poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Mýty o Poľsku / Mity o Polsce

 Často sa mi stáva, že keď spomeniem Poľsko, ľudia reagujú krásnymi stereotypmi. Nie je to nič mimoriadne, mimovoľne tak zrejme väčšina z nás reaguje na iné krajiny či regióny. Podľa našich rokmi zakonzervovaných mýtov sú napríklad Taliani mizerní angličtinári, Francúzi mizerní všetko okrem francúzštiny, Angličania chladní a Španieli ohniví. Nemecké výrobky sú vynikajúce, maďarské jedlo pikantné, Čechom sa všetko darí vďaka povestnému šťastíčku a, samozrejme, v Škótsku použijú jedno čajové vrecúško aj päťkrát.

Čo sa týka Poľska, registrujem zopár najčastejšie sa vyskytujúcich mýtov. A čo s mýtmi? Treba ich nabúrať :).

1. Poľské cesty sú mizerné.

Tento rok oslavujem desiate výročie, odkedy jazdím do Poľska ďalej ako po Nowy Targ. Prvá cesta bola do Poznane v januári 2010, potom sa pritrafili aj iné smery a najčastejší je, samozrejme, priamo na sever, k moru. Zo začiatku cesty okrem diaľníc vyzerali naozaj ako tankodrómy, pamätám si na deravé vozovky v okolí Łęczyce, šialene dlhý prejazd cez Łódź či slalom medzi jamami vo Włocławku. Môj rekord na trase Rumia – Nitra bol 22 hodín :). Ale všetko sa zmenilo. Zo severu na juh vedie až na krátku výnimku vynikajúco vybavená, kvalitná diaľnica, na čistých odpočívadlách nájdete čisté toalety aj sprchy a pekné detské ihriská. Na Slovensku nevieme spojiť Bratislavu s Košicami už desiatky rokov a mne sa taká priemerná cesta k svokrovcom skrátila o niekoľko hodín.

2. Poľské jedlo je síce lacné, ale nekvalitné.

Nuž áno, niektoré je lacné a nekvalitné, ale môžem všetkých ubezpečiť, že väčšina je lacnejšia ako na Slovensku a vysoko kvalitná. Celkom o niečom inom je skutočnosť, čo dovážame na Slovensko a čo kupujeme, to je už však naša zodpovednosť. Žil som v Poľsku nejaký ten piatok a môžem s čistým svedomím povedať, že poľské potraviny sú prvotriedne, takisto ako tie naše, a že takisto ako sa nájdu pochybné slovenské výrobky, nájdu sa aj poľské. Už sa teším, keď opäť príde svokor s plným kufrom potravín :). Ako knihomoľ si tiež dovolím poznamenať, že nielen potraviny, ale aj knihy sú v Poľsku omnoho lacnejšie. Aj preto veľa čítam po poľsky.  

3. Poliakovi vždy porozumieš.

No nie, neporozumieš. Možno na tej základnej úrovni, keď sa človek potrebuje dohodnúť na cene koženej bundy na trhu alebo si objednať v reštaurácii. Ale ak chceme preniknúť trošku viac na hlbinu rozhovoru, je to ťažšie. Poznám to z vlastnej skúsenosti. S N. sme začali po anglicky, lepšie sa nám v nej vyjadrovali vlastné pocity a boli sme si viac istí, že druhá osoba rozumie, čo chceme povedať a nedomýšľa si niečo iné. Dalo sa nám skrátka vyjadrovať presnejšie. Do svojich vlastných jazykov sme začali prepínať pomaličky, počas jednej cesty z Poznane cez Drážďany a Karlove Vary na Slovensko, a to od najzákladnejších slovíčok. Dnes máme jazyky toho druhého na takej úrovni, že sa nebojíme nepochopenia, ale chvíľu nám to trvalo. Poľština so slovenčinou majú veľmi podobné základy, no tiež veľa tzv. „false friends“, slovíčok, ktoré vyzerajú rovnako či veľmi podobne, no znamenajú niečo celkom iné. Zopár ich nájde aj v časti Językowo, nech sa páči, nazrite :).

4. V poľskom mori sa nedá kúpať.

Obľúbený mýtus, keďže moja N. pochádza zo severu. V predstave väčšiny Slovákov, ktorých stretávam, sú poľské pláže opustené miesta, kde kočujú akurát uzimení otužilci a vietor rozfukuje po okolí kryštáliky ľadu. Nie je to celkom tak :). Keď som prvýkrát zavítal v lete k moru, myslel som si, že som niekde na stredomorskej pláži, všade bolo plno ľudí, pohostinských prevádzok, lodiek, skrátka, cestovný ruch na vysokej úrovni. Miestni si hľadajú cestičky, ako sa vyhnúť dôležitejším cestným spojeniam a ubytovanie treba objednávať hodnú chvíľu vopred.

Nenapísal som však znenie mýtusu „poľské more je chladné“, lebo teda pre našinca zvyknutého na turecké či grécke polievočky je určite chladnejšie. Neznamená to však, že sa v ňom nedá kúpať. Ba práve naopak, aj ja, hoci nie som veľmi vodný živel, som sa doň niekoľkokrát ponoril a naše deti sa v ňom čvachcú jedna radosť. Čoraz viac Slovákov si hľadá cestu k poľskému moru, čo vidím napr. na ponuke zľavomatu (aj keď som sa dobre zabavil na ponuke označenej „Dovolenka v prímorskom mestečku Gdyňa – prímorské mestečko by bolo na Slovensku jednou z metropol).

Mýty a legendy sa najlepšie búrajú vlastnou skúsenosťou. Aj keď je cestovanie aktuálne dosť obmedzené, pozývam všetkých k spoznávaniu našich susedov, keď nie reálne, tak aspoň virtuálne. Máme si navzájom čo povedať :).


Kiedy wspominam o Polsce, często zdarza się, że ludzie odpowiadają na to pięknymi stereotypami. Nie ma w tym nic niezwykłego, większość z nas wydaje się odruchowo reagować na inne kraje czy regiony właśnie w taki sposób. Przykładowo zgodnie z naszymi przez lata utrwalanymi mitami Włosi słabo sobie radzą z językiem angielskim, Francuzi słabo sobie radzą ze wszystkim z wyjątkiem języka francuskiego, Anglicy są zimni, a Hiszpanie ogniści. Niemieckie produkty są doskonałe, węgierskie jedzenie pikantne, Czechom wszystko wychodzi dzięki przysłowiowemu szczęściu, a w Szkocji, wiadomo, jedną torebkę herbaty zalewa się nawet pięć razy.

Co do Polski – zwróciłem uwagę na kilka najczęściej występujących mitów. A co z mitami? Trzeba je zburzyć :).

1. Polskie drogi są fatalne.

W tym roku mija dziesięć lat, od kiedy jeżdżę do Polski dalej niż do Nowego Targu. Pierwsza podróż odbyła się do Poznania w styczniu 2010 roku, potem zdarzały się też inne kierunki, a najczęstszy, wiadomo, prowadzi prosto na północ, nad morze. Początkowo drogi z wyjątkiem autostrad faktycznie były podziurawione jak sito, pamiętam dziurawą jezdnię w okolicy Łęczycy, szalenie długi przejazd przez Łódź czy slalom między dziurami we Włocławku. Mój rekord przejazdu na trasie Rumia – Nitra wyniósł 22 godziny :). Ale wszystko się zmieniło. Z północy na południe prowadzi (z wyjątkiem krótkiego odcinka) świetnie wyposażona, dobrej jakości autostrada, na czystych MOP-ach znajdują się czyste toalety i prysznice oraz piękne place zabaw. Na Słowacji od kilkudziesięciu lat nie jesteśmy w stanie połączyć Bratysławy z Koszycami, tymczasem przeciętna podróż do moich teściów skróciła się o kilka godzin.

2. Polskie jedzenie jest wprawdzie tanie, ale złej jakości.

Cóż, zdarza się też jedzenie tanie i kiepskiej jakości, ale zapewniam Was, że większość produktów spożywczych jest tańsza niż na Słowacji i znakomitej jakości. Odrębną sprawą jest to, co importujemy na Słowację i co kupujemy, ale to już kwestia własnej odpowiedzialności. Mieszkałem w Polsce przez jakiś czas i mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że polskie produkty są pierwszorzędnej jakości, podobnie jak nasze, jednocześnie podobnie jak u nas trafią się produkty wątpliwej jakości, tak samo i w Polsce. Już się cieszę na przyjazd teścia z pełnym bagażnikiem jedzenia :). A jako mól książkowy pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że nie tylko produkty spożywcze, ale też książki są w Polsce dużo tańsze. M. in. dlatego tak dużo czytam po polsku.

3. Zawsze zrozumiesz Polaka.

No nie, nie zrozumiesz. Może na podstawowym poziomie, gdy potrzebujesz się dogadać w kwestii ceny skórzanej kurtki na rynku albo zamówić obiad w restauracji. Ale jeżeli chcemy wejść na trochę głębszy poziom rozmowy, sprawa jest trudniejsza. Znam ten temat z własnego doświadczenia. Na początku rozmawialiśmy z N. po angielsku, łatwiej nam było wyrażać własne uczucia w tym języku i mieliśmy większą pewność, że druga strona zrozumie, co chcemy powiedzieć i nie dopowie sobie czegoś innego. Innymi słowy język angielski pozwalał nam wyrazić się precyzyjniej. Na swoje własne języki przestawialiśmy się stopniowo, szczególnie podczas jednej podróży z Poznania przez Drezno i Karlowe Wary na Słowację, zaczynając od najbardziej podstawowych słówek. Dziś znamy języki drugiej strony na takim poziomie, że nie boimy się niezrozumienia, ale chwilę nam to zajęło. Polski i słowacki mają bardzo podobne podstawy, ale też sporo tzw. „false friends”, słówek, które wyglądają identycznie lub bardzo podobnie, ale oznaczają coś zupełnie innego. Kilka takich znajdziecie w części Językowo, zapraszam serdecznie, zajrzyjcie :).

4. W polskim morzu nie da się kąpać.

Ulubiony mit, ponieważ moja N. pochodzi z północy. Większość Słowaków, których spotykam, wyobraża sobie polskie plaże jako opuszczone miejsca, gdzie koczuje jedynie klub morsów, a wiatr roznosi po okolicy kryształki lodu. To nie do końca tak wygląda :). Kiedy po raz pierwszy zawitałem w lecie nad morze, myślałem, że znalazłem się na jakiejś śródziemnomorskiej plaży, wszędzie było pełno ludzi, restauracji, stateczków, krótko mówiąc – ruch turystyczny na wysokim poziomie. Miejscowi szukają sposobów na ominięcie najpopularniejszych tras przejazdu, a zakwaterowanie trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem.

Nie zatytułowałem jednak tego mitu „polskie morze jest chłodne”, ponieważ dla Słowaka przyzwyczajonego do tureckich czy greckich temperatur z pewnością będzie chłodniejsze. Nie oznacza to jednak, że nie da się w nim kąpać. Przeciwnie – nawet ja, choć nie należę do miłośników morskich kąpieli, kąpałem się w nim kilkukrotnie, a nasze dzieci szaleją w Bałtyku na całego. Coraz więcej Słowaków trafia nad polskie morze, co znajduje odzwierciedlenie np. w ofercie Zľavomatu [słow. Groupon – przyp. N.] (choć ostatnio nieźle się uśmiałem, widząc ofertę zatytułowaną „Urlop w nadmorskim miasteczku Gdynia” – to nadmorskie „miasteczko” byłoby na Słowacji jedną z metropolii).

Mity i legendy najłatwiej zburzyć dzięki własnemu doświadczeniu. I choć możliwości podróżowania są aktualnie dość mocno ograniczone, zachęcam wszystkich do poznawania naszych sąsiadów, jeśli nawet nie w sposób rzeczywisty, to chociaż wirtualnie. Mamy sobie sporo do powiedzenia :).


piątek, 31 lipca 2020

Dwujęzyczność, odc. 2818 / Dvojjazyčnosť, diel č. 2818

Dawno nie pisałam o rozwoju językowym moich dzieci (chyba ostatnio najobszerniej tu), a że dwujęzyczność i sposób jej rozwijania we własnym domu to chyba jedna z najciekawszych kwestii w rodzinie dwunarodowej, to dziś będzie właśnie o tym. Śmiało komentujcie pod spodem, jeśli macie odmienne (lub podobne :)) doświadczenia.

Krótkie wprowadzenie i przypomnienie:

My z M. rozmawiamy w domu wyłącznie we własnych językach (szczegóły tu). Jest tak właściwie prawie od początku. Była to dla nas najbardziej naturalna metoda porozumiewania się, pozwalająca najlepiej wyrazić samych siebie. Trzymamy się tej zasady z jeszcze większą konsekwencją, od kiedy w naszym domu pojawiły się dzieci. Tych Słowian mamy trójkę: JM. ma 1,5 roku, DJ. 4,5 roku, a MN. 7,5 roku. Najmłodszy korzysta z wszystkich dobrodziejstw swojego młodego wieku i siedzi pod opiekuńczymi skrzydłami mamusi. Środkowy rozpoczął we wrześniu przygodę z przedszkolem, niestety w wyniku epidemii musiał ją na początku marca przerwać i w czerwcu do przedszkola już nie wrócił, ponieważ a) uznaliśmy, że ten jeden miesiąc, który został do końca roku szkolnego, może spędzić w domu, b) i tak w naszym przedszkolu nie było dla niego miejsca. Najstarsza skończyła właśnie I klasę słowackiej szkoły podstawowej, w której uczy się w tygodniu i II klasę polskiej szkoły podstawowej, w której uczy się w soboty.

Maluch jeszcze nie mówi, ale reaguje zarówno na język polski, jak i słowacki (gdy psoci, nie reaguje na żaden, wiadomo ;)), wyraźnie też łapie melodie języków, bardzo realistycznie naśladuje swoje rodzeństwo. DJ. zaczął mówić późno, po 3. roku życia i do dziś ma z tym różne problemy, obecnie chodzi do logopedy, rozwinę temat za chwilę. MN. posługiwała się już prostymi zdaniami, gdy miała zaledwie 1,5 roku, bardzo szybko zaczęła wymawiać „r” i właściwie nigdy nie miała problemów z wymową. Zarówno DJ., jak i MN. mieli w życiu etap mieszania języków, nieprzejrzystego rozdzielania ich i nieumiejętności dostosowania danego języka do rozmówcy. Obecnie MN. nie ma z tym absolutnie żadnego problemu, a DJ. raczej nie ma z tym problemu (o tym więcej tutaj), co oznacza, że czasem się zatnie, bo nie wie, jak coś powiedzieć w tym drugim języku, ale ma świadomość, co wtedy zrobić (po prostu mówi, że nie wie i pyta, jak daną rzecz nazwać/wyrazić). Między sobą dzieci rozmawiają bardzo, bardzo różnie – DJ. chętniej sięga po język słowacki, MN. jest to raczej obojętne, potrafi zwrócić bratu uwagę, że skoro jesteśmy w Polsce, to ma mówić po polsku ;). Na Słowacji jednak również gadają po polsku, zależy od zabawy, humoru, czasem inicjatywy babci :). Na koniec jeszcze jedna uwaga „ogólna”, dotycząca całej naszej gromadki  – mam w domu trójkę dzieci i widzę, że ich drogi językowe mają wyraźne elementy wspólne, jednak każda jest trochę inna. To teraz przejdźmy do szczegółów.

Pierworodna MN. Nasza mała torpeda. Szybko zaczęła mówić, rozdzieliła polski i słowacki w wieku około 3 lat, zaczęła czytać w obu językach przed ukończeniem 5. Ma olbrzymi zasób słownictwa, gdy nie czyta kolejnej książki, buzia jej się nie zamyka. Nie ma najmniejszych problemów z nauką, zdecydowanie wyróżnia się na tle innych dzieci. Pisze w obu językach, pisząc, swobodnie posługuje się obydwoma alfabetami pisanymi (te są naprawdę odmienne, słowackie litery znajdziecie tu), tworzy własne opowiadania i polsku, i po słowacku. Zarówno w Polsce, jak i na Słowacji porozumiewa się całkowicie swobodnie, gdy nie umie czegoś powiedzieć – pyta, błędy językowe zdarzają się jej rzadko, taki najbardziej typowy pojawia się przy przeczeniach – po słowacku powie się: „Mamy kawę?” – „Nie mamy kawę” i MN. po polsku często zamiast dopełniacza stosuje właśnie biernik.

Przygoda językowa z drugorodnym DJ. to już zupełnie inna para kaloszy. Musieliśmy zdecydowanie pożegnać wszystko, do czego zdążyła nas przyzwyczaić nasza córka i postawić tamę własnym oczekiwaniom i przewidywaniom. DJ. idzie swoją własną ścieżką. Zaczął mówić późno, początkowo bardzo oszczędnie formułował wypowiedzi. Teraz potrafi już wprawdzie gadać bez końca, ale do dziś ma problemy z wymową. Na szczęście trafił do przemiłej pani logopedy, która wyciąga go trochę za uszy w kierunku wyraźniejszego mówienia :). Największy wpływ na rozwój mowy u DJ. mogły mieć dwa wydarzenia – po pierwsze jest młodszym bratem i długo nie musiał mówić, bo… we wszystkim wyręczała go siostra :) (do dzisiaj gdy zadaję jakieś pytanie DJ., muszę wyraźnie zaznaczyć, że MN. ma się nie odzywać :)). Po drugie, na początku tego roku odkryliśmy, że DJ. miał problemy ze słuchem. Na szczęście z pomocą laryngologa udało się je zażegnać, ale nie dowiemy się już, co by było, gdybyśmy zidentyfikowali je wcześniej. Najważniejsze jednak, że jest już dobrze, a DJ. wyraźnie odczuł różnicę i bardzo chce wymówić w końcu to mityczne wręcz „r” , na co ciężko pracuje :). W tej chwili mówi chętnie, zagaduje, odpowiada na pytania. Wyraźnie preferuje język słowacki, ma mniejszą ochotę (a może po prostu mniejszą umiejętność) na dostosowywanie się, gdy go poprawiamy, po dłuższym przebywaniu w jednym kraju, słabiej pamięta słówka należące do języka tego drugiego. Jednocześnie nigdy nie zdarzyło się, żeby nie starał się rozmawiać z Polakiem po polsku, a Słowakiem po słowacku, to jest po prostu dla niego coś elementarnego – z Polakami rozmawia się po polsku, a ze Słowakami po słowacku. Gdy nie umie czegoś powiedzieć, po prostu pyta. Czasem się zniechęca, ale widzę, że wystarczy pełna akceptacja z naszej strony, cierpliwość i DJ. wraca na właściwe tory. Sam jeszcze nie czyta, za to bardzo chętnie słucha słuchowisk i piosenek zarówno po polsku, jak i słowacku. Na co dzień obydwa te języki są dla niego całkowicie naturalne. Podobnie jak kiedyś MN. zdziwił się niedawno, gdy odkrył, że jego mama umie mówić po słowacku :).

Ciekawe, co nas jeszcze czeka z naszym najmłodszym synem :). Niewątpliwie jest w jeszcze innej sytuacji niż jego starszy brat – ponieważ ma dwójkę starszego rodzeństwa, słucha nie tylko naszych (rodziców) rozmów z nimi, ale też tych, które oni sami prowadzą między sobą, a te, jak wspominałam, odbywają się w obydwu językach :). Żeby zabrać głos, JM. musi czasem wywalczyć przestrzeń dla siebie i skwapliwie korzysta z możliwości, jakie daje podkręcanie głośności ;). Jednocześnie to nieustanne słuchanie śpiewów, rozmów, dyskusji, żartów czy kłótni to dla niego jedna wielka szkoła dwujęzyczności. To zresztą chyba jest istota całej sprawy – zanurzenie w obu kulturach, językach, nieprzerwane obcowanie z nimi w sposób całkowicie naturalny. Moje dzieci nie znają innej rzeczywistości i tę biorą z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jak pokazuje przykład pierworodnej, która tkwi w tym już od dokładnie 2818 dni, da się :). No to jedziemy dalej na tym wózku, zobaczymy, co napiszę o tym za rok!



Dávno som nepísala o jazykovom rozvoji mojich detí (naposledy niečo viac asi tu), ale keďže dvojjazyčnosť a spôsob, ako ju rozvíjať vo vlastnej rodine je snáď jedna z najzaujímavejších záležitostí v dvojnárodnej rovine, dnes budem písať práve o tom. Smelo komentujte, ak máte iné (alebo podobné :)) skúsenosti.

Krátke predstavenie a pripomenutie:

My s M. hovoríme doma výlučne vo svojich jazykoch (podrobnosti tu). Je to tak vlastne od začiatku. Bola to pre nás najprirodzenejšia metóda komunikácie, umožňujúca najlepšie vyjadriť samých seba. Držíme sa toho pravidla s ešte väčšou dôslednosťou, odkedy máme deti. Máme troch malých Slovanov: JM má 1,5 roka, DJ 4,5 roka a MN 7,5 roka. Najmladší ešte využíva benefity svojho mladého veku a je pod ochrannými krídlami mamy. Stredný začal v septembri svoje škôlkarské dobrodružstvo, avšak kvôli epidémii ho musel začiatkom marca prerušiť a v júni sa už do škôlky nevrátil, pretože a) zhodli sme sa, že ten jeden mesiac, ktorý zostal do konca školského roka môže stráviť doma, b) aj tak by preňho v našej škôlke nebolo miesto. Najstaršia práve skončila prvú triedu slovenskej základnej školy, v ktorej sa učí v týždni, a druhú triedu poľskej základnej školy, do ktorej chodí v soboty.

Maličký ešte nehovorí, ale reaguje tak na poľštinu, ako aj na slovenčinu (keď robí lotroviny, nereaguje na žiadny jazyk, to je jasné ;)), jednoznačne tiež chytá melódiu jazykov, veľmi  realisticky napodobňuje svojich súrodencov. DJ začal rozprávať neskoro, po treťom roku života a dodnes s tým má rôzne problémy, aktuálne navštevuje logopedičku, zaraz o tom poviem viac. MN hovorila v jednoduchých vetách už od 18 mesiacov, rýchlo začala vyslovovať „r” a vlastne nikdy nemala problémy s výslovnosťou. Obaja, DJ aj MN, mali v živote fázu miešania jazykov, ich nepresného rozlišovania, času, keď nedokázali prispôsobiť svoju výpoveď jazyku osoby, s ktorou sa rozprávali. Aktuálne s tým MN nemá vôbec žiadny problém a DJ takmer žiadny (o tom viac tu), čo znamená, že niekedy sa zasekne, lebo nevie, ako má niečo povedať v tom druhom jazyku, ale vie, čo má vtedy urobiť (jednoducho vraví, že nevie, a pýta sa, ako danú vec nazvať/vyjadriť). Medzi sebou deti hovoria veľmi, veľmi rôzne – DJ si skôr vyberá slovenčinu, MN je to viac-menej jedno, stalo sa, že upozornila brata, že keďže sú v Poľsku, majú hovoriť po poľsky ;). Na Slovensku však tiež hovoria po poľsky, záleží to od ich hry, nálady, niekedy iniciatívy starej mamy :). Napokon ešte jedna „všeobecná” poznámka týkajúca sa všetkých detí – mám ich doma tri a vidím, že cesty vývoja ich jazyka majú výrazne spoločné prvky, ale každá je iná. Prejdime teda na detaily.

Prvorodená MN. Naše malé torpédo. Rýchlo začala rozprávať, oddelila poľštinu a slovenčinu vo veku okolo troch rokov, začala čítať v oboch jazykoch pred dovŕšením piatich rokov. Má ohromujúcu slovnú zásobu, keď nečíta ďalšiu knižku, ústa sa jej nezavrú. Nemá žiadne problémy s učením, medzi deťmi vyniká. Píše v oboch jazykoch, bez problémov používa obe písané abecedy (sú skutočne rôzne, slovenské písmenká nájdete tu), tvorí vlastné príbehy po poľsky aj po slovensky. Tak v Poľsku, ako aj na Slovensku sa dorozumieva úplne ľahko, keď niečo nevie povedať, pýta sa, chyby v jazyku sa u nej vyskytujú zriedka, taký najtypickejší snáď pri záporoch – po slovensky sa pri zápore nemení gramatický pád (napr. „máme kávu” a „nemáme kávu”), pričom po poľsky sa v zápore použije genitív („nie mamy kawy”).

Dobrodružstvo jazyka pri DJ je o niečom celkom inom. Rozhodne sme museli zabudnúť na všetko, na čo sme privykli pri MN a museli sme zracionalizovať svoje očakávania a predpoklady. DJ ide svojou vlastnou cestou. Začal rozprávať neskoro, najprv formuloval svoje výpovede veľmi úsporne. Teraz síce dokáže rozprávať bez prestávky, no stále má problémy s výslovnosťou. Našťastie sme našli veľmi milú pani logopedičku, ktorá napomáha jeho výraznejšie vyjadrovanie :). Najväčší vplyv na vývoj reči pri DJ mohli mať dve udalosti – po prvé, je mladším bratom a dlho nemusel hovoriť, lebo... vo všetkom ho zastupovala jeho sestra :) (do dnešného dňa, keď dám nejakú otázku DJ, musím výrazne povedať, že MN nemá odpovedať :)). Po druhé, začiatkom roka sme zistili, že DJ má ťažkosti so sluchom. Našťastie, s pomocou laryngológa sa nám podarilo problém zažehnať, už sa však nedozvieme, čo by bolo, keby sme ho identifikovali skôr. Najdôležitejšie však je, že už je dobre a DJ jasne vníma rozdiel a veľmi chce už čoskoro vysloviť to mýtické „r” – budeme na tom na jeseň pracovať :). Teraz hovorí veľmi rád, prihovára sa, odpovedá na otázky. Vyberá si skôr slovenčinu, má menšiu chuť (a možno proste menšiu schopnosť) prispôsobiť sa, keď ho opravíme, po dlhšom pobyte v jednom štáte si horšie pamätá slovíčka z toho druhého. Zároveň sa však nikdy nestalo, že by sa nesnažil hovoriť s Poliakom po poľsky a Slovákom po slovensky. Keď niečo nevie povedať, jednoducho sa opýta. Niekedy sa mu už nechce, ale vidím, že stačí úplné prijatie na našej strane, trpezlivosť, a DJ sa vracia na správnu cestu. Sám ešte nečíta, veľmi rád však počúva audioknižky a pesničky tak po poľsky, ako aj po slovensky. Oba jazyky sú preňho v bežnom kontakte úplne prirodzené. Podobne ako kedysi MN, nedávno bol veľmi prekvapený, keď zistil, že jeho mama vie po slovensky :).

Som zvedavá, čo nás ešte čaká s našim najmladším synom :). Nepochybne je v ešte inej situácii ako jeho starší brat – keďže má dvoch starších súrodencov, počúva nielen naše rozhovory s nimi, ale tiež to, čo si oni sami medzi sebou hovoria, a tie rozhovory sa odohrávajú v oboch jazykoch :). Aby sa dostal k slovu, musí si JM niekedy vybojovať svoj priestor a nadšene využíva možnosti, ktoré ponúka zvyšovanie hlasitosti ;). Zároveň, to neustále počúvanie spevov, rozhovorov, diskusií, žartov či hádok je preňho jedna veľká škola dvojjazyčnosti. V tom je snáď podstata celej veci – ponorenie sa v oboch kultúrach, jazykoch, neprerušovaný a prirodzený kontakt s nimi. Moje deti nepoznajú inú realitu, a to, čo poznajú, berú so všetkými výhodami. Ako dokazuje príklad prvorodenej, ktorej sa to týka už 2818 dní, dá sa to :). Pokračujeme teda a uvidíme, čo o tom napíšem o rok!


wtorek, 30 czerwca 2020

Słowacja w koronie / Slovensko počas korony


Czy Słowacy poradzili sobie z epidemią koronawirusa? Czy były chwile, w których się bałam? Jak przetrwaliśmy zamknięcie szkół i przedszkoli? I jeśli pierwsza fala za nami, to co dalej?

We wracaniu pamięcią do ostatnich czterech miesięcy jest coś nierealnego. Gdy myślę o tym wszystkim, co się wydarzyło na świecie i w kraju, w którym mieszkam, mam poczucie, jakby to był po prostu zły sen, z którego wystarczy się obudzić i wróci dobrze znana, bezpieczna rzeczywistość. Tyle że to, co braliśmy do tej pory jako rodzina za pewnik, po prostu zniknęło, nie ma, przepadło. I trzeba pewne kwestie zacząć budować od nowa.

Kilka rzeczy było w tych miesiącach trudnych, ale chyba najtrudniejszy był brak perspektywy. Fakt, że nie umiałam własnym dzieciom powiedzieć, kiedy znowu zobaczą polskich dziadków, był bardzo bolesny. Świadomość, że jestem nie po tej stronie granicy i gdyby cokolwiek się wydarzyło, nie mogę się z moimi bliskimi tak po prostu zobaczyć, była dla mnie niesamowicie przygnębiająca i stresująca. Owszem, jestem na Słowacji u siebie. Ale zarazem jestem niesamowicie daleko od domu.

Jednocześnie ten mój drugi kraj zadbał o to, żebym czuła się bezpiecznie. Jasne, nie wszystko było idealne; akurat zmienił się rząd, a słowacka służba zdrowia zdecydowanie nie należy do europejskiej ekstraklasy. Zwłaszcza w pierwszych tygodniach po prostu się bałam – mieszkam w końcu w stolicy, mam małe dzieci mające problemy z drogami oddechowymi, a najwięcej zakażeń koronawirusem było właśnie tu. Z drugiej strony Słowacy nie oglądali się na innych, nie czekali, aż sytuacja zrobi się naprawdę poważna, ale podjęli działania prawie natychmiast. W piątek, 6 marca, potwierdzono pierwszy przypadek zachorowania na COVID-19 na Słowacji, a już w poniedziałek, 9 marca, szkoła i przedszkole moich dzieci zostały zamknięte, jak się potem okazało – na prawie trzy długie miesiące (przedszkolaki oraz klasy I-V wróciły do szkół 1 czerwca, a pozostali uczniowie 22 czerwca). Zaledwie parę dni później zamknięto granice i wprowadzono stan wyjątkowy, a 25 marca nakazano nosić maseczki wszędzie poza swoim miejscem zamieszkania (nawet na dworze) i nosili je wszyscy bez wyjątku, włącznie z panią prezydent i przedstawicielami nowego rządu oraz prezenterami w telewizji. Ta solidarność była dla mnie niesamowicie budująca. Miałam poczucie, że jako społeczeństwo jesteśmy w tym całym kryzysie razem i razem sobie z nim poradzimy. Nagle wszyscy dla wszystkich szyli maseczki, szczególnie starano się zadbać o seniorów, zwracano też większą uwagę na ludzi słabszych, będących w potrzebie. Z okna domu obserwowałam kolejki ustawiające się karnie w dwumetrowych odstępach przed wejściem do sklepu spożywczego i pomału oswajałam swój strach. Kwiecień stał wprawdzie pod znakiem choroby M., o której pisałam tu i Wielkanocy spędzonej w domu w Bratysławie zamiast tradycyjnie u jednych lub drugich (w tym roku słowackich) rodziców, co dało nam nieźle w kość i znacznie zachwiało naszą rodzinną równowagą, z drugiej strony tydzień po świętach pojawiło się światełko w tunelu: słowacki rząd przedstawił czteroetapowy plan otwierania gospodarki. Był on względnie zrozumiały, miał jasno wyznaczone ramy czasowe (każdą kolejną fazę – jeżeli zostały spełnione odpowiednie warunki – można było wprowadzić po upływie 2 tygodni) i opierał się na specjalnym modelu matematycznym stworzonym na bazie liczby zakażeń, ustalonym w porozumieniu z epidemiologami. I chociaż o otwarciu granic nie było w nim mowy, a szkoły były ujęte dopiero w ostatnim etapie (możecie mi wierzyć, że przebywanie z trójką małych dzieci w domu nie należy do najłatwiejszych zadań), stanowił swoistą zapowiedź, że jeszcze może być kiedyś normalnie, dawał nadzieję. I rzeczywiście, spadająca liczba zachorowań (przy zwiększonej liczbie testów) pozwoliła stopniowo wprowadzać go w życie.

Dziś na Słowacji bardzo wiele sfer życia wróciło już do normalności. Może „normalność” to duże słowo, może powinnam dodać do niego przymiotnik „czujna” – „czujna normalność”… Bo koronawirus nie odpuścił i po tygodniach względnego spokoju i bardzo niewielu zachorowań, znów pojawiło się na Słowacji nowe ognisko, zatem wszyscy odpowiedzialni za dobro obywateli muszą nieustannie trzymać rękę na pulsie i dynamicznie reagować, gdy pojawi się problem. Niemniej jednak z ręką na sercu mogę powiedzieć – jest naprawdę nieźle. A może nawet ciut lepiej niż nieźle. I choć perspektywa, która się przed nami na nowo pojawiła, jest wciąż bardzo niepewna (ustaliliśmy nareszcie termin wyjazdu do Polski, choć w rozmowach z dziećmi wciąż powtarzamy: o ile nic się nie zmieni), to jednak sam fakt, że wróciła, że znowu jest, znaczy dla mnie bardzo, bardzo wiele. Dziękuję, Słowacjo!


Fazy "przywracania do życia" gospodarki


Poranna kolejka przed sklepem na początku kwietnia

25 kwietnia, otwarte wyłącznie "okienka" restauracyjne, czyli sprzedaż tylko na wynos, bez kontaktu z klientem

Restauracja znajduje się w suterenie, więc do przyjmowania zamówień wystawili ławeczkę i... krowi dzwonek :).

9 maja, nasze pierwsze wyjście po otwarciu ogródków restauracyjnych (do środka restauracji można wchodzić od 20 maja)

Poradili si Slováci s epidémiou koronavírusu? Boli také chvíle, keď som sa bála? Ako sme prežili zatvorenie škôl a škôlok? A ak je prvá vlna za nami, čo bude ďalej?

V spomienkach na ostatné štyri mesiace je niečo nereálne. Keď myslím na to všetko, čo sa stalo vo svete i v krajine, kde bývam, mám pocit, akoby to bol jednoducho zlý sen, z ktorého sa stačí zobudiť, a vráti sa dobre známa, bezpečná realita. Avšak to, čo sme doteraz aj ako rodina považovali za normálne, jednoducho zmizlo, nie je to tu, odišlo. A niektoré záležitosti je potrebné začať budovať odznova.

Niekoľko vecí bolo v tých mesiacoch ťažkých, ale asi najťažšia bola chýbajúca perspektíva. Skutočnosť, že som nedokázala povedať vlastným deťom, kedy opäť uvidia poľských starých rodičov, bola veľmi bolestná. Vedomie, že som na opačnej strane hranice, a keby sa čokoľvek stalo, nemohla by som sa s týmito mojimi blízkymi len tak jednoducho stretnúť, bola pre mňa neuveriteľne skľučujúca a stresujúca. Pravdaže, na Slovensku som doma. Ale zároveň som veľmi ďaleko od domova.

Táto moja druhá vlasť sa však postarala o to, aby som sa cítila bezpečne. Jasné, nie všetko bolo ideálne; práve sa menila vláda, no a slovenské zdravotníctvo skutočne nepatrí do európskej extratriedy. Zvlášť počas prvých týždňov som sa bála – napokon, bývam v hlavnom meste, mám malé deti s problémami dýchacích ciest, no a najviac chorých bolo práve tu. Na druhej strane, Slováci sa nepozerali na iných, nečakali, kým bude situácia skutočne vážna, ale začali konať temer okamžite. V piatok 6.3. bol potvrdený prvý prípad nákazy koronavírusom na Slovensku, a už v pondelok, 9.3., sa zatvorili brány školy aj škôlky mojich detí a zostali zavreté na takmer tri dlhé mesiace (škôlkari a 1.-5. trieda sa vrátili do škôl 1.6. a ostatní žiaci a študenti 22.6.). Len o pár dní neskôr boli zavreté hranice a vyhlásený mimoriadny stav, 25.3. začalo platiť povinné nosenie rúšok všade okrem vlastného domu (aj vonku) a nosili ich všetci bez výnimky, aj pani prezidentka, predstavitelia novej vlády a moderátori v televízii. Tá solidarita bola pre mňa veľmi povzbudzujúca. Mala som pocit, že ako spoločnosť sme v celej tej kríze spolu a že si s ňou spolu poradíme. Zrazu všetci šili pre všetkých rúška, začali sme sa zaujímať zvlášť o seniorov, väčšia pozornosť sa dostala aj slabším a ľuďom, ktorí potrebovali pomoc. Z okna som pozorovala rad ľudí, ktorí stáli v súlade s predpismi v dvojmetrových odstupoch pred vstupom do obchodu s potravinami a pomaly som začala ovládať svoj strach. Apríl bol v znamení choroby M., o ktorej som písala tu a Veľkej Noci strávenej doma v Bratislave, a nie tradične u jedných alebo druhých (tento rok boli na rade slovenskí) rodičov. To nás síce dosť poznačilo a významne zatriaslo našou rodinnou rovnováhou, no na druhej strane sa týždeň po sviatkoch objavilo svetielko v tuneli: slovenská vláda predstavila plán uvoľňovania opatrení v štyroch dejstvách. Bol pomerne zrozumiteľný, mal jasne určené časové rámce (každú ďalšiu fázu bolo možné spustiť – ak boli splnené stanovené podmienky – po dvoch týždňoch od predchádzajúcej) a bol založený na špeciálnom matematickom modeli na základe počtu ochorení, zavedenom v spolupráci s epidemiológmi. A hoci sa v ňom nehovorilo o otváraní hraníc a školy boli až na poslednom mieste (môžete mi veriť, že trávenie času doma s tromi malými deťmi nepatrí medzi najjednoduchšie úlohy), predznamenával, že ešte môže byť normálne, dával nádej. A naozaj, klesajúci počet ochorení (pri zvýšenom počte vykonaných testov) umožnil postupne tento plán zavádzať.

Dnes sa na Slovensku veľa oblastí života vrátilo do normálnych koľají. Možno je slovo „normálny” stále prisilné, snáď by som k nemu mala dodať prídavné meno „opatrný” – „opatrná normálnosť”... Lebo koronavírus sa zatiaľ nevzdal a po týždňoch relatívneho pokoja a neveľkých počtov ochorení sa na Slovensku objavilo nové ohnisko. Preto musia všetci, ktorí sú zodpovední za dobro občanov neustále držať ruku na pulze a dynamicky reagovať, keď sa objaví problém. Napriek tomu môžem s rukou na srdci povedať – skutočne nie je zle. A možno je aj ešte o kúsok lepšie. Hoci je perspektíva, ktorá sa pred nami objavila, stále neistá (konečne sme si určili termín výjazdu do Poľska, aj keď pri rozhovoroch s deťmi stále opakujeme: ak sa nič nezmení), už len samotný fakt, že sa objavila, znamená pre mňa veľmi, veľmi veľa. Ďakujem Ti, Slovensko!