzania właśnie tej krainy. I tak odwiedziliśmy fascynujący Kaszubski Park Etnograficzny im. Teodory i Izydora Gulgowskich we Wdzydzach Kiszewskich, pełen starych domostw i sprzętów, a przede wszystkim świadectwa życia ludzi żyjących dawniej na Kaszubach; wdrapaliśmy się na wieżę widokową nad morzem kaszubskim, czyli jeziorem Wdzydze; zwiedziliśmy niewielki, ale bardzo ciekawy zamek krzyżacki w Bytowie, w którego murach odkryliśmy fantastyczną restaurację (do dziś wspominam smak rozpływającej się na języku kaczki z opiekanymi kopytkami, mniam!); zaliczyliśmy Muzeum Volkswagena w Pępowie, które – choć niewielkie – było świetnie zorganizowane, prowadzone przez przemiłych ludzi z pomysłem i zachwyciło nas swoimi eksponatami; a na ostatek zajrzeliśmy do Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie, położonego niezwykle malowniczo i świetnie przybliżającego historię i znaczenie polskiego hymnu nawet tak małym turystom, jak moje dzieci. Wszystkie te miejsca z ręką na sercu gorąco polecam. Myślę, że warto poznawać nie tylko to, co daleko, ale też to, co blisko.

4.      Mundial

Mundial, Mundial i po Mundialu. Dużo oczekiwań, dużo szumu i już dawno po wszystkim. Niemniej jednak z dużą przyjemnością oglądaliśmy kolejne mecze, ciekawie też było w trakcie mundialu zamienić słowackich komentatorów na polskich :). Ale w tym miejscu chcę napisać o czymś innym. O tym, co poruszyło mnie szczególnie po ostatnim gwizdku – o krytyce, która pojawiła się w polskich i słowackich mediach (zwykłych i społecznościowych) w stosunku do Francuzów, a konkretnie ich rzekomego nieprawdziwego (nie w pełni wartościowego?) obywatelstwa. Aż sama sprawdzałam, gdzie się francuscy zawodnicy urodzili – znalazłam może dwóch, którzy urodzili się poza francuską ziemią. TYLKO dwóch. Pamiętam katarską drużynę w piłce ręcznej, która zajęła drugie miejsce na Mistrzostwach Świata w 2015 roku – kilku zawodników światowej klasy dosłownie kupionych do drużyny za niemałe pieniądze, rozdawanie obywatelstwa obliczone na zwycięstwo w zawodach. Taka polityka jest według mnie słusznie krytykowana. Ale podważanie francuskiego pochodzenia, gdy ktoś całe życie spędził we Francji? Według mnie – totalna głupota i niesamowite ograniczenie horyzontów. Poruszyło mnie to tak bardzo chyba właśnie dlatego, że przecież i moje dzieciaki nie są takie „jednorodne”. Są dwukulturowe, dwunarodowe, urodziły się w jednym kraju, ale przecież przynależą też do drugiego. Nie wydaje mi się, by ktokolwiek miał prawo krytykować czy komentować ich przynależność, być władnym, by oceniać ich pochodzenie jako lepsze lub gorsze. Nie, po prostu nie.

5.      Kłótnie o… język

Na koniec zostawiłam taki mały smaczek z naszego podwórka, który niezwykle mnie bawi :). Otóż w tym miesiącu nasz syn niesamowicie rozkręcił się językowo. Cały czas ma bardzo „swój” język, wielu zbitek nie jest w stanie wymówić, niesłychanie zniekształca wyrazy. Jednocześnie bardzo, bardzo dużo powtarza, naśladuje dźwięki, komunikuje się całkowicie świadomie, posługuje się prostymi zdaniami i faktycznie, coraz częściej jesteśmy w stanie się z nim dogadać. I tu pojawia się pewna trudność, z którą DJ. musi się zmierzyć – mianowicie mama i tata posługują się dwoma różnymi językami :D. DJ. jest dość uparty w swoim doborze słownictwa, ma słówka, które wymawia tylko po polsku i takie, które czerpie tylko z języka słowackiego. W momencie gdy w odpowiedzi słyszy od nas odpowiednik danego wyrazu w tym drugim języku, zaczyna się… kłócić :D. Mówi stanowcze „nie!” i nas poprawia swoim słówkiem. Gdy próbujemy mu tłumaczyć, że tak, tatuś mówi w ten sposób, ale mamusia inaczej, DJ. dalej uparcie trwa przy swoim, ewentualnie powie czasami zdziwionym głosem: „taaaaaaak?” i… nic z tego nie wynika, bo za jakiś czas dochodzi do kolejnej „dyskusji” ;). Nie ma co, jest wesoło ;).

