piątek, 30 listopada 2018

Obrazki z wystawy / Obrázky z výstavy


Dziś post niczym obrazki z wystawy (przy okazji polecam piękny cykl miniatur fortepianowych Modesta Musorgskiego pod tym właśnie tytułem). Krótko, na różne tematy, klik klik. Przyznaję, na więcej mnie nie stać. Do oficjalnego terminu porodu zostało 40 dni (choć życzę sobie, by wszystko skończyło się jednak ciut szybciej), ledwo daję radę wytrzymać w pozycji siedzącej dłużej niż godzinę, a w głowie mam absolutne kongo (milion rzeczy, o których muszę pamiętać i które muszę zdążyć zrealizować przed godziną zero). No to lecimy.

Dostawa

Nie będę owijać w bawełnę, pewnie wielu z was wie, jak to jest z rynkiem polskim i rynkiem słowackim – ten pierwszy jest po prostu większy i często wyraźnie tańszy. Nieraz się przekonaliśmy, że bardziej opłaci nam się coś sprowadzić z Polski, niż kupić z dostawą na Słowacji. We wrześniu to była kanapa (tym razem zaszaleliśmy – nie dość, że sprowadziliśmy kanapę z Polski, to jeszcze produkt polski wyprodukowany w Polsce!; sprawdza się zresztą znakomicie), a w październiku miało to być łóżko piętrowe dla naszych dzieciaków. Wybór większy, ceny lepsze (łóżka piętrowe sprzedawane na Słowacji to najczęściej produkty sprowadzane z Polski, serio), zamówienie wykonane, mejl z terminem dostawy otrzymany, aż tu nagle… klops. Mój brzuch coraz większy, czas nas nagli, bo DJ. ma się wyprowadzić z sypialni rodziców do siostry jak najszybciej, a tu najpierw opóźnienie nr 1, bo doszło do jakiegoś wypadku samochodowego dostawcy i nastąpiła konieczność wymiany uszkodzonej części łóżka, a potem opóźnienie nr 2, bo  dystrybutor popełnił błąd i wysłał łóżko do… Słowenii. Tak, Słowenii. Tak, nieustannie znajdują się ludzie mylący Słowację ze Słowenią. My jak na szpilkach, a tu trzy tygodnie obsuwy. Łóżko dotarło w końcu w listopadzie. Na dodatek wszystkie nasze plany wzięły w łeb i musieliśmy je zmontować we dwójkę z M. Podnoszenie całego górnego łóżka, by je postawić na dolne, to był nie lada wyczyn. Przez dwa dni potem miałam wrażenie, że zaraz urodzę ;). No cóż, z dostawami bywa różnie… Choć dalej polecam produkty z Polski ;).

Bratysława

Byłam niedawno w salonie kosmetycznym, robiłam sobie manicure. Obsługiwała mnie Rosjanka pochodząca z Moskwy. Mały szok. Od kilku lat żyje na Słowacji. Owszem, są rzeczy, których jej brakuje, najbardziej kultury (wspomniała balet, wiadomo :)). Ale za nic by nie wymieniła tego bratysławskiego spokoju, wolnego tempa, luzu. Fiuuuuuu. Refleksja? Ja chyba nie wiem, co lubię w Bratysławie. Po tych trzech latach przywykłam, mam swoje miejsca i ścieżki, jestem dość spokojna i dość zadowolona z mojego życia, mamy w tej koszmarnie pokolorowanej, zastawionej blokami Petržalce wspaniały dom, otoczony zielenią (tak!). Ale czy ja zrezygnowałam tak z Trójmiasta dla bratysławskiego spokoju, jak ta Rosjanka z Moskwy? Nie, chyba nie jestem w tym miejscu.

Koncert…

Świętowaliśmy niepodległość, wybrałyśmy się więc z mamą na uroczysty koncert organizowany przez polską ambasadę w Słowackim Teatrze Narodowym. Piękna gala, na scenie m. in. polski Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk”. Przed występem odśpiewany hymn Polski i hymn Słowacji. Kapitalna sprawa. W oczach łzy wzruszenia, gardło ściśnięte. Ten polsko-słowacki galimatias ma w moim życiu głęboki sens i wyrył się mocno w moim sercu.

…i mama

To przeżywanie 100 lat niepodległości tak daleko od domu, ale z mamą, było jakieś szczególniejsze, bardziej wartościowe. I tu nie chodzi o flagę, kotyliony, śpiewanie hymnu, czy uroczysty obiad, bo zrobilibyśmy pewnie wszystko to samo bez mamy. Ale mama to polski dom, polskie wspomnienia, polskie wychowanie, polskie smaki, polska tradycja. Po prostu ogromny kawał mojej Polski. To chyba to. Dziękuję Ci, mamo, za Twoją obecność. I za całą resztę, bo Twoja pomoc w ostatnich tygodniach była nieoceniona.

Pasowanie na ucznia

Polska szkoła, pierwsza klasa i pasowanie na ucznia. Byłam bardzo przejęta. To wielkie przeżycie, wiecie? Może tym większe, im bardziej mnie to wszystko zaskoczyło, im mniej byłam na tę zmianę przygotowana. Moja córka w kartonowym birecie na głowie, z dyplomem pierwszaka w ręku, cud malina :). A że wydarzenie to było połączone w szkole z uczczeniem stulecia niepodległości i dodatkowo starsze dzieci śpiewały pieśni patriotyczne i przemawiał polski konsul oraz dyrektor Instytutu Polskiego, tym bardziej zapadło mi w pamięć. Fajnie być częścią takiej społeczności. (Swoją drogą MN. dostała już pierwszą lekturę! „Karolcię”! I coraz ładniej pisze! :))

Kula

To aktualnie ja. Najnowszy przyszły członek mojej słowackiej rodziny (wiecie, dwóch szwagrów i szwagierka równa się troje potencjalnych przyszłych członków rodziny) stwierdził na początku listopada (po kilkunastu dniach od poprzedniego spotkania), że brzuch mi urósł. Nie da się ukryć, w ciąży brzuchy kobiet mają to do siebie, że rosną. A mój sprawia, że już nie chodzę, już się toczę. W czwartek przekazałam naszą wspólną kartę stałego klienta z pływalni szwagierce. Pora przerwać pływanie na najbliższe miesiące (choć i tak jestem z siebie dumna, że wytrwałam do listopada). Najchętniej zapadłabym w sen zimowy, ale to mi jakoś nie wychodzi. Więc byle wytrwać do godziny zero. Bądźcie dla mnie wyrozumiali. Nie spełnię w tym roku obietnicy złożonej sobie i wam na 5-lecie bloga o jego unowocześnieniu czy uaktualnieniu. Ale to cały czas mój wspaniały kawałeczek internetu. I to też dzięki wam. Więc dziękuję! I trzymajcie za mnie kciuki w nadchodzących kilkudziesięciu dniach.





Dnešný blog je ako obrázky z výstavy (pri tej príležitosti odporúčam krásny cyklus klavírnych miniatúr Modesta Musorgského pod týmto názvom). Krátko, o rôznych veciach, cvak cvak. Priznávam, na viac teraz nemám. Do oficiálneho termínu pôrodu mi zostalo 40 dní (aj keď si želám, aby sa to celé skončilo trošku skôr), ledva vydržím sedieť dlhšie ako hodinu a v hlave mám absolútny mišmaš (milión vecí, na ktoré musím myslieť a ktoré musím stihnúť pred hodinou H). Poďme na to!

Doručovanie

Budem otvorená, určite mnohí z vás vedia, ako je to s poľským a so slovenským trhom – ten prvý je jednoducho väčší a často aj výrazne lacnejší. Viackrát sme sa presvedčili, že sa nám oplatí niečo priviezť z Poľska, a nie kúpiť na Slovensku. V septembri to bola pohovka (tentokrát sme sa odviazali – objednali sme si pohovku z Poľska a ešte k tomu aj poľský výrobok – výborne sa osvedčila!) a v októbri mala prísť poschodová posteľ pre naše deti. Väčší výber, lepšie ceny (poschodové postele predávané na Slovensku sú väčšinou importované z Poľska, naozaj!), výrobok pripravený, mejl s termínom doručenia sme tiež mali, a tu... problém. Brucho mám čoraz väčšie, času čoraz menej, pretože DJ. sa má presťahovať od rodičov k sestre čo najrýchlejšie, a vtom oneskorenie č. 1 lebo kuriér mal nejakú nehodu a bolo treba vymeniť poškodenú časť postieľky, a potom oneskorenie č. 2, pretože dispečer sa pomýlil a odoslal posteľ do... Slovinska. Áno, Slovinska. Áno, stále sa nájdu ľudia, ktorí si mýlia Slovensko so Slovinskom. My sme už boli ako na ihlách a k tomu tri týždne meškania. Posteľ napokon dorazila v novembri. Navyše, všetky naše plány vzal čert a museli sme ju postaviť vo dvojici s M. Dvíhanie celej hornej postele, aby ju bolo možné postaviť na dolnú, to bol výkon. Dva dni som potom mala pocit, že každú chvíľu porodím ;). Čo už, s doručovaním to býva všelijaké... Aj tak stále odporúčam výrobky z Poľska ;).

Bratislava

Nedávno som bola na manikúru v kozmetickom salóne. Obsluhovala ma Ruska pochádzajúca z Moskvy. Malý šok. Už niekoľko rokov žije na Slovensku. Samozrejme, sú veci, ktoré jej chýbajú, najviac kultúra (pravdaže, spomenula balet :)). Za nič by však nevymenila ten bratislavský pokoj, pomalé tempo, uvoľnenosť. Fúúúú. Čo to má so mnou? Asi neviem, čo mám rada v Bratislave. Po tých troch rokoch som si zvykla, mám tu svoje miesta a chodníčky, som pomerne spokojná so svojim životom, máme v tej hrozne farbistej Petržalke plnej činžiakov krásny domov, obklopený zeleňou (áno!). Vzdala som sa však Trójmiasta v prospech bratislavského pokoja ako tá Ruska z Moskvy? Nie, to nie je moja situácia.

Koncert…

Oslavovali sme nezávislosť, vybrali sme sa teda s mamou na slávnostný koncert organizovaný poľským veľvyslanectvom v Slovenskom národnom divadle. Krásna slávnosť, na scéne bol napr. poľský súbor „Śląsk”. Pred vystúpením sa spievala poľská a slovenská hymna. Úžasný pocit. V očiach slzy dojatia, hrdlo stisnuté. Ten poľsko-slovenský galimatiáš má v mojom živote hlboký zmysel a je silno vyrytý v mojom srdci.

…a mama

Prežívanie storočnice nezávislosti tak ďaleko od vlasti, ale s mamou, bolo akési viac výnimočné, cennejšie. A nejde iba o zástavu, odznaky, spev hymny či slávnostný obed, pretože to isté by sme zrejme robili aj bez mamy. Mama je však poľský domov, poľské spomienky, poľská výchova, poľské chute, poľské tradície. Jednoducho obrovský kus môjho Poľska. Asi toľko. Ďakujem Ti, mama, za Tvoju prítomnosť. Aj za celý zvyšok, pretože Tvoja pomoc bola v ostatných týždňoch nedoceniteľná.

Pasovanie za žiaka

Poľská škola, prvá trieda a pasovanie za žiaka. Bola som veľmi dojatá. To je veľký zážitok, viete? Možno o to väčší, o čo ma to všetko viac prekvapilo a o čo menej som na tú zmenu bola pripravená. Moja dcéra s kartónovou čiapkou na hlave, s diplomom prváčika v ruke, no krása :). Táto udalosť bola spojená s oslavou storočnice nezávislosti, staršie deti spievali národné piesne a príhovor predniesol poľský konzul a riaditeľ Poľského inštitútu – o to viac mi to zostalo v pamäti. Je fajn byť súčasťou takého spoločenstva. Inak, MN. dostala svoje prvé povinné čítanie! A čoraz krajšie píše! :)

Guľa

To som momentálne ja. Najnovší budúci člen mojej slovenskej rodiny (viete, dvaja švagrovia a jedna švagriná rovná sa traja potenciálni budúci členovia rodiny) na začiatku novembra, po niekoľkých dňoch od predchádzajúceho stretnutia, vyhlásil, že sa mi zväčšilo brucho. Nepochybne je to tak, bruchá tehotných žien zvyknú rásť. Vďaka tomu môjmu už nechodím, ale sa kotúľam. Vo štvrtok som odovzdala našu spoločnú zákaznícku kartu z plavárne švagrinej. Prišiel čas prerušiť na niekoľko mesiacov plávanie (ale aj tak som na seba hrdá, že som vydržala do novembra). Najradšej by som upadla do zimného spánku, ale to sa mi nedarí. Stačí teda aspoň vydržať do hodiny H. Buďte voči mne zhovievaví. V tomto roku nesplním svoj sľub, že na 5. výročie blog zaktualizujem a zmodernizujem. Stále je to však môj úžasný kúsoček internetu. A to aj vďaka vám. Ďakujem za to! A držte mi palce počas najbližších dní.

środa, 31 października 2018

Drugie dno / Druhé dno


Dostałam ostatnio cios. Jeden z tych bardziej bolesnych, prosto w serce. Aż zabrakło mi tchu. Przez kilka dni byłam rozsypana na tysiące małych kawałeczków i kompletnie nie mogłam się pozbierać. Uderzyła mnie moja samotność.

To nie tak, że się z tą samotnością nie znamy. Właściwie na co dzień żyjemy całkiem zgodnie. Ale zwyczajnie nie byłam przygotowana na wydarzenia, które nastąpiły w minionym miesiącu, nie zdążyłam założyć zbroi, nie zdążyłam postawić gardy.

Co się takiego stało? Niby nic, ot, powód do dumy. Moja córka chodzi do „zerówki” w przedszkolu, ale gdy poszła na zajęcia dla przedszkolaków przy Szkole Polskiej, wyróżniała się na tyle, że zaproponowano nam, by dołączyła na zajęcia do pierwszej klasy. Pierwotnie nie chcieliśmy niczego przyspieszać, mała skończy w listopadzie 6 lat, w obu naszych krajach powinna rozpocząć naukę w tym samym roku szkolnym, 2019/2020, i uznaliśmy, że tak będzie najlepiej. Ale nie da się ukryć, że MN. jest molem książkowym, typem intelektualistki. Na hasło „szkoła” zaświeciły się jej oczy. W ten sposób decyzja podjęła się sama, jakoś poza nami i naszymi planami.

Tymczasem temat rozpoczęcia przez moje najstarsze dziecko szkoły był jednym z tych, który od dawna w tym moim życiu na obczyźnie wzbudzał we mnie olbrzymi lęk. Nie, nie dlatego, że mam problem z wypuszczeniem małej MN. z rodzinnego gniazda. Po prostu w tym jednym wydarzeniu – rozpoczęciu nauki – skupia się całe mnóstwo przeróżnych moich emocji, wyobrażeń, niepokojów.

Żeby to lepiej wytłumaczyć, muszę na chwilę cofnąć się w czasie.

Moja cudowna mama poświęciła mi i mojemu bratu bardzo, bardzo dużo siebie, swojego czasu, swojej uwagi (mamo, dziękuję :*). Szkoła to była głównie jej domena, bo tata miał zdecydowanie mniej czasu i cierpliwości. Mama pomagała w lekcjach, mama pilnowała, mama organizowała i była zaangażowana w życie szkolne i klasowe. Żeby nie było – nie wyręczała nas, byliśmy z moim bratem całkiem kumatymi dziećmi ;). Ale mama była bardzo ważnym filarem tej naszej drogi edukacyjnej, zwłaszcza gdy poszłam jeszcze do szkoły muzycznej i przez kilkanaście lat ciągnęłam dwie szkoły równolegle.

Na takiej bazie powstało więc moje wyobrażenie o supermamie. Taką mamą dla moich dzieci, gdy pójdą do szkoły, zawsze chciałam być. Tymczasem związek międzynarodowy rozbija kolejne wyobrażenia – o idealnym związku z kolegą „zza rogu”, o mieszkaniu blisko domu rodzinnego, o wpadaniu do mamy na popołudniową kawę. I właśnie – o byciu mamą, która pomoże swoim dzieciom w lekcjach, która sprawdzi wypracowanie z polskiego, która przepyta z królów polskich…

Bardzo, bardzo nie chciałam, żeby ten moment nadszedł. By to moje kolejne wyobrażenie rozbiło się w drobny mak. Nie chciałam o tym w ogóle myśleć. I zostałam wzięta z zaskoczenia. Bo choć w Szkole Polskiej moja córka zaczęła naukę polskiego, to jednak poczułam, jakby wszystko wokół z prędkością światła przybliżyło mnie do momentu, w którym podejmie naukę właściwą – z największym prawdopodobieństwem w szkole słowackiej. Gdzie nie będę już w stanie pomóc tak, jakbym chciała…

Uspokajam się, że to przecież jeszcze rok, ale dobrze wiem, że nie ucieknę przed tym. I ta świadomość sprawiła, że te wszystkie październikowe wydarzenia tak bardzo bolały i kosztowały tyle łez.

Tym bardziej, że na zmierzeniu się z własnymi niemożliwymi do zrealizowania marzeniami i wyobrażeniami temat się nie kończy. Kolejna kwestia, która nieuchronnie wiąże się z podjęciem przez nasze dzieci nauki w szkole, to ograniczenia. Obecnie mamy bardzo komfortową sytuację – M. ma sporo wolnego w pracy, ja pracuję z domu, moi rodzice są zawsze otwarci, żeby nas przyjąć, na linii Gdańsk-Wiedeń latają samoloty. Nie jesteśmy w stanie pokonać tego tysiąca kilometrów raz w miesiącu, ale już raz na dwa-trzy nam się udaje. Na dodatek mamy możliwość niewpadania do Polski jak po ogień, bo przy tak dużej odległości naprawdę szkoda by było jechać tylko na weekend, więc zostajemy najczęściej na 2 tygodnie. Zdaję sobie sprawę, że szkoła stopniowo położy temu kres. A ten czas spędzany w Polsce jest dla mnie szalenie ważny i szalenie cenny. Na dodatek widzę, jak wiele dobrego daje też moim dzieciom.

Już ostatnia istotna sprawa, która nieubłaganie wiąże się ze szkołą, to wejście w grupę, przywiązanie. Mam świadomość, że to naturalne i potrzebne, więc nie mogę powiedzieć, że się tego boję – raczej tego mojej córce życzę. By była szczęśliwa, by odnalazła grono fajnych przyjaciół. Z drugiej strony wiąże się z tym nieuchronne wchodzenie w jedną z kultur i wiele wysiłku, niekoniecznie nagrodzonego sukcesem, będzie nas kosztować zachowanie w domu choć względnej równowagi między słowackością i polskością. To zresztą jest świat idealny, bo zdaję sobie sprawę, że tu nie tylko o chęci chodzi, a życie rządzi się swoimi prawami.

No właśnie, życie rządzi się swoimi prawami. I w końcu po tym wielkim uderzeniu musiałam się podnieść. Ale bardzo wiele mnie to kosztowało. Dlaczego to właśnie samotność mnie tak mocno uderzyła? Bo temat jest dla mnie tak trudny, że nie byłam w stanie go podjąć nawet z moim mężem; jedynym przejawem tej wewnętrznej walki były łzy. I uderzyła mnie świadomość, że w moim najbliższym otoczeniu nie ma nikogo, kto miałby podobne doświadczenia. Kto żyłby na obczyźnie i wychowywał tam dzieci, kto byłby w stanie dostrzec, że w pojęciu „szkoła” kryje się dla mnie coś więcej niż tylko jakiś mityczny koniec tego najbardziej beztroskiego dzieciństwa. Że dla mnie całe zagadnienie ma jeszcze drugie, o wiele głębsze dno, związane z naszą rodzinną dwukulturowością. Zabrakło mi zrozumienia. Miałam ramię, na którym mogłam się wypłakać, ale zabrakło mi serca i ucha, które by mnie cierpliwie wysłuchało, które pomogłoby mi do tych wszystkich lęków nabrać właściwego dystansu, zmierzyć się na spokojnie z tym, co musi nadejść. Bo że będę musiała się z tym w końcu zmierzyć, to pewne. Obym następnym razem była lepiej przygotowana. Muszę. Takie życie wybrałam.

Ławka szkolna MN.

Nedávno ma zasiahol úder. Jeden z tých bolestivejších, priamo do srdca. Až som stratila dych. Niekoľko dní som bola rozbitá na tisícky malých kúsočkov a vôbec som sa z toho nemohla dostať. Zasiahla ma moja osamelosť.

Nie, že by sme s mojou osamelosťou neboli staré známe. V skutočnosti spolu žijeme viac-menej bez nezhôd. Jednoducho som nebola pripravená na udalosti, ktoré sa stali tento mesiac, nestihla som sa obrniť a postaviť hradby.

Čo také sa stalo? Zdalo by sa, že nič, práve naopak, niečo, na čo by som mala byť hrdá. Moja dcéra chodí do poslednej triedy v škôlke, ale keď šla na krúžok pre predškolákov pri poľskej škole, natoľko sa vynímala, že nám navrhli, aby sa pripojila k prvákom. Spočiatku sme nechceli nič uponáhľať, malá bude mať v novembri 6 rokov, v oboch našich štátoch by teda mala začať chodiť do školy v školskom roku 2019/2020 a povedali sme si, že tak to bude najlepšie. Nedá sa však prehliadnuť, že MN je malý knihomoľ, intelektuálny typ. Pri slove „škola” sa jej zablyšťalo v očiach. Takto padlo rozhodnutie samo, akosi mimo nás a našich plánov.

Otázka začiatku školskej dochádzky môjho najstaršieho dieťaťa je však jednou z tých, ktoré vo mne pri mojom živote v inom štáte vzbudzujú obrovský strach. Nie, nie preto, že by som mala problém s vypustením malej MN z rodičovského hniezda. Jednoducho v tej jednej udalosti – začiatku školy – sa sústreďuje celá paleta najrôznejších emócií, predstáv a starostí.

Ak to mám lepšie vysvetliť, musím sa na moment vrátiť späť v čase.

Moja úžasná mama venovala mne i môjmu bratovi veľa zo seba, svoj čas, svoju pozornosť (mama, ďakujem :*). Škola bola hlavne jej doménou, pretože tato mal rozhodne menej času aj trpezlivosti. Mama mi pomáhala pri učení, dávala pozor, organizovala a bola zapojená do života mojej školy i triedy. Nemyslite si, že by robila niečo za nás, to nie, boli sme aj s bratom pomerne šikovní ;). Mama však bola veľmi dôležitým pilierom na tej našej ceste vzdelávaním, zvlášť, keď som ešte začala chodiť do hudobnej školy a dlhé roky som ťahala obe školy súčasne.

Na takomto základe teda vznikla moja predstava o supermame. Takou mamou mojich detí, keď pôjdu do školy, som vždy chcela byť. Avšak medzinárodný vzťah rozbíja stále ďalšie predstavy – o ideálnom vzťahu s kamarátom z vedľajšej ulice, o bývaní v blízkosti rodičov, o poobedňajšej káve s mamou, keď sa nám zachce. A tiež – o bytí mamou, ktorá pomôže deťom pri učení, ktorá skontroluje úlohu z poľštiny a preskúša z poľských kráľov...

Veľmi, veľmi som nechcela, aby tá chvíľa prišla. Aby sa ďalšia moja predstava rozbila na márne kúsky. Nechcela som na to myslieť. A prišlo to úplne nečakane. Hoci sa moja dcéra začala v poľskej škole učiť poľštinu, aj tak som pocítila, akoby sa začal s rýchlosťou svetla približovať moment, keď sa začne to hlavné vzdelávanie – s najväčšou pravdepodobnosťou v slovenskej škole. Kde už nebudem môcť pomáhať tak veľmi, ako by som chcela...

Upokojujem sa, že mám ešte rok, ale dobre viem, že pred tým neutečiem. A to vedomie spôsobilo, že všetky tie októbrové udalosti tak veľmi boleli a stáli toľko sĺz.

To všetko o to viac, že sa to celé nekončí pri konfrontácii skutočnosti s vlastnými, neuskutočniteľnými snami a predstavami. Ďalšou otázkou, ktorá sa nevyhnutne spája so začiatkom školskej dochádzky detí, sú rôzne obmedzenia. Teraz sme vo veľmi pohodlnej situácii – M. má veľa voľna v prácy, ja pracujem z domu, moji rodičia nás vždy radi prijmú, medzi Gdaňskom a Viedňou je letecké spojenie. Nie je možné prekonať tých tisíc kilometrov raz za mesiac, ale raz na dva až tri sa nám darí. Navyše, nemusíme do Poľska prichádzať len na krátky moment, lebo pri takej vzdialenosti by bola skutočne škoda chodiť len na víkend, preto väčšinou zostávame 2 týždne. Uvedomujem si, že so začiatkom školy táto výhoda postupne končí. Avšak ten čas trávený v Poľsku je pre mňa strašne dôležitý a cenný. Vidím tiež, koľko dobra to dáva mojim deťom.

Poslednou významnou záležitosťou, ktorá sa nevyhnutne spája so školou, je bytie súčasťou skupiny, prináležitosť. Je mi jasné, že je to prirodzené a potrebné, nedá sa povedať, že sa toho bojím – skôr to dcérke prajem. Aby bola šťastná, našla si dobrých priateľov. Na druhej strane sa s tým spája ponorenie sa do jednej kultúry – my zas budeme musieť vynaložiť množstvo námahy, nie nevyhnutne odmenenej úspechom, aby sa zachovala aspoň aká-taká rovnováha medzi slovenskosťou a poľskosťou u nás doma. Hovorím tu o ideálnom stave, pretože si uvedomujem, že nie vždy je to otázka vôle. Život má svoje vlastné pravidlá.

Tak je to, život má svoje pravidlá. Napokon som sa aj po tomto údere musela postaviť na nohy. Veľa ma to však stálo. Prečo ma tak veľmi zasiahla práve osamelosť? Lebo táto téma je pre mňa natoľko náročná, že som nebola schopná prebrať ju ani s vlastným mužom. Jediným prejavom toho vnútorného boja boli slzy. Zasiahlo ma vedomie, že v mojom najbližšom okolí nie je nik, kto by mal podobné skúsenosti. Kto žije v inej krajine, vychováva tam deti, kto by bol schopný pochopiť, že v pojme „škola” sa v mojej hlave skrýva aj niečo viac ako len mýtický koniec toho najviac bezstarostného detstva. Že pre mňa má celá táto záležitosť ešte druhé, oveľa hlbšie dno, spojené s dvomi kultúrami v našej rodine. Chýbalo mi pochopenie iného. Mala som rameno, na ktorom som sa mohla vyplakať, ale chýbalo mi srdce a ucho, ktoré by ma trpezlivo vypočulo, ktoré by mi pomohlo získať odstup od tých všetkých strachov, v pokoji sa konfrontovať s tým čo musí prísť. Lebo k tej konfrontácii musí prísť, to je jasné. Kiežby som nabudúce bola lepšie pripravená. Musím byť. Taký život som si zvolila. 


piątek, 28 września 2018

Cena szczęścia / Cena šťastia


Gdy przed tygodniem redaktor audycji Prameň przeprowadzał ze mną i M. wywiad (na który już teraz serdecznie Was zapraszam – będzie nas można usłyszeć /w języku słowackim/ w niedzielę 7 października o godz. 22:05), padło pytanie o wrześniowy post. M. zażartował, że trzeba by o to spytać za kilka dni i rzeczywiście – pomysł na ten wrześniowy wpis przyszedł do mnie właśnie teraz, na 4 dni przed końcem miesiąca. Niektóre teksty nabierają kształtu dużo szybciej, do niektórych robię notatki, a niektóre – jak ten – są wynikiem jakiejś spontanicznej obserwacji naszego polsko-słowackiego galimatiasu, którą chcę się z wami podzielić.

Tym razem padło na najmłodszego członka naszej rodziny, niespełna 3-letniego DJ. O tym, że dzieci potrafią być bardzo różne, nie muszę pewnie żadnego rodzica przekonywać. Tak jest i w naszym przypadku – nasza MN. i mały DJ. rozwijają się w kompletnie inny sposób, w innym tempie, mają szalenie różne temperamenty. Obserwacja ich jest czasem jak oglądanie naprawdę ciekawego serialu, którego scenarzystom nie brakuje pomysłów na nowe rozwiązania nawet podobnych – wydawałoby się – wątków. Tym, który teraz wypłynął na powierzchnię w przypadku DJ., jest… tęsknota. Wiem, odmieniałam już to słowo w moich wpisach przez wszystkie możliwe przypadki, a jednak widzę ją teraz jakby znowu w innym świetle, przez pryzmat DJ.

Zaczęło się niewinnie – DJ. zaczął jakoś częściej wspominać w ostatnich tygodniach babcię B., wypytywać, czy pojedziemy do niej ciuchcią (efekt wakacyjnej fascynacji pociągami :)). W pewnym momencie jednak, gdy już wiedział, że pojedzie do babci samochodem pod koniec miesiąca, zaczął informować o tym otoczenie coraz częściej i częściej, a gdy dzwoniliśmy do babci – chował się, przytulał, miał bardzo nieszczęśliwy wyraz twarzy. Ewidentnie zaczął odczuwać trudności związane z rozłąką, zaczął świadomie tęsknić, zaczęło do niego docierać, że babcia jest daleko i on chce ją zobaczyć, a nie może. Co ciekawe podobne zachowania powtórzyły się już w Polsce, na drugi dzień po spotkaniu z mamą chrzestną DJ., gdy mały usłyszał, że spotka się z nią teraz dopiero na swoich urodzinach. Może to zabrzmi dziwnie, ale dosłownie zobaczyłam przy okazji tych wydarzeń, jak na ramiona małego DJ. zarzuca swój płaszcz tęsknota. Te pierwsze godziny, w których musiał się zmierzyć z nieobecnością bliskich, sprawiały mu trudność, pozbawiały radości. Dotarło do mnie, że on zaczyna wiedzieć, zaczyna rozumieć to, co jest udziałem całej naszej rodziny. Pamiętam, że MN. też przechodziła ten etap, że też musiała się nauczyć trudnej sztuki rozstania, a przynajmniej pogodzić się z faktem, że to stały element naszego życia. Teraz przyszła pora na DJ., choć w moich oczach jest ciągle taki mały.

Ktoś może spytać, skąd się to w ogóle bierze, dlaczego moje dzieci przeżywają to tak mocno. Ja myślę, że to się bierze z miłości. I z rozdarcia, które dzieciaki widzą też w nas, rodzicach. I jeszcze z tego, że codziennie walczymy, by polskość i słowackość, nasze – rodziców – korzenie, były im tak drogie, były równie ważne. Nasze dzieci żyją w ciepłym, przytulnym kokonie, otoczone przez ludzi, którzy je bardzo kochają, ale… ten kokon budują ludzie rozsiani bardzo, bardzo daleko. Ta bliskość mimo oddalenia ma swoją cenę.

A łatwiej po prostu nigdy nie będzie. Za 10 dni wyjedziemy z Polski i… wrócimy dopiero za ponad pół roku, na Wielkanoc. Z jeszcze jednym przyszłym adeptem szkoły tęsknoty. Za to wraz z jego narodzinami jeszcze bogatsi w pokłady miłości. Tak to chyba musi być – nasz galimatias ma swoją cenę. A my ciągle chcemy ją płacić.




Keď so mnou a s M. pred týždňom robil redaktor relácie Prameň rozhovor (na počúvanie ktorého Vás srdečne pozývam – budete nás môcť počuť / po slovensky / v nedeľu, 7.10. o 22:05), padla otázka o septembrovom príspevku. M. žartoval, že naň sa treba spýtať až o niekoľko dní a naozaj – nápad na tento septembrový post som dostala práve teraz, 4 dni pred koncom mesiaca. Niektoré texty dostávajú kontúry oveľa dlhšie, k niektorým si robím poznámky a niektoré – ako tento – sú výsledkom nejakého spontánneho pozorovania nášho poľsko-slovenského galimatiášu, o ktoré sa chcem s Vami podeliť.


Tentokrát prišiel rad na najmladšieho člena našej rodiny, takmer trojročného DJ. O tom, že deti dokážu byť veľmi odlišné, nemusím isto žiadneho rodiča presviedčať. Je tak aj v našom prípade – naša MN a malý DJ sa rozvíjajú úplne rôzne, v inom tempe, majú totálne rozdielne temperamenty. Pozorovať ich často pripomína pozeranie veľmi zaujímavého seriálu, ktorého scenáristi majú kopu nápadov na nové riešenia, dokonca aj v prípade veľmi podobných situácií. To, čo teraz vyplávalo na povrch v prípade DJ, je... clivota (podľa slovníka: smutná túžba za niečím/niekým). Viem, toto slovo sa už v mojich textoch vyskytlo v mnohých kontextoch, ale teraz ho predsa vidím akoby v inom svetle, cez prizmu DJ.

Začalo sa to nevinne – DJ začal v posledných týždňoch akosi častejšie spomínať starkú B., pýtať sa, či k nej pôjdeme vláčikom (v dôsledku prázdninovej fascinácie železnicou :)). V istom momente, keď už vedel, že pôjde k starkej koncom mesiaca autom, začal o tom čoraz častejšie informovať svoje okolie, a keď sme starkej telefonovali, schovával sa, túlil a mal veľmi nešťastný výraz v tvári. Evidentne začal pociťovať ťažkosti spojené s odlukou, začalo sa mu vedome cnieť, začalo mu dochádzať, že starká je ďaleko, on ju chce vidieť, ale nemôže. Zaujímavé bolo, keď sa takéto správanie zopakovalo aj v Poľsku, na druhý deň po jeho stretnutí s krstnou mamou, keď počul, že sa s ňou stretne až na oslave svojich narodením. Môže to znieť zvláštne, ale doslova som pri tejto príležitosti videla, ako plecia malého DJ zahaľuje clivota. Tie prvé chvíle, v ktorých sa musel zmieriť s neprítomnosťou blízkych, boli preňho veľmi ťažké, vzali mu radosť. Došlo mi, že on začína vedieť, začína rozumieť to, čo je údelom celej našej rodiny. Pamätám si, že MN tiež prechádzala tou fázou, že sa musela naučiť náročnému umeniu odlúčenia alebo sa prinajmenšom vyrovnať so skutočnosťou, že je stálou súčasťou nášho života. Teraz prišiel rad na DJ, hoci v mojich očiach je stále taký maličký.

Niekto by sa mohol spýtať, odkiaľ to vôbec pramení, prečo to moje deti tak silno prežívajú. Myslím si, že sa to berie z lásky. A z rozorvania, ktoré deti vidia tiež na nás, svojich rodičoch. A tiež z toho, že každodenne bojujeme o to, aby poľskosť a slovenskosť, naše korene, boli aj pre ne drahé a rovnako dôležité. Naše deti žijú v teplej, prítulnej kukle, obklopení ľuďmi, ktorí ich veľmi ľúbia, ale... tú kuklu tvoria ľudia rozsiati veľmi, veľmi ďaleko. Taká blízkosť napriek odlúčeniu má svoju cenu.

Ľahšie to proste nikdy nebude. O 10 dní odídeme z Poľska a... vrátime sa až o viac ako pol roka, na Veľkú Noc. S ďalším budúcim adeptom školy clivoty. Avšak po jeho narodení budeme ešte bohatší na poklady lásky. Tak to asi musí byť – náš galimatiáš má svoju cenu. A my ju stále chceme platiť.