No, sami widzicie – jak to wszystko zamknąć w jednej notce? :) A to i tak pewnie nawet nie połowa naszych przeżyć :). Nie wszystko jest różowe, nie wszystko wspaniałe, ale dobrze nam było w Polsce i dobrze nam na Słowacji. A wakacje jeszcze się nie kończą :).





Júl, no!... :) Tí z vás, ktorí ma už dlhšie sprevádzajú vedia, že je to môj obľúbený poľský mesiac. Ten jeden v roku, ktorý trávim takmer celý doma – v Poľsku. Tohoročný bol dobrý, viete? Slnečný, farebný, plný dojmov. Bol v ňom čas na nudu, na prácu, na objavy aj zábavu. Nedokážem všetko zhrnúť, a preto chcem tento júl rozdeliť do niekoľkých bodov.

1.      Počasie

To je ten prvok, ktorý mi pred príjazdom do Poľska kazí spánok :). Nielen preto, že pri balení oblečenia na mesiac pre malé deti musím zbaliť úplne všetko – tenké tričká, krátke nohavice, tepláky aj pršiplášte :). Tiež preto, že moje deti doslova snívajú o mori – MN. sa prakticky od momentu, keď prekročí prah domu starých rodičov vypytuje, kedy pôjdeme na pláž :). V tomto roku boli očakávania našich detí naplnené až po okraj a kúpania sa v mori bolo skutočne veľa (áno, už dopredu odpoviem na nesmrteľnú otázku Slovákov – v poľskom mori sa naozaj DÁ kúpať, voda v zátoke mala viac ako 20 stupňov ;)). Navyše, rodinný dom má voči bytu tú výhodu, že má záhradu a záhrada, ako si môžete ľahko domyslieť, to je taký malý raj, a to nielen pre najmenších, ale tiež pre dospelých :). Preto bol bazén (deti) a káva (ja, moja mama a stará mama) na záhrade na dennom poriadku :). A k tomu zmrzlina, čučoriedkové koláče (milujem!), gofry, domáca jablková šťava a vlastné ríbezle... Nepýtajte sa, koľko kilov som pribrala ;).

2.      Odlúčenie

Nerada sa na dlhšie lúčim s M. Nie, že by sme boli taký ideálny pár (hoci... ;)), ale máme radi svoju spoločnosť a vždy sa smejem, že limit odlúčení sme si vyčerpali už pre svadbou (radšej nemyslím na to, čo by na to povedala moja stará mama – manželka námorníka – ktorá bola bez starého otca aj 9 mesiacov :D). Naše prázdniny sú však silne poznačené práve rozlúčkami. Keďže pracujem z domu a sama na seba, môžem si dovoliť početné výjazdy, M. má však obmedzený počet voľných dní. A všetci starí rodičia clivo čakajú na vnúčatá. Nuž, taký je náš každodenný chlieb. Mám pocit, že čím dlhšie sme spolu, tým viac nemám rada také momenty, keď je každý sám. Čo na to pomáha? Teoreticky rozhovory, prakticky asi nič :D. Stále som na to nenašla liek :).

3.      Kašubské Švajčiarsko

Pre tých, ktorí nevedia, o čo ide – Kašubské Švajčiarsko je krásny, neobyčajne malebný región v severnom Poľsku. V tomto roku bol júl práve v znamení objavovania tejto oblasti. A tak sme navštívili fascinujúci Kaszubski Park Etnograficzny im.Teodory i Izydora Gulgowskich vo Wdzydzach Kiszewskich, plný starých domov a nástrojov, ale predovšetkým svedectva o živote ľudí žijúcich kedysi na Kašubách; vyštverali sme sa na vyhliadkovú vežu nad kašubským morom, čiže nad jazerom Wdzydze; navštívili sme neveľký, ale veľmi zaujímavý križiacky hrad v Bytowe, v ktorého múroch sme našli fantastickú reštauráciu (dodnes spomínam na chuť kačky s opekanými „kopytkami” /malé zemiakové halušky/, ktorá sa rozplývala na jazyku, mňam!); stihli sme aj múzeum Volkswagen v Pępowe, ktoré – hoci neveľké – bolo skvelo zorganizované, vedené veľmi milými ľuďmi s dobrými nápadmi a očarilo nás svojimi exponátmi; a napokon sme si prezreli aj Múzeum hymny v Będomine, veľmi pekne položené a výborne približujúce dejiny a význam poľskej hymny dokonca aj takým malým turistom ako sú moje deti. Všetky tie miesta úprimne a srdečne odporúčam. Myslím, že treba poznávať nielen to, čo je ďaleko, ale aj to, čo je blízko.

4.      Majstrovstvá sveta

Majstrovstvá sveta tu boli dlho, ale už je po nich. Dlho sa na ne čakalo, veľa sa o nich hovorilo, a už sú dávno za nami. Veľmi sme si však užívali jednotlivé zápasy, bolo tiež zaujímavé vymeniť počas šampionátu slovenských komentátorov za poľských :). Avšak na tomto mieste chcem napísať o niečom inom. O tom, čo ma zasiahlo najmä po poslednom zápase – o kritike, ktorá sa objavila v poľských aj slovenských médiách (tradičných aj sociálnych) voči Francúzom, a konkrétne voči ich vraj nepravdivému (nie celkom plnohodnotnému?) občianstvu. Až som si sama overila, kde sa francúzski športovci narodili – našla som najviac dvoch, ktorí sa narodili mimo Francúzska. LEN dvoch. Pamätám si na katarský tím v hádzanej, ktorý získal druhé miesto na majstrovstvách sveta v roku 2015 – niekoľko športovcov svetovej triedy si doslova kúpili do tímu za obrovské peniaze, rozdávali občianstvo za víťazstvo v súťažiach. Taká politika je podľa mňa oprávnene predmetom kritiky. Avšak spochybňovať francúzsky pôvod niekoho, kto celý život strávil vo Francúzsku? Podľa mňa je to úplná hlúposť  a neuveriteľné obmedzenie horizontu. Zasiahlo ma to však najmä preto, že predsa ani moje deti nie sú také „homogénne”. Sú z dvoch kultúr, dvoch národov, narodili sa síce v jednej krajine, ale predsa patria i tomu druhému. Nezdá sa mi, že by mal niekto právo kritizovať či komentovať ich príslušnosť alebo hodnotiť ich pôvod ako lepší či horší. Nie, skrátka nie.

5.      Hádky o… jazyk

Na koniec som si nechala takú malú chuťovku z našej vlastnej domácnosti, ktorá ma veľmi baví :). Tento mesiac sa náš syn neuveriteľne jazykovo rozvinul. Stále má ten „svoj” jazyk, veľa hlások nedokáže vysloviť, hrozne deformuje výrazy. Zároveň však veľa opakuje, imituje zvuky, komunikuje úplne vedome, používa jednoduché vety a naozaj, čoraz lepšie sa s ním dá dohodnúť. Objavila sa však jedna ťažkosť, s ktorou sa DJ musí vyrovnať – totiž to, že mama a tata používajú dva rôzne jazyky :D. DJ je dosť tvrdohlavý vo svojej voľbe výrazov, má slová, ktoré hovorí iba po poľsky a tiež tie, ktoré si obľúbil v slovenčine. Keď od nás počuje adekvátne slovo v tom druhom jazyku, začína sa hádka :D. Odpovedá jednoznačným „nie!” a opravuje nás svojim výrazom. Keď mu skúšame vysvetliť, že tato hovorí takto a mama inak, DJ si stojí za svojim, eventuálne povie prekvapeným hlasom: „taaaaaak?”, ale k ničomu to nevedie, pretože zakrátko dôjde k ďalšej diskusii ;), No nič, aspoň je veselo ;).

Sami vidíte, že sa to nedalo spojiť do jedného hesla :). A aj tak to snáď nie je ani polovica našich zážitkov :). Nie všetko je ružové, nie všetko je skvelé, ale bolo nám dobre v Poľsku a dobre je nám aj na Slovensku. A prázdniny sa ešte nekončia :).

sobota, 30 czerwca 2018

Slamené leto / Słomiane lato


Končí sa jún, MN. bola poslednýkrát v škôlke, mňa čakajú ešte dva dni v práci a opäť ideme na sever. Ďalšie poľsko-slovenské leto pred nami, prvé prázdninové.

Ako vtipne skonštatoval môj svokor, už sa teší na to, keď prídeme a prerušíme tú vlnu horúčav v Poľsku, pretože je jasné, že s našim príjazdom príde aj studené počasie a zrážky :). Presne tak to bolo v minulých rokoch, jún bol horúci, náš príjazd znamenal obrat o 180°a škaredé počasie. Mne to, samozrejme, veľmi nevadilo, ja sa na more rád pozriem, ale kúpať sa nemusím, ani ležať na pláži. Môj pobyt je vždy v znamení nejakej poznávačky, moja drahá svokra vymýšľa výlety, aby som videl čo najviac z Poľska a ešte viac sa zamiloval. Darí sa jej to už celé roky, klobúk dole. Na druhej strane, stále je čo objavovať a kultúrno-historické klenoty v regióne N. nechýbajú.

Po týždni však opäť využijem skvelú linku Gdańsk – Viedeň a vrátim sa do Bratislavy, do práce. V niečom to bude dosť ťažké, je náročné po intenzívnom kontakte s deťmi dva týždne komunikovať cez všelijaké skajpy a fejsbuky. Darmo, chýba dotyk i tie štebotavé hlásky naživo. Počas tých dvoch týždňov však môžem trošku dobehnúť to, čo sa nám s N. asi nikdy skĺbiť nepodarí – vybehnúť niekam do hôr, na chatu, s plecniakom na chrbte sa potúlať po slovenských pohoriach a psychicky zrelaxovať. To skutočne potrebujem a v tomto jedinom som trošku xenofóbny – som presvedčený o tom, že na celý život mám čo robiť v slovenských horách a nepotrebujem žiadne iné :).

Ten čas odlúčenia, ktorý sa nám stáva tak raz za 2-3 mesiace, je inak celkom zaujímavý. Domáci režim je celkom iný, umývačka má prázdniny, v chladničke sú základné potraviny (pivo, vajcia, zelenina a nejaký syr), večer je úplné ticho a tma až na malú lampičku na čítanie alebo obrazovku nejakého elektronického zariadenia. Byt je väčšinou až do neskorého večera prázdny, pretože jeho obyvateľ doháňa deficity v kine, divadle alebo s priateľmi. Aj to je prvok nášho poľsko-slovenského manželstva a rodiny. Rozhodli sme sa dopriať deťom veľa času s ich starými rodičmi na jednej i druhej strane a oni sa rozhodli to prijať, preto sa často takto rozdelíme a fungujeme v rôznych režimoch. Starí rodičia si užívajú vnúčatá, N. to, že má viac času pre seba a ja môžem v práci i po práci nadrábať :). Temnejšou stránkou je to, že my dvaja sme viac od seba, ale možno aj nám takáto pauza z času na čas prospieva.

Koncom mesiaca ma čaká spiatočný let na mojej obľúbenej leteckej linke - idem si pre rodinu. August bude zas v znamení starých rodičov na Slovensku a tradičného rodinného výletu do Maďarska. Koniec koncov, veľmi sa to celé v priebehu rokov nemení, ale veď prečo aj, keď sa nám model poľsko-maďarsko-slovenských prázdnin tak osvedčil? Nemám nič proti nepatrnej rutine, ak všetkým prináša sladké ovocie.

Teším sa na tie naše rodinné prázdniny, hoci budeme dosť často od seba, hoci budeme s N. niekde v pozadí veľkej radosti našich maličkých a ostatných blízkych. Želám všetkým veľa osviežujúceho odpočinku a krásne, snáď aj poľsko-slovenské prázdniny.


Rok temu o tej porze


Czerwiec dobiega końca, MN. była ostatni raz w przedszkolu, mnie czekają jeszcze dwa dni w pracy i znowu jedziemy na północ. Kolejne polsko-słowackie lato przed nami, pierwsze „wakacyjne”.

Jak dowcipnie stwierdził mój teść, już się cieszy na to, że gdy przyjedziemy, przerwiemy falę upałów w Polsce, ponieważ nasz przyjazd na pewno przyniesie zimno i deszcze :). Właśnie tak to wyglądało w ubiegłych latach, czerwiec był gorący, a wraz z naszym przyjazdem następowała zmiana o 180° i brzydka pogoda. Mi to oczywiście nie przeszkadzało, na morze to ja mogę popatrzeć, a nie się w nim kąpać czy leżeć na plaży. Mój pobyt stoi zawsze pod znakiem zwiedzania, moja kochana teściowa wymyśla wycieczki, bym zobaczył jak największą część Polski i jeszcze bardziej się w niej zakochał. Robi to z powodzeniem już od kilku lat, chapeau bas. Z drugiej strony ciągle jest co poznawać, a skarbów kulturowo-historycznych w regionie N. nie brakuje.


Po tygodniu jednak ponownie skorzystam ze świetnego połączenia Gdańsk – Wiedeń i wrócę do Bratysławy, do pracy. Pod pewnymi względami będzie to trudne, nie jest łatwo po intensywnym kontakcie z dziećmi komunikować się z nimi przez następne dwa tygodnie za pośrednictwem tych wszystkich skajpów czy fejsbuków. Nie ma co, brakuje dotyku i tęskno za tymi szczebiotliwymi głosami na żywo. W czasie tych dwóch tygodni mogę jednak nadrobić trochę to, w czym chyba nigdy nie spotkam się z N. – wybrać się w góry, przenocować w górskiej chacie, wędrować z plecakiem po słowackich szczytach i odpocząć psychicznie. Tego naprawdę mi trzeba i w tej jednej jedynej kwestii jestem odrobinę ksenofobiczny – jestem święcie przekonany o tym, że przez całe życie będę miał co robić w słowackich górach i nie potrzebuję żadnych innych :).

Swoją drogą ten czas rozłąki, który zdarza nam się  raz na 2-3 miesiące, jest całkiem interesujący. Rytm życia domowego jest nagle zupełnie inny, zmywarka do naczyń ma wakacje, w lodówce są podstawowe produkty (piwo, jajka, warzywa i ser), wieczorem jest zupełnie cicho i ciemno, z wyjątkiem małej lampki do czytania lub ekranu jakiegoś elektronicznego urządzenia. Mieszkanie przeważnie do późnych godzin wieczornych stoi puste, dlatego że jego mieszkaniec nadrabia zaległości w kinie, teatrze albo z przyjaciółmi. To również jest elementem naszego polsko-słowackiego małżeństwa i rodziny. Postanowiliśmy umożliwić dzieciom spędzanie jak najwięcej czasu z dziadkami z jednej i drugiej strony, a oni postanowili to przyjąć, dlatego często się rozdzielamy i funkcjonujemy w różnych rytmach. Dziadkowie cieszą się wnukami, N. korzysta z tego, że ma więcej czasu dla siebie, a ja mogę nadganiać zaległości w pracy i po pracy :). Ciemniejszą stroną tego wszystkiego jest fakt, że my dwoje jesteśmy z dala od siebie, ale może i dla nas taka przerwa jest od czasu do czasu korzystna.

Pod koniec miesiąca czeka mnie lot powrotny moimi ulubionymi liniami lotniczymi i sprowadzenie rodziny do domu. Sierpień upłynie ponownie pod znakiem dziadków na Słowacji i tradycyjnego rodzinnego wypadu na Węgry. W gruncie rzeczy nie zmienia się to zbytnio na przestrzeni lat, ale niby dlaczego by miało, skoro ten model polsko-węgiersko-słowackich wakacji sprawdził się u nas tak dobrze? Nie mam nic przeciwko odrobinie rutyny, jeżeli wszystkim przynosi słodkie owoce.

Cieszę się na te nasze rodzinne wakacje, chociaż będziemy dość często osobno, chociaż będziemy z N. gdzieś w tle wielkiej radości naszych maluchów i innych bliskich. Życzę wszystkim ożywczego wypoczynku i pięknych, być może także polsko-słowackich wakacji